Udało się!
Upiekłam idealne PANDORO (po włosku: "chleb ze złota") w charakterze baby wielkanocnej.
Po wielu próbach i testowaniu różnych przepisów, do których notabene bardzo trudno jest dotrzeć, bo są ponoć pilnie strzeżoną tajemnicą cukierników z Werony, wyszło mi takie, jak pamiętam z Włoch. Miękkie, pachnące wanilią, wilgotne. Najlepsze drożdżowe ciasto świata.
I chyba najbardziej pracochłonne.
Rośnie na cztery raty, po dwie godziny za każdym razem, cały dzień doglądania ciasta. Każdy etap odhaczam na kartce, bo łatwo się zgubić... Poza tym nie jest bardzo trudne - mój robot kuchenny (ooops, przepraszam, kiczen asistant!) najcięższą pracę wykonuje za mnie :)
Polecam na kolejne święta (na te już nie zdążycie!). Składniki:
610 g mąki pszenej
250 g masła
200 g cukru
35 g drożdzy
8 jaj (1 całe i 7 żółtek)
1 dl śmietany 18% lub 34%
pół szklanki mleka
cukier waniliowy lub wanilia
starta skórka z cytryny (opcjonalnie - ja nie dodałam)
cukier puder do posypania/lukru
Kroki:
1. Zaczyn. Pokruszone drożdże + 75g mąki + 10 g cukru + 1 żółtko + 2-3 łyżki letniej wody.
Dokładnie rozmieszać łyżką, zostawić do wyrośniecia w ciepłym miejscu
czas rośnięcia: 2 h
2. Dodać 160 g mąki + 3 żółtka + 30 g miękkiego masła w kosteczkach + 90 g cukru + połowa mleka
Dodać do zaczynu i wyrobić, ok. 10 minut. (tu wchodzi robot kuchenny). Przykryć ściereczką, zostawić do wyrośniecia
czas rośnięcia: 2 h
3. Dodać resztę mąki (ok 400 g) + 30 g miękkiego masła w kosteczkach + resztę cukru + 1 całe jajo (rozbełtane) + 3 żółtka + reszta mleka
Dodać do poprzednio wyrobionych składników i ponownie wyrobić, ok. 10 minut. Przykryć ściereczką, zostawić do wyrośniecia
czas rośnięcia: 2 h
4. Dodać wanilię (i cytrynę, jeśli ktoś lubi), śmietanę, roztopioną i przestudzoną resztę masła. Wyrobić aż wszystkie składniki się dobrze połączą. Ciasto będzie dość tłuste, ale lekkie i pulchne.
5. Przełożyć do dwóch foremek posmarowanych masłem i oprószonych cukrem pudrem.
Pozostawić do wyrośnięcia tak długo, aż ciasto dorośnie do brzegów formy. U mnie to było kolejne 1,5 godziny.
czas rośnięcia: ile zabierze
6. Nagrzać piekarnik do 190C. Włożyć formy z ciastem, po ok 20 min zmniejszyć temperaturę do 160C. Piec kolejne 20 min (czas pieczenia to ok 40 min).
Pozostawić w nagrzanym piekarniku aż ostygnie, wyjąć z foremek. Posypać cukrem pudrem (albo polać lukrem - jedną babę zrobiłam z cukrem, drugą - z lukrem).
Palce lizać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Italia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Italia. Pokaż wszystkie posty
26 marca 2016
29 stycznia 2015
Andrut z nutellą
Chyba na zasadzie kozy (tej co to trzeba kupić jak w mieszkaniu ciasno, żeby potem sprzedać i cieszyć się luzem - żydowski przedwojenny dowcip) wymyśliłam, że zrobimy DOMOWĄ NUTELLĘ.
Kami ostatnio męczył mnie o naleśnika z nutellą, na co niezmiennie odpowiadałam "dobrze, ale najpierw musimy zrobić nutellę, bo nie będziesz jadł tego kupnego syfu". Bo właśnie, postanowiłam zrobić detoks od wszelkich kupnych cukrów, tłuszczy trans i takich tam. A nutella - jak się okazuje - jest pełna tego "dobrodziejstwa".
Domowa też zawiera cukier, nie powiem, ale nie ma konserwantów, barwników ani innych E. Tylko tyle, co w dodawanej czekoladzie - lepiej więc wybrać "lepszą". Po prostu, jak się wysilać to z jak najlepszym skutkiem.
Przepis znalazłam dawno temu na blogu Crust and Dust, ale dopiero dziś zajęłam się produkcją. Kubuś zasnął na poranną dżemkę, Kami zajął się jedzeniem naleśnika z dżemem, a ja chyba nudziłam się.
Składniki:
1 2/3 szklanki orzechów laskowych (dałam 1 szkl. takich i 2/3 szklanki pecan - tak miałam)
1 3/4 szklanki pełnego mleka
7/8 szklanki mleka w proszku (to prawdziwe wyzwanie znaleźć ten składnik w szwedzkim supermarkecie! był na półce "do wypieków", jedna marka, oczywiście...)
3 łyżki miodu wielokwiatowego
szczypta soli
100 g czekolady gorzkiej
200 g czekolady mlecznej
1. W piekarniku uprażyć orzechy laskowe - ok. 5-8 min w 180C. Aż popękają skórki. Potem wyjąć je delikatnie z blachy do ścierki bawełnianej (rozłożyłam ścierkę na głębokim talerzu) i pocierać porzechami o siebie w tym tobołku. Uwaga, gorące. Czasem orzech lubi wypaść, nic to, Kami chętnie podniesie. Bo Kami bardzo się zainteresował moją aktywnością w kuchni, aż porzucił Bolka i Lolka!
2. W tym czasie zrobić miksturę mleczną: w garnuszku z grubym dnem zagotować mleko, mleko w proszku, miód, sól. Trzeba cały czas mieszać, inaczej się przypala. Po zagotowaniu zdjąć z ognia i ostudzić.
3. W kąpieli wodnej rozpuścić czekolady.
4. Zmielić orzechy na "gęstą płynną masę o jednolitej konsystencji". Mój młynek nie jest zbyt mocny (za 70 złotych, z saturna) i tylko pecany mieliły się na masę. Laskowe gorzej, ale jakoś dałam radę.
5. W misce wymieszać orzechy z czekoladą. Dodać masę mleczną i wymieszać dobrze.
GOTOWE!
Nutella wydaje się rzadka, ale szybko gęstnieje. Ilość to około 2 słoiki. Smak - cudowny!!! jak "prawdziwej" nutelli, ale LEPSZY!!
Ale to nic. Przypomniałam sobie, ze przepis mówił, że taka nutella wytrzymuje około tygodnia. Wiadomo, nie ma konserwantów. Jakimś kątem świadomości przywołałam leżące w szafce wafle domowe, kupione dawno temu dla "pischingera kajmakowego". W naszym domu mówiło się na to andrut. Nie wiem dlaczego. Był to bardzo popularny deser, jakoś w latach osiemdziesiątych - babcia robiła z masą kakaową, taką maślaną, a potem właśnie z nutellą.
Pomyślałam, że mój nie-idealnie-aksamitny krem idealnie nada sie do przełożenia wafli.
No to przełożyłam.
Kami cały czas dzielnie asystował. Szczególnie zainteresowały go odkrawane brzegi wafli. Jako że leżały z pół roku w szafce lekko się obszczerbiły. Kami zrobił z nich swój andrut i włożył do lodówki, "żeby wystygł, mamo".
A na koniec zmartwił się co zrobimy z tymi najmniejszymi kawałkami. I tu pomysłowy mamamir wymyślił kulki z nutelli. Pokruszyliśmy wszystko na drobniutkie okruszki, dodaliśmy 2-3 łyżeczki nutelli i uformowałam kulki. "O, to takie jak robiliśmy w przedszkolu".
Synu... żartujesz chyba.,.. w przedszkolu nie mieliście nutelli domowej roboty!!!
Jak tylko skończyliśmy obudził się Kubuś i życie wróciło do normy. Kupa, karmienie, ćwiczenia na macie. Najgorzej to nudzić się całymi dniami, nie?
Kami ostatnio męczył mnie o naleśnika z nutellą, na co niezmiennie odpowiadałam "dobrze, ale najpierw musimy zrobić nutellę, bo nie będziesz jadł tego kupnego syfu". Bo właśnie, postanowiłam zrobić detoks od wszelkich kupnych cukrów, tłuszczy trans i takich tam. A nutella - jak się okazuje - jest pełna tego "dobrodziejstwa".
Domowa też zawiera cukier, nie powiem, ale nie ma konserwantów, barwników ani innych E. Tylko tyle, co w dodawanej czekoladzie - lepiej więc wybrać "lepszą". Po prostu, jak się wysilać to z jak najlepszym skutkiem.
Przepis znalazłam dawno temu na blogu Crust and Dust, ale dopiero dziś zajęłam się produkcją. Kubuś zasnął na poranną dżemkę, Kami zajął się jedzeniem naleśnika z dżemem, a ja chyba nudziłam się.
Składniki:
1 2/3 szklanki orzechów laskowych (dałam 1 szkl. takich i 2/3 szklanki pecan - tak miałam)
1 3/4 szklanki pełnego mleka
7/8 szklanki mleka w proszku (to prawdziwe wyzwanie znaleźć ten składnik w szwedzkim supermarkecie! był na półce "do wypieków", jedna marka, oczywiście...)
3 łyżki miodu wielokwiatowego
szczypta soli
100 g czekolady gorzkiej
200 g czekolady mlecznej
1. W piekarniku uprażyć orzechy laskowe - ok. 5-8 min w 180C. Aż popękają skórki. Potem wyjąć je delikatnie z blachy do ścierki bawełnianej (rozłożyłam ścierkę na głębokim talerzu) i pocierać porzechami o siebie w tym tobołku. Uwaga, gorące. Czasem orzech lubi wypaść, nic to, Kami chętnie podniesie. Bo Kami bardzo się zainteresował moją aktywnością w kuchni, aż porzucił Bolka i Lolka!
2. W tym czasie zrobić miksturę mleczną: w garnuszku z grubym dnem zagotować mleko, mleko w proszku, miód, sól. Trzeba cały czas mieszać, inaczej się przypala. Po zagotowaniu zdjąć z ognia i ostudzić.
3. W kąpieli wodnej rozpuścić czekolady.
4. Zmielić orzechy na "gęstą płynną masę o jednolitej konsystencji". Mój młynek nie jest zbyt mocny (za 70 złotych, z saturna) i tylko pecany mieliły się na masę. Laskowe gorzej, ale jakoś dałam radę.
5. W misce wymieszać orzechy z czekoladą. Dodać masę mleczną i wymieszać dobrze.
GOTOWE!
Nutella wydaje się rzadka, ale szybko gęstnieje. Ilość to około 2 słoiki. Smak - cudowny!!! jak "prawdziwej" nutelli, ale LEPSZY!!
Ale to nic. Przypomniałam sobie, ze przepis mówił, że taka nutella wytrzymuje około tygodnia. Wiadomo, nie ma konserwantów. Jakimś kątem świadomości przywołałam leżące w szafce wafle domowe, kupione dawno temu dla "pischingera kajmakowego". W naszym domu mówiło się na to andrut. Nie wiem dlaczego. Był to bardzo popularny deser, jakoś w latach osiemdziesiątych - babcia robiła z masą kakaową, taką maślaną, a potem właśnie z nutellą.
Pomyślałam, że mój nie-idealnie-aksamitny krem idealnie nada sie do przełożenia wafli.
No to przełożyłam.
Kami cały czas dzielnie asystował. Szczególnie zainteresowały go odkrawane brzegi wafli. Jako że leżały z pół roku w szafce lekko się obszczerbiły. Kami zrobił z nich swój andrut i włożył do lodówki, "żeby wystygł, mamo".
A na koniec zmartwił się co zrobimy z tymi najmniejszymi kawałkami. I tu pomysłowy mamamir wymyślił kulki z nutelli. Pokruszyliśmy wszystko na drobniutkie okruszki, dodaliśmy 2-3 łyżeczki nutelli i uformowałam kulki. "O, to takie jak robiliśmy w przedszkolu".
Synu... żartujesz chyba.,.. w przedszkolu nie mieliście nutelli domowej roboty!!!
Jak tylko skończyliśmy obudził się Kubuś i życie wróciło do normy. Kupa, karmienie, ćwiczenia na macie. Najgorzej to nudzić się całymi dniami, nie?
30 kwietnia 2013
Szpinakowo
Mamy wreszcie wiosnę, więc małe zmiany w naszej kuchni. Za dużo ciężkiego jedzenia, trzeba trochę zieleniny wrzucić.
Odkryłam ostatnio świetny sposób na łososia. Nie lubię tej ryby, nie wiem dlazceg, przecież wszyscy przepadają, taka modna jest. No i mieszkamy w Szwecji, jak tu nie jeść ryb... ale jakoś leży mi na żołądku zawsze... tym razem postanowiłam pójść po linii najmniejszego oporu. Kupiłam gotowe ciasto francuskie, świeży szpinak i świeżego łososia.
Szpinak zblanszowałam na maśle, dodałam tylko sól. Potem położyłam łososia na cieście, obłożyłam szpinakiem, polałam oliwą z wyciśniętym czosnkiem, piekłam ok 30 min i ... voila! Było naprawdę pyszne, nawet Amir pochwalił. Choć za kuchnią tego typu nie przepada, wiadomo, za mało chilli...
A następnego dnia wykorzystałam resztki szpinaku na śniadanie, podpatrzone na blogu kwestia smaku. Skoro po FLORENCKU to nie mogłam nie spróbować.
Nauczyłam się przy tej okazji robić jajka w koszulkach, które zawsze mi się rozwalały. A tu proszę, jaka zdolna się okazałam:
Odkryłam ostatnio świetny sposób na łososia. Nie lubię tej ryby, nie wiem dlazceg, przecież wszyscy przepadają, taka modna jest. No i mieszkamy w Szwecji, jak tu nie jeść ryb... ale jakoś leży mi na żołądku zawsze... tym razem postanowiłam pójść po linii najmniejszego oporu. Kupiłam gotowe ciasto francuskie, świeży szpinak i świeżego łososia.
Szpinak zblanszowałam na maśle, dodałam tylko sól. Potem położyłam łososia na cieście, obłożyłam szpinakiem, polałam oliwą z wyciśniętym czosnkiem, piekłam ok 30 min i ... voila! Było naprawdę pyszne, nawet Amir pochwalił. Choć za kuchnią tego typu nie przepada, wiadomo, za mało chilli...
A następnego dnia wykorzystałam resztki szpinaku na śniadanie, podpatrzone na blogu kwestia smaku. Skoro po FLORENCKU to nie mogłam nie spróbować.
Nauczyłam się przy tej okazji robić jajka w koszulkach, które zawsze mi się rozwalały. A tu proszę, jaka zdolna się okazałam:
Żeby tak ugotować jajko trzeba je najpierw rozbić do miseczki (używam piałek). Potem miseczkę z jajkiem trzeba zanurzyć w gotującej się wodzie z odrobiną octu, chwilę potrzymać, sprawnym ruchem wlać do wody jajko i małą łyżką cedzakową "zbierać białko" (najlepsza jest taka z zestawu dziecięcego z ikei... ). Gotować 3-4 minuty, wody powinno być ok 4 cm na dnie garnka.
19 maja 2012
O pizzy
Wreszcie zrobiło się ciepło. Tak bardzo, że komary mnie pogryzły. I w aucie trzeba klimę włączać. I Kamyczka trzeba CAŁEGO myć po powrocie z placu zabaw.
Jako że mamy jeszcze babcię udało nam się trochę zmobilizować - dosłownie. Wyrwaliśmy się z naszej wsi i pokazaliśmy gościowi Vespę. Nawet nienajgorszą szwedzką włoską restaurację, pięknie położoną w porcie "zachodnim" (to nasza promenada do lansowania się).
Nienajgorszą w temacie pizzy, makarony bowiem okazały się rewelacyjne (zwłaszcza taki z kurczakiem i sosem z sera taleggio... co ja się naszukałam w internecie o co chodzi, próbowałam bowiem potem zrobić to danie używając gorgonzoli, ale nie wyszło jak w oryginale).
No i właśnie, dotarliśmy do sedna. Pizza szwedzka. A raczej szwedzka profanacja pizzy (Polacy mają swój sposób na sprofanowanie pizzy, przeważnie przez dodanie kukurydzy z puszki, ketchupu lub/i warzyw konserwowych... bleeeeeeeeeeeeee...).
Otóż - moim zdaniem, jako wielkiego amatora pizzy i w ogóle włoskiego jedzenia - pizza szwedzka ma z włoskiej tylko nazwę. Moja teoria na ten temat jest taka, że pizza szwedzka to tak naprawdę pizza... bliskowschodnia. W Libanie też mają pizze, nie wiem czy to sie u nich tak nazywa, ale zasada podobna. (Zresztą gdzie nie ma takiego dania, w Polsce, na przykład, są zapiekanki...). Cienkie ciasto, z mięsem (takim jak używają w kebabach i innych swoich daniach), sera raczej nie ma, ale za to są sosy - ostre, białe czosnkowe, może nawet hummus... Ciasto jest takie macowate, nie wiem nawet czy drożdżowe.
Włoska pizza to przede wszystkim ciasto - drożdżowe, długo rosnące - i najlepszej jakości składniki. Sama pizza ma być prostym daniem, niedopuszczalne jest kładzenie zbyt wielkiej ilości skłądników i mieszanie smaków. Zresztą - pisałam już o tym trochę.
W Szwecji wyrabianiem pizzy trudnią się głownie punkty z kebabem, dodali do niej ser (niemal nigdy nie jest to mozarella) i szwedzkie dodatki (tuńczyk, krewetki, szynka) i sprzedają jako PIZZĘ.
A Szwedzi naprawdę myślą, że jedzą pizzę.
Wiem od moich poprzednich pracodawców (Szwedów), że jak Szwed jedzie do Włoch to ... narzeka na pizzę. Bo nie jest taka jak być powinna... cieniutkie ciasto, mięso kebab i sos majonezowy (zwany szumnie "Béarnaise")....
W Vespie wspięli sie na wyżyny szwedzkiej sztuki pizzowania, bo pizza ma prawdziwie włoskie składniki i sos - mozarella, parmezan, rukola i szynka parmeńska nie mieszają się z kebabem i sosem a'la Béarnaise.
Ale ciasto robią jak wszędzie, niestety, pewnie według zasady "klient nasz pan"... boją się, że nikt nie kupiłby prawdziwie włoskiej pizzy.
Za to sama VESPA* całkiem prawdziwa, na wskroś włoska, a lokal gustownie urządzony.
* vespa - dosłownie "osa" po włosku, a także nazwa najsłynniejszego włoskiego skuterka...
Jako że mamy jeszcze babcię udało nam się trochę zmobilizować - dosłownie. Wyrwaliśmy się z naszej wsi i pokazaliśmy gościowi Vespę. Nawet nienajgorszą szwedzką włoską restaurację, pięknie położoną w porcie "zachodnim" (to nasza promenada do lansowania się).
Nienajgorszą w temacie pizzy, makarony bowiem okazały się rewelacyjne (zwłaszcza taki z kurczakiem i sosem z sera taleggio... co ja się naszukałam w internecie o co chodzi, próbowałam bowiem potem zrobić to danie używając gorgonzoli, ale nie wyszło jak w oryginale).
No i właśnie, dotarliśmy do sedna. Pizza szwedzka. A raczej szwedzka profanacja pizzy (Polacy mają swój sposób na sprofanowanie pizzy, przeważnie przez dodanie kukurydzy z puszki, ketchupu lub/i warzyw konserwowych... bleeeeeeeeeeeeee...).
Otóż - moim zdaniem, jako wielkiego amatora pizzy i w ogóle włoskiego jedzenia - pizza szwedzka ma z włoskiej tylko nazwę. Moja teoria na ten temat jest taka, że pizza szwedzka to tak naprawdę pizza... bliskowschodnia. W Libanie też mają pizze, nie wiem czy to sie u nich tak nazywa, ale zasada podobna. (Zresztą gdzie nie ma takiego dania, w Polsce, na przykład, są zapiekanki...). Cienkie ciasto, z mięsem (takim jak używają w kebabach i innych swoich daniach), sera raczej nie ma, ale za to są sosy - ostre, białe czosnkowe, może nawet hummus... Ciasto jest takie macowate, nie wiem nawet czy drożdżowe.
Włoska pizza to przede wszystkim ciasto - drożdżowe, długo rosnące - i najlepszej jakości składniki. Sama pizza ma być prostym daniem, niedopuszczalne jest kładzenie zbyt wielkiej ilości skłądników i mieszanie smaków. Zresztą - pisałam już o tym trochę.
W Szwecji wyrabianiem pizzy trudnią się głownie punkty z kebabem, dodali do niej ser (niemal nigdy nie jest to mozarella) i szwedzkie dodatki (tuńczyk, krewetki, szynka) i sprzedają jako PIZZĘ.
A Szwedzi naprawdę myślą, że jedzą pizzę.
Wiem od moich poprzednich pracodawców (Szwedów), że jak Szwed jedzie do Włoch to ... narzeka na pizzę. Bo nie jest taka jak być powinna... cieniutkie ciasto, mięso kebab i sos majonezowy (zwany szumnie "Béarnaise")....
W Vespie wspięli sie na wyżyny szwedzkiej sztuki pizzowania, bo pizza ma prawdziwie włoskie składniki i sos - mozarella, parmezan, rukola i szynka parmeńska nie mieszają się z kebabem i sosem a'la Béarnaise.
Ale ciasto robią jak wszędzie, niestety, pewnie według zasady "klient nasz pan"... boją się, że nikt nie kupiłby prawdziwie włoskiej pizzy.
Za to sama VESPA* całkiem prawdziwa, na wskroś włoska, a lokal gustownie urządzony.
* vespa - dosłownie "osa" po włosku, a także nazwa najsłynniejszego włoskiego skuterka...
6 maja 2012
Tyraj, Misiu!
Naszło mnie znowu na włoskie. W piątek strzeliliśmy sobie pizzę ze szpinakiem i gorgonzolą (palce lizać), resztki ciasta jedliśmy wczoraj jako puchate chlebki roti-podobne (pieczone na patelni do śniadania i kolacji), a wieczorem powstało TIRAMISU. Narobiłam się w ten weekend, nie ma co.
Jako że zapomniałam jakiego przepisu używałam wcześniej i spędziłam pół godziny w internecie, to teraz się wysilę i spiszę ostatni. Bo wyszło palce lizać i muszę zachować przepis dla potomności (i siebie samej) :)
Starałam się zrobić deser według tego przepisu, ale musiałam przekonwertować na europejskie miary. No i też nie na gramy, bo od pewnego czasu posługuję się miarką DL i jakoś tak mi wygodnie. Szklanek o wielkości "szklanki" już dawno nie ma (każdy nasz kubek/szklanka ma inną pojemność! ech ten kapitalizm). A dodatkowo taki cukier, na przykład, cukrowi nie równy. W przepisie jest czasem puder, a ja akurat nie mam, czy mam dać tyle samo gramów zwykłego?... no i w ogóle jak te gramy wymyślić... a jak traktować fruktozę czy ksylitol..? 1 dl to 1 dl i po ptokach... póki co działa...
Tak czy owak, użyłam tego:
6 żółtek
3 dl cukru (użyłam fruktozy, możnaby ciut mniej dać)
1 pudełko 250 g mascarpone
4,5 dl śmietanki 40%
zwykły kubek mocnej kawy z 2 łyżkami Amaretto (można dać więcej amaretto, ja nie chciałam, bo dzieci często nie lubią posmaku alkoholu)
24 biszkopciki (takie włoskie, podłużne)
gorzkie kakao (do posypania)
Kroki:
1. W garnuszku zagotować wodę. Jak się zagotuje zmniejszyć ogień/temperaturę palnika i postawić na garnku miskę z 6 żółtkami i cukrem. Ubijać na parze przez 10 min, aż będzie bielutkie.
2. Zdjąć z pary i jeszcze chwilę ubijać aż ostygnie.
3. Dodać mascarpone do żółtek i delikatnie zmiksować (na małych obrotach)
4. W osobnej misce ubić śmietankę aż będzie "stała" (ok. 5 min)
5. Delikatnie wymieszać z masą jajeczno-serkową (na małych obrotach)
6. W płaskim naczyniu ułożyć 12 biszkopcików na dnie, polać połową kawy z amaretto (łyżeczką). Nałożyć połowę masy serkowej.
Druga połowę biszkopcików w ten sposób: zanurzać biszkopcik w kubku z kawą i szybko kłaść na masie. Inaczej się rozwali w rękach :) zamoczy się około pół biszkopcika, więc układamy "na waleta". Resztką kawy polać "suche" kawałki.
Wlać drugą część masy, posypać kakao (sitkiem).
7. Wstawić do lodówki na 8 godzin.
Pani w w/w przepisie napisała, żeby sie nie spieszyć i kroki wykonać dokładnie (10 min to 10 min, 8 godzin to 8 godzin*), a składniki użyć takie jak napisane, nie żadne substytuty** - tylko wtedy deser jest prawdziwie włoski, no i po prostu ... PRZEPYSZNY. Potwierdzam, prawdziwie włoskiego składnika nie da się niczym zastąpić, także czas robi swoje i nic go nie zastąpi... Włoska kuchnia to prawdziwy SLOW FOOD.
* no dobra, pierwszy raz jedliśmy po 3-ech godzinach, bo takie były okoliczności przyrody, ale było ciut za miękkie. Dopiero teraz rano jest takie jak być powinno.... mniam mniam
**ja pozwoliłam sobie na fruktozę tylko dlatego, ze jej smak jest identyczny z cukrem, tylko ciut słodszy - trzeba dać mniej fruktozy i już - a jajka z nią bije sie cudownie...
24 września 2011
Dyniowo (choć to wcale nie halloween)
Zainspirowana wizytą u Ani i poczęstunkiem tam otrzymanym przymierzyłam się do zrobienia niespodzianki mojemu mężowi. Postanowiłam ugotować mu MAKARON Z DYNIĄ a'la (ponoć) Paskal Brodnicki. Danie jakby włoskie, ale nigdy wcześniej się z nim nie spotkałam.
Oczywiście ryzykowałam sporo, gdyż składniki były - delikatnie mówiąc - nietypowe. Dynia, ser ricotta (którego skądinąd nie znoszę) i szynka parmeńska (któa nie wchodzi w grę bo ... SZYNKA).... brak sosu (a mój mąż niemal nie uznaje posiłków bez SOSU)... no ale nic to, jak nie spróbuję to się nie dowiem, a jestem zdesperowana, zeby urozmaicić nasze posiłki.
Przepis nieco zmodyfikowałam w związku z powyższymi ograniczeniami.
Składniki (na 3 dorosłe osoby, 2 dzieci i jedną Wybredną Nastolatkę) były takie:
500 g makaronu (cała paczka) - użyłam farfalle, ale można też penne
ok 325 g ricotty (1,5 opakowania 250 g)
2 średnie cebule drobno pokrojone
4 ząbki czosnku
1/4 dyni o średnicy ok 35 cm)
ok 140 g suszonych pomidorów
oliwa z oliwek / olej lniany
oregano
czarny pieprz
sól
1. Najpierw dynia. Pokroić na kosteczki wielkości ok 1, 5 cm, wrzuciś na patelnię i dusić przez ok. 20 min (dużo miałam tej dyni na patelni)
2. Czosnek rozetrzeć i pomieszać w miseczce z oliwą, dodać sól.
3. Na osobnej patelni podsmażyć na złoto cebulkę
4. Pokrojone w cienke paski pomidory wrzucić do dyni, niech pęcznieją w jej sosie. Dorzucić cebulkę, przyprawy i czosnek, podlać oliwą/olejem lnianym, niech "odpoczywa" pod przykryciem.
5. Ser ricotta pomieszać w miseczce z małą ilością gorącej wody, żeby uzyskał konsystencję gęstego majonezu (teraz sie zastanawiam jaki byłby efekt gdyby użyć normalnego chudego twarogu zmiksowanego z olejem lnianym... wypróbuję!!!)
6. Jak makaron będzie gotowy to w dużym garnku należy pomieszać go z mieszanką dyniową i serem. I serwować natychmiast!
Danie jest dość suche, ale składniki szczelnie obkleiły makaron, więc zostało w pełni zaakceptowane. Nawet nasza lokalna Wybredna Nastolatka pochwaliła.. A Kami to pałaszował na równi ze mną... Nie zjedliśmy wszystkiego, zostały dwie średnie porcje, takie na lancz do pracy.
W oryginalnynm przepisie jest jeszcze szynka parmeńska pokrojona na paseczki, pewnie wrzuca się ją na końcu do gotowego makaronu, ale u nas jej nie dodałam.
Dynia - okazało się - ma rewelacyjny smak, coś w niej jest z cukinii, ale ten piękny kolor...
Przyszło mi do głowy, że bardzo pasowałobyt dodać pokrojone pestki z dyni. Na takiej zasadzie jak orzeszki piniowe dodaje się do makaronu pesto.
Oczywiście ryzykowałam sporo, gdyż składniki były - delikatnie mówiąc - nietypowe. Dynia, ser ricotta (którego skądinąd nie znoszę) i szynka parmeńska (któa nie wchodzi w grę bo ... SZYNKA).... brak sosu (a mój mąż niemal nie uznaje posiłków bez SOSU)... no ale nic to, jak nie spróbuję to się nie dowiem, a jestem zdesperowana, zeby urozmaicić nasze posiłki.
Przepis nieco zmodyfikowałam w związku z powyższymi ograniczeniami.
Składniki (na 3 dorosłe osoby, 2 dzieci i jedną Wybredną Nastolatkę) były takie:
500 g makaronu (cała paczka) - użyłam farfalle, ale można też penne
ok 325 g ricotty (1,5 opakowania 250 g)
2 średnie cebule drobno pokrojone
4 ząbki czosnku
1/4 dyni o średnicy ok 35 cm)
ok 140 g suszonych pomidorów
oliwa z oliwek / olej lniany
oregano
czarny pieprz
sól
1. Najpierw dynia. Pokroić na kosteczki wielkości ok 1, 5 cm, wrzuciś na patelnię i dusić przez ok. 20 min (dużo miałam tej dyni na patelni)
2. Czosnek rozetrzeć i pomieszać w miseczce z oliwą, dodać sól.
3. Na osobnej patelni podsmażyć na złoto cebulkę
4. Pokrojone w cienke paski pomidory wrzucić do dyni, niech pęcznieją w jej sosie. Dorzucić cebulkę, przyprawy i czosnek, podlać oliwą/olejem lnianym, niech "odpoczywa" pod przykryciem.
5. Ser ricotta pomieszać w miseczce z małą ilością gorącej wody, żeby uzyskał konsystencję gęstego majonezu (teraz sie zastanawiam jaki byłby efekt gdyby użyć normalnego chudego twarogu zmiksowanego z olejem lnianym... wypróbuję!!!)
6. Jak makaron będzie gotowy to w dużym garnku należy pomieszać go z mieszanką dyniową i serem. I serwować natychmiast!
Danie jest dość suche, ale składniki szczelnie obkleiły makaron, więc zostało w pełni zaakceptowane. Nawet nasza lokalna Wybredna Nastolatka pochwaliła.. A Kami to pałaszował na równi ze mną... Nie zjedliśmy wszystkiego, zostały dwie średnie porcje, takie na lancz do pracy.
W oryginalnynm przepisie jest jeszcze szynka parmeńska pokrojona na paseczki, pewnie wrzuca się ją na końcu do gotowego makaronu, ale u nas jej nie dodałam.
Dynia - okazało się - ma rewelacyjny smak, coś w niej jest z cukinii, ale ten piękny kolor...
Przyszło mi do głowy, że bardzo pasowałobyt dodać pokrojone pestki z dyni. Na takiej zasadzie jak orzeszki piniowe dodaje się do makaronu pesto.
Dzisiaj znalazłam jakąś wersję tego przepisu tutaj i tutaj. Widzę, że sporo eksperymentowania przede mną.
A póki muszę się zastanowić co zrobić z resztą dyni, bo kupiłam pół :) Może jakieś ciasto dyniowe się znajdzie...?
22 lipca 2011
Pizza Idealna
Wczoraj udało mi się zrobić PIZZĘ IDEALNĄ. W kategorii 'pizze domowe', oczywiście, bo pizzy z pieca na drewno nie da się niczym zastąpić.
Pizza idealna według mnie składa się z ciasta, które długo rosło w lodówce, sosu pomidorowego, mozarelli, świeżych pomidorków i bazylii.
Mam taką książkę o chlebach, mówi ona o tym, jak to ciasto drożdżowe rosnące w cieple i szybko jest o wiele mniej smaczne niż takie, które rosło majestatycznie i spokojnie... jeśli tylko się dobrze zorganizuję to robię taki właśnie 'spokojne' ciasto, zawsze wychodzi rewelacyjnie. Puchate, miękkie i pachnące.
Na ciasto potrzeba ok pół kilo mąki, kilka łyżek oliwy z oliwek, 5 dkg świeżych drożdży, trochę mleka, soli, cukru i wody. Wody 'ile zabierze'.
Po zagnieceniu wkłada się ciasto do lodówki i zapomina o nim. Wieczorem robimy pizzę.
Przygotowujemy sos:
Obsmażamy drobno pokrojoną cebulkę, dodajemy sos pomidorowy typu 'passata' (przecier pomidorowy?), sól, zioła suche (oregano, bazylię, rozmaryn). Sos się musi trochę pogotować, jak składniki dobrze się połączą, wyłąćzamy ogień i dolewamy sporo oliwy z oliwek*.
I sos 'odpoczywa' przez min 15 minut.
Wypoczęty sos nakładamy na cienko (ok 0,3-0,4 mm) rozwałkowane ciasto, wrzucamy pokrojoną mozarellę (taką białą kulkę z woreczka), wkładamy do nagrzanego piekarnika na SAM SPÓD.
Według mnie najlepiej położyć wręcz na dolnej blasze, i piec w trybie 'grzałka dolna'.
Po ok. 15 minutach pizza gotowa. Ser powinien pozostać biały i nie przypalony, a jednocześnie nie powinno być na pizzy wody (z prawdziwej mozarelli zawsze troche wypłynie).
Wyjmujemy, wrzucamy pokrojone pomidorki, świeżą bazylię i polewamy oliwą z oliwek.
PALCE LIZAĆ. Taką pizzę można jeść też na zimno, jak ostygnie, jako kanapkę. Pozostaje miękka i pyszna.
Oczywiście na pizzę można położyć co się lubi, ale najlepsza pizza jest najprostsza. Ja czasem dodaję oliwki i na tym poprzestaję. Za dużo składników psuje pizzę dokumentnie i czyni z niej kicz. Bo Prawo Pizzy jest uniwersalne: MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.
A następnego dnia, z resztek ciasta, robimmy NAAN (czyli hinduski chlebek). Eksperyment przeprowadziłam dzisiaj, w sumie wyszło od tego, że szkoda mi było wyrzucać ugniecione i pięknie wyrośnięte ciasto... a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania! Jak to zwykle z najlepszymi wynalazkami :)
O szczegółach robienia chlebka tutaj.
Pizza idealna według mnie składa się z ciasta, które długo rosło w lodówce, sosu pomidorowego, mozarelli, świeżych pomidorków i bazylii.
Mam taką książkę o chlebach, mówi ona o tym, jak to ciasto drożdżowe rosnące w cieple i szybko jest o wiele mniej smaczne niż takie, które rosło majestatycznie i spokojnie... jeśli tylko się dobrze zorganizuję to robię taki właśnie 'spokojne' ciasto, zawsze wychodzi rewelacyjnie. Puchate, miękkie i pachnące.
Na ciasto potrzeba ok pół kilo mąki, kilka łyżek oliwy z oliwek, 5 dkg świeżych drożdży, trochę mleka, soli, cukru i wody. Wody 'ile zabierze'.
Po zagnieceniu wkłada się ciasto do lodówki i zapomina o nim. Wieczorem robimy pizzę.
Przygotowujemy sos:
Obsmażamy drobno pokrojoną cebulkę, dodajemy sos pomidorowy typu 'passata' (przecier pomidorowy?), sól, zioła suche (oregano, bazylię, rozmaryn). Sos się musi trochę pogotować, jak składniki dobrze się połączą, wyłąćzamy ogień i dolewamy sporo oliwy z oliwek*.
I sos 'odpoczywa' przez min 15 minut.
Wypoczęty sos nakładamy na cienko (ok 0,3-0,4 mm) rozwałkowane ciasto, wrzucamy pokrojoną mozarellę (taką białą kulkę z woreczka), wkładamy do nagrzanego piekarnika na SAM SPÓD.
Według mnie najlepiej położyć wręcz na dolnej blasze, i piec w trybie 'grzałka dolna'.
Po ok. 15 minutach pizza gotowa. Ser powinien pozostać biały i nie przypalony, a jednocześnie nie powinno być na pizzy wody (z prawdziwej mozarelli zawsze troche wypłynie).
Wyjmujemy, wrzucamy pokrojone pomidorki, świeżą bazylię i polewamy oliwą z oliwek.
PALCE LIZAĆ. Taką pizzę można jeść też na zimno, jak ostygnie, jako kanapkę. Pozostaje miękka i pyszna.
Oczywiście na pizzę można położyć co się lubi, ale najlepsza pizza jest najprostsza. Ja czasem dodaję oliwki i na tym poprzestaję. Za dużo składników psuje pizzę dokumentnie i czyni z niej kicz. Bo Prawo Pizzy jest uniwersalne: MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ.
A następnego dnia, z resztek ciasta, robimmy NAAN (czyli hinduski chlebek). Eksperyment przeprowadziłam dzisiaj, w sumie wyszło od tego, że szkoda mi było wyrzucać ugniecione i pięknie wyrośnięte ciasto... a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania! Jak to zwykle z najlepszymi wynalazkami :)
O szczegółach robienia chlebka tutaj.
* zapomniałam dodać, że można dodać oliwę z czosnkiem... czosnek trzeba przed gotowaniem sosu rozetrzeć z solą, szerokim nożem na desce, a potem wrzucić do oliwy. Na koniec gotowania sosu dodać miksturę do niego... Sos smakuje rewelacyjnie. Moim zdaniem czosnek dodany wcześniej, do sosu, całkowicie z nim znika, a tak piekna nuta pozostaje. Gwarantuję, że wszyscy będą pytać 'co to takiego jest w tym sosie...?'
Subskrybuj:
Posty (Atom)


