14 maja 2020

Szwecja w czasach zarazy

Wiele osób mnie pyta, czy jeszcze żyję. Słyszeli przerażające opowieści o otwartym kraju i o strasznych ilościach zgonów.

Otóż żyję i mam się całkiem dobrze :) Biegam co drugi dzień, zaczęłam jeździć na rowerze do biura. Po Wielkanocy przenieśli nas do Hyllie - to wielka stacja koło ogromnego centrum handlowego i stadionu Malmo Arena, ostatni przystanek przed Danią, z widokiem na most. Mam tylko 12 km w jedną stronę, wiec korzystam.



Dzieci w instytucjach jak zwykle, chociaż od tego tygodnia przedszkole Kubusia prowadzi większość zajęć na dworze. Dzieci są zatem na ogródku przez 8 godzin dziennie, co przy 10C i wichurze jest - moim zdaniem - jednak przegięciem w drugą stronę.
O dziwo ten tryb funkcjonuje dopiero od tego tygodnia, pierwsze dwa miesiace "korony" było po staremu. Opóźniony zapłon czy jednak komuny chcą pokazać, że się przejmują...?

Biura pracują na ile mogą normalnie, ze wskazaniem na pracę z domu. Ale widać bardzo zmniejszony ruch w galeriach handlowych, do tego stopnia, że poskracano godziny otwarcia.

Szpitale poodwoływały planowane zabiegi i wizyty, odwołane są masowe imprezy (aktualny limit uczestników zgromadzeń to 50 osób, no chyba że jesteś palestyńczykiem i protestujesz przeciwko odmowie azylu, to wtedy władze patrzą przez palce... jak zawsze w temacie azylowców, Szwecja niezmiennie bije rekordy hipokryzji).

Innych narzuconych ograniczeń nie ma, nikt nie daje mandatów za bezmaseczkowość, nielegalne zgromadzenia czy imprezy w domach. Generalnie jestem bardzo zadowolona z tego, jak zachowała się Szwecja, uważam to za optymalną drogę w sytuacji, w której nie ma żadnych twardych danych ani udowodnionych sposobów działania.

(Natomiast to kościół katolicki wyszedł przed szereg, ale to osobny temat, welce smutny i przygnębiający, nie chcę teraz o tym pisać)



Ktoś zaraz powie, że "tysiące ofiar przecież". Czyżby? A skąd wiadomo co to za ofiary i czego naprawdę?

Jestem bardzo nieufna wobec statystyk zgonów i zakażeń oraz wysnuwanych z tego wniosków o słuszności zamykania kraju (i stopnia tegoż). Pomijając teorie spiskowe, w niektóre zresztą wierzę, ale nie o tym tutaj, podawane publicznie dane są kompletnie niewiarygodne dla mnie z poniższych powodów.

  • każdy kraj, a nawet każda placówka (!) liczy to zupełnie inaczej, więc porównujemy jabłka z bananami,
  • Szwecja prawie nie robi testów - koleżanka z pracy podejrzewa u siebie koronę, była nawet w szpitalu przez chwilę, nie zrobili jej żadnego testu,
  • wielu lekarzy mówi, że w wielu miejscach każdy zgon liczony jest jako CV, bez wnikania w prawdziwe przyczyny - czy ta osoba nei umarła przypadkiem na raka, z którym walczyła od lat,
  • i wreszcie... większość zgonów to osoby w bardzo podeszłym wieku. Nie chodzi mi o to, że osoby starsze nie są ważne, ale po pierwsze śmierć w pewnym wieku jeste jednak naturalnym zjawiskiem, a po drugie co roku kilkadziesiąt tysięcy takich osób umiera w Szwecji, na różne wirusy, powikłania i zwykłe zaniedbania personelu medycznego... ilość zmarłych w tym roku jest zupełnie porównywalna z ilościami zmarłych w latach poprzednich... raczej przyjrzałabym się tu samemu podejściu do osób starszych, które moim zdaniem jest wstrętne. Tradycja eugeniczna chyba nigdy tu nie zginęła (i to podświadome pragnienie bycia modelowym społeczeństwem, ani za starym, ani za brzydkim, ani za biednym, ani za bogatym...)

Obliczono, że ilość zmarłych na CV w domach opieki jest DZIESIĘĆ RAZY WIĘKSZA niż średnia w tej samej grupie wiekowej dla całego kraju. W przypadku osób, które mieszkają w swoim domu i do których tylko przychodzi opiekunka, ilość ta jest jedynie dwa razy większa niż średnia.

Uważam, że to JEDYNY powód wielkiej różnicy w ilości zgonów między Polską a zachodnią Europą  Polska nie zamyka masowo swoich starszych w przytułkach zwanych domami opieki, nie wyrzuca na margines społeczny do tego stopnia co bogate kraje (bogate, bo pozbywają się słabnych, starszych i tych, co nie mają własnego głosu, na przykład dzieci w łonach matek), na miarę możliwości troszczy się o starsze osoby, chociażby przez to, że rodzina się opiekuje swoim seniorem, a nie przypadkowi pracownicy. W Szwecji bardzo brakuje personelu do takiej opieki, bierze się ludzi z ulicy, dosłownie. Ostatnio czytałam, że niektóre gminy przymuszają zasiłkowców do takiej pracy, nawet jeśli ci w ogóle nie zbnają języka. "Pieluchę zmieniać można nawet jak się nie zna słowa po szwedzku" twierdzą odpowiedzialni. Jak widać status osoby starszej jest chyba najniższym statusem społecznym.

"Domy opieki odgrywają absolutnie kluczową rolę w obecnej sytuacji związanej z wirusem. W większości krajów zachodnich od 30% do 70% wszystkich zgonów „związanych z Covidem” miało miejsce w domach opieki (w niektórych regionach nawet do 90%). Z północnych Włoch wiadomo również, że tamtejszy kryzys rozpoczął się wywołaną paniką i załamaniem się opieki nad osobami starszymi. Domy opieki wymagają ukierunkowanej ochrony i nie korzystają z ogólnej blokady społeczeństwa. Jeśli spojrzeć tylko na zgony w populacji ogólnej, w większości krajów mieszczą się one w zakresie normalnej lub nawet łagodnej fali grypy. Co więcej, w wielu przypadkach nie jest jasne, z jakiego powodu faktycznie umarli ludzie w domach opieki, tj. Czy był to Covid19 lub stres, strach i samotność. Na przykład z Belgii wiadomo, że około 94% wszystkich zgonów w domach opieki to niesprawdzone „domniemane przypadki”." (cytat za Fakty o Szczepieniach)

A jak to się ma zatem do faktu, że ta sama Szwecja maniakalnie opiekuje się imigrantami z trzeciego świata, celowo nie piszę uchodźcami? I to przekraczając wszelkie granice zdrowego rozsądku i sprawiedliwości (o tym pisałam wiele razy, ale napiszę jeszcze o inżynierii społecznej, jaką ostatnio przeprowadziła gmina Goteborg, po prostu mózg się lasuje)?

Otóż jak zwykle chodzi o pieniądze. Wszelkiej maści ruchy migracyjne są na rękę wielu lobbystom, którzy chcą zniszczyć zdrową tkankę społeczną i przy okazji wzbogacić się. Ta grupa ludzi generuje bowiem ogromne zyski, oczywiscie nie państwom europejskim czy naszym społeczenstwom, ale konkretnym lobbystom. W ten sposób mogą wydrenować jeszcze bardziej kieszenie podatników, potrzeby imigrantow to studnia bez dna - hotele i ośrodki dla uchodźców, prawdziwe i trefne szkoły języka, tysiace organizacji NGO wspomagających integrację... oczywiscie nieskutecznie, więc trzeba dalszych milionów... nie wspominając o kopach złotych jaj dla wszelkiej maści adwokatów i tłumaczy, lepszej kury do tego nie ma!  (Jedna z szefowych krajowego związku adwokatów była znanym i drapieżnym działaczem proimigracyjnym, aktualnie nie jest szefową tej organizacji, ale z powodzeniem - dla siebie, oczywiście - pełni inne stanowiska w szwedzkiej polityce... wyguglajcie Anne Ramberg). Wszystko za nasze pieniadze, oczywiście, które trafiają w te prywatne kieszenie. To jest po prostu nowy ogromny biznes, nie żadne działanie humanitarne.

Summa summarum. Uważam, że Szwecja zachowała się najlepiej jak mogła, a to, co należy zmienić to podejście do osób starszych - sposób opieki nad nimi, pielęgnowanie więzi między pokoleniami, szanowanie doświadczenia i mądrości seniorów. Ale to nie ma nic wspólnego z wirusem, to jest mentalność Szwedów i problem znany od dawna. Wykreowany przez marksizm, który za cel postawił sobie rozerwać wiezy rodzinne i stworzyć nowego socjalistycznego człowieka.


3 lutego 2020

A.D. 2020

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

To będzie – już jest – rok pełen ważnych wydarzeń. Mój pierworodny syn idzie do pierwszej komunii świętej. Czuję jakby jeden ogromny ciężar mi zdjęto z barków, no może jeszcze nie całkiem zdjęto, ale już czuję zapach wolności 😉

To było bardzo ciężkie dwa i pół roku. Każdy, kto wchodzi w jednostronny związek musi zdawać sobie z tego sprawę przed wejściem. Nie dość, że wszystko, co dotyczy wiary katolickiej jest na barkach jednej osoby, to jeszcze ta druga nie zawsze rozumie. Co to znaczy, że trzeba iść na mszę w niedzielę, i to w każdą, dlaczego to trwa pół dnia, i dlaczego w ogóle chodzicie tam i w sobotę, i w niedzielę. Małe żywe dziecko też woli pójść pograć w piłkę niż siedzieć przez trzy godziny w klasie. Jak je przekonać...? Przed niektórymi weekendami miałam ściśnięty żołądek dopiero w niedzielę wieczorem puszczało. Muszę przyznać, że mam wielki kredyt u Anioła Stróża, wyszłam cało z takich weekendów, że nie spodziewałam się nawet.

Bardzo poważnie traktuję moje zobowiązanie do wychowania dzieci w wierze. I to nawet nie chodzi o zobowiązanie, o to, że przyrzekałam podczas chrztu. Ale o to, że swoje dzieci się kocha bardziej niż siebie samego i chce się im dać wszystko to, co najlepsze. Czyli przede wszystkim naukę o zbawieniu duszy ludzkiej. Chce się kształtować ich charakter i sumienie, żeby wiedziały jak wybrać dobrą drogę. Jak się nie załamać, gdy jest ciężko. Jak żyć z głową w chmurach i twardo na ziemi. Jak być wdzięcznym za życie i jego dary.

Ale relacja z dziećmi to jedno, świat widzialny ma swoje wymagania i rubryczki. Proboszcz nie dopuści do komunii dziecka, które nie chodzi pilnie na katechezę. Pilnie, czyli minimum 80% obecności – tak to ponoć określił, katechetka kilkakrotnie komunikowała to rodzicom. Szwedzkie katechezy są w niedziele po mszy, co dwa tygodnie. Polska misja z kolei organizuje katechezy w soboty, w środku dnia, co tydzień. W mojej sytuacji odpada taki tryb, zatem wybraliśmy szwedzkie. Kilkoro dzieci z klasy syna chodziło na nie, było łatwiej. Oczywiste, że dziecko chętniej chodzi jeśli ma tam dobrych kolegów. A i mi na tym zależy, to wzmacnia przekaz.

Ale potem zrobiło się trudno – okazało się, ze czasem szwedzka katecheza koliduje z polską mszą, która co dwa tygodnie była w kościele w Lundzie. Były zatem niedziele, kiedy syn nie poszedł na katechezę tylko był ze mną na mszy. W przeciwnym razie musiałabym być na dwóch mszach, bo na polskiej śpiewałą schola, którą od 5 lat prowadzę.Czasem byłam, czasem nie dawałam rady...

Wtedy to pierwszy raz usłyszałam regułę „80%” i okazało się, że syn jest zagrożony. Ze będzie musiał powtarzać pierwszą klasę. Większość klasy była w tej samej sytuacji, potem się okazało, musieliśmy przyjść na dodatkową półdniową katechezę w pewien wakacyjny dzień i wymaganiom rubryczek stało się zadość.

W drugiej klasie była przebudowa kościoła. Wszystko stanęło na głowie, katecheza tylko raz w miesiącu – za to przez 3 godziny. Żeby nie jeździć w te i we wte, to w końcu 15 km od domu, czekałam, aż skończą. Zaczęłam w związku z tym pomagać i przygrywać czasem na gitarze, gdy katechetka poprosiła. Nauczyć się szwedzkich piosenek religijnych. Zorganizować czas Kubusiowi, który zawsze jechał z nami, 3 godziny to sporo dla czterolatka. 

A w niedzielę osobne wyjście na mszę, oczywiście, już na polską mszę jechaliśmy, bo dzieci wolą się modlić po polsku. Daliśmy radę, poznałam przy tym kilku fajnych rodziców i miałam poczucie głębokiego zaangażowania w tę edukację syna. Kubusiowi nie stała się krzywda od czekania abi od nadmiaru kościoła...

W trzeciej – obecnej – klasie katechezy przeniesiono na niedziele... Przypominam, że kościół dalej był w przebudowie, do grudnia 2019, wiec dalej pożyczaliśmy katdrę od protestantów. Oczami katechetki miało być tak - na porannej mszy w katedrze dzieci siedzą z nią. A zatem musimy wstać w tę niedzielę o 7 rano, tyle potrzeba, żeby zjeść śniadanie, ubrać się i zdążyć do Lundu na mszę o 8:30. Msza trwa 1,5 godziny, ksiadz proboszcz lubi kadzidło, długie procesje wejścia i wyjścia, długi hymn po komunii (zawsze zaczynamy śpiew po zakończeniu mycia naczyń i zawsze spiewa się wszystkie zwrotki). Zatem o 10 zaczyna się ta katecheza, przez 3 godziny. W tym czasie ja i Kubuś musimy szwędać się po Lundzie... ze dwa razy poszliśmy do wspólnych znajomych z Lundu, ale wtedy Kami był zawiedziony, bo on też ich bardzo lubi i też chce do nich iść, a nie siedzieć na katechezie nieprzyjemną szwedzką katechetką (dzieci jej nie lubią, niestety, to też nie pomaga)...

Od stycznia wrócił tryb z pierwszej klasy, katechezy krótsze, co dwa tygodnie, po mszy. W czasie katechezy rodzice siedzą przy kawie i gadają. Teraz już nie przeszkadza mi to, ze czasem jest kolizja z polską mszą, to już nic w porównaniu z trzema godzinami czekania. Jedziemy na pierwszą, szwedzką mszę, Kami jest na niej sam a ja ze scholą prowadzę próbę przed polską mszą o 12.

Przez te trzy lata każdy weekend to jest żonglerka – w szwedzkiej dziecięcej lidze wszystkie mecze są zawsze w weekendy, bardzo często w niedziele rano właśnie. Nowa świecka tradycja, tu już prawie nikt nie chodzi do kościoła. Musiałam się nauczyć odmawiać uczestnictwa w meczu, chociaż syn uwielbia grać mecze i za każdym razem był zawiedziony. Ale tłumaczyłam, co jest najważniejsze, dzieki temu, że ma w kościele już wielu bliskich kolegów zawsze rozumiał i bez większych histerii rezygnował. Gorzej jak były zaproszenia na urodziny czy wyjazdy.

Jeszcze tylko 3 miesiące, już czuję, że ciśnienie wyraźnie spadło. Wiem, że wielu rodziców czuje odwrotnie, że teraz to wydatki i góra przygotowań. Nie wiedzą co mówią 😊 Wydatki to NIC przy trzech latach stawania na rzęsach i łzach w oczach dziecka, które nie mogło pójść pobawić się w kolegami. Bo nie zda z religii.

Teraz to już tylko przyjemość i ulga, że daliśmy radę przygotować się.

W naszym przypadku zaplanowałam, że sama ceremonia komunii będzie we Wrocławiu, w parafii taty chrzestnego na Wittiga. To umożliwi naszej rodzinie i bliskim przyjaciołom być z nami w ten ważny dzień. Lokalny ksiądz się zgodził, nawet restaurację udało się znaleźć, co wcale nie jest oczywistością (czego się dowiedziałam, jak zaczęłam szukać). Ale Pan Bóg pobłogosławił i w tym!

Mamy jeszcze jedną małą trudność przed sobą, a mianowicie szkołę, która nie chce dać nam kilku dni urlopu. Od marca do połowy maja odbywają się w Szwecji egzaminy porównawcze, które wszyscy trzecioklasiści powinni pisać, zatem szkoła podjęła decyzję, że w tym okresie nikomu nie daje urlopu. Zaczęłam już negocjacje z dyrekcją, zobaczymy, ale póki co mam nadzieję, że nasza katolicka (sic!) szkoła nie będzie robić niepotrzebnych przeszkód. Dyrektor jest wierzący, także mam nadzieję, że zrozumie mój argument, że w trzeciej klasie nie ma dla dziecka nic ważniejszego niż pierwsza komunia święta, więc jeśli będzie kolizja z egzaminem to prosimy o zmianę terminu egzaminu, jeśli to możliwe, a jeśli nie to o potraktowanie tej nieobecności za usprawiedliwioną.

Bardzo prosimy o dalsze kibicowanie naszej rodzinie i modlitwę o usunięcie pozostałych przeszkód, oraz o dobrą spowiedź i głębokie przyjęcie Eucharystii przez Kamyczka.


30 października 2019

Trochę historii

Od spotkania powstaje album "historia dwójki".

Znalazłam się na kilku zdjęciach. Łezka w oku.

Pierwszy obóz i moja ówczesna wachtowa


 Rok 1991

Rok 1991

 Rok 1991 albo 1992

 Rok 1991 albo 1992


Tutaj mnie jeszcze nie ma, to chyba 1989 albo 1990, ale pokazuje standardowy rozładunek sprzętu na obozie:) Wcześniej trzeba to było zapakować na naczepę, oczywiście, rękami tych samych harcerzy.


O Stanicy i życiu


Trochę cicho tu, wiem. Za to na codzień życie buzuje jak szalone.

Mam tak mało zajęć na codzień*, że wymyśliłam niedawno wyborczą wycieczkę do Polski. Chciałam tanio i na krótko, więc bez dzieci. A zatem w piątek wieczorem Wizzem do Pyrzowic za 250 SEK, potem busikiem do dworca w Katowicach, nocleg w hostelu, pociąg w sobotę rano. Poczułam się jak 20 lat temu, kiedy w ten sposób podróżowałam z harcerzami. Bez etapu samolotu, oczywiście. W poniedziałek rano to samo, tylko w drugą stronę, prosto do biura. Całość zamknęła się w cenie 300 złotych.

W przedwyborczą sobotę moja pierwsza drużyna harcerska - 2 WrŻDH - zrobiła nieformalne spotkanie "po latach". Niedawno odnowiłam z niektórymi kontakty (już teraz fejs wie o mojej przeszłości sprzed fejsa chyba wszystko!) - i spontanicznie zorganizowano "zbiórkę na Stanicy".

Trochę nerwowo, ale z ciekawością, pojechałam rowerkiem do naszego harcerskiego ośrodka wodnego (HOW) Stanicy. Czy będę mieć z kim rozmawiać, czy na żywo rozpoznam ludzi, czy przywołam ich imiona... niektórych zresztą znało się głównie z ksywek ;) Potem doszedł strach, że będę musiała sto razy opowiedzieć jak trafiłam do Szwecji, co tam robię, dlaczego mam dziwne nazwisko... 

Ale jakoś to poszło. Z tymi trudnymi tematami, okazało się, że ludzie rozumieją więcej niż myślę, są mniej ciekawscy niż średnia a jednocześnie... mam do siebie tak ciepły stosunek i otwarte oczy na świat, że w zasadzie nie trzeba nikomu nic wyjaśniać. Ot życie nam się przydarzyło.

Spotkanie było niesamowicie fajnym czasem. Kolega określił to potem, że w jednym miejscu zgromadziła się większość ludzi z listy Tych-Którzy-Wywarli-Duży-Wpływ-Na-Moje-Życie. Miałam dokładnie takie samo wrażenie. Nawet nie chodziło o jakąś tanią nostalgię, ale uświadomiłam sobie jak wiele zawdzięczam tamtemu miejscu, tamtej drużynie harcerskiej i że to, kim jestem dzisiaj, formowało się wtedy.




Jak to było, że ja tam trafiłam? Zapytałam mamy, ale nie pamiętała szczegółów. Moja pamięć mówi, że w czerwcu 1990 amam zastanawiałą się, co z nami na wakacje zrobić i poszła nas zapisać na obóz harcersko-żeglarski. Ale dlaczego akurat taki? Może dlatego, że rok wcześniej byłam z siostrą w Kanadzie i tam byłyśmy przez dwa miesiące na półkoloniach żeglarskich, wtedy to był nasz pierwszy – i jakże intensywny – kontakt z pływaniem. Wróciłyśmy zachwycone i obkute w nazwy takielunku po angielsku. Także może prawdziwe korzenie tej sprawy tkwią właśnie w Kanadzie..? Mama zobaczyła, jak nas to wciągnęło i chciała, żebyśmy pokontynuowały?

Tego nie dowiem się nigdy, na sądzie ostatecznym może.

Grunt, że wtedy właśnie prawdziwie włączyłam się w ten najpiękniejszym ruchem, jaki istnieje w Polsce – harcerstwo.

Drużyna okazała się być bardziej środowiskiem żeglarskim niż harcerskim. Intensywnie się szkoliliśmy i szybko porobiłam patenty. Potem zaczęły się rejsy zatokowe i morskie, Mazury tylko jako przerywnik. Miałam jednak wielkie pragnienie pójścia wgłąb harcerskiej służby, dlatego po kilku latach odeszłam z drużyny i zaczęłam prowadzić swoją.

Przyznam, że lekceważyłam długo tę pierwszą – „dwójkę”. Teraz zobaczyłam ją w zupełnie innym świetle.

To była potężna siła i żaden przypadek.

Na tym spotkaniu poznałam pierwszego drużynowego, jeszcez z lat 70-tych. Na tym naszym ognisku, dla „weteranów”, wygłosił gawędę o początkach drużyny i swojej wizji. Andrzej okazał się człowiekiem pełnym wiary w Boga i oddanym Sprawie – żeglarstwo zawsze było czynnikiem, który miał przyciągać młodych, a harcerstwo miało ich potem wychowywać i przemieniać. No i dokładnie to stało się ze mną.

Pomijając aktywność towarzyską czy w Kościele, ale całe moje życie byłam przekonana, że to nie studia zapewniły mi dobre prace i ciekawy rozwój kariery. To wszystko dzięki talentom, odwadze i wewnętrznej spójności, rozwiniętym w harcerstwie i podczas rejsów. Na morzu nie ma srania po krzakach, jak to się mówiło – navigare necesse est, vicere non est necesse



Dwójki już nie ma ponoć. Na Stanicy działają dwie inne drużyny, ponoć duch w narodzie podupadł.

Ale może właśnie dzięki takim spotkaniom powróci to, co tak ważne?

Już rozpaliło się ognisko,
Dając nam dobrej wróżby znak.
Siedliśmy wszyscy przy nim blisko,
Bo w całej Polsce siedzą tak
Siedzą harcerki(rze) przy płomieniach
Ciepły blask ognia skupia je(ich),
Wszystko co złe to szuka cienia
Do światła dobro garnie się
Mówiłeś, druhu komendancie,
Że zaufanie do nas masz,
Że wierzysz w nasze szczere chęci,
Wszak ty harcerskie serca znasz.
Warunki tylko warunkami,
Od dawna już słyszymy to,
Lecz my jesteśmy harcerzami
I zwyciężymy wszelkie zło.




*sarkazm 😊

13 września 2019

Niebieski!

Wczoraj w sklepie muzycznym.

Od kilku dni woziłam gitarę w samochodzie, bo nie znajdowałam czasu na pojechanie do muzycznego. W końcu udało się po szkole syna, więc był ze mną. Załatwiliśmy sprawę z gitarą, pan był super pomocny i miły. Teraz czas na relaksik - idziemy na oddziały z perkusjami, pianinami i ukulele, dziecko ciekawe świata. Sama zresztą lubię pobuszowac w sklepie muzucznym.

W końcu zobaczył harmonijki. Oczy mu się zaświeciły i przypomniał sobie, że od dawna marzył.

No to wybieramy. Mają różne kolory, to takie modele pod dzieci.

Nasz pan od gitary obsłużył innych i wraca do nas. A my sobie gadamy po polsku, drogą eliminacji zostały dwa kolory:

- To jaki chcesz kolor, Kami, czerwony czy niebieski?

Kami myśli... i myśli... szwedzki sprzedawca się wtrąca i mówi po polsku:

- NIEBIESKI.

I dodaje, już po angielsku:

- Tak jak drugie pole na torze żużlowym.

Oniemiałam na chwilę. Ale natychmiast sprostowałam:

- No chyba,  że mamy mecz ligowy.

Pan się zaśmiał i zgodził ze mną. Dużo tych meczy ligowych ostatnio oglądam, jest z czego być dumnym. No i czasem łezka się zakręci na widok Olimpijskiego...

Natychmiast dodałam, żeby wiedział, kto tu rządzi:

- Sparta Wrocław!!!!

A pan na to:

- Tak, wiem, jedzie w finale z Unią Leszno. Powodzenia!

Teraz po prostu zbaraniałam. Szwed zna polską ligę! Najwyraźniej też ma polski Canal+ bo zna kolory kasków po polsku :)

Chwile  porozmawialiśmy. Pan Jonas oczywiście wiedział także, że Bartosz Zmarzlik jest kandydatem na zwycięzcę cyklu Grand Prix.

Potem się okazało, że zna mojego kolegę z pracy, Konrada, który jest byłym zawodnikiem i kiedyś jeździł w Włókniarzu (NB niesamowicie fajny kolega z niego, Polak pełną gębą ale urodzony w Szwecji, bezcenna skarbnica wiedzy o szwedzkim systemie - bo zna go od środka i nie kupuje propagandy mediów).

Jaki mały ten świat. Od razu milej mi się mieszka w Szwecji.

Jutro znowu pójdziemy do sklepu muzycznego, Kubuś chce czerwoną harmonijkę. Może Spartanie już wejdą jedną noga na to złote podium...?



20 sierpnia 2019

Postny chlebek

Mała dygresja, ale trochę w temacie poszczenia :)

Któryś z dawnych czytelników bloga pytał mnie kiedyś o ciasteczka do piwa. Wtedy nie znałam takich, ale teraz chętnie pomogę. W Szwecji to dość znany chlebek, nawet doczekał się gotowych mieszanek w supermarketach - wystarczy dodać mąkę i wodę i upiec.

Ale ten chlebek bardzo łatwo zrobić w każdych warunkach, a w mojej rzeczywistości postu Daniela idealnie nadaje się na wyjście (trzeba pilnować węglowodanów i glutenu, najlepiej żeby go nie było). Także dzisiaj piekę, bo wczoraj skończyłam 14-ty dzień!

Nadaje się też jako przekąska do piwa, jak wspomniałam wyżej.

Składniki:

1 dl ziarenek słonecznika
1 dl pestek z dyni (obranych!)
1 dl sezamu
1 dl siemienia lnianego
Można dosypać 2 łyżki chia, można dodać suszone warzywa
Sól

Dodać ulubionych przypraw, polecam zacząć od samej soli i potem dopiero kombinować :)

Mieszankę zalać wrzątkiem, tak, żeby tylko przykryło, ok 2 dl to będzie.

Dodać 2 łyżki łagodnego oleju (uwaga na oliwę z oliwek, potrafi być gorzka i zepsuje smak!).

Dosypać 2-3 dl mąki kukurydzianej, ma wyjść konsystencja pasty.

Pieczenie:

Przygotować blachę z papierem do pieczenia, uformować z ciasta płaskie paski o szerokości ok 5-6 cm, grubości 2-3 mm. Im cieńsze, tym lepsze. Ponacinać potem łopatką w poprzek, żeby wydzielić "kromki" chlebka. Można też "zalać" całą blachę i potem kroić, jak komu łatwiej.

Piec w 180C przez ok. 1 godzinę - trzeba dogądać, zeby się nie przypaliły. Mają być złociste.

Chlebek jest przepyszny, nawet moje dzieci uwielbiają. Piszę nawet, bo dzieci ponoć nie lubią twardych rzeczy typu skórki od chleba, ale ten im bardzo wchodzi. Ten jest kruchy, ale nie twardy.

zdjęcie pożyczone stąd

13 sierpnia 2019

Szukam, szukania mi trzeba

Wakacje w Polsce to zawsze bardzo intesywny czas, w którym bardzo trudno cokolwiek kontrolować. Każdy uczestnik wakacji ma swoje oczekiwania a ja próbuję to posklejać. Za każdym razem obiecując sobie, że to ostatnie wakacje w Polsce, że więcej nic nie organizuję, bo i tak każdy niezadowolony.

Oczywiście na wyjeździe każdemy serca się krają, lecą łzy i zawsze słyszę "mamo, bylo super, dlaczego nie możemy mieszkać w Polsce".

No na razie nie możemy, trzeba się modlić o pomyślne wiatry, tak to ujmę.

Czasem zastanawiam się, czy warto wracać na te krótkie okresy, może to jest ta ręka, co została na pługu gdy trzeba iść za Nauczycielem...? Ale jak nie wracać, jak nie pokazać korzeni, ja można zaniedbać matkę? Czcij ojca swego i matkę swoją przecież. No i otwieram dzieciom drzwi, których nawet nie widzą w Szwecji (klik klik filmik z półkolonii sportowych)...


Byliśmy w Karkonoszach przez kilka dni, siostra ma tam domek. Była gitara, pogodne noce na tarasie i orkiestry świerszczy wieczorami. Teraz dzieci chodzą i śpiewają na cały głos "niechaj zalśni Bukowina w barwie malin" oraz "Sielankę o domu".

Już przed wakacjami odkopałam stare śpiewniki, kiedy to nasza szwedzka schola spotykała się na różnych grillach i innych kawkach. Okazuje się, że są piosenki, które prawie wszyscy moim znajomi Polacy znają - to stare "turystyczne" ballady oraz poezje w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa, Wolej Grupy Bukowina, Grechuty i Elżbiety Adamiak...

Zaśpiewałam niektóre z tych piosenek pierwszy raz od wielu lat. Najpierw nie byłam w stanie wyśpiewać niektórych, bo przyszło ogromne wzruszenie i bardzo zatykało mi gardło. Potem się zasmuciłam, bo zobaczyłam jak daleko odeszłam od tych ideałów.

Chodzą ulicami ludzie
Maj przechodzą lipiec, grudzień
Zagubieni wśród ulic bram
Przemarznięte grzeją dłonie
Dokądś pędzą, za czymś gonią
I budują wciąż domki z kart.

A tam w mech odziany w kamień
Tak zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak.
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj znajdziesz jeśli szukasz
Zechcesz nowy świat, własny świat.

Płyną ludzie miastem szarzy
Pozbawieni złudzeń, marzeń
Omijając wiąż główny nurt.
Kryją się w swych norach krecich
I śnić nawet o karecie
Co lśni złotem nie potrafią już.

A tam w mech…

Żyją ludzie asfalt depczą
Nikt nie krzyknie, każdy szepce
Drzwi zamknięte zaklepany krąg.
Tylko czasem kropla z oczu
Po policzku w dół się stoczy
I to dziwne drżenie rąk.

 Stałam się właśnie takim człowiekiem miastem szarym, pozbawionym marzeń i złudzeń. 


Może nie całkiem tak, nie kryję się w żadnej norze kreciej ani nie przepraszam, że żyję, ale rzeczywiście moim jedyym marzeniem jest teraz wychować dzieci na ludzi. Wiecie o co chodzi, nie będę rozwijać. Reszta to środki do celu. 

A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie... pachnący i słoneczny... Zaproszę dzień i noc, zaproszę cztery wiatry. Dla wszystkich drzwi otwarte, ktoś poda pierwszy ton, zagramy na góry koncert.
(...) A zmęczonym wędrownikom odpocząć pozwolą muzyką, bo taki będzie mój dom.

Cóż... mimo deklaracji sprzed lat mój dom taki nie jest. Owszem, śpiewamy w nim, dzieci uwielbiają śpiewać... ale nie jest to dom spontaniczny ani pełen szalonych pomysłów. Mój mąż zdecydowanie nie jest typem romantycznego barda, stąpa twardo po ziemi. Czy to ten zaklepany krąg...?

Z drugiej strony, romantyczni bardowie źle kończą...

Może to po prostu odwieczy konflikt serca i rozumu, a może kryzys wieku średniego mnie dopadł...

Po przyjeździe z gór do Wrocławia biegałam i myślałam...  Oczywiście wszystkie trasy musiały dotrzeć do ukochanej Odry, także w głowie brzmiało mi O dobra rzeko, o mądra wodo...

 
Wróciliśmy. Praca, szkoła (od dzisiaj!), treningi...

Ale coś się zmieniło. Przypomniałam sobie, że nie chcę żyć z nosem przy ziemi. Chcę znowu zacząć marzyć. Teraz trzeba do tego być odpowiedzialym, nie tak jak kiedyś.

Nie wiem jeszcze co i jak trzeba zrobić.

Przyznam się Wam, że podjęłam w tej intencji post Daniela. O światło Ducha Świętego, który przecież wieje kędy chce i działa w poprzek wszystkich utartych schematów.

Szukam, szukania mi trzeba, domu gitarą i piórem
A góry nade mną jak niebo, a niebo nade mną - jak góry.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...