Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka na obczyźnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polka na obczyźnie. Pokaż wszystkie posty

17 listopada 2015

Marsz, marsz Polonia!!!


Jeszcze Polska nie zginęła,
kiedy my żyjemy,
co nam obca przemoc wzięła,
szablą odbierzemy.

Marsz, marsz Polonia,
marsz dzielny narodzie,
odpoczniemy po swej pracy
w ojczystej zagrodzie.

Jeszcze Polska nie zginęła,
i zginąć nie może,
bo Ty jesteś sprawiedliwy,
o Wszechmocny Boże.

Marsz, marsz Polonia,
marsz dzielny narodzie,
odpoczniemy po swej pracy
w ojczystej zagrodzie.
.
Pierwszy raz śpiewałam tę pieśń. To znaczy jeśli śpiewaniem można nazwać poruszanie ustami ze ściśniętym gardłem... w niedzielę mieliśmy tu akademię z okazji Święta Niepodległości. Wystąpiły nasze dzieci "parafialne" we współpracy z ogniskiem Kwiaty Polskie i organizacją młodzieży Polonica.

Wszyscy przebrani w tradycyjne ludowe stroje oraz munduty ułanów, w sumie żadne specjalne wyczyny sceniczne... ale jednak... musicie wiedzieć, że ta cała młodzież na zdjęciach już urodziła się w Szwecji i Polskę zna tylko "gościnnie". A tak bardzo ją kocha - bardzo poważnie podeszli do występów, deklamacji i śpiewów, wszystko nienagannym jęzkiem polskim.

Samo to już mnie wzrusza do łez.

Uświadomiłam sobie też, że pierwszy raz od dawna tak uroczyście obchodziłam jakiekolwiek polskie święto. W sumie pierwszy raz chyba od czasów harcerskich, czyli końca studiów.

Harcerze robią to na poważnie, żadne tam tańce ludowe czy przebieranki. Mundur i flaga! Marsze i pieśni. Przyznam, że kiedyś trochę podśmiewałam się, że polonijne akcje kulturalne to przeważnie zespoły folklorystyczne, jakby Polska nic innego typowego dla siebie nie miała.

Teraz się już z tego nie śmieję. Planuję zapisać Kamyczka do Kwiatów Polskich. A pod myszką komputera mam podkładkę we wzory łowickie i z napisem "Polska".

Może zrozumiałam, może dorosłam, może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia w tym przypadku...












26 października 2015

Rzeczy w Szwecji, do których się nigdy nie przyzwyczaję

Klub Polki na Obczyźnie (ten od podróży Smutka i Plotkary) robi projekt, pokazujący, do czego nam trudno się przyzwyczaić w naszych krajach, Nie załapałam się na niego, ale czasem coś poczytam.

Jednakże zainspirowana wpisem Moniki postanowiłam stworzyć swoją prywatną listę. Chyba na zasadzie ponarzekania jak Polak z Polakiem (i tu ktoś może stworzyć polską listę, którą otwierać będzie polska tendencja do narzekania ;) ), a może pójdę za ciosem - wyleję swoje żale.

Nie mieszka mi się tu źle, przyzwyczaiłam się i wiele rzeczy doceniam, ale do kilku nigdy się nie przyzwyczaję. A jak przyzwyczaję to zastrzelcie mnie...

Edukacja

Monika, wykwalifikowany nauczyciel przedszkolny, pracujący w zawodzie, zwróciła uwagę na podły poziom edukacji - równa się do jakiegoś poziomu, powyżej dna, ale orły nie mają szans polatać. Po prostu nie ma takich opcji i już. Chyba że rodzice są bardzo świadomi (mam nadzieję, że ja właśnie takowym jestem, ale to także ryzyko - patrz dalej) i pracują z dzieckiem poza systemem edukacji (czytaj: często za ciężkie pieniądze).
Zapomnij tutaj o olimpiadach przedmiotowych, o szkołach muzycznych dla siedmiolatków (chyba że ktoś sie załapie na "dom kultury", wtedy ma 20 minut tygodniowo grania na instrumencie) - o tym pisałam kiedyś w poście "Nowy oksymoron - szwedzki skrzypek", polecam wrócić, bo całkiem mi się udał a nie chcę się powtarzać... ;)
Ad rem. Maciej Zaremba, mój ulubiony szwedzki dziennikarz zrobił potężny raport dotyczący szkolnictwa. W Szwecji ukazał się w postaci cyklu artykułów oraz książki "Hem till skolan", u nas - jako rozdział w "Polskim hydrauliku" *. W skrócie: szwedzka edukacja całkowicie odeszła od uczenia czegokolwiek. Dziecko w szkole ma się dobrze czuć, a żeby to osiągnąć nie można od niego za dużo wymagać. Jak dziecko wkracza w wiek gimnazjalny zaczyna się uczenie. Ale wtedy jest już za późno, bo połowa ledwo duka, nie umie liczyć albo nie umie czytać ze zrozumieniem. W zasadzie studenci też nie umieją tego.
Po reformie edukacji popełnionej przez socjalistów szkoła została placówką gminy, a nauczyciel stał się jej urzędnikiem. Po przeszkoleniu może uczyć, ma podręcznik. Zresztą i tak nie musi niczego uczyć, ma nauczyć wyszukiwania informacji. A to, że człowiek nie będzie miał żadnej podstawy wiedzy, na które może osadzić te informacje, skojarzyć, zapamiętać i zrozumieć - nie przyszło geniuszom marksizmu do głowy.

Dużo by pisać, w sumie to słabo mi się robi jak o tym myślę, więc może przestanę. Odsyłam do "Hydraulika".

Ambitni rodzice mogą to, oczywiście, pokonać wkładając własny czas i pieniądze, ale edukacja domowa została tu zakazana, a wszelka dodatkowa edukacja może zrodzić podejrzenia nauczycieli w szkole i donos do socjalu - jeśli dziecko by się poskarżyło, że nie może latać po dworze tylko mama go zmusza do czytania czy grania na instrumecie...

Szwedzkie wyniki PISA 2000-2012
läsförmåga - czytanie ze zrozumieniem
naturvetenskap - nauki przyrodnicze

Polityczna poprawność

Polska zaczyna odczuwać presję politycznej poprawności, ale jako naród niepokorny nie damy się nabrać. Szwedzi zostali wytresowani w przerażającym stopniu. Tak tworzy się Breivików.
Kilka dni temu szwedzki frustrat wyładował się nożem na czwórce uczniów szkoły w Trollhatan. Szwecja w żałobie, szwedzki Kopacz roni krokodyle łzy... i dalej kłamie, że sytuacja jest pod kontrolą. Szwedzka partia opozycyjna wezwała go to dymisji, określając stan kraju jako katastrofę.
Uchodźców trzeba ukrywać, bo istnieje realna obawa, że ludzie się na nich rzucą - koleżanka nauczycielka opowiadała, że zostal poinformowani o lokalizacji obozu, z którego dzieci mogą trafić do ich szkoły (!!!) ale to jest tajemnica i nie wolno im o tym mówić. W zasadzie rozmowę telefoniczna też urwała, że to nierozsądne mówić takie rzeczy przez telefon...

Zdębiałam. Aż tak inwigilują...?

Wściekłość społeczna jest fizycznie odczuwalna. Choć na codzień nie widzę takich obrazków jak te z Węgier czy Chorwacji, ale wiem, ze one istnieją.Ukrywa się je. Ale ludzie szemrzą coraz bardziej, choćby dlatego, że wszystkim gul skoczył na wiadomość o planowanym podwyższeniu podatków (o 2% / w naszym przypadku będzie to 33%, choć przy pełnym etacie łapiemy się na podatek "krajowy" czyli... dodatkowe 20% od nadwyżki... :/).

Szwedzka polityczna poprawność bije wszelkie rekordy. W zasadzie nie jest możliwa żadna otwarta rozmowa. Patrz mój poprzedni post o fenomenie socjalizmu - każda inna postawa otrzymuje etykietkę nazizmu i kończy się dyskusja.

Acha, ostatnio ocenzurowano Pippi Langstrump. Nie może już nazywać swojego ojca "Murzyńskim Królem". A Somalijczyków, gwałcących kobietę na promie ze Szwecji do Finlandii, prasa określa "sześcioma Szwedami" - gdzie żaden z nich nie miał nawet szwedzkiego obywatelstwa. Absurdystan.



Mężczyźni

Monika wspomniała brak dżentelmenów - nikt nie ustąpi nikomu miejsca w komunikacji publicznej, nie przepuści kobiety przodem, nie otworzy drzwi, nie poniesie ciężkiego bagażu. Ja powiem dosadniej: facetów wykastrowano. W Szwecji rządzi feminizm doprowadzony do granic absurdu (pewna szwedzka dziennikarka, Ingrid Carlqvist, nazywa ten kraj Absurdystanem... w zasadzie ona przeczy punktowi drugiemu niniejszego posta, bo mówi jak jest, niczym Max Kolonko, ale to naprawdę rzadkie tutaj. Nie zobaczysz jej jednak w publicznej telewizji) - parytety w zarządach przedsiębiorstw, silna presja na zawodową pracę kobiet, upadek instytucji rodziny. Mężczyźni zniewieścieli. Rurki biją rekordy sprzedaży kolejny sezon.


Choć z drugiej strony wielu mężczyzn jest totalnie niechlujnych, odrażających wręcz (nieogolonych, wytatułowanych, z opadającymi spodniami), jakby w proteście przeciw rurkom. Latem wskakują w skóry i motory. Słuchają muzyki satanistycznej (ponoć Skandynawia to serce tego gatunku! ale to wiem tylko z teorii, nie interesuję się i nie zamierzam).Chleją na umór. 

Nie widać na codzień normalnego środka... 

Permanentna Inwigilacja

Wielki Brat wie tu o Tobie wszystko. W marcu przychodzi już wypełniony PIT, który musisz tylko podpisać. Ewentualnie wpisać dochody zza granicy, o których nie wie (jeszcze!). Kupisz samochód - następnego dnia przychodzi 5 druczków na przedłużenie OC na Twój numer rejestracyjny... Pisałam o tym komkretnym przypadku kiedyś. Dalej nie mogę się przyzwyczaić.

Niby to ułatwia życie na codzień. Ale jak pomyślę kto co o mnie wie to ciary przechodzą. Orwell by tego nie wymyślił.
Posieszam się (?) że to rzeczywistość całej Europy i zachodniego swiata, to tylko nam, Polakom, się jeszcze wydawało, że walczymy w partyzantce pod osłoną nocy...

"Państwo wie, co robiłeś zeszłego lata"

Ceny

Wiem, zarabiamy w koronach, więcej niż Polacy, ale dlaczego ibuprofen musi kosztować 10 razy więcej niż w Polsce?? Dlaczego na rynku panuje zmowa cenowa i każdy sklep, nawet internetowy, ma identyczną cenę jak sklep w galerii (co bywa dobre, bo jak coś wypatrzysz w necie mozesz iść jutro kupić do Hornbacha, w identycznej cenie jak w necie, za to antychmiast)?. Człowiek przyzwyczajony do allegro, amazonu i setek ofert na ceneo głupieje jak próbuje coś znaleźć w Szwecji.
I tak oto regularnie zaopatruję się w Polsce (lub amazonie) w następujące przedmioty, co mnie trochę irytuje, bo transport miodu to potężne wyzwanie (pochłaniamy spore ilości):

- lekarstwa bez recepty
- wszelkie zioła i suplementy diety
- miód
- ksylitol (skandynawski produkt!!)
- sprzęt elektroniczny (aparaty foto, kina domowe, komórki)

Po co wydawać dwa razy więcej niż jest to konieczne...?



Apteki i w ogóle lekarstwa

Wizyta w aptece przypomina mi przegląd obozowej apteczki: jeden rodzaj wszystkiego. Jeden produkt z ibuprofenem, jeden z panadolem, po jednym z w/w w wersji dla dzieci. Więcej przeciwbólowych nie ma. Jedna maść na hemoroidy, Jeden szampon na wszy, Jeden środek na owsiki. Mnóstwo kosmetyków.
Panie w aptece nie wiedzą NIC o substancjach leczniczych zawartych w produktach. Zapytałam kiedyś czy mają coś na bazie ziół senesu, ale wybałuszono na mnie gały i odesłano do sklepu zielarsko-homeopatycznego. Najwyraźniej użyłam słowa wytrychu zioło. Nie ma tu wody utlenionej ani spirytusu salicylowego. Nie kupi się fenistilu.

Przestałam chadzać do aptek, odkryłam, że polskie wysyłają za granicę.

Tak, wiem, nie jestem lekarzem. Ale w szperaniu w internecie jestem bardziej biegła niż tutejsze pielęgniary, na które trafię gdy pójdę po poradę do przychodzni... Pisałam już zresztą o systemie opieki zdrowotnej.




Kultura i muzyka

Nie jestem żadnym koneserem ani zawodowcem, ot - uwielbniam muzykę. W swoim życiu miałam szczęście poznać kilku muzyków i chadzać na koncerty do filharmonii i śp. Czarnego Salonu (czwartki jazzowe). Pół życia licealnego spędziłam na Łykendzie i Szantach Nad Odrą, w domu - w radiu i TV - słuchało się piosenki aktorskiej, Piwnicy pod Baranami i koncertów w Trójce. Na obozach harcerskiech - gitara co wieczór.
Muzyka była wszędzie.
Tutaj jestem na pustyni. Tyle co sama sobie pogram na gitarze.
Próbowałam ostatnio kupić bilety na coś symfonicznego w filharmonii. Do końca roku odbędzie się może 10 koncertów. W SUMIE.
Dla dzieci - DWA. Kupiłam od razu bilet na marzec 2016, bo do wakacji będą jeszcze kolejne dwa...

Ale jak leci Eurowizja czy Melodifestivalen (lokalne eliminacje) to połowa Szwedów z wypiekami na twarzach tkwi przed odbiornikiem. Potem chodzą i nucą szwedzką piosenkę na Eurowizję.

W pracy wychodzę na gbura, bo regularnie proszę o wyłączenie radia - organicznie nie trawię szwedzkiej muzyki pop. Ich sprawa czego słuchają, ale o muzyce z nikim tu nie porozmawiasz :/ a sceny takie jak Wrocławskie Forum Muzyki - tudzież rodzaj kultury muzycznej towarzyszącej tej instytucji - to coś zupełnie nieosiągalnego w miejscu, gdzie mieszkam...


Unikanie Konfliktów

Może to się łączyć z polityczną poprawnością - z większością Szwedów nie pogadasz o polityce, religii ani transcendencji. Albo temat tabu, albo nikogo to nie interesuje. Tu naprawdę żyje się z dnia na dzień, bez refleksji. A potem ściana.
Statystyki depresji i "dojścia do ściany" (jak to się tu nazywa) są za to przerażające.

Szwedzi mówią, że to od stresu w pracy, ale oni chyba nigdy nie widzieli stresu. A może to jest tak, jak pisał Maciej Zaremba - system ocen w szkołach podstawowych został zniesiony, bo sie źle kojarzył. Tu w Szwecji była to bowiem ocena konkretnej pracy, ale sposób wartościowania ludzi. Pała w szkole oznaczała etykietkę idioty. W Polsce też tak bywało, pewnie, ale jednak pały traktowało się jako coś do poprawienia (i bolało to, że ojciec sprał za nie tyłek), a nie dramat życia.

No więc porażka w pracy - konflikt, kłótnia, zła ocena - to ogromne przeżycie, kończące się często rocznym zwolnieniem lekarskim.

Ja, natomiast, lubię się zdrowo skonfrontować, wywalić, co leży na wątrobie, obadać zasady współpracy - oczywiście w kulturalny sposób. Niemożność rozwiązania konfliktu naprawdę mnie pożera... mam teraz taką sytuację w pracy, po powrocie z macierzyńskiego nie jest jasne jak będzie wyglądał powrót na stanowisko skoro osoba zatrudniona "tymczasowo" jednak zostaje. Zostajemy razem... i co dalej?
W zeszłym tygodniu już nastąpiła jedna eskalacja, ale zażądałam konfrontacji. W ten czwartek mamy spotkanie z szefem.
Na szczęście trafiłam na wikinga a nie faceta w rurkach, jestem dobrej myśli. Nadajemy na tych samych falach :) tylko co, jeśli się okaże że "tymczasowa panna" jest Szwedką, która unika konfliktu, więc szefowi powie to, co on chce usłyszeć, a potem wykopie starannie zamaskowany wilczy dołek pode mną...? cóż... właśnie takich rzeczy należy się w Szwecji spodziewać.

Anonimowe donosy, plotki, silna ksenofobia ukryta idealnie pod maską tolerrancji i otwartości. Koleżanka, pracujące wiele lat w szkole, podszkala mnie w tym czytaniu znaków. Mówi, że "koledzy" potrafili ją wyalienować (mobbing!) dlatego, że na zebraniu pedagogicznym w pamięci policzyła jakieś liczby, podczas gdy nauczyciele matematyki wyciągali kalkulatory...



Jantelagen - Prawo Jante

Pisałam o tym w poście o Tyranii Równości. Szwedzi są autentycznie dumni z tego, że nauczyli się nie wywyższać nad innych, każdy ma być tak samo mierny...
W praktyce to prawo podcina dzieciom skrzydła w procesie edukacji (patrz wyżej), podsyca szwedzką ksenofobię, bardzo głęboko ukrytą i bardzo silną (słyszałam od ludzi, że obcokrajowców zatrudnia się niechętnie nie z powodu "rasizmu" tylko dlatego, że są nieprzewidywalni... nigdy nie wiesz jak kto zareaguje, czy nie będzie powodował konfliktów, czy nie będzie rywalizował...) oraz ogranicza podaż (patrz punkt o cenach).

W żyłach płynie mi krew indywidualisty, człowieka świadomego swojej godności i wartości. DO wielu niewygód jestem w stanie się przyzwyczaić, cóż, cesarzowi co cesarskie i tak dalej... Ale nawet nie zamierzam przyzwyczajać się do programowej mierności i nie wychylania się. I nie chodzi to o brak pokory, ale o zdrową miłość własną. Zbawieni będziemy pojedynczo, nie w komunie, od szablonu.


***

Oczywiście każdy z tych punktów może mieć swoją DOBRĄ STRONĘ (patrz ćwiczenie O WADACH CHARAKTERU), a z każdego z nich przecietny Szwed jest wręcz dumny. Jest tak cudownie egalitarnie, nie trzeba się wysilać. Życie jest proste i przewidywalne, nikt nikomu nie trzaśnie drzwiami przed nosem podczas awantury, a artyści to przecież niepożądany gatunek ludzi - wywyższają się nad innych!

Szkoda tylko, że tak boleśnie potem odchorowują te pozory.







* wiele razy na blogu odwołuję się do tej książki, bo bardzo mnie poruszyła... to zbiór bardzo rzetelnych reportaży, wręcz dziennikarskich śledztw, które wstrząsnęły opinią publiczną

22 lipca 2015

Goście goście

Na blogu zapanowała martwa cisza. Ale za to w "realu" buzuje życie - to ludzkie i nie tylko. A to insekty atakują, a to szarańcza z domu obok nadlatuje i zmiata jogurciki, naleśniki, kanapki i resztki spaghetti, a to przyjeżdżają długo wyczekiwani goście...

Pamiętacie Wielką Podróż Bolka i Lolka? Kilkadziesiąt Polek rozsianych po całym świecie zaprosiło chłopaków do siebie, mieli wyruszyć w drogę... no ale okazało się, że projekt postaci jest objęty prawem autorskim i jedna z osób związanych postawiła veto. Nie wdając się w szczegóły ani dyskusje o racjach, po krótkiej acz intensywnej burzy internetowej, postanowiłyśmy zmienić plan.

W podróż śladami Bolka i Lolka wyruszyli nowi boharetowie filmu pana Zbyszka - Smutek i Plotkara, to postaci z autorskiego filmu pana Zbyszka, pt. “Planeta Wyobraźni”. Autorką nowych laleczek jest znowu Magda.


Miś Smutek chodzi trochę zaspany, ale przy swojej towarzyszce podróży na pewno szybko się ocknie. Mucha Plotkara bowiem to żwawa redaktorka, która rozpuszcza plotki w swojej plotkarskiej gazecie.

Smutek i Plotkara objadą cały świat dookoła,
rozpoczynając swoją podróż w Rzymie, zwiedzą całą Europę,
następnie pojadą na południe Afryki, stamtąd do Ameryki Południowej, Ameryki Płn.,
później do Azji, Australii i Nowej Zelandii, skąd przez Bliski Wschód wrócą do Polski.

Zwiedzą kilkadziesiąt krajów, a przyjmowani będą przez Klubowiczki i Piotra.

Tutaj możecie przeczytać więcej o całej akcji:

Smutek z Plotkarą Polki odwiedzają

Podróż rozpoczęła się 8 marca 2015 w Rzymie. Po Włoszech, Smutek i Plotkara polecieli do Bułgarii, na Cypr, do Turcji i wreszcie dotarli do Szwecji... Najlepsza wszak pora na zwiedzanie Skandynawii!

No to mieliśmy gości! Zmęczeni, przykurzeni, z wymiętymi skrzydełkami i ogonkami... dotarli i odpoczęli trochę!



Po chwili oddechu, Smutek i Plotkara już polecieli dalej, z powrotem do Sztokholmu, a ja powoli ogarniam wrażenia z ich pobytu. Wkrótce napiszę więcej - udało nam się zwiedzić Lund i poznać kawałek jego tajemniczej historii... 

4 marca 2015

Przyczyna samotności

Trenujemy gadanie, wypytuję Kamyczka o różne rzeczy w urdu i po szwedzku. Daje sobie radę, skubany, doskonale rozróżnia języki.

- Mamo, w przedszkolu wszyscy mówią po szwedzku, wiesz? Tatuś i ja umiemy tak mówić!
- Wiem, wiem. - uspokajam, po czym dodaję nieśmiało - Ale ja też umiem...
- Ale ja to lepiej! - bezlitośnie ucina Kami.

Dzieci mają taki cudowny dar powiedzenia prawdy wprost. Tak, jak ją widzą. Bez bawienia się w polityczną poprawność czy nieurażanie uczuć.

Mój Kamyczek przywołuje mnie czasem do pionu swoim szczerym "Mamusiu, nie smuć się, najważniejsze, że ma się rodzinę" (no i ma rację, to jest najważniejsze z tych ziemskich rzeczy!).

Dzisiejsza wzmianka o szwedzkim współgra z moimi ostatnimi przemyśleniami.

Jakoś tak refleksyjnie u mnie ostatnio. Może dlatego, że Wielki Post i słucham sobie o mojżeszowym "schodzeniu ze ścieżki" i świętej ziemi, na której stoi (rekolekcje Mleko i Miód). A znaleziony niedawno wpis Zanim Wyemigrujesz dał mi już bardzo do myślenia, zwłaszcza to zdanie - "Brak znajomości języka jest przyczyną samotności".

Dzisiaj Kami powiedział ten swój mały komentarz o szwedzkim a ja zamieniłam się w słup soli. Przypomniał mi się powyższy post. Odkryłam, że to cała prawda o moim życiu w Szwecji! Taka prosta, na wyciągnięcie ręki, niby to oczywiste, jak się nad tym zastanowić, ale jednak dopiero teraz walnęło we mnie jakby obuchem. Więc to jest przyczyna tego okropnego uczucia, o którym już tu kiedyś pisałam i które mnie nieustannie męczy?

Mój szwedzki zatrzymał się bowiem na poziomie sprzed 5 lat. Pierwsze 6 miesięcy w Szwecji było skakaniem po falach. Kursy SFI (Szwedzki dla Imigrantów) zaliczałam w tempie 2-3 tygodnie na poziom. Nauczycielka była pełna podziwu i dopingowała do intensywniejszej pracy, mówiąc, że gdyby wszyscy byli tacy jak ja to ona by nie miała pracy. W pół roku zaliczyłam cztery poziomy SFI, ukończyłam go z wyróżnieniem, kolejny rok to "Grundläggande Svenska" czyli takie przygotowanie do poziomu "szwedzkiego liceum", w którym czyta się już literaturę piękną.

A potem dostałam pracę. Z nieba spadła: w zawodzie, po angielsku, dając mi pozycję o jakiej można pomarzyć. Wchodziłam jako specjalista od wdrożenia systemu IT, który znałam od podszewki. Byłam ekspertem, z miejsca docenionym. Zresztą, w tej branży język angielski rządzi, na całym świecie (z wyjątkiem Francji, Włoch i Rosji). Po prostu mleko i miód :)
Przerzucenie się na szwedzki wiązałoby się - być może - z opuszczeniem tego piedestału. Więc nigdy tego nie zrobiłam, tylko w prywatnych rozmowach.

I tak oto to zawodowe szczęście okazało się moim przekleństwem. Bo zbudowałam sobie przez to równoległy świat. W którym nie muszę się wysilać i mówić po szwedzku. Dodatkowo, natura miejsca, w którym pracuję, nie pozwoliła mi na zbudowanie żadnych przyjaźni w pracy - nie mam innych kobiet w moim wieku, a niemal wszyscy mieszkają daleko ode mnie. Poza wyjściem "wigilijnym" raz w roku nikt nie spotyka się ze sobą prywatnie.

W domu rozmawiamy po angielsku i polsku, mąż do dzieci mówi w urdu. Rzadkie okazje spotkań z innymi nacjami owocują oczywiście wieczorami po szwedzku, ale to się nie zdarza często. No a w ferworze walki z pieluchami zarzuciłam kursy językowe... 

Na innej płaszczyźnie mojego życia, w kościele, spotykam się praktycznie tylko z Polakami. Nie tylko dlatego, że tak wygodniej - szwedzkich katolików jest po prostu bardzo mało i pójście na szwedzką mszę budzi we mnie depresję. Dla zobrazowania, polska Wigilia Paschalna to kilkaset osób i brak miejsc siedzących, a na szwedzkiej zgromadziło się może 15 osób, smętnie rozstawionych po całym kościele, a w dodatku żadnej muzyki nie było na tej liturgii. Pamiętam piknięcie w sercu jak to zobaczyłam (wychodziliśmy z kościoła chwilę po zakończeniu naszej mszy, gdy zaczęła się już szwedzka) - to nie może tak być! Przecież mamy być jednym kościołem, dlaczego jedni tańczą i śpiewają a inni muszą czuć się jak na stypie? 
To w sumie osobny temat, ale powiem tylko, że to poruszenie dalej trwa i coś pcha mnie w kierunku budowania wspólnoty z wszystkimi katolikami a nie tylko Polakami. Nie wiem jeszcze jak ani kiedy, nie pytajcie o szczegóły.

Summa summarum mój język szwedzki zatrzymal się na poziomie dziewięciolatka (tak na oko). Kami ma rację w jednym - on mówi lepiej, bo mówi ładniej. Ma piękny naturalny akcent - ja mówię twardo, tak "po polsku" (od razu rozpoznam rodaka mówiącego w języku obcym właśnie po tej twardości). Wymowa szwedzka i melodia języka to zresztą osobny temat - Skania jest zdecydowanie najgorszym miejscem do nauki szwedzkiego. Ponoć koledzy z Göteborga planowali zorganizować kurs SFI dla mechaników ze Skanii, przyjeżdżających na północ do pracy.

Zasób słownictwa mam oczywiście znacznie większy niż pięciolatek, ale zbyt mały by nawet napisać bez słownika nawet taki tekst jak tutaj. "Dzieci z Bullerbyn" przeczytam bez problemu, ale trudniejsze lektury już nie.

Słówka to jest moja największa bolączka. Gramatycznie radziłam sobie od początku świetnie, nie ukrywajmy - szwedzka gramatyka jest banalna. Ale słownictwo stanowi trudność, bo po prostu... trzeba się go nauczyć. Tu nie ma dróg na skróty, nie w tym języku przynajmniej. A dodatkowo szwedzkie słówka nie wchodzą mi łatwo... z niczym się nie kojarzą! (Podobne zupełnie do niczego ;) ). Nawet nie budzą sympatii, bo czasem bardzo trudno je wymówić.

Skutek jest taki, że nawet jakbym znalazła szwedzką wspólnotę i poszła na szwedzką mszę czy też na inne szwedzkie spotkanie to sobie za bardzi nie pogadam. O gotowaniu, pracy czy przedszkolu - owszem, ale o duchowych przemyśleniach, moralnych refleksjach czy przeczytanych książkach już nie. Takie rozmowy toczę tylko po polsku albo po angielsku (po włosku też, ale akurat tutaj nie mam z kim). Trudno się z kimś zaprzyjaźnić jeśli wasza rozmowa zatrzymuje się na poziomie wymiany informacji. Inna sprawa, że ze Szwedami w ogóle trudno się jest zaprzyjaźnić (to doświadczenie tych, którzy mieszkają tu o wiele dłużej i biegle mówią po szwedzku), ale wiem, że na płaszczyźnie Kościoła byłoby to możliwe. Zresztą tu w kościele jest wielu nie-Szwedów - Włochów, Hiszpanów, Filipińczyków, Chorwatów - Szwedzi stanowią wręcz mniejszość.

No i w kontekście tych refleksji najpierw złapałam się na rozpaczaniu. Czemu nie możemy się przeprowadzić do angielskojęzycznego kraju, tam ten problem zupełnie by zniknął!

Ale potem postanowiłam, że się nie dam. Poświęcę czas na naukę szwedzkiego. Nie wiem jeszcze jak, ale zacznę od czytania artykułów i książek po szwedzku. Wiem, że się da - Joseph Conrad zaczął naukę języka w dorosłym wieku i osiągnął mistrzostwo. Teraz zrozumiałam, że dopiero dogłębne poznanie szwedzkiego otworzy mi wrota do Szwecji, jej kultury i jej LUDZI. Nie chcę żyć w równoległym świecie, chcę zanurzyć się w to miejsce, w którym żyję i wypłynąć na głębię.



27 stycznia 2015

Wielka podróż Bolka i Lolka - mapa

Jestem pod wrażeniem telentów naszych klubowiczek. I tempa pracy przy projekcie... Powstał może tydzień temu a już Bolek i Lolek lecą do Caserty!!! Mamy także stronę blogową, fejsbukową, instagramową, twittera i nie wiem co jeszcze...

Zawsze myślałam, że to ja jestem szybka ale widzę, że nie umywam się do niektórych :)


Wielka podróż Bolka i Lolka

Niedawno powstał reportaż o panu Zbigniewie Stanisławskim, jednym z twórców filmu o wielkiej podróży Bolka i Lolka. Historia jakich wiele w Polsce, niestety. Pan Zbigniew do pewnego czasu dobrze prosperował i miał zlecenia, a potem zleceniodawcy zaczęli bankrutować. Stracił stałe źródła dochodu, a będąc osobą w dość podeszłym wieku nie ma szans na najprostsze nawet prace. Ludzie tacy jak on - twórcy, niedzisiejsi, nie adaptujący się łatwo do nowej rzeczywistości - zawiśli w próżni.
"Nasze dzieci oglądają chińszczyznę i amerykańszczyznę, bo nie ma polskich producentów bajek. W Stanach miałbym mnóstwo pracy, bo tam każdą animację zaczyna się od ręcznych rysunków - dopiero potem poddaje się film obróbce komputerowej" - mówi pan Zbigniew. Zaczął nawet projekt filmu, ale nie ma funduszy, żeby go dokończyć. Bo w Polsce nikt nie chce takich ludzi ani pomysłów, to za drogie. Więc ci, którzy by chcieli i mogli robić piękne rzeczy - żyją w nędzy... Tak jak pan Zbigniew.  Nie ma żadnych dochodów, a jak już zwrócił się do MOPSu po zapomogę to został przez urząd upokorzony. Z powodu innej zapomogi, jednorazowej, którą dostał z instytutu filmowego, kazano mu oddać pobierane wcześniej 4 PLN dziennie na jedzenie...



W toku dyskusji na ten temat w naszym internetowym klubie Polek powstał pomysł wsparcia pana Zbigniewa. Matka Założycielka ;), która ma przy okazji złote ręce do szydełkowania, wydziergała "Bolka" i "Lolka". Zainspirowane trochę filmem "Amelia", ale także "Wielką Podróżą Bolka i Lolka", postanowiłyśmy wysłać chłopaków w taką podróż, jakiej do tej pory nie przeżyli!!!



Od dzisiaj Bolek i Lolek będą krążyli między wszystkimi dziewczynami z klubu, które chcą dołączyć się do akcji, a potem powstanie z tego album zdjęciowy i filmik. Oprócz tego do Polski będziemy wysyłać pocztówkę - do Toli od chłopaków - która będzie dołączona do albumu ze zdjęciami... Plan jest taki, aby wystawić to na aukcję - albo spróbować wydać. Jeszcze nie wiemy :)

Pani Inka, dziennikarka od reportażu, już zainteresowała się pomysłem!

Chłopcy zaczęli od Koloseum, wszak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. I z Rzymu.


Jak dotrą do Malmö nie omieszkam Was poinformować :) Zastanawiam się tylko co im najlepiej pokazać... Znakiem rozpoznawczym jest to Turning Torso, ale także most łączący Szwecję z Danią. No a ja de facto mieszkam poza Malmö, to może jednak trzeba pokazać fabrykę cukru w Arlöv...? A może w ogóle Skanię i moją ulubioną piekarnię w Vismarlöv?

Do albumu ma trafić JEDNO zdjęcie chłopaków i jedno moje z nimi.

Jak myślicie...?

18 listopada 2014

O byciu osobno

Pomiędzy pieczeniem, obrabianiem dzidziusia i innymi pracami domowymi mam trochę czasu na refleksję. A może to hormony, nie wiem, ponoć w połogu wszystko jest możliwe... śmiech, łzy i takie tam. A może to listopadowa pogoda i święto niepodległości, które niemal przegapiłam? A może to sytuacja wymusiła tę refleksję...?

To nie będzie wesoły wpis. Zaczęłam jakoś tak podsumowywać swoje pięć lat w Szwecji.

Nie zbudowałam żadnej mocnej siatki znajomych i przyjaciół, wręcz przeciwnie. Ci, co myślałam, że ich miałam, niedawno zdradzili (tak, tak, na własnej skórze doświadczyłam tego, czym jest emigracyjne "polskie piekiełko", na które tak wielu narzekało... czyli ludzka zawiść, oczernianie, obmowa... i to nie byle gdzie, w polskiej misji katolickiej!!!). Długo się zbierałam z gleby i przebaczałam, uczyłam spokojnie odpowiadać na "cześć" i ramię w ramię przystępować do komunii. Wszak nikt nie jest idealny i ja też kogoś kiedyś zdradziłam i pewnie jeszcze zdradzę. Niemniej jednak nie mam już tych kilku przyjaciół, których miałam do niedawna. Pojawili się nowi ludzie, dzięki Bogu, ale każdy zawód boli i daje nam kopa w tyłek. No i znowu zaczynam od nowa, ostrożnie stąpając po grząskim gruncie relacji międzyludzkich.

Kolejna smutna refleksja. Jedna z inicjatyw, w którą się angażowałam przez spory kawałek czasu, została niedawno brutalnie unicestwiona. Nie byłam na to przygotowana. Pojawił się człowiek z nikąd i  "pozamiatał". Bezceremonialnie i obcesowo, miał władzę nad tą inicjatywą i ją wykorzystał. Kolejny kawałek "mojego świata" runął w gruzy.

Możecie powiedzieć "nie martw się, przecież masz teraz małe dziecko, na tym się skup", już to słyszałam. Ale to omijanie problemu, bo dlczego niby nie można mieć małego dziecka i bliskich przyjaciół...?


A potem okazało się, że być może nie pojadę w tym roku do Polski na święta, bo logistyka nas przerosła. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale być może nie będzie świat w dużej rodzinie, z kolędowaniem w radiu, karpiem, dzieleniem się opłatkiem i odwiedzaniem wielu znajomych...

Wszystko nagle wydało się takie ostateczne. Zalało mnie całe morze obaw, że być może baaardzo długo nie pojadę do Polski, bo właśnie, ta logistyka... gdzie spać z dwójką małych dzieci, jak podróżować, jak pokryć koszty... a jeśli nie pojedziemy to jak dzieci będą poznawać polską kulturę i język? czy będą miały więź z polską rodziną...?

Spadłam z hukiem na ziemię. Poczułam się strasznie SAMA. Bo to jest ta sfera, o którą nie zadba mąż nie-Polak, to wisi na mnie. A jeden człowiek to za mało, żeby przekazać dzieciom to wszystko. Musi być więcej ludzi, którzy będą mówić po polsku, którzy będą się modlić z nami, którzy nauczą piosenek, będą świętować polskie święta i jeść polskie jedzenie. Jak to będzie...?

Po prostu masa pytań bez odpowiedzi.

Ogarnął mnie jakiś taki ogromny strach. Panika nawet. Że nie dam rady. Że moje korzenie zostały właśnie odcięte. Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze wybrałam... od początku, od decyzji o emigracji... a może za bardzo chcę...? może za dużo wymagam? może źle dobieram przyjaciół i  w ogóle nie powinnam tak ufać ludziom?

***
Kilka dni męczyłam się z tymi pytaniami.

I wtedy dostałam wspaniały list od mojej przyjaciółki z Polski. Która mi najpierw przypomniała Psalm 1. Błogosławiony człowiek, który jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, liście jego nie więdną. A ten, który pokład nadzieję w innym człowieku, który szuka w nim upodobania - umrze.

A potem przysłała mi rekolekcje o. Szustaka, gdzie mówi o samotności. Że to wielki dar i przestrzeń od Boga, która pozwala doświadczyć co to znaczy być OSOBĄ (co pochodzi od słowa "osobno"). Kimś, kto jest jedyny i niepowtrzalny, kto jest wyjątkowym obrazem Boga. Dopiero w tym odosobnieniu można dotknąć tej Tajemnicy.

W tym czytaniu znalazłam fragmenty książki, którą od dawna mam na półce. W poszukiwaniu światła w tej mojej ciemności odkryłam takie słowa:
"Jednak kiedy już poprosimy o światło Ducha Świętego (...) należy powziąć postanowienie i zdecydować w imię Boże, a następnie nigdy już więcej nie poddawać naszego wyboru w wątpliwość, ale kultywować go i pobożnie, w spokoju i stałości kontynuować. A mimo że najrozmaitsze trudności, pokusy i rożnorodność wydarzeń, z jakimi się spotykamy w czasie wykonywania naszego postanowienia, mogłyby wprowadzić niepokój w nas co do tego, czy słusznie zdecydowaliśmy, powinniśmy mimo to pozostać nieustępliwi i nie zwracać uwagi na to wszystko, ale nieustannie mieć na względzie, że gdybyśmy wcześniej dokonali jednak innego wyboru, to być może wybralibyśmy gorzej. Poza tym nie możemy wiedzieć, czy Bóg chce ćwiczyć nas w pocieszeniu czy niepokoju, w uspokojeniu czy walce duchowej. Skoro postanowienie zostało już raz podjęte, nie wolno nam nigdy powątpiewać co do pobożności jego wykonania. Jeśli bowiem nie jest ono od nas zależne, nie może się nie wypełnić. Inny sposób podejścia jest oznaką wielkiej miłości własnej lub dziecinności, słabości albo niedojrzałości duchowej" (św. Franciszek Salezy)
I nagle przestałam się bać. Zrozumiałam. A raczej - zaczynam rozumieć, bo to proces.

Który muszę przejść sama.

Jak bardzo dotykają mnie słowa o "zaparciu się samego siebie i wzięciu swojego krzyża"...


"Nie, nie mam na myśli twittera. Chcę, żebyś dosłownie mnie naśladował" 
(nieprzetłumaczalna gra słów po angielsku - "naśladować" to jest to samo słowo co "śledzić", a na serwisie twitter można "śledzić" wpisy innych ludzi)


Wpis powiązany:

9 września 2014

Subiektywnie o szwedzkich wyborach

Subiektywnie, bo nie mam czasu na wczytywanie się w ulotki wyborcze i dokładne śledzenie debat.

14 września wybory do parlamentu i lokalnych władz. Tacy jak ja głosują tylko na władze gminy (niby moge wystąpić o obywatelstwo, ale waham się... jakieś takie naciągane mi się to wydaje w moim przypadku...). Choć z drugiej strony - tacy jak ja nie mają na kogo głosować.

Nie ma tu partii, której program nawet w połowie pokrywałby się z moimi przekonaniami.

Po pierwsze, żadna z partii nie chroni życia ani rodziny. Ten świat tutaj jest tak zmanipulowany, że przeważająca większość uważa małżeństwa i adopcję homo za naturalne, a aborcję za jeden ze środkó antykoncepcyjnych. Szwecja to jeden z dwóch kraków w UE, gdzie lekarz czy położna nie mają prawa do stosowania klauzuli sumienia (od kilku lat toczy się sprawa jednej z położnych, która odmówiła udziału w aborcjach i z tego powodu odmówiono jej przedłużenia zatrudnienia, wcześniej obiecanego). W zasadzie powiedzenie "wśród ludzi", że jest się przeciwnym temu oznacza społeczny ostracyzm. Patrzenie na Ciebie jak na fanatyka ISIS. Jak na niebezpiecznego dziwaka, zagrażającego demokracji.
W Polsce też tak próbują kształtować społeczne sympatie, takie "ośrodki" jak wybiórcza czy krytyka polityczna, ale tutaj już się to udało.

Po drugie, wszelkie te programy sprawiają się opierać na demagogii. Żadnych rzetetnych analiz, żadnych przykłądów rozwiązań z innych krajów.
Taki przykład - edukacja. Ostatnie wyniki egzaminów PISA pokazały, że poziom szwedzkiej edukacji jest katastrofalny (niektórym nie trzeba do tego takich wyników, żeby to zobaczyć, widać to po stopniu ogłupienia społeczeństwa propagandowymi hasełkami... określenie "stado baranów" niestety idealnie pasuje do wielu zachowań Szwedów, jak kompletny brak krytycyzmu wobec wmawianych im "jedynych możliwych" rozwiązań... każdy myślący samodzielnie jest widziany jako geniusz albo szaleniec...). Od miesięcy trwały rozmowy jak to poprawić, jednym z proponowanych rozwiązań jest - uwaga - wprowadznie ocen w czwartej klasie! Szwedzka szkoła, bowiem, używa ocen dopiero od siódmej (bodajże), czyli od poziomu polskiego gimnazjum dopiero. Wcześnieju oceny sa opisowe, na zasadzie "syn pięknie liczy do 15" - ale nikt nie śmie go "oblać" tylko dlatego, ze wskazania mówią, że powinien umieć do 100. NIe ma ocen to nie ma. każdy zdaje.

Dwa dni słuchałąm rozmów o ocenach. Jak to zacznie segregację dzieci na zdolne i niezdolne, jak to je zestresuje, jak to jest sprzeczne ze szwedzką kulturą, że w szkole każdy ma się dobrze czuć... No słucha się tego i człowiek nie wierzy własnym uszom.

Czy ci ludzie naprawdę nie chcą poprawić poziomu edukacji??? Oczywiście w całych tych dyskusjach nei padają żadne fakty, nie ma porównania z krajami, gdzie egzaminy PISA wypadły tak świetnie... po co, lepiej polać wodę i pojechac po emocjach. Przecież rzesze imigrantów nie chcą, żeby im było trudniej, zagłosują na tych, którzy im ułatwiają życie...

Dalej, imigracja. Za przeproszeneim "rzygam" sloganami typu "lepsza Szwecja dla wszystkich". No nie da się DLA WSZYSTKICH. Z próżnego i Salomon nie naleje. Żeby ci, którzy nie mają nic dostali coś, trzeba komuś innemu zabrać. No 2+2 musi równać się 4 nawet w Szwecji...

Nie mówię, że mam jakieś gotowe pomysły na rozwiązanie problemu 90000 azylantów, prognozowanych na ten rok. Czuję, ze ludziom uciekającym przed zagrożeniem życia trzeba pomóc. Ale prawda jest taka, że żaden polityk nie ma prawdziwej recepty na to. jedyna przekalkulowana to ta ze strony narodowców (Sverigedemokraterna - SD), któa jest prosta - ograniczyć imigrację, a nawet zacząć wywalać. Ale jak i kogo? Nie ma szczegółów, choć przyznam, że czytając doniesienia angielskiej czy niemieckiej pracy o szariackiej policji na ulicach miast zaczynam sympatryzować z SD. tyle, ze nie mam pewności czy nie wywaliliby MNIE...

Problem braku pracy. Hasełka "każdy młody musi mieć pracę" przypominają mi czasy socjalizmu... nie ważne czy ta praca jest potrzebna, czy wydajna, ważne, ze ktoś myśli, ze ma "prawo do pracy". Tyle, że jakoś nie dociera do nikogo, że prawo do pracy nie znaczy, że dany zakład ma obowiązek zatrudnić konkretnego człowieka, że tego nie wolno utożsamiać. Populistyczne hasełko brzmi pięknie, młodzi (co to ledwo zdali egzamin PISA, przypominam) polecą na partię, która to obiecuje. I nie przyjdzie im do głowy, że w obietnicach tej partii jest sprzeczność... dodatkowe obciążenia podatkowe, żeby przyjąć imigrantów, zawsze powodują obciążenia pracodawców, a to zawsze oznacza spadek zatrudnienia...

I tak w sumie wygląda cała "debata". Ewidentnie skerowana do tych, co to nie bardzo potrafią myśleć samodzielnie, bez faktów, bez analiz. Ale za to kulturalnei i żadnych bijatyk w studio. Tak po szwedzku. Żeby nikt się nie obraził i nie poczuł źle.

A nas czeka kolejne kilka lat rządów takich "fachowców"... :/ Tusk przy nich to super specjalista, zapewniam.


23 maja 2014

Wybiórczo

Dawno nie miałam czasu na blog. Bo praca, bo inne zobowiązania, bo basen... bo kolejne USG (ponoć będzie chłopak), bo znowu rzuciłam się na czytanie. Bo czasem trzeba ugotować obiad i upiec ciasto (dzisiaj robiłam to, tak chyba w klimacie mojego wpisu :P)... Wszystkiego mieć nie można!

Ale w przededniu wyborów do PE chciałam napisać kilka słów na ten temat. Co tam cisza wyborcza :P

O szwedzkiej scenie politycznej nieco pisałam, tutaj, ale na przestrzeni tych trzech lat trochę się zmieniło. Otóż warunki życia - w szwedzkiej skali - pogarszają się, a zatem rośnie niezadowolenie społeczne. Przybywa ludzi niechętnym socjalistom i ich polityce imigracyjnej. Rośnie popularność partii SD (Sverigedemokraterna) - w mediach wyzywanej od nazistów.

Oj, skąd my to znamy, jaki tani chwyt. Zamiast przedstawić merytoryczne argumenty najłatwiej wyzwać od faszystów. Publika się podgotuje, perfekcyjny chwyt erystyczny czasów po Hitlerze...

Ale co z liczbami i faktami?

Niedawno dostaliśmy ulotkę w drzwi (my... imigranci... swoja drogą ciekawe, czy tu jest jakiś podtekst... mam to odebrać jako sugestę do wyjazdu...?):

"Szwecja chce ograniczyć wpływy UE. Nie dla dyktatury UE. Nie dla ich waluty!"

dalej czytamy: "Około 7000 przepisów szwedzkich jest ustalanych przez UE. To jest sowiecka dyktatura (...) Jak to dalej będzie postępować to utacimy naszą suwerenność (...)

Cecillia Malmström, komisarz UE i członek partii ludowej (FP - coś jak nasz PSL) postuluje zwiększenie fali azylantów z północnej Afryki... czy ona straciła rozum?? Już dzisiaj Szwecja przyjmuje 1/3 wszystkich azylantów Europy, chociaż ma tylko 1/50 jej populacji... "

a potem szczegóły o naszej gminie:
"Partie rządzące prowadzą nasz kraj na modłę sowiecką. Zmusza się gminy do przyjmowania azylantów, często "osieroconych dzieci", które nadzwyczaj często wcale nie są osierocone i po jakimś czasie dociera cała ich rodzina... szacunkowe koszty roku 2015 to 7 miliardów koron..."

"60% mieszkańców gminy B. to imigranci... w szkole Humlemad 90% dzieci mówi w innym języku niż szwedzki... jedynie 73% tychże kończy szkołę z wynikiem pozytywnym (przypominam, nie skończyć tutejszej szkoły z wynikiem pozytywnym to nie lada wyczyn!)... nasze zasiłki socjalne to dwudziestokrotność tych w Vellinge (najbardziej znana gmina, która szczyci się swoja szwedzkością i większość popiera SD), piętnastokrotność tych w Lommie, dziesieciokrotność tych w Staffanstorp...  gmina B. jest zmuszona sprzedać swoje nieruchomości, żeby móc budować kolejne szkoły..."



Szczerze mówiąc trudno się nie zgodzić z oburzeniem. Jeśli sie doda do tego statystyki przestępstw (ponoć 90% gwałtów jej popełnianych przez imigrantów) to nastroje rewolucyjne gotowe... ale oczywiscie media mają władzę, media które należą do obecnej politycznej wiekszości, więc domyślamy się jaka jest retoryka tego przekazu...

Moim zdaniem problemem SD jest jednak zbytnie skupianie się na imigracji, jakby to była jedyna bolączka Szwecji... i rzeczywiście jej retoryka często ociera się o rasizm, zwłaszcz memy na ich stronei fejsbukowej. Widać wyraźnie pulapki ideologicznych podstaw tej partii, anwet jeśli pewne choroby diagnozują dobrze - proponowane lekarstwo nie jest właścice. Dodatkowo rażąco ignorują inne problemy Szwecji, widzę setki innych - wojujący feminizm, poziom szkolnictwa (dramatycznie obniżony przez wpływy feministycznych ideologii), poziom służby zdrowia (szokujące wyniki dziennikarskiego śledztwa Macieja Zaremby) a wreszcie - moralna zgnilizna i upadek rodziny... powszechne przyzwolenie na edukacje seksualną dzieci, aborcję i środki antykoncepcyjne bez wiedzy rodziców budzi mój głęboki sprzeciw. Nawet seksuolodzy zaczynają wypowiadać się krytycznie o wpływie gejowskiej organizacji na tę politykę - "zamiast dawać dwunastolatce środki hormonalne nauczmy ją rozumieć własne ciało" (artykuł po szwedzku)...

Niedawno powstała jednak nowa partia. Być może pierwsza, z którą bedę się mogła w pełni utożsamić - Kristra Värdepartiet, czyli Partia Wartości Chrześcijańskich. Do tej pory widziałam ich całkowity sprzeciw wobec aborcji na życzenie. Pierwszy raz w Szwecji ktoś powiedział o tym głośno!!!!!!!

Pytanie czy wystarczy im ekspertów, którzy zajmą się innymi problemami. W Szwecji to prawdziwy obciach nie być feministką, mózgi ludzi są tak wyprane z wartości chrześcijańskich, że to aż trudno uwierzyć. Niby tacy humaniści, litują się nad zwierzątkami, kwiatkami i rybkami... ale nienarodzonego człowieka bez mrugnięcia okiem wrzucą do kosza na śmieci. Chesterton określiłby ten darwinizm społeczny HUMANITARYZMEM.

I zamykając temat wyborów. Ponoć to będą najgorsze wybory w historii, najmniej ludzi pójdzie głosować i ogólnie porażka demokracji. Spoty beznadziejne, kandydaci też, nic tylko siąść i płakać... takie tezy lansuje lewactwo, oczywiście. Ale mała frekwencja to nie porażka demokracji. To porażka chrześcijaństwa.

Za Chestertonem:
"Sam mechanizm oddawania głosów nie tworzy jeszcze demokracji, chociaż w tej chwili trudno znaleźć łatwiejszą metodę zastosowania jej w rzeczywistości. Ale nawet samo głosowanie jest głęboko chrześcijańskie w sensie praktycznym - jako próba uzyskania opinii tych, którzy byliby zbyt skromni, aby z nią wystąpić publicznie. oto mistyczna przygoda: pokłądanie szczególnego zaufania w tych, którzy nie ufaja sobie. Ta tajemnica jest wyłączną domeną chrześcijaństwa. (...) Z psychologicznego punktu widzenia jest cos chrześcijańskiego w postanowieniu, by zasiegać opinii u nikomu nie znanych ludzi, zamiast wybrać oczywistą drogę przyjęcia opinii elity." ("Ortodoksja", wyd. Fronda, str. 210)

W niedzielę jadę na Ystadsgatan oddać głos na jedynego polskiego polityka, któremu ufam. To będzie mój głos w PE, ponoć ma szanse :)

24 marca 2014

O oszczędzaniu

Dzisiaj przyszły coroczne listy z zestawieniem ile składek emerytalnych wpłynęło. I ile z tego będzie naszej emerytury.
No więc jeśli dalej będę tak pracować jak dotąd (na cały etat, bez żadnych szaleństw, urlopów macierzyńskich i takich tam) to w wieku 65 lat będę dostawać co miesiąc 3600 SEK...

Gdzie miesięczna opłata za nasze trzypokojowe mieszkanie to ponad 4000, co i tak jest tanio (bo stary blok i niw w centrum).

Trochę mnie to podłamało, przyznam. Ani w Polsce nie będzie emerytury, ani tutaj... czas zacząć ciułać chyba, zero wakacji do końca życia. No albo spłodzić jeszcze kilkoro dzieci, żeby nas potem utrzymywały. Chociaż A. od razu zapowiedział, że jak będę czegokolwiek oczekiwać od dzieci to się ze mną policzy, on nie będzie na niczyjej łasce. Pakistańska duma... ale własnych rodziców to utrzymuje!

Potem dodał, że to tnie będzie całość emerytury, bo druga część przychodzi z tutejszych OFE. Nie wiem jak dokładnie działa ten system, jak się rozkładają proporcje... no ale nawet optymistycznie licząc, wyszło mi, że to tak da jakąś marną tego, co zarabiamy, niecałe 30%...

A. ma kolegę w pracy, Polaka, który w latach siedemdziesiątych przyleciał z Polski małym samolocikiem i na krzywy ryj wylądował na naszym lotnisku w Sturup. On, jego żona i kolega pilot z żoną. Uciekli z Polski w ten sposób. Od tego czasu haruje w Szwecji, czasem za darmo jak go chciali zwolnić, ale on bardzo chciał pracować. Teraz przechodzi na zasłużoną emeryturę. Będzie miał jakieś 10000 SEK miesięcznie. Wystarczy na opłacenie czynszu, opłat i bardzo skromne jedzenie... no chyba że żona przyniesie drugie tyle, ale to zwykle nie wygląda w ten sposób. Bo urlopy macierzyńskie, bo inne stanowiska kobiet, wiadomo.

Widzę, że muszę zatem obmyślić jakiś chytry plan... Jak by tu zgromadzić te zaskórniaki, a na starość wrócić do Wrocławia, do dawno już wtedy spłaconego dwupokojowego mieszkania, które - mam nadzieję - dożyje okolic roku 2040... i jeśli Wrocław będzie jeszcze polski, bo przy obecnej władzy to nic nie wiadomo...

6 lutego 2014

Sex and Service w Bulgari

Haruję ostatnio niczym wyrobnicy przy budowie obiektów w Soczi.
W pracy terminy i wielkie zmiany. Na przykład zmiana wersji systemu ERP, więc poprzedni weekend do północy byłam w hangarze, a potem wystąpiło kilkanaście różnych komplikacji. Wchodzę i wychodzę z pracy w jakimść amoku, z grubym zeszytem zadań i głową pełną "muszę jeszcze to sprawdzić, zanim ktoś zadzwoni, że jest problem i trzeba będzie gasić kolejny pożar".
I na koniec tego maratoniku miałam już od dawna zaplanowany wyjazd do UK na szkolenie, wyjazd już w czwartek. Odbędzie się w SOBOTĘ. Trzynasty dzień pracy pod rząd... grupa ludzi, którzy wacle nie chcą być szkoleni i trzeba będzie zmobilizować wszystkie wysiłki, żeby się nie załamać jak będą znajdować 100 powodów, żeby nie robić tego, co ich uczę... zcasem nie z ich winy, tak jest - mechanik w małej bazie, nie mając dobrego łącza, czase czy biegłości w sprawach IT przyjmuje takie usprawnienia jak kolejne "co sobie ci szefowi jeszcze wymyślą?..". I i tak zrobi swoje, bo jest rozliczany z naprawiania defektów i tego, by samolot latał.
Jechałam zatem do UK jak na katorgę.
Chodzę sobie po kopenhaskim lotnisku, pokończyły mi się różne kosmetyki, które zwykle kupuję na lotniskach więc chodzę z telefonikiem i spisuje ceny. W drodze powrotnej może być taniej. Co podejdę do jakiejkolwiek półki i stanę natgychmiast podchodzi u
Bardzo Uśmiechnięta Pani i po duńsku pyta, czy może mi w czymś pomóc. Liczyłam - dziesięć razy podeszły, czasem dwa razy przy jednej pólce. jedną odganiam przychodzi inna. Jakaś masakra.
Przysżło mi do głowy kupić perfumy, bo też się skończyły, może coś nowego tym razem... zatrzymałam się przy jednej półce i wącham.
Podchodzi kolejna i coś po duńsku nawija.
Odopowiadam (już lekko zniecierpliwiona) po angielsku:
- nie, dziękuję, nie potrzebuję pomocy
A ona:
- Ale ja wcale nie o to pytałam!
Zaskoczona (i lekko zaintrygowana) wyjaśniam:
- Wie pani, co chwila tu ktoś podchodzi a ja po prostu chcę sama poszperać.
Pani ciągnie po angielsku:
- Rozumiem, też tego nie cierpię więc nigdy nie pytam ludzi, chyba, że wyglądają na zagubionych. A skąd Pani jest?
- Mieszkam w Malmo...
- Pratar du svenska? - odzywa się pani płynnym szwedzkim.
- teochę - odpowiadam po angielsku - bo sumie to jestem Polką.
- To może przejdziemy na polski? - odzywa się pani po polsku.

No to już kompletnie się rozluźniłam. Gadamy jak najęte. Pani mieszka od 36 lat w Danii, pracowała w SASie, teraz na lotnisku. Opowiadała mi jak to nabijali się z własnych linii i nadawali im "nieformalne" rozwinięcia skrótów:

SAS - Sex and Service (seks i usługi)
LOT - Lots Of Trouble (dużo kłopotów)
SABENA (belgijskie linie) - Such A Bad Experience Never Again (Takie złe doświadczenie, nigdy więcej)

Na koniec zapytała czy wiem co to PIA, pakistańskie linie. No jak mogę nie wiedzieć :P

No. To oznacza to Please, Inform Allah (Proszę, poinformuj Allaha).

A potem zerknęła na trzymane przeze mnie perfumy i zapytała, czy próbowałam kiedykowiek Bulgari. Że problem z nimi taki, że jak się zacznie używac to nie chce się już innych... no to po takiej zachęcie nie mogłam nie spróbowac ich nowego zapachu. Piękny.

Mam go. Coś mi sie należy za taki wysiłek, cztery dni poza domem które właśnie zaczynam i jako uśmierzenie bólu po sobocie...

Ale byłam pod wrażeniem pani. Dystyngowana i miła. Dowcipna. Całkiem jak ja ;)
Skuteczni są ci Polacy, jak chcą to każdego owiną wokół palca. Nawet niechętnego klienta. Brawo dla tej pani. Autentycznie uprzyjemniła mi całą podróż.


***

Edit w niedzielę: szkolenie poszło świetnie, jakby Ktoś zainterweniował i wszystkie ciężkie komentarze zostawały gładko odparowane, albo nagle inny uczestnik szkolenia odpowiadał tamtemu i nagle wszystkim się rozjaśniało "acha, rozumiemy!". No cud jakiś!

A poza tym jadłam cudowaną masala fish, teraz będzie mnie dręczyć jaka to była ryba i jaka masala... może się dowiem.

25 kwietnia 2013

Psy

Dzisiaj rano miałam przyjemność zostać zatrzymana przez policję.

W sumie chciałam napisać "przyjemność" ale pomyślałam, że w sumie nie było źle, mogło być gorzej...

Na wyjeździe z naszego osiedla na autostradę zatrzymywali każdego, rutynowo. Najwyraźniej mieli "dzień alkomatu". Jak już zatrzymali to zobaczyli, że jeżdżę na zimówkach... No i pan policjant poprosił o dokumenty.

Zbladłam nieco, bo tego akurat dnia zapomniałam zabrać portfel, więc po drodze do samochodu dzwoniłam do Amira, żeby wziął ze sobą do pracy i tam go odbiorę (pracujemy bardzo blisko siebie, ale o różnych godzinach zaczynamy i kończymy, więc przeważnie jeździmy osobno). No ale nie przewidziałam policji...

W Polsce kazaliby mi wezwać lawetę i holować, chyba, ale tutaj wystarczyło, że wyjaśniłam sytuację. Moim lekko zdenerwowanym szwedzkim. Nie miałam dokumentów, ale miałam identyfikator z pracy. Pan wypisał mandat na podstawie identyfikatora, ale czekaliśmy na Amira, żeby upewnił się, że naprawdę mam prawo jazdy.

Przy okazji zapytała dlaczego nie wyrobiłam sobie szwedzkiego - mogłabym jeździć bez dokumentu, bo on sprawdziłby jego status w komputerze i nie stresował mnie...

Potem rozmawialiśmy o tym, że w Szwecji do 15 kwietnia trzeba zdjąć zimowe opony jeśli mają "pinezki" (moje mają), ja na to że w Polsce na takich w ogóle nie wolno jeździć, jeżli nie jest oblodzone. On, że w Niemczech też.

Gadu gadu. Szwedzki coraz lepiej mi wychodzi, jako że stres mniejszy... "Ma pani dzisiaj pecha", na co chciałam powiedzieć "za to pan uratował swoje stanowisko, w przyrodzie nic nie ginie" (ale się powstrzymałam, policjanci niekoniecznie mają poczucie humoru).

Przyjechał Amir, Kami na foteliku, bo Amir nie zdążył go zawieźć. Oczywiście wylazł z niego od razu jak tylko Amir sie zatrzymał, co ja skrzętnie wykorzystałam do nauki:

- Widzisz, Kami, jak dobrze że byłeś w foteliku podczas jazdy, mógłbyś dostać mandat od pana policjanta! Zawsze cię ostrzegam, prawda? Za to mamusia dzisiaj dostała...

Na co pan policjant dodaje, PO POLSKU:
- I jeszcze w dodatku nie miała przy sobie prawa jazdy!

Zdębiałam...

***

Nie wiem co mam myśleć... Niby było przyjemnie, w końcu zawaliłam z tymi oponami i przypadkiem wyszło, niczyja złośliwość... policjant był miły bo poczekał na męża a mógł dać drugi mandat za jazdę bez prawa jazdy. Ale... W momencie kiedy facet okazał się Polakiem pczułam się zdegustowana tym, że nie przyznał się wcześniej. Chciał coś udowodnić? Nie rozumiem. A może policjantom nie wolno w innych językach udzielać pouczeń, nie wiem. Ale jak już gadaliśmy w czaseie czekania mógł okazać się człowiekiem.

Nie okazał się.

A ja się tylko ucieszyłam, że nie powiedziałam do synka czegoś w stylu "patrz, Kami, tak wygląda PIES. Trzeba się od nich trzymać z daleka."...

26 lutego 2013

Tymczasem w Rzymie...

... szykują się do wyborów nowego papieża.

W Szwecji totalna cisza w mediach (wczoraj zostały one opanowane przez oskary, bo Szwed dostał statuetkę za dokument... ale już dzisiaj powrót to amerykańskich sitkomów, programów kulinarnych i gladiatorów)

O konklawe cisza. O Benedykcie cisza.

Na szczęście jest fejsbuk i tam trwa potężna wymiana informacji, a nawet powstała swoista wspólnota. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy wzajemnie mobilizują się do modlitwy za nasz kościół? Otóż każdy z nas może wziąć udział w konklawe przez modlitwę się za jednego konkretnego kardynała (jeśli klikniesz na link otworzy się strona akcji).


Ja "dostałam" jednego afrykanina, i teraz codziennie pamietam o nim w modlitwach. Bardzo to wymowne. Uświadomiło mi to, że za mało modlimy sie za naszych pasterzy. Zakładamy, że oni zawsze byli, są i  będą. Traktujemy jako pewnik to, że poszli za swoim powołaniem, to przecież sie teraz starają, nie?

A to nie jest takie proste Każdy potrzebuje wsparcia wspólnoty. Każdy pasterz jest bardzo samotny, wiele wymagań i oczekiwań, same kłody pod nogami. Tak, wygodne plebanie i maybachy też, ale ogromna większość księży haruje w pocie czoła w tej winnicy pańskiej. W samotności. Bez rodziny, często bez przyjaciół (takich, z którymi pojedzie się w góry albo pójdzie na piwo).

Doświadczam czegoś podobnego w życiu na emigracji. W ojczyźnie to ucieka jakoś, wydaje nam sie że koło nas jest tłum, że tyle życia... a wcale nie jest. Miesiącami nie widujesz się z niektórymi "przyjaciółmi" albo z "najbliższą rodziną". Oni nie dzwonią, Tobie też przechodzi w końcu inicjatywa... na obczyźnie jednak nawet nie ma tej namiastki, człowiek zostaje ogołocony, wychodzi na swoistą pustynię.

I tam spotyka Boga Żywego.

I tam doświadcza czym jest Kościół. Bo na pustyni przychodzi prawdziwa miłość. Do innych ludzi zwłaszcza, do Kościoła. Takiego jaki jest, ułomnego, egoistycznego, ale zbudowanego na Skale, której szatan nie przemoże. Na Piotrze.

Zachecam do modlitwy za nowego Piotra.

***

Ale nie zapominajmy o "starym". Bo ten wiekowy schorowany teolog to nie byle kto. To wspaniały człowiek, wielki papież i mądry teolog. Inicjator ROKU WIARY.

Dzisiaj znalazłam wywiad z Georgiem Weiglem, o tym, jak to Benedykt XVI wprowadził Kościół do nowej epoki. Bardzo bliski mi jest ten wywiad, bo dokładnie tak samo czułam w sercu.

Dla mnie osobiście Benedykt stał się kimś bardzo ważnym.
Pp raz pierwszy w życiu czytam publikacje papieża nie powodowana sentymentem czy emocjami. Jego głęboka wiara i ogromna pokora wprawiły mnie pewnego dnia w osłupienie. Przeczytałam wywiad z kardynałem Razingerem w książce "Jednostki Specjalne" i po prostu siedziałam z otwartą buzią. Trudne pytania, proste, konkretne, spokojne odpowiedzi...

Dawno nie spotkałam człowieka takiej wiary...

***

Napisałam ten post po to, żeby Was zachęcić do modlitwy za obu Piotrów. Każdemu z nich jest bardzo potrzebna. Każdemu z nas też.

9 lutego 2013

Pierwszy dzień mojego nowego życia...

...życia, w którym umiem robić PĄCZKI :)

Szkałam przepisów, porównywałam... pączki to moje ulubione chyba polskie ciasto. Tu niedostępne. W zasadzie nigdzie poza Polską niedostępne. Pączki, które czasem wyglądają tak ja polskie nawet koło nich nie leżały...


A jako że przyszedł tłusty czwartek (do nas przyszedł w sobotę, czyli dzisiaj, tak dla równowagi - w Szwecji tłusty czwartek wypada we wtorek, w naszego "śledzika" i je się wtedy semlę) trzeba było zadbać o coś tłustego.

Choć w sumie zawsze jemy coś tłustego, wszak mieszkam z Pakistańczykiem... ponoć w Pakistanie na hasło "może jakaś lekka przekąska" ("light refreshment") serwuje się smażone w głębokim oleju pakory*, kebaby i chlebki...

Postanowiłam zrobić polskie LIGHT REFRESHMENTS, po raz pierwszy w życiu. Po długiej analiczie różnych przepisów i zdjęć na blogach ten przepis mnie przekonał. Zainspirowała mnie filozofia wyjaśniona na wstępie. Dla mnie polski pączek to Sztuka, nie zwykłe gotowanie. Wszystko okazało się szczerą prawdą, nie czczym gadaniem, widzę ze autorka podobnie postrzega Rolę Pączka w Polskiej Kulturze... Bardzo dziękuję autorce bloga (i wklejam jej tekst, gdyby ktoś go na tamtym blogu kiedyś usunął.... nie mogę go zgubić!)

Co warto wiedzieć o smażeniu pączków? Zanim zabierzemy się za ich przygotowanie przeczytajmy poniższe rady.
  • wszystkie składniki na ciasto drożdżowe trzeba wyjąć kilka godzin wcześniej z lodówki, aby się ociepliły;
  • aby drożdże ładnie wyrosły, musimy je wymieszać z łyżką mąki, cukru oraz z dobrze ciepłym, ale nie gorącym mlekiem; roztwór drożdży wstawiamy do garnka z bardzo ciepłą wodą, aby mleko było cały czas ciepłe podczas wyrastania drożdży;
  • do ciasta na pączki nie można dawać za dużo cukru, bo szybciej zaczną się rumienić podczas smażenia; pączki słodzimy posypując je cukrem pudrem, polewając lukrem i nadziewając dżemem;
  • biała obwódka wkoło pączka świadczy o jego lekkości i puszystości, czyli dobrze wyrośniętym i zagniecionym cieście drożdżowym; takie "lekkie" pączki nie opadają na dno garnka z olejem podczas smażenia i swobodnie pływają po powierzchni; nie jest prawdą to, że białą obwódkę uzyskamy dzięki smażeniu pączków w tłuszczu sięgającym do połowy pączka!
  • do ciasta na pączki dodaje się spirytus, który podczas smażenia ma pomóc szybciej ściąć białko zawarte w mące i jajkach; to może zapobiec zbyt dużemu chłonięciu tłuszczu przez pączki (spirytus może pomóc, ale na pewno nie uchroni przed zbyt tłustymi pączkami jeśli będziemy je niewłaściwie smażyć);
  • składniki muszą być dobrej jakości i świeże, na etapie wyrastania w kuchni musi być ciepło i nie może być przeciągu (a gospodyni musi mieć uczesane włosy, czyste paznokcie i dziecko nie może jej się pętać pod nogami... inaczej nici z pączków! :) )
 Smażenie:
  • dobry tłuszcz do smażenia to olej rzepakowy, olej z orzechów arachidowych (ziemnych), olej ryżowy, smalec, olej palmowy lub kokosowy;
  • optymalna temperatura smażenia pączków to 180 stopni C - w niższej temperaturze pączki mogą chłonąć tłuszcz. w wyższej - mogą się za bardzo i za szybko rumienić; w wyższej temperaturze olej zaczyna się palić;  temperatura oleju nie może się obniżyć podczas smażenia, bo pączki zaczną chłonąć tłuszcz - w trakcie smażenia można, a nawet trzeba regulować płomień pod garnkiem z tłuszczem;
  • dokładną temperaturę oleju można sprawdzić termometrem cukierniczym, bardziej tradycyjny sposób to włożenie końca rączki drewnianej łyżki i gdy spod spodu wydobywają się bąbelki - olej jest gotowy; druga metoda nie jest zbyt dokładna :-);
  • olej rozgrzewamy powoli, stopniowo i dłużej na mniejszym ogniu, a nie krótko na dużym ogniu;
  • pączki smażymy po około 1,5 - 2 minuty z każdej strony, ale cały czas trzeba je obserwować i uważać aby za szybko się nie rumieniły, bo w środku mogą nie zdążyć się usmażyć;
  • pączki smażymy w dużej ilości oleju, jeśli będzie go mało to, paradoksalnie, pączki szybciej nim nasiąkną;
  • nie można smażyć za dużo pączków jednocześnie, bo temperatura oleju za bardzo spadnie, muszą swobodnie pływać, mieć miejsce; wybierzmy raczej większy i szerszy garnek i wlejmy od razu cały olej (1 litr).
Nadziewanie:
Pączki najwygodniej nadziewać po usmażeniu. Nadziewanie pączków po usmażeniu trwa krótko i można dać tyle nadzienia ile się chce. Możemy nadziewać pączki przed smażeniem, ale trzeba uważać aby dokładnie zlepić ciasto. Istnieje ryzyko, choć oczywiście nie musi się to zdarzyć, że podczas wyrastania ciasta lub nawet podczas smażenia, nadzienie niestety wypłynie.

Nadzieniem dla pączków może być: marmolada wieloowocowa lub marmolada różana czy truskawkowa. Dobre są też: dżem truskawkowy, dżem pomarańczowy, dżem wiśniowy i płatki róży w cukrze. Pączki polewamy lukrem lub posypujemy cukrem pudrem. Do lukru możemy dodać smażoną w cukrze skórkę pomarańczową.

Chciałam być wierna przepisowi do tego stopnia, że poszłam do sklepu po termometr. Nie mieli. Pozostała metoda "na łyżkę".

Składniki na ciasto, wyszło mi 15 sztuk:

• 1 szklanka (250 ml) mleka
• 50 g świeżych drożdży (lub 14 g suszonych)
• 3 łyżki cukru
• 500 g mąki pszennej tortowej
• szczypta soli
• 1 łyżka cukru wanilinowego
• 1 jajko
• 4 żółtka
• 4 łyżki stołowe masła (40 - 50 g), roztopionego i ostudzonego
• 2 łyżki spirytusu (wódki)


Oraz:

• 1 litr oleju rzepakowego
• marmolada truskawkowa
• 100 g cukru pudru lub
• lukier (około 250 g cukru pudru i 1 - 2 łyżki wody lub soku z cytryny)

Przygotowanie:
  1. Podgrzać mleko (ma być dość ciepłe, ale nie gorące), wlać do pojemnika lub miski, dodać pokruszone drożdże, 1 łyżkę mąki i 1 łyżkę cukru. Wymieszać i wstawić do garnka z bardzo ciepłą wodą. Odstawić na około 15 minut do czasu aż drożdże porządnie się spienią. W międzyczasie przesiać mąkę do dużej miski, dodać sól i cukier wanilinowy.
  2. Jajko i żółtka utrzeć z pozostałymi 2 łyżkami cukru na białą i puszystą pianę (około 10 - 15 minut ucierania). Do miski z mąką wlać wyrośnięte drożdże i wymieszać drewnianą łyżką. Dodać ubite jajka i wymieszać. Następnie dokładnie wyrobić ciasto (ręką przez około 15 - 20 minut lub odpowiednią końcówką miksera przez 10 - 15 minut). Gdyby ciasto bardzo trudno się wyrabiało, było za gęste, można dodać 2 - 3 łyżki ciepłego mleka. Na koniec wyrabiania ciasto ma odstawać od ręki.
  3. Do wyrobionego ciasta dodać roztopione i ostudzone masło oraz spirytus. Zagnieść lub zmiksować ciasto do całkowitego połączenia się składników. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (np. blisko źródła ciepła, bez przeciągów) na około 1 lub 1 i 1/2 godziny, do czasu aż ciasto znacznie zwiększy objętość (najlepiej rośnie w dużych i szerokich miskach).
  4. Stolnicę lub blat kuchenny lekko podsypać mąką, wyłożyć ciasto i powygniatać przez około 2 - 3 minuty pozbywając się pęcherzy powietrza. Ciasto rozpłaszczyć na niezbyt duży placek (o wymiarach około 25 x 30 cm i na wysokość około 2 cm), ostrą szklanką o średnicy około 6,5 cm wycinać kółka. Z pozostałego ciasta ulepić kulkę, zagnieść, rozpłaszczyć i powycinać resztę krążków.
  5. Krążki rozłożyć równomiernie na stolnicy, przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 30 - 45 minut do wyrośnięcia. Jeśli chcemy smażyć pączki od razu z nadzieniem, każdy krążek delikatnie rozpłaszczamy na dłoni, w środek kładziemy łyżeczkę nadzienia, zlepiamy brzegi jak w pierożkach i lepimy kulkę.
  6. Jeśli pączki będziemy nadziewać po usmażeniu, przekładamy marmoladę do rękawa cukierniczego zaopatrzonego w ostrą i długą końcówkę. Na 15 minut przed końcem wyrastania pączków zaczynamy rozgrzewać olej (najlepiej długo i powoli, w dużym i szerokim garnku) do temperatury 180 stopni (czytaj uwagi o smażeniu na górze strony). Przygotować 3 talerze wyłożone ręcznikami papierowymi oraz łyżkę cedzakową. Zrobić też lukier: do miski wsypać cukier puder i dodać 1 łyżkę wody, wymieszać, dodać jeszcze więcej wody (stopniowo) aż lukier będzie odpowiednio gęsty. Do lukru można dodać też smażoną skórkę pomarańczową.
  7. Wyrośnięte pączki wkładać na odpowiednio nagrzany olej (smażymy partiami, po około 5 pączków jednocześnie) i smażyć przez około 2 minuty z każdej strony. Pączki nie mogą za szybko się rumienić, bo w środku będą jeszcze surowe. Podczas smażenia regulować temperaturę oleju, aby drastycznie nie zwiększała się i nie obniżała.
  8. Paczki wyławiać łyżką cedzakową i odkładać na papierowe ręczniki. Smażyć następne pączki jak poprzednio. Po usmażeniu wylać ostudzony olej, nie będzie już potrzebny.
  9. Pączki ostudzić i nadziewać marmoladą wciskając głęboko końcówkę szprycy i wyciskając pożądaną ilość nadzienia. Pączki maczać w lukrze (gdy będą jeszcze ciepłe - wówczas lukier ładnie się rozprowadzi) i posypać skórką pomarańczową lub posypać cukrem pudrem (gdy pączki będą ostudzone).
obrazek należy czytać od lewego dolnego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara

Dzięki Kamyczkowi odpowiednie narzędzie do nadziewania pączków było w domu (kiedyś włożył mi je do koszyka w sklepie, pomyslałam wtedy: "czemu nie, kiedyś sie przyda"... no i było jak znalazł :) )

Największy problem napotkałam przy regulacji temperatury oleju, mam wrażenie, że późniejsze partie pączków wyszły ciemniejsze niż pierwsze (olej za gorący). Zdecydowanie musze kupić ten termometr.

Ciasto było też dość mokre, wyrabiałam mikserem a nie ręką, ale przy wykrawaniu pączków bardzo się lepiło. Musiałam sporo podsypywać mąką. Zapomniałam też położyć je na 30 min do dodatkowego rośnięcia... bałam się chyba, że mi się przykleją do deski na amen.

Mimo to pączki mają fenomenalny smak, taki jak najlepsze pączki z cukierni, są świeżutkie i pięknie wyrośnięte.




* pakora - warzywo obtoczone w panierce z mąki z cieciorki, głęboko smażone potem

31 stycznia 2013

Szwedzki stół

Mieszkam od ponad trzech lat w Szwecji a bardzo mało piszę o kuchni szwedzkiej. Może wydawać się dziwne... Ale... to po prostu nic szczególnego! Mój mąż wrecz mówi o tym "mdłe", "bez smaku" ewentualnie "dziwne" (ale jego opinią nie należy się akurat przejmować, on ma podniebienie wyżarte chilli i garam masalą, i tak samo mówi o polskim jedzeniu, a nawet o włoskim!).

Zainspirowana inicjatywą klubu "polki na obczyźnie" postanowiłam podsumować szwedzkie zwyczaje kulinarne.

Ja bym określiła tradycyjne potrawy Szwedów jako bardzo monotonne (nie liczę obcych kuchni, które panoszą się w każdej restauracji). W porównaniu z Polską zdecydowanie mniej warzyw w nim, w zasadzie rządzą ziemniaki, groch, marchewka, cebula, kapusta... i jeszcze raz ziemniaki... (naturalnie, trudno o świeże warzywa śródziemnomorskie na tej szerokości geograficznej...)

W moim przekonaniu szwedzka kuchnia jest też dość niezdrowa. Szwedzi jedzą dużo okropnego chleba (biała miękka gąbka z supermarketu), ale trochę to równoważą jedząc też sporo dużo chlebka chrupkiego (na który ja mówię chlebek Wasa). Mus ziemniaczany (takie puree jeszcze bardziej drobne, robione ponoć z płatków ziemniaków, nie z calych ziemniaków), frytki, potatisgratäng (ziemniaki zapiekane w sosie śmietanowym), z nie-ziemniaczanych dań: smażone pulpety (meatballs) z ciężkim sosem, smażona mortadela (falukorv)... 




(ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu smażona kiełbasa (a\la) mortadela często gości na szwedzkim stole, myślałam, że czasy podstawówkowej stołówki mam dawno za sobą... jakże się myliłam)

Z dobrych rzeczy (które wcale nie sią jakoś super popularne) mamy tu dużo ryb, świeżych, wędzonych, pieczonych.. smacznych! Moja ulubiona to wędzony na ciepło łosoś. Szwedzi jedzą też sporo ciekawego mięsa (steki z łosia czy renifera), o wiele mniej wieprzowiny niż Polacy czy Niemcy, proporcje "gatunków" mięsa w diecie są o wiele zdrowsze.

Może to kwestia zasobności portfeli...?

Z czego słynie Szwecja


Pierwszy raz usłyszałam o Szwecji w kontekście pierniczków, oczywiście, ale także SFERMENTOWANEGO ŚLEDZIA (surstromning). To taka potrawa, która niczym anegdota owija wszystkie spotkania ze Szwedami. W sumie do dziś nie wiem czy jest prawdziwa bo mnie zniechęcili skutecznie :)
Ponoć należy spożywać na zewnątrz bo tak okropnie śmierdzi.
Produkcja przebiega na kilku wysepkach zatoki Botnickiej, najpierw kisi się go w beczkach, przez dwa miesiace, a potem przekłada do zamnkniętych puszek, gdzie fermentuje przez kolejny ROK... aż puszka robi się kulista od gazów...
Doczytałam, że wiele linii lotniczych zakazało transportu tych puszek pod groźbą wybuchu...



No i oczywiście mamy tu słynny SZWEDZKI STÓŁ. Wiele posiłków serwuje sie w ten sposób, duży stół pod oknem i każdy podchodzi z talerzykami i wybiera co chce... nawet na wigilii jest szwedzki stół :)


Szwecja słynie też z KAWY. Ponoć największa ilość wypitych litrów na głowe mieszkańca... jestem w stanie w to uwierzyć, Szwedzi piją kawe jak Anglicy herbatę, 5/6 razy dziennie. Zawsze pełen kubek. Zawsze czarna. Kolega z pracy kiedyś wyliczył, że on średnio pije DZIEWIĘĆ takich kubków...

Szwedzka kawa jest mocna i aromatyczna, i jest tania. Za pół kilo skańskiej Zoegi płacę jakieś 20 PLN.


Styl jedzenia czyli schemat


Tradycyjny szwedzki styl jedzenia jest bardzo pragmatyczny i usystematyzowany, jak wszystko w Szwecji. Je się o określonych porach, zawsze tych samych, albo w zakładowych kantynach, albo w domach. Restauracje to rarytas (patrz poniżej).

W mojej pracy mamy o 9 przerwę śniadaniową. Wszyscy, dosłownie wszyscy (z wyjątkiem mnie) idą wtedy do kuchni i razem jedzą śniadanie... dla wielu to pierwsze śniadanie, przyszli do pracy o 7 czy 8 i czekali do 9... Ja swoje zjadłam przy biurku zaraz po przyjściu do pracy, więc o 9 tylko ide po kawę (zawsze jest wtedy swieża).

Najpóźniej o 12 idzie się na lunch. Często mamy szwedzki stół :) Na lunch je się dużo, to w zasadzie normalny obiad a nie jakaś tam kanapka czy sałatka. Luncz to czas bez pracy (niepłatny!), przeszkadzać komuś w lanczu tematami pracowymi to wielki nietakt, ale - co bardziej bolesne - nikt wtedy palcem nie kiwnie... nieważne jak pilną masz sprawę!

O 15 fika... kawka w kantynie, często jakaś przekąska przy tym. Taka stara świecka szwedzka tradycja. W tym czasie też nikt palcem nie kiwnie ;) to też stara szwedzka tradycja...

Nie wiem jak wygląda w szwedzkim domu kolacja, prawie zawsze jemy ją sami w naszym domu i nie jest to kolacja szwedzka... Ale szwedzi nie należą do ludów południowych, które zasiadają do stołu po 20, obstawiam, że w przyzwoitym szwedzkim domu serwują ją o 18. Jest to ciepły obiad... tak, drugi obiad, dobrze czytacie. W zimnym środowisku trzeba się doładować kaloriami.

Szwedzi mają ten styl tak głęboko zakodowany, że w czasie wolnym też sa niewolnikami schematu. Kolega z pracy mi opowiadał, że od samego początku jego dzieci jadły w ten sposób, posiłek zawsze był o tej samej porze. Pewnie, łatwiej się planuje cokolwiek, zgoda, ale jakie to nudne...... człowiek chciałby pospać do 11 bo był na imprezie, a tu musi wstać na 8 i zrobić sobie śniadanie hihihi

Ciekawostki z Menu


Jak przystało na zorganizowany kraj, w czwartki je się GROCHÓWKĘ i naleśniki. Całą zimę to obowiazkowy schemat. W każdej chyba kantynie zakładowej będą to serwować... Dzisiaj były, oczywiście!

Tradycyjna szwedzka grochówka jest robiona na tymianku, nie majeranku, z dużą ilością szynki. W epoce "inwazji" islamu i wegetarianizmu popyt się zmienił, teraz zawsze można dostać wersję wege....

Kupuje się ją w każdym sklepie, przeważnie w takich foliach (taka żółta kiełbasa o poj. 1 l, leży obok mortadeli vel falukorvu), nawet w wersji militarnej (ekstra dużo szynki):


Naleśniki takie niby jak polskie, ale... jakimś tajemniczym sposobem naleśniki w każdym kraju są ciut inne ... na ile sposobów można je usmażyć??? Te szwedzkie są zupełnie niesłodkie, dodaje się do ciasta tylko sól. A serwuje luzem, suche, wlewając na talerz marmoladę i dodając bitą śmietanę... żadne białe sery, rodzynki, brzoskwinie, nutelle... (to chyba francuskie wymysły)


MOJE SUBIEKTYWNE SZWEDZKIE MENU

ŚNIADANIE: muesli z jogurtem / chlebek Wasa z dżemem + kawa
PRZYSTAWKA (przed lunchem): sałatka z bufetu
LUNCH: grochówka i naleśniki + kawa
OBIAD/KOLACJA: polskie/pakistańskie/tajskie :)
DESER: pierniczki
NAPOJE/ALKOHOLE: GLOGG wieczorem... a w ciągu dnia KAWA

Glogg to jest najlepsza płynna część Szwecji - grzane winko z rodzynkami i migdałami. Pijane głównie w okresie adwentu, często w takich miseczkach (piałkach), ale jak dla mnie całą zimę można...


Co często gotujecie/pieczecie w domu, możecie dodać jakiś przepis..


Ze szwedzkich potraw tylko pierniczki...(daję link bo już kiedyś pisałam i nie chcę się powtarzać)

Kilka słów o restauracjach


Do klasycznych restauracji chadzamy częściej niż chadzałam w Polsce, ale to raczej wynika ze zmiany stylu życia (po calym dniu nikomu nie chce się już gotować...). Ale restauracje to droga impreza. W całej zachodniej Europie tak jest, nie bez powodu tysiące Polaków jeżdżą do pracy w restauracjach (przysłowiowy "zmywak"). Po prostu praca ludzka jest tu wyżej ceniona niż na tzw. wschodzie, za pensję kelnerki czy pomocy w kuchni można normalnie żyć. Polska zalicza się pod tym wzgledem do wschodu, wręcz Azji.

Ale coś za coś. Tutaj, cokolwiek zawiera w sobie prace człowieka, opróżnia nasze kieszenie do granic rozsądku. Zajrzenie przez mechanika pod maskę - kilkaset koron. Powiedzenie "nie ma nic zadarmo" jest rzeczywistością w Szwecji.

Posiłek w restauracji, z przystawką i winem/piwem to minimum 350 SEK dla jednej osoby, czyli ok. 165 PLN (i to bez szaleństwa, zwykłe dania z menu, nie jakieś super steki z Brazylii).

Z tego powodu chadzamy przeważnie do restauracji tajskich (pyszne jedzenie i ceny akceptowalne), indyjskich, włoskich i kebabowych. Tego ostatniego nie nazwałabym restauracją, ale czasem niektórzy z nas jedzą tam pizzę (ohyda)  i wtedy siedzimy przy stoliku i uzywamy plastikowych widelców... prawie jak w restauracji.

Jeśli będziesz w Malmo to z tajskich restauracji mogę polecić Krua Thai, a włoskich - Vespę i Any Time.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...