Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
4 listopada 2017
Nowa Szkoła (2)
Minęło pierwszych kilka miesięcy w nowej szkole. Kami ma kilku świetnych kolegów, ale przede wszystkim aktywnie pracuje, nad nauką i w czasie zajęć pozalekcyjnych.
Niedawno szkoła zorganizowała dzień otwarty - wszystkie prywate muszą to robić, ale dla szkoły to także czas promocji. Dzieci mają w tym czasie zajęcia, a drzwi klas są dosłownie otwarte. Każdy może wejść i wziąć udział w lekcji z dzieckiem. Oczywiście skorzystałam z tej okazji, aczkolwiek udział Kubusia nieco mi to utrudnił.
Dzieci malowały zrobione wcześniej gliniane grzyby, pisały coś z tablicy ("patrz, Alex, jak Kami ładnie pisze!" powiedziała zaskoczona któraś mama, Kami bowiem przypomniał sobie zasady kaligrafii gdy jego mama stała mu nad głową i mruczała półgłosem "patrz na linijki!" i tym podobne), pokazywały rodzicom swoje zeszyty i grały w piłkę. To nie był zbyt ambity dzień z punktu widzenia edukacji, ale pani nauczycielka a pewno namęczyła się więcej niż przez tydzień pracy.
Pod koniec "dnia szkolnego" występowały chóry dziecięce, a na samo zakończenie tej akademii odśpiewano a stojąco hymn szkoły.
Mało która szkoła w Szwecji ma hymn.
Nasz mówi o tym, że tam, gdzie morze spotyka się z lądem, w pięknym parku stoi najlepsza szkoła jaką znamy. Otrzymała imię świętego Tomasza, który był mądrym człowiekiem, i za którego śladem chcemy iść.
Alphabet Blues - StThomas Skola Lund from Ola on Vimeo.
22 sierpnia 2017
O kładzeniu cegieł
Przyznam, że od pewnego czasu nie lubię książek o wychowywaniu dzieci. Mniej więcej od tego, kiedy zorientowałam się, że moje metody nie działają: sama się gubie w tym, czego kiedy wymagać, a kiedy pozwolić na maslane oczka moich dzieci. Do tego mój mąż ma niejednokrotnie zupełnie inne podejście i nie da rady tego pogodzić z moim, więc w sumie wychodzi kicha. Dzieci owszem, generalnie zadowolone z życia, ale my urobieni po pachy i sfrustrowani. Montessori okazało się zbyt skomplikowane dla mnie - teoria brzmi super, ale nigdy nie miałam dość czasu by spędzać z dzieckiem na tych ćwiczeniach. Jesper Juul* ze swoimi teoriami o "gotowości" dziecka mnie zdenerwował tylko.
Przeszłam przez fazę buntu. Chrzanię metody i porady, robię tak, by mieć święty spokój.
nie wstanę! tak będę leżał!
A potem trafiłam na wychowanie klasyczne. I zachwyciłam się.
Żadnego stawiania dziecka w centrum i chwalenia bazgrołów, zrobionych na kolanie. Żadnego dostosowywania życia do „potrzeb dziecka”. Dziecko to nie jest żadem „kompletny człowiek, któremu wystarczy nie przeszkadzać” (koncepcja Jespera Juula) tylko trzeba tę glinę lepić, z mocą Bożą coś sensownego z tego wyjdzie.
W skrócie – wychowanie klasyczne polega na tym, by pomóc dziecku wypracowac własny zmysł moralny i charakter, nauczyć je mierzyć się z przeciwnościami, jednocześnie będąc wrażliwymi i troszcząc się o innych. Takie harcerstwo w dorosłym życiu, gdzie drużynowy też się czegoś ciągle uczy.
Wiele czytałam w necie, teraz mam ciekawy podręcznik. Autor książki, którą akurat czytam - ”Klasyczne Wychowanie” Michael Mascolo - dzieli metody wychowawcze na trzy:
- permisywne – czyli wychowanie bezstresowe, gdzie dziecko jest w centrum, gdzie jest traktowane jako równorzędny partner, który ma swoje zdanie i trzeba się z nim liczyć
- autorytarne – źle pojęte wychowanie klasyczne, gdzie rodzice zupełnie nie liczą się z potrzebami dziecka, a jego wychowanie polega na tresurze
- autorytatywne – umowne pojecie dla tego podejścia, który chcemy osiągnąć – czyli wychowanie oparte na autorytecie, gdzie dziecko nie jest partnerem rodzica ani nauczyciela, gdzie ma się od niego uczyć.
Wychowanie klasyczne polega na kształtowaniu charakteru. Najważniejsza zasada: nie da się wychować kompletnego człowieka w moralnym zawieszeniu – jak tego uczą dzisiejsze pedagogiki. Nic nie jest samo w sobie dobre, nic złe, wszystko moralnie dwuznaczne, wybierz sobie kim chcesz być. No nie. Trzeba jasno pokazywać dobre zachowania – „nalezy byc osobą uczciwą” – i piętnować złe - „nie wolno kłamać”.
Im rodzic ma lepiej ukształtowany kręgosłup moralny, tym lepsze efekty. A do tego to jest praca dla każdego, dla mnie też - bo ja też powinnam pracowac nad swoim charakterem.
To znaczy, na przykład, dopuścić uczucie głodu u dziecka, a nie nakładać mu do stołu pół godziny przed kolacją (no dobra, przyznam się, wczoraj tak właśnie zrobiłam... też muszę nad tym popracować! A zacząć od regularnych pór kolacji, których u nas nie ma, niestety). Nie dać cukierka kiedy chce, tylko w wyznaczonych porach – niech ćwiczy opanowywanie pokus. Nie uginać się, ale jak się ugniesz, to nie biczować tylko próbować znowu. To droga.
Rozwijanie dobrych nawyków spowoduje bowiem wypracowanie trwałych cnót charakteru. Trzeba to robić stopniowo, małymi krokami, ale mając cel przed oczami. Pan Dariusz Zalewski, jeden z polskich autorytetów pedagogicznych w tej metodzie i autor strony http://www.edukacja-klasyczna.pl/ , pisze tak: "Zamiast wychowywać do wolności czy tolerancji, musimy w pierwszym rzędzie uczyć dziecko prostych sprawności: porządku wokół siebie, systematyczności, zwalczać lenistwo, chciwość, wdrażać do wytrwałości, cierpliwości itd. Dopiero dzięki opanowaniu tych podstawowych cnót będzie możliwa prawdziwa wolność."
Do pewnego miasta przybył turysta. Drogi rozkopane, trwa jakaś wielka budowa. Podchodzi do jednego z robotników.
- Co pan tu robi?
- Jak to co, cegły kładę, nie widać? – odburknął.
Podszedł do drugiego i zadał to samo pytanie.
- Panie, na chleb tu zarabiam – rzucił tamten.
Zapytał jeszcze jednego robotnika. I usłyszał:
- Buduję katedrę!
Wychowanie klasyczne jest budowaniem katedry a nie kładzeniem cegieł.
Wspomniana lektura to przewodnik po tych metodach – uczy jak sobie radzić z komunikacją, z karami i nagrodami, rywalizacją, wygrywaniem i przegrywaniem. Z konfliktami. Pokazuje jak ukształtować w sobie zdrowe poczucie własnej wartości. ZDROWE, bo to, co robią z ludźmi metody „bezstresowe” prowadzi do anomalii i produkcji wiecznych dzieci. Po lekturze mam teorię na przyczyne wielkiej liczby przypadków depresji w Szwecji. Moim zdaniem jest to spowodowane stosowaniem metod bezstresowych od lat siedemdziesiątych. Ludzie, wychowani w szkołach bez ocen i bez doświadczania uczucia przykrości, nie ucząc się rozwiązywac konfliktów tylko ich unikać (kłótnia to przecież stres) przeżywają szok w dorosłym życiu i nie są w stanie poradzić sobie z przeciwnościami losu.
Także ten... teraz siadam z mężem nad "kółkami cnot", jakie chcemy wyrobić w dzieciach i zaczynamy!
(wiem, przy okazji usłyszę, że to ja przestałam biegać, że to ja pozwalam na słodycze... wtedy usłyszy, że to też ja od lat pracuję nad językiem polskim, pływaniem, pianinem i to ja kupiłam dzieciom rowery jak miały niecałe dwa lata! a co, mam trochę amunicji w zanadrzu! :P )
*Jesper Juul to szwedzki pedagog, autor znanej w szwecji teorii ujętej w książce „Moje kompetentne dziecko. Juul twierdzi, że dzieci rodzą się ze wszystkim, czego potrzebują do życia, a rodzic czy wychowawca ma tylko pozwolic mu to wydobyć z siebie. „Jestem jaki jestem i takiego mnie masz”
2 czerwca 2017
Normalnie
W tym tygodniu odbył sie jeden z koncertów kończących rok szkolny – dla młodszych dzieci. Wszystkie będą miały drugi koncert, 15 czerwca, czyli dzień przed oficjalnym zakończeniem szkoły. Takie koncerty odbywają się przynajmniej dwa razy w roku.
Było... jak by to powiedzieć... NORMALNIE. Dzieci zaangażowane, poprzebierane i pięknie rozśpiewane. Żywa muzyka. Śpiew wykonany czysto i z entuzjazmem. Jaka ulga... do tej pory słyszałam kocie mauczenie i podkłady z CD. Dziwiłam sie, że dzieci mogą aż tak fałszować. A jednak wcale nie muszą, jak widać.
Spektakl trwa ok 30 minut, opowiada o foce Sally (Sally säl), która mieszka sobie z rodzicami w morzu. Ale już dorosła i chce sama popływać. Ucieka przed rekinami ("haj" po szwedzku - "hajar kommer" to piosenka o nadpływających rekinach), potem przed węgorzami elektrycznymi (chłopcy z latarkami), potem ktoś ja łapie w sieć... ale dobra dusza pomaga jej się wydostać i wraca do rodziców.
Kamyczek jeszcze się nie załapał na scenę, dołączył wszak dopiero miesiąc temu. Ale cała jego grupa, która w czasie świetlicy chodzi na chór, była tam (już tydzień temu Kami zapowiedział mi, że w nowym roku musze go zgłosić do chóru), więc Kami filmował i robił zdjęcia. Rodzice na widowni także z aparatami, nikt nie ma paranoi w temacie fotografowania. W placówkach w mojej gminie panuje kompletny zakaz uwieczniania występów dzieci (które notabene są niezmiernie rzadkie, w porzedniej szkole Kamyczka przec cały rok nie było żadnego koncertu czy wystepu jego klasy w szkole), pamiętam jak kiedyś jakaś matka mi zwróciła uwagę gdy robiłam zdjęcie swojemu synowi. Nie mam prawie żadnych pamiatek z wcześniejszej edukacji Kamyczka.
Kamyczek jeszcze się nie załapał na scenę, dołączył wszak dopiero miesiąc temu. Ale cała jego grupa, która w czasie świetlicy chodzi na chór, była tam (już tydzień temu Kami zapowiedział mi, że w nowym roku musze go zgłosić do chóru), więc Kami filmował i robił zdjęcia. Rodzice na widowni także z aparatami, nikt nie ma paranoi w temacie fotografowania. W placówkach w mojej gminie panuje kompletny zakaz uwieczniania występów dzieci (które notabene są niezmiernie rzadkie, w porzedniej szkole Kamyczka przec cały rok nie było żadnego koncertu czy wystepu jego klasy w szkole), pamiętam jak kiedyś jakaś matka mi zwróciła uwagę gdy robiłam zdjęcie swojemu synowi. Nie mam prawie żadnych pamiatek z wcześniejszej edukacji Kamyczka.
Po „naszym” występie rodzicie siedzieli w stołówce, przy kawie i ciastkach. Rozmawiali i umawiali się na pozaszkolne spotkania. Wymieniali uwagami o Lund, alergiach, sporcie i kłopotach z zapędzeniem dzieci do ćwiczeń na instrumencie.
Przypomniały mi się spotkania w poprzednich placówkach – nuda, robienie dobrej miny do złej gry, uprzejmie i chłodno, rodzice nie zainteresowani relacjami dzieci.
Wracałam do domu ze łzami w oczach. Czułam się na swoim miejscu, we właściwym otoczeniu, rozpierała mnie radość. Kami nucił melodię o foce. Kubuś przeżywał fakt, że był w szkole starszego brata i że chce jeszcze.
Szkoła Kamyczka - Foka Sally - początek spektaklu from Ola on Vimeo.
8 maja 2017
Nowa Szkoła
A jednak przenieśliśmy Kamyczka do nowej szkoły. Dzisiaj jest piąty dzień Nowego Życia - życia w katolickiej szkole w Lund, St. Thomas Skola. Z dala od znanych rytuałów. Z tęsknotą za starymi kolegami w sercu.
Nie przenosiliśmy z powodów religijnych. Nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły, poszło o to, że w szkole miało miejsce pewne wydarzenie między sześciolatkami - było to na jesień, w pierwszych tygodniach szkoły - które można by nazwać mobbingiem. Szybko okazało się, że ten prawdziwy mobbing pochodził ze strony trzecioklasistów, i był skierowany na jedna dziewczynkę z zerówki mojego syna.
Z tego wydarzenia dostaliśmy taki absurdalny raport, że nie wiadomo było czy się śmiać, czy płakać. Moje dziecko zostało posądzone o rzeczy, których żaden sześciolatek nie może zrobić. Dodam, że całe wydarzenie pochodziło z opowieści jednej dziewczynki, nijak nie zweryfikowanej i bez żadnych świadków, tudzież dowodów. Dziewczynka była zaczepiana w tym czasie przez starszych chłopców, przesłuchanie odbyło się bez rodziców czy psychologów. Wspomniany raport na temat roli naszwgo dziecka przeczytalismy rodzicom tej dziewczynki - oburzyli się i oświadczyli, że nic takiego nie miało miejsca. Dziewczynka zmieniła szkołę już w grudniu.
Po naszej oburzonej reakcji pani pedagog szkolna delikatnie sprostowała raport, zarzekając się przy tym, żeby się nie martwić, sprawa na tym się kończy. A poza tym "to był tylko opis wydarzenia, tak jak ona go usłyszała, i tylko na nasze potrzeby... nie martwcie się, tych szczegółów nie było w raporcie do socjalu".
Na widok słowa "socjal" zapaliły mi się w głowie wszystkie czerone lampki, nawet te zielone świeciły na czerwono. W Szwecji nie ryzykuje się takich rzeczy.
Pomimo łez kolegów ze szkolnej ławy, wielkiego żalu wyrażonego przez panią nauczycielkę i niepewności naszego synka nie mieliśmy wątpliwości, że nasze zaufanie do tej placówki legło w gruzach. Po tamtym wydarzeniu każda uwaga którejkolwiek nauczycielki, na jakikolwiek temat, powodowała zimne poty i kładzenie uszu po sobie. "Tak, psze pani, na jutro będzie kombinezon i zapasowa czapka".
Mojego synka czeka teraz ciężki czas. Czy starzy koledzy będą go dalej zapraszać do zabawy? Czy nowa szkoła da mu nowych kolegów? Przecież większość mieszka 15 km od nas.
W każdej chwili wątpliwości czytam jednak ponownie raport z wrześniowego wydarzenia, stawia mnie do pionu.
Nowa szkoła jest katolicka, co w Szwecji oznacza krzyże na ścianach i nauczycieli jakoś wyznających chrześcijanskie wartości. Szkoła jest otwarta dla wszystkich, każde dziecko ma prawo aplikować, obowiązuje normalna kolejka. Z wyjątkiem tego, że szkoła nie musi dawać przywilejów mieszkańcom gminy, tak muszą to robić szkoły komunalne (Lund to jedna z najlepszych gmin w kraju jeśli chodzi o poziom szkolnictwa, nie ma szans na miejsce w gminnej szkole jeśli się mieszka poza gminą Lund). Szkoła szczyci się dobrą dyscypliną (jak na szwedzkie standardy) i rodzinną atmosferą - cała instytucja to ok 150 dzieci, od przedszkola do końca "gimnazjum", czyli 9 klas podstawówki. Wiele z tych dzieci to rodzeństwa, wiele z tych rodzin widuję co niedzielę w kościele w Lund. W tym dyrektora z gromadką pociech i polską żoną.
Wadą szkoły jest mały budynek, niezbyt przystosowany do najmłodszych - wysokie klamki, wąskie korytarze, dużo schodów... zaletą - to, że jest stary, piękny i znajduje się w przepięknym parku. Po nowoczesnej szkole w naszej gminie człowiek wychodzi z tej "nowej" z mieszanymi uczuciami.
Z drugiej strony, w głowie dźwięczą mi świadectwa rodziców i uczniów, niektórzy wożą dzieci z drugiego końca Malmo. W szkole jest bezpiecznie, rodzinnie, jest wzajemny szacunek a problemy rozwiązuje się w klasyczny sposób. T.j. bez użycia donosów do socjalu. Znajomi, którzy mają tam dzieci od dawna mnie namawiali na posłanie Kamyczka do Św. Tomasza.
Ale chcieliśmy spróbować lokalnej szkoły, z kolegami, których znamy jeszcze z przedszkola, którzy mieszkają po sąsiedzku i których możemy łatwo odwiedzić po szkole.
Teraz od nowa. Jakoś mi smutno na duszy, nie cieszę się. Nie mam pewności czy dobrze zrobiliśmy, może za wcześnie się poddaliśmy? Może trzeba było postawić na walkę o dobre imię i złożyć gdzieś oficjalną skargę na tamten raport - tak, jak radziły moje koleżanki nauczycielki. Bałam sie jednak kopania z koniem. Szwedzcy urzędnicy są znani z tego, że się mszczą, gdy ktoś im wykaże brak kompetencji. Dziecko jest 8 godzin w szkole i jest skazane na ludzi tam pracujących, co oni widzą, jak zinterpretują, jak zareagują na problemy (a zawsze jakieś są). Jako rodzice musimy mieć do nich zaufanie, w ten najważniejszej kwestii czyli integralności rodziny.
To zaufanie daje mi katolicka szkoła, a raczej - katolicy, którzy ją tworzą. Z szacunkiem dla pomieszanego pochodzenia wielu dzieci, trudnych rodzinnych sytuacji i różnic w światopoglądzie. Tu nie ma walca, który równa.
8 września 2016
Poszybować jak Ptak
Spodobało mi się kiedyś określenie, że żyjemy w czasach nagród za uczestnictwo. Czyli takiej rzeczywistości, gdzie każdemu należy się uznanie za sam fakt brania w czyms udziału. Skutek tego jest taki, że niemal wszystko straciło na wartości – no bo skoro każdy może wziąć we wszystkim udział i każdy będzie tak samo doceniony to po co w ogóle się starać...?
W tle, oczywiście, walka o równość. Przecież nie można nikogo dyskryminować za to, że nie ma słuchu, prawda? Przecież to niesprawiedliwe odmawiac komus prawa do samorealizacji. Niech gra w zespole, „good job!”.
To samo dotyczy osiągnięć naukowych czy sportowych w szkołach, na tym niższym poziomie. Bo na tym najwyższym już mamy do czynienia z „życiem” i ono weryfikuje to wszystko, co do tej pory pracowicie równaliśmy walcem.
Przerażająca perspektywa. Już kiedyś pisałam tu o szwedzkim prawie Jante czy o metodach Amy Chua, chińskiej matki w USA, która niemiłosiernie cisnęła swoje córki we wszystkich dziedzinach edukacji, ale przede wszystkim w muzyce. Wczoraj znowu zostałam zainspirowana tym samym zagadnieniem – jako że jestem matką bardzo mnie ono interesuje.
Obejrzeliśmy film „Whiplash”, o studencie pierwszego roku prestizowej szkoły jazzu w Nowym Jorku, którego talent zostaje zauważony przez charyzmatycznego nauczyciela, Fletchera. Chłopiec trafia do elitarnej orkiestry pana Fletchera, ale praca w niej okazuje się być torturą. Nauczyciel wydaje się pomiatać uczniami i wymagać od nich rzeczy niemożliwych. Niewybredny język, rzucanie w uczniów przedmiotami, wiele godzin pracy, łzy i krew to była codzienność. Wielu nie wytrzymywało tej presji.
(Teraz będzie trochę spojler, ale nie taki straszny – nie zdradzam fabuły filmu, ale jego mądre przesłanie)
Ale na tym właśnie polega szlifowanie diamentów. Otóż okazuje się, że postawa nauczyciela to nie są żadne sadystyczne zapędy czy zemsta za własne nieudane życie. Mistrz Fletcher (grany zresztą przez mistrza, J.K. Simmonsa, który, notabene, jest także muzykiem z wykształcenia) jest zainspirowany historią Charliego Parkera, który na początku swojej kariery saksofonisty trafił do zespołu Jo Jonesa.
W tle, oczywiście, walka o równość. Przecież nie można nikogo dyskryminować za to, że nie ma słuchu, prawda? Przecież to niesprawiedliwe odmawiac komus prawa do samorealizacji. Niech gra w zespole, „good job!”.
To samo dotyczy osiągnięć naukowych czy sportowych w szkołach, na tym niższym poziomie. Bo na tym najwyższym już mamy do czynienia z „życiem” i ono weryfikuje to wszystko, co do tej pory pracowicie równaliśmy walcem.
Przerażająca perspektywa. Już kiedyś pisałam tu o szwedzkim prawie Jante czy o metodach Amy Chua, chińskiej matki w USA, która niemiłosiernie cisnęła swoje córki we wszystkich dziedzinach edukacji, ale przede wszystkim w muzyce. Wczoraj znowu zostałam zainspirowana tym samym zagadnieniem – jako że jestem matką bardzo mnie ono interesuje.
Obejrzeliśmy film „Whiplash”, o studencie pierwszego roku prestizowej szkoły jazzu w Nowym Jorku, którego talent zostaje zauważony przez charyzmatycznego nauczyciela, Fletchera. Chłopiec trafia do elitarnej orkiestry pana Fletchera, ale praca w niej okazuje się być torturą. Nauczyciel wydaje się pomiatać uczniami i wymagać od nich rzeczy niemożliwych. Niewybredny język, rzucanie w uczniów przedmiotami, wiele godzin pracy, łzy i krew to była codzienność. Wielu nie wytrzymywało tej presji.
(Teraz będzie trochę spojler, ale nie taki straszny – nie zdradzam fabuły filmu, ale jego mądre przesłanie)
Ale na tym właśnie polega szlifowanie diamentów. Otóż okazuje się, że postawa nauczyciela to nie są żadne sadystyczne zapędy czy zemsta za własne nieudane życie. Mistrz Fletcher (grany zresztą przez mistrza, J.K. Simmonsa, który, notabene, jest także muzykiem z wykształcenia) jest zainspirowany historią Charliego Parkera, który na początku swojej kariery saksofonisty trafił do zespołu Jo Jonesa.
Podczas jednej z sesji nie dał rady zagrać dobrze, a wściekły dyrygent rzucił w niego talerzem od perkusji, ledwo się uchylił i ledwo uratował głowę. Ośmieszony schodzi ze sceny, rozpacza całą noc. A następnego ranka co robi? Zabiera się za ćwiczenia. Ćwiczy i ćwiczy, mając jeden cel przed oczami – żeby nikt się z niego nigdy więcej nie śmiał. Rok później wraca do klubu Reno i wchodzi na tę sama scenę i gra najlepsze solo, jakie świat kiedykolwiek słyszał.
Wyobraź sobie, co by było gdyby Jones wtedy powiedział do młodego Parkera: „Hmm, niech będzie, Charlie, w porządku. Dobra robota”. Charlie by wtedy pomyślał: „Cholera, naprawdę jestem niezły”. I koniec historii. Nie ma Ptaka! [“Bird” to był pseudonym artystyczny słynnego jazzmana]. Jak dla mnie to by była totalna katastrofa.
Ale to jest to, czego dzisiaj chce świat. A ludzie zastanawiaja się dlaczego jazz umiera.
Widzisz, chłopcze, to, co robię to absolutna konieczność. To, co robię w szkole to nie jest dyrygowanie. Każdy idiota może stać na środku i dyktować tempo. Jestem od tego, by wydobywac z ludzi tego, co najlepsze. Inaczej pozbawiamy świat Charlie Parkerów i Louisów Armstrongów.
- Ale czy jest jakaś granica? – pyta zaintrygowany uczeń.
- Nie, nie ma. Bo prawdziwego Charliego Parkera nie da się zniechęcić.
[dialog z filmu "Whiplash"]
19 czerwca 2016
Szkoła w Arlöv
Coraz częściej docierają do nas niepokojące informacje dotyczące okolicznych szkół. Ale dzisiejsza mnie naprawdę poraziła.
Oto historia Marka, który ma diagnozę autyzmu. Znam tego chłopca, to znaczy na ile da się poznać takie dzieci. Chodził do poprzedniego przedszkola Kamyczka, ma polską mamę. Wiele razy widywałam ich rodzinę na spotkaniach przedszkolnych, albo placach zabaw, zwróciłam uwagę, że nigdy się nie otwierali na innych. Marek potrafił bawić się na tym samym placu zabaw co Kamyczek, obie mamy mówiły do swoich synów po polsku, ale nie następowała żadna interakcja. Dwa różne światy. Teraz rozumiem dlaczego. Ona nie chciała go zmuszać do zabaw z kimś innym, on nie czuł takiej potrzeby. Pewnie ze mną też nie chciała gadać w obawie, że będę ją naciągać na jakieś towarzyskie Everesty.
Marek jest starszy o dwa lata (kalendarzowe) od Kamyczka, bo w tym roku już chodził do pierwszej klasy. Do szkoły, która mieści się tuż obok poprzedniego przedszkola, w drugiej części naszej gminy. Do tej szkoły poszło bardzo wielu przedszkolnych kolegów Kamyczka.
Zerówka przebiegła dobrze - z uwagi na diagnozę autyzmu, chłopcu przysługiwał osobisty asystent, którego otrzymał razem z innym kolegą z klasy. Ale w trakcie roku zmienił się dyrektor, a latem 2015 wielu nauczycieli odeszło z pracy (mówią, że zła atmosfera w szkole, oficjalnym powodem są braki w kompetencjach, jako że w tym czasie zmieniły się przepisy i niektóre kwalifikacje przestały wystarczać), zabrakło personelu dla takich dzieci jak Marek. Ponoć w szkole jest więcej dzieci z większymi potrzebami, argumentuje nowa pani dyrektor. Rodzice byli przerażeni perspektywą braku asystenta w kolejnym roku szkoły.
Pierwsza klasa zamieniła się w koszmar już w pierwszych dniach szkoły, w sierpniu. Jednego razu Marek został pogryziony przez inne dziecko, gdy znajdowali się sami w klasie. Dzień później chłopiec został popchnięty na ziemię i zastraszony, co spowodowało, że uciekł ze szkoły. Kwadrans później odnalazła go mama, płakał. Nie miał na sobie butów.
Żadnego z tych występków nie odnotował personel szkoły.
Jeszcze jesienią 2015 rodzice kilkakrotnie zgłaszali się do inspektora szkolnego [coś jakby kuratorium - przyp. moje].
Mama Marka pojawiła się w szkole po kilku godzinach, ale nikt nie wiedział co się stało. Syn miał plaster na policzku. Rodzice postanowili przeprowadzić obdukcję w przychodni, po czym zawiadomili policję.
Oto historia Marka, który ma diagnozę autyzmu. Znam tego chłopca, to znaczy na ile da się poznać takie dzieci. Chodził do poprzedniego przedszkola Kamyczka, ma polską mamę. Wiele razy widywałam ich rodzinę na spotkaniach przedszkolnych, albo placach zabaw, zwróciłam uwagę, że nigdy się nie otwierali na innych. Marek potrafił bawić się na tym samym placu zabaw co Kamyczek, obie mamy mówiły do swoich synów po polsku, ale nie następowała żadna interakcja. Dwa różne światy. Teraz rozumiem dlaczego. Ona nie chciała go zmuszać do zabaw z kimś innym, on nie czuł takiej potrzeby. Pewnie ze mną też nie chciała gadać w obawie, że będę ją naciągać na jakieś towarzyskie Everesty.
Marek jest starszy o dwa lata (kalendarzowe) od Kamyczka, bo w tym roku już chodził do pierwszej klasy. Do szkoły, która mieści się tuż obok poprzedniego przedszkola, w drugiej części naszej gminy. Do tej szkoły poszło bardzo wielu przedszkolnych kolegów Kamyczka.
Zerówka przebiegła dobrze - z uwagi na diagnozę autyzmu, chłopcu przysługiwał osobisty asystent, którego otrzymał razem z innym kolegą z klasy. Ale w trakcie roku zmienił się dyrektor, a latem 2015 wielu nauczycieli odeszło z pracy (mówią, że zła atmosfera w szkole, oficjalnym powodem są braki w kompetencjach, jako że w tym czasie zmieniły się przepisy i niektóre kwalifikacje przestały wystarczać), zabrakło personelu dla takich dzieci jak Marek. Ponoć w szkole jest więcej dzieci z większymi potrzebami, argumentuje nowa pani dyrektor. Rodzice byli przerażeni perspektywą braku asystenta w kolejnym roku szkoły.
Pierwsza klasa zamieniła się w koszmar już w pierwszych dniach szkoły, w sierpniu. Jednego razu Marek został pogryziony przez inne dziecko, gdy znajdowali się sami w klasie. Dzień później chłopiec został popchnięty na ziemię i zastraszony, co spowodowało, że uciekł ze szkoły. Kwadrans później odnalazła go mama, płakał. Nie miał na sobie butów.
Żadnego z tych występków nie odnotował personel szkoły.
Jeszcze jesienią 2015 rodzice kilkakrotnie zgłaszali się do inspektora szkolnego [coś jakby kuratorium - przyp. moje].
3 września 2015: Marek i trzech innych uczniów zostało powalonych na ziemię i skopanych przez grupę innych uczniów
5 listopada 2015: Trzech uczniów kłóciło się z Markiem w szatni, po czym kopali go.
13 listopada 2015:Jeden z uczniów kopał i bił Marka, dopóki nauczyciel nie zainterweniował.
23 listopada 2015: Marek został popchnięty z dużą siłą, tak że spadł z krzesła i uderzył głową o ziemię. Policzek został przecięty i spuchł, potem zaczął krwawić.
Mama Marka pojawiła się w szkole po kilku godzinach, ale nikt nie wiedział co się stało. Syn miał plaster na policzku. Rodzice postanowili przeprowadzić obdukcję w przychodni, po czym zawiadomili policję.
W trakcie pierwszych miesięcy szkoły odbyli wiele bezowocnych spotkań z dyrektorką szkoły. Po ostatnim wydarzeniu nie odezwała się do nich więcej.
Po piekle jesiemi przyszły jeszcze gorsze doświadczenia.
Jeden z nowo zatrudnionych nauczycieli poszedł na zwolnienie lekarskie po 1,5 miesiącu pracy. Stres, wynikający z poczunia nie panowania nad sytuacją. W klasie było wielu uczniów, którzy wymagali specjalnej opieki. Zaczęły się zastępstwa mniej lub bardziej wykwalifikowanego personelu. Problemy klasy Marka rozprzestrzeniły się na drugą pierwszą klasę, gdyż nauczyciele i asystenci [w Szwecji występuje instytucja "pomocnika nauczyciela", który pomaga opanować klasę, ale nie jest pedagogiem] zaczęli kursować pomiędzy nimi. Sytuacja pierwszaków całkowicie wymknęła się spod kontroli.
Na przełomie roku wielu rodziców zdecydowało się zabrać swoje dzieci z tej szkoły. Artykuł opisuje drugi przypadek - dziewczynki, która ma problemy ze słuchem i nosi aparat. Nie będę go tu rozwijać, bo chcę się skupić na jednej historii, tej bliższej mi.
Sygnały o problemach w szkole zaczęły docierać do władz gminy już jesienią. Informowano przede wszystkim o przypadkach mobingu, kłótni w klasach oraz bójek. Nie było żadnej interwencji. Po pierwsze kładziono to na karb zmian personalnych oraz dużej - większej niż średnia - ilości zwolnień lekarskich wśród nauczycieli. Ale przede wszystkim czekano na raport dyrektorki szkoły, który nie wpłynął dopóki sytuacja nie stała się naprawdę poważna.
Mimo wszystko pracownicy władz szkolnych nie chcą się przyznać do błędów. Nawet wiedząc, że jedna trzecia rodziców złożyła na policję zawiadomienia o popełnieniu przestępstw - 28 zgłoszeń w minionym roku szkolnym, tylko wśród pierwoszoklasistów. Za wszystko obwinia braki personalne i braki w procedurach szkoły.
Nie trzeba chyba dodawać, że poziom wiedzy uczniów też okazał się alarmująco niski. "To zdolna grupa, ale brak nauczyciela przeszkodził w osiągnięciu postępów" [zaiste, geniusz... szef programowy szkoły!... komentarz mój].
Nie będę tłumaczyć reszty artykułu, jest dość długi. Postaram się streścić.
Pani dyrektorka odpowiada na pytania o tę sytuację, tłumacząc, że według niej Marek nie potrzebował aż takiego wsparcia, że w szkole są gorsze przypadki. Inny pracownik gminy bije się w piersi, że to nieakceptowalne, że asysten się należy i trzeba poruszyć niebo i ziemię.
Pani dyrektor jako rozwiązanie problemu proponuje "poprawę działania szkoły", co "będzie możliwe dzięki tej konstruktywnej krytyce". Ale od maja pani dyrektor przebywa na zwolnieniu lekarskim, trwają poszukiwania zastępcy.
***
Poza oczywistym współczuciem dla chłopca i jego rodziców zastanawia mnie - i martwi - kilka spraw.
Po pierwsze wydaje się, że nauczyciele mają bardzo niski status i ich głos nie jest słyszalny. Boją się zgłosić problem, a jak sobie nie radzą to bach, zwolnienie lekarskie. Ponoć w Szwecji większość takich zwolnień (na depresję) dotyczy sektora publicznego - środowiska szkół, służby zdrowia i urzędów gminy to istna wylęgarnia szwefów sadystów i mobujących. W tym "biznesie" wskaźniki sukcesu są zupełnie inne niż w przedsiębiorstwach, nie da się łatwo zmierzyć dobrych rezultatów pracy nauczyciela - stąd tak łatwo nimi pomiatać. Wyżej opisana historia pośerdnio to pokazuje.
Po drugie, gmina nie radzi sobie z zarządzaniem placówkami edukacyjnymi. Zwrócił już na to uwagę Maciej Zaremba w swoim cyklu artykułów o szkolnictwie - przeniesienie odpowiedzialności za szkolnictwo z ministerstwa edukacji na gminy spowodowało katastrofę. Nie ma nad tym odpowiedniej kontroli, a niektóre gminy po prostu partaczą robotę. A ponieważ są sonbie sterem, żeglarzem i okrętem łatwo im przychodzi zamiatanie problemów pod dywan.
Po trzecie, szwedzki system socjalny się wysypał. Jakm widać nie stać go już na indywidualnych asystentów. Ten sam problem dotyczy osób starszych i upośledzonych, ogromne braki. Inna rzecz, że w Polsce żadne dziecko z autyzmem nie ma żadnego osobistego asystenta, normalny nauczyciel i rodzice muszą sobie z tym radzić. Myślę, że szwedzki system już dawno zeżarł własny ogon i nie potrafi się odnaleźć w nowych warunkach.
I wreszcie. W tym artykule nikt nie zająknął się na temat innego źródła tego problemu, myślę że głównego. Myśmy mieli o wiele większe klasy niż te szwedzkie i nie zawsze porywających nauczycieli. Przysługiwał nam jeden nauczyciel na klasę i nie było żadnych asystentów. I wszystko grałio! Nie było żadnej histerii! Wygląda na to, że szwedzcy nauczyciele sobie po prostu nie radzą z tym zawodem, miało być pięknie i łatwo a tu problem, dzieci nie słuchają... Ale to niesłuchanie to zmora, hałąs w klasie i krzyki są na porządku dziennym. Wynika to z tego, że ogromna większość mieszkańców terenu tej szkoły to imigranci z trzeciego świata. Panuje wśród nich duża agresja i nie ma wpojonego szacunku dla autorytetu nauczyciela. To prawdziwa bomba biologiczna. Trzeba ją rozbroić, ale nie nabierając wody w usta! Wprowadzić oceny, kary, prace społeczne... zgłaszać rodziny problemowy do opieki społecznej... Dlaczego tak się interesują klapsami polskich rodziców, a lekceważą to, że arabskie dzieci skopią do krwi kolegę w szkole...?
Zaiste perspektywa edukacji moich dzieci nie wyglada różowo.
Plan A to lokalna szkoła. Na naszym terenie nie ma tylu problemów demograficznych co w tamtej części gminy. Widać to już po przedszkolu - w tamtym Kami regularnie narzekał, że "Ahmed go bije", tutaj nigdy. Obaj chłopcy uwielbiają swoje przedszkole.
Ale gdyby coś poszło nieteges, to mamy plan B. To katolicka szkoła w Lund, tam nie ma miejsca na takie historie a w klasach panuje atmosfera szacunku dla nauczycieli. Wiem, bo byłam i widziałam lekcję otwartą.
Może powinnam skontaktować się z rodzicami Marka i im o tym powiedzieć...?
7 czerwca 2015
Idzie rezerwa!
Pamiętam wakacje na początku lat dziewięćdziesiątych - często wtedy jeździłam pociągami, nawet na obozy harcerskie tak się podróżowało. Niesamowite, tak teraz myślę. W trakcie tych podróży wydarzało się mnóstwo ciekawych rzeczy, takich jak spanie na podłodze w korytarzu czy granie całą noc na gitarze. Wesoło było.
Często spotykało się podróżujących rezerwistów ubranych w dziwne chusty. Trochę się ich baliśmy, przyznam. Szli po dworcach i ryczeli jak ranne bawoły. Często półnadzy, odziani jedynie w kiczowata baby w wyuzdanych pozach, nietrzeźwi. Takim lepiej było nie wchodzić w drogę...
Od dwóch dni mam deja vu.
Po ulicach snują się grupy dziwnie ubranej młodzieży. Wielu ma na sobie jakby mundurki i biało granatowe czapki. Trzyma niebieskie i żółte baloniki - i nie ma to związku z Dniem Narodowym, który przypada 6 czerwca. Często jeżdżą kabrioletami, napakowani w nie jak hindusi w autobus, trzymają w rękach piwo. Głośno trąbią i coś ryczą, kilka razy nerwowo hamowałam w czasie jazdy przez miasto, nieprzyzwyczajona do takich dźwięków na spokojnych ulicach Szwecji...
Czasem pojazd nie jest kabrioletem tylko ciężarówką z otwartą paką... na niej kupa młodzieży.
Rezerwa idzie do cywilaaaa!!! Czyli szwedzka młodzież świętuje zakończenie liceum. A cała impreza nosi nazwę STUDENTEN.
Kiedyś świętowanie było powiązane ze zdaniem matury, ale od 1968 roku w Szwecji nie ma matury... ponoć potem świetowanie mocno podupadło, by w latach osiemdziesiątych wrócić z impetem - większym niż kiedykolwiek kiczem, większą ilością alkoholu i większą rozwiązłością. Niektórzy mówią, że to w związku z osłabnięciem tradycji bierzmowania, która była powszechna. Teraz jedynym świętem wspólnym większości młodzieży jest właśnie zakończenie szkoły, stąd rozmach. Oczywiście za "zakończenie roku" trzeba sporo zapłacić, cała klasa solidarnie składa się na paradę ciężarówką. A media i władze gmin ostrzegają przed nadmiernym piciem alkoholu...
W sklepach królują ciasta w kształcie czapki, tudzież w kolorach niebiesko-żółtych. W zasadzie nie wiem dlaczego, co ma świeto szkoły wspólnego z flagą i barwami Szwecji...? No ale przyjęto taką konwencję.
W Mormors Bageri sprzedawali piękne niebieściutkie ciasta. Kami był strasznie rozżalony, że mu kupiliśmy inny kawałek - tamten trzeba było wziąć w całości. Nie chciał uwierzyć, że pomarańczowy marcepan smakuje tak samo jak niebieski...
(Zdjęcia pochodzą z internetu, z różnych stron)
21 kwietnia 2015
Zwyczajna szwedzka rodzina
Piękny wiosenny dzień na naszym ulubionym placu zabaw w Lund. Huśtam szary kubusiowy tłumoczek na kole. Kami śmiga po przyrządach dla starszych dzieci, słońce grzeje, wreszcie zdjęłam kurtkę i czapkę... pełen relaks.
Podchodzi dwóch chłopców, na oko 7-8 lat. Mniejszy wydaje z siebie dźwieki brzmiące jakby "ale słodki" i głaska Kubusia po policzku. Większy (w jaskrawożółtej czapce) odzywa się do niego:
- Hey, don't touch him! That's illegal! - mówi poważnym tonem doświadczonego prawnika.
Mały chłopiec odskoczył jak oparzony.
- Właściwie to nie jest to chyba nielegalne - wtrącam się po angielsku - ale byłoby dobrze zapytać rodzica czy można pogłaskać jego dziecko...
- Tak, masz rację. Trzeba pytać. - przyznał chłopiec. I zaraz rozgadał się, ani chybi zachęcony moim nieskazitelnym angielskim - Skąd jesteś?
- Pochodze z Polski.
- Aaaaa.... Moja mama jest Irlandką, tato - Szwedem. Urodziłem się w Dubaju, to jest w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, potem mieszkaliśmy w Niemczech, teraz w Szwecji. - wyrecytował na jednym oddechu. Musi być przyzwyczajony do zdawania tej relacji, połączonych z wyjaśnianiem gdzie leży Dubaj.
Urzekło go to, że ja wiem gdzie leży i że nawet tam byłam. Zaczęła się miła pogawędka.
- A to jest Omar - dodał - jest Kanadyjczykiem. Ale także z Jemenu. Nasza szkoła jest tu blisko, mamy teraz lekcję muzyki. Ale pani zachorowała to na zastępstwo przyszliśmy tu.
- O, to może pośpiewamy sobie - zaproponowałam
Chłopcy prychnęli ze śmiechu.
Potem Szwedo-Irlandczyk zdradził, że ma 8 lat (ale wszyscy myślą, że dziewięć, albo nawet dziesięć).
Potem zapytali czy mogę zdjąć Kubusia, bo oni chcieliby się wysoko huśtać. Doszły pozostałe dzieci z ich paczki. Wtedy przybiegł już Kamyczek i okazało się, że w ogóle nie może dogadać się z tymi dziećmi - nie zna angielskiego, a oni szwedzkiego! Za wyjątkiem jednej dziewczynki, która mu tłumaczyła komendy. "A teraz trzymaj się mocno".
Gdy tak się huśtali pociągnęłam za język nauczycielki. Szkoła działa po angielsku, jest przeznaczona głównie dla dzieci rodziców "na kontraktach". Najwięcej rodziców to pracownicy uniwersytetu w Lund i Tetra-paca. Dzieci "rezydentów" Szwecji nie ma w szkole, to nie jest szkoła dla nich ("ale niedaleko jest inna, szwedzko-angielska, może tam się dowiedz?").
Nie wiem jakie były historie innych dzieci, ale widziałam dużo twarzy hinduskich i koreańskich. Wszyscy posługiwali się piękną angielszczyzną. Nauczycielki pochodziły z USA i Australii, też na kontraktach.
W tym towarzystkie poczułam, że jesteśmy zupełnie zwyczajną szwedzką rodziną...
14 marca 2015
Mamo, nudzę się
Taka jedna Fidrygauka napisała świetny post o "naszym" dzieciństwie, łezka mi się w oku zakręciła. Moje takie właśnie było!
Muszę przyznać, że ostatnio bardzo dużo myślę o tym. Z racji macierzyńskiego mam w domu DWÓJKĘ dzieci przez większość czasu - szwedzki system pozwala tylko na 15 godzin w przedszkolu jeśli któryś rodzic jest na macierzyńskim.
Planowałam zrobienie wielu rzeczy na macierzyńskim, ale z Kamranem w domu nic się nie udaje... nawet jak Kubuś zasypia (wcześniej dużo spał) to cokolwiek zacznę przybiega Kamran, żeby się z nim bawić. Jedynym łatwym sposobem na mój wolny czas jest ... włączenie mu bajki.
Co jest dla mnie, oczywiście, ostatecznością. Walczę z tym, jak mogę, ale czasem się poddaję.
Kami ma pełno legowców, jak to mówi, ale średnio mu idzie bawienie się samemu. Nie wiem, może to naturalne i każde dziecko potrzebuje po prostu partnera do zabawy? Jak ma w domu kolegę to obaj zajmują się sobą przez kilka godzin nawet. Ale może zależy to od charakteru i temperamentu danego dziecka?
Tak marzę o tym, żeby sobie sam wymyślał zabawy, rysował używając dziesiątków flamastrów, które nagromadził przez kilka lat, budował niestworzone rzeczy. Czasem to robi, zgodzę się. Ale codziennie jest walka o twórcze spędzanie czasu. Która sprawia, że czuję się jak beznadziejna matka, która nie umie bawić się ze swoim dzieckiem. Bo to nie to, że nie chcę. Wstyd przyznać, ale nie wiem za bardzo jak się bawić z pięciolatkiem-prawie-jedynakiem (bo z Kubisiem się nie pobawią za bardzo jeszcze) :/
Zbudować LEGO z książeczką mogę i zawsze jak dostaje nowe, albo prosi o ułożenie starego, to mu pomagam. Siedzimy razem, gadamy i budujemy. Ale już nowych tworów nie będę budować z nim, bo uważam w głębi serca, że to dziecko powinno do tego ciągnąć (czasem ciagnie, czasem nie). A poza tym nie mam z tego frajdy, bolą mnie plecy od siedzenia w takich pozycjach, wzywa poczucie ważności zrobienia innych rzeczy, na przykład posprzątania chaty albo po prostu ubrania się...
Czasem pogotujemy razem, ale na długo mu nie starcza zapału. Woli bawić się w mycie naczyń...
Czasem próbuję go uczyć pisania czy czytania, ale już po chwili się nudzi. Rysowanie też go za bardzo nie wciąga, choć wczoraj mnie bardzo zdziwił. Sam z siebie poszedł i narysował. I sam napisał.
Czasem pośpiewamy, ale też nie za bardzo go ciągnie (ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu). Choć talent ma nieprzeciętny, moim zdaniem, posłuchajcie jego ulubionej piosenki...Ma gust chłopak!
Zawsze wieczorem czytamy, codziennie. Oboje to uwielbiamy, i gdybym sama nie zasypiała przy czytaniu mogłabym to robić pół nocy.
Łazimy na spacery i siedzę na placach zabaw, ale ileż można wytrzymać w tym naszym arlovskim wietrze (tu zawsze okropnie wieje). Patrz poprzedni wpis na blogu.
Jako że nie ma innych dzieci do zabawy (poza tymi piętnastoma godzinami w przedzkolu) zaranżowaliśmy mu zajęcia tenisa i basen. Zawsze z nim chodzimy, czasem zostaniemy na basenie dłużej żeby się bawić.
Włączam go w zadania domowe - zakupy, pranie, sprzątanie, opiekę przy Kubusiu... to ostatnie robi bardzo chętnie, czasem nawet uznaje się za "eksperta od Kubusiów" ;) Wczoraj - na przykład - świetnie się z nim bawił, budując "automatyczny sprzęt". Mieliśmy super zabawę póki nie przyszedł tatuś i nie kazał posprzątać poduchy...
Summa summarum na tym kończy się moja inwencja. Niemal całą resztę czasu Kami łazi za mną i prosi "mamo, pobaw się ze mną". A ja, często po słabej nocy albo innej gimnastyce z Kubusiem właśnie siadłam umęczona do zjedzenia śniadania...
- Mamo, mogę bajkę?
- Nie, już dziś oglądałeś przez godzinę.
- Mamo, ale nudzę się...
- Właśnie dlatego się nudzisz, że za dużo czasu spędzasz gapiąc się na te bajki. Chyba zabronię ci je w ogóle oglądać!
- Nie mamoooo ....buuuu - ryczy - dobrze, to ja pójdę pobawić się troszkę a potem troszkę pooglądam, dobrze?
- mmmm - myślę, co odpowiedzieć
- Dobrzeeee?... dobrzeeee??? MAMO, dobrzeeee? Mamo, prooooooszę!
I napastuje mnie... Ma szczęście jeśli nie wybuchnę w takim momencie... Zdarza się mu walnąć "kazanie" o głupich dzieciach, których mózgi się zepsuły od oglądania za dużo telewizji, czy chce być takim kimś, czy chce skończyć jak tępy matoł który tylko umie pilota obsłużyć...
Bardzo się pilnuję się, żeby nie użyć wulgarnych słów ani jego nie zwyzywać.
A pozatrm siedzę i myślę co zrobiłam źle. Dlaczego moje dziecko ma tak mało własnej inicjatywy w zabawie. Dlaczego wisi na mnie i to ja muszę mu podpowiadać co robić. Dlaczego go tak ciągnie do bajek i komputera. Jakiś czas temu zaczęłam mu to ostro dawkować, to po 10 minutach zabawy przybiega z pytaniem "mamo, ja już się pobawiłem, mogę teraz komputer?"
Czy dlatego, ze ja sama używam komputera? Dla mnie komputer to swoiste okno na świat - czytam blogi, pocztę, wiadomości, jest moim słownikiem i mapą, źródłem wszelkiej informacji. Stąd moje kilka godzin przy komputerze dziennie. Nie pamiętam kiedy oglądałam na nim jakikolwiek film, a youtube używam do wrzucenia własnych filmów... Ale dziecko tylko biernie gapi się na bajki i jest mu z tym dobrze!!
I to nie jest tak, że daję dziecku wszystko oprócz czasu, jak niektórzy sugerują. Dzieci są cały czas ze mną i poświęcam im uwagę, spędzamy czas razem - ale nie chcę, żeby stały się centrum mojego świata. Nie mogą nim się stać, co innego ma być tym centrum (pewnie, że walczę o właściwe proporcje wszystkiego, kto nie walczy?).
A jak to robią inni?
Może inne matki to supermatki, które mają nieograniczoną wyobraźnię, energię i żadnych własnych potrzeb...? Czytam czasem jakieś blogi na ten temat i wpadam w depresję.
Jakoś jednak nie wierzę, że inni rodzice wracając z pracy rzucają się na teatrzyki dla dzieci, klocki czy puzzle. Nie wierzę, żeby moi rodzice, mądrzy i twórczy, spędzali całe dnie na wymyślaniu mi zabaw.
To o co chodzi?
Jak to zmienić?
Drogi internecie, pomóż..
A może po prostu trzeba w ogóle nie mieć internetu ani komputera... Ani zabawek, jak to za perelu. I jak pokazał eksperyment w pewnym niemieckim przedszkolu. Dzieciom zabrano wszystkie "gotowe" zabawki na kilka miesięcy, zostawiono produkty - papier, spinacze, klej, sznurek, przybory do rysowania itp. W tym czasie dzieci od apatii, która towarzyszyła pierwszym dniom, przeszły do bardzo twórczych zabaw i wykorzystywania wszystkiego, w celu zrobienia sobie rekwizytów do zabawy. Tyle, że dzieci miały siebie nawzajem do zabawy, czy to jest wykonalne w domu...? Pewnie jest, jak pomysleć o nas, dzieciach lat siedemdziesiątych. Ale JAK to zrobić gdy wszystkie inne dzieci mają tryliony zabawek...?
Muszę przyznać, że ostatnio bardzo dużo myślę o tym. Z racji macierzyńskiego mam w domu DWÓJKĘ dzieci przez większość czasu - szwedzki system pozwala tylko na 15 godzin w przedszkolu jeśli któryś rodzic jest na macierzyńskim.
Planowałam zrobienie wielu rzeczy na macierzyńskim, ale z Kamranem w domu nic się nie udaje... nawet jak Kubuś zasypia (wcześniej dużo spał) to cokolwiek zacznę przybiega Kamran, żeby się z nim bawić. Jedynym łatwym sposobem na mój wolny czas jest ... włączenie mu bajki.
Co jest dla mnie, oczywiście, ostatecznością. Walczę z tym, jak mogę, ale czasem się poddaję.
Kami ma pełno legowców, jak to mówi, ale średnio mu idzie bawienie się samemu. Nie wiem, może to naturalne i każde dziecko potrzebuje po prostu partnera do zabawy? Jak ma w domu kolegę to obaj zajmują się sobą przez kilka godzin nawet. Ale może zależy to od charakteru i temperamentu danego dziecka?
Tak marzę o tym, żeby sobie sam wymyślał zabawy, rysował używając dziesiątków flamastrów, które nagromadził przez kilka lat, budował niestworzone rzeczy. Czasem to robi, zgodzę się. Ale codziennie jest walka o twórcze spędzanie czasu. Która sprawia, że czuję się jak beznadziejna matka, która nie umie bawić się ze swoim dzieckiem. Bo to nie to, że nie chcę. Wstyd przyznać, ale nie wiem za bardzo jak się bawić z pięciolatkiem-prawie-jedynakiem (bo z Kubisiem się nie pobawią za bardzo jeszcze) :/
Zbudować LEGO z książeczką mogę i zawsze jak dostaje nowe, albo prosi o ułożenie starego, to mu pomagam. Siedzimy razem, gadamy i budujemy. Ale już nowych tworów nie będę budować z nim, bo uważam w głębi serca, że to dziecko powinno do tego ciągnąć (czasem ciagnie, czasem nie). A poza tym nie mam z tego frajdy, bolą mnie plecy od siedzenia w takich pozycjach, wzywa poczucie ważności zrobienia innych rzeczy, na przykład posprzątania chaty albo po prostu ubrania się...
Czasem pogotujemy razem, ale na długo mu nie starcza zapału. Woli bawić się w mycie naczyń...
Czasem próbuję go uczyć pisania czy czytania, ale już po chwili się nudzi. Rysowanie też go za bardzo nie wciąga, choć wczoraj mnie bardzo zdziwił. Sam z siebie poszedł i narysował. I sam napisał.
Czasem pośpiewamy, ale też nie za bardzo go ciągnie (ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu). Choć talent ma nieprzeciętny, moim zdaniem, posłuchajcie jego ulubionej piosenki...Ma gust chłopak!
Zawsze wieczorem czytamy, codziennie. Oboje to uwielbiamy, i gdybym sama nie zasypiała przy czytaniu mogłabym to robić pół nocy.
Łazimy na spacery i siedzę na placach zabaw, ale ileż można wytrzymać w tym naszym arlovskim wietrze (tu zawsze okropnie wieje). Patrz poprzedni wpis na blogu.
Jako że nie ma innych dzieci do zabawy (poza tymi piętnastoma godzinami w przedzkolu) zaranżowaliśmy mu zajęcia tenisa i basen. Zawsze z nim chodzimy, czasem zostaniemy na basenie dłużej żeby się bawić.
Włączam go w zadania domowe - zakupy, pranie, sprzątanie, opiekę przy Kubusiu... to ostatnie robi bardzo chętnie, czasem nawet uznaje się za "eksperta od Kubusiów" ;) Wczoraj - na przykład - świetnie się z nim bawił, budując "automatyczny sprzęt". Mieliśmy super zabawę póki nie przyszedł tatuś i nie kazał posprzątać poduchy...
(klik klik na zdjęciu - link do filmiku)
Summa summarum na tym kończy się moja inwencja. Niemal całą resztę czasu Kami łazi za mną i prosi "mamo, pobaw się ze mną". A ja, często po słabej nocy albo innej gimnastyce z Kubusiem właśnie siadłam umęczona do zjedzenia śniadania...
- Mamo, mogę bajkę?
- Nie, już dziś oglądałeś przez godzinę.
- Mamo, ale nudzę się...
- Właśnie dlatego się nudzisz, że za dużo czasu spędzasz gapiąc się na te bajki. Chyba zabronię ci je w ogóle oglądać!
- Nie mamoooo ....buuuu - ryczy - dobrze, to ja pójdę pobawić się troszkę a potem troszkę pooglądam, dobrze?
- mmmm - myślę, co odpowiedzieć
- Dobrzeeee?... dobrzeeee??? MAMO, dobrzeeee? Mamo, prooooooszę!
I napastuje mnie... Ma szczęście jeśli nie wybuchnę w takim momencie... Zdarza się mu walnąć "kazanie" o głupich dzieciach, których mózgi się zepsuły od oglądania za dużo telewizji, czy chce być takim kimś, czy chce skończyć jak tępy matoł który tylko umie pilota obsłużyć...
Bardzo się pilnuję się, żeby nie użyć wulgarnych słów ani jego nie zwyzywać.
A pozatrm siedzę i myślę co zrobiłam źle. Dlaczego moje dziecko ma tak mało własnej inicjatywy w zabawie. Dlaczego wisi na mnie i to ja muszę mu podpowiadać co robić. Dlaczego go tak ciągnie do bajek i komputera. Jakiś czas temu zaczęłam mu to ostro dawkować, to po 10 minutach zabawy przybiega z pytaniem "mamo, ja już się pobawiłem, mogę teraz komputer?"
Czy dlatego, ze ja sama używam komputera? Dla mnie komputer to swoiste okno na świat - czytam blogi, pocztę, wiadomości, jest moim słownikiem i mapą, źródłem wszelkiej informacji. Stąd moje kilka godzin przy komputerze dziennie. Nie pamiętam kiedy oglądałam na nim jakikolwiek film, a youtube używam do wrzucenia własnych filmów... Ale dziecko tylko biernie gapi się na bajki i jest mu z tym dobrze!!
I to nie jest tak, że daję dziecku wszystko oprócz czasu, jak niektórzy sugerują. Dzieci są cały czas ze mną i poświęcam im uwagę, spędzamy czas razem - ale nie chcę, żeby stały się centrum mojego świata. Nie mogą nim się stać, co innego ma być tym centrum (pewnie, że walczę o właściwe proporcje wszystkiego, kto nie walczy?).
A jak to robią inni?
Może inne matki to supermatki, które mają nieograniczoną wyobraźnię, energię i żadnych własnych potrzeb...? Czytam czasem jakieś blogi na ten temat i wpadam w depresję.
Jakoś jednak nie wierzę, że inni rodzice wracając z pracy rzucają się na teatrzyki dla dzieci, klocki czy puzzle. Nie wierzę, żeby moi rodzice, mądrzy i twórczy, spędzali całe dnie na wymyślaniu mi zabaw.
Najpierw zabawa w malowanie twarzy, a potem o wiele dłuższa zabawa w mycie...
To o co chodzi?
Jak to zmienić?
Drogi internecie, pomóż..
A może po prostu trzeba w ogóle nie mieć internetu ani komputera... Ani zabawek, jak to za perelu. I jak pokazał eksperyment w pewnym niemieckim przedszkolu. Dzieciom zabrano wszystkie "gotowe" zabawki na kilka miesięcy, zostawiono produkty - papier, spinacze, klej, sznurek, przybory do rysowania itp. W tym czasie dzieci od apatii, która towarzyszyła pierwszym dniom, przeszły do bardzo twórczych zabaw i wykorzystywania wszystkiego, w celu zrobienia sobie rekwizytów do zabawy. Tyle, że dzieci miały siebie nawzajem do zabawy, czy to jest wykonalne w domu...? Pewnie jest, jak pomysleć o nas, dzieciach lat siedemdziesiątych. Ale JAK to zrobić gdy wszystkie inne dzieci mają tryliony zabawek...?
2 grudnia 2014
Nie garb się!
Robię w kuchni kolację. Kami w łazience, bierze prysznic. Czytaj: bawi się. W pewnej chwili mnie woła:
- Mamo, chodź szybko, coś ci pokażę!
- Zaraz, teraz robię sos!
Po chwili:
- Mamo, no chooodź!
- Czekaj, jeszcze ten sos kończę.
- Mamooo, bo zmarznę!
- Nie moge teraz, musze skończyć. Zaraz przyjdę.
- A tatuś nie może popracować??? CHODŹ!!!!
Czytam dzieciom bajkę, Kami co chwila przerywa, więc przestaję reagować.
- Mamo, mamo, mogę zadać jedno pytanie?
Czytam twardo dalej.
- Mamo, tylko jedno.
- No co? - zlitowałam się w końcu nad Kamyczkiem.
- NIE MÓWI SIĘ "CO" TYLKO "SŁUCHAM".
- Mamo, chodź szybko, coś ci pokażę!
- Zaraz, teraz robię sos!
Po chwili:
- Mamo, no chooodź!
- Czekaj, jeszcze ten sos kończę.
- Mamooo, bo zmarznę!
- Nie moge teraz, musze skończyć. Zaraz przyjdę.
- A tatuś nie może popracować??? CHODŹ!!!!
***
Czytam dzieciom bajkę, Kami co chwila przerywa, więc przestaję reagować.
- Mamo, mamo, mogę zadać jedno pytanie?
Czytam twardo dalej.
- Mamo, tylko jedno.
- No co? - zlitowałam się w końcu nad Kamyczkiem.
- NIE MÓWI SIĘ "CO" TYLKO "SŁUCHAM".
***
Jemy śniadanie. Przyniosłam sobie komórkę, żeby sprawdzić co słychać w świecie. Nie bez trudu zmusiłam Kamyczka do siedzenia ze mną przy stole, jak zwykle chciał przy bajce. No to bajkę wyłączyłam i heja.
Siadamy, odpalam komórkę, a Kami do mnie, pouczającym tonem:
- Mamooo... nie czytaj teraz, przecież jesz śniadanie! NIE DWA NA RAZ!
Serce rośnie, że Kami tak pięknie mówi po polsku. Chyba zatem czas nauczyć go "nie garb się" jako uniwersalnej odpowiedzi rodzica :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















