Im więcej razy na dzień jesteś znieważony, Im śmieszniejsze na ciebie wkładają korony I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę, Albo liczą cię między pamiątki niebyłe, Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia, Bo słowo twoje z miejsca nie ruszy kamienia, Tym bardziej pewnym mogę być tego jednego: Że jesteś, zaiste, Alfą i Omegą.
[Czesław Miłosz "Im więcej"]
Drodzy czytelnicy, przyjaciele i znajomi - życzę Wam wspaniałych świąt Zmartwychwstania Pana. Nie dajcie się zwieść kuszeniu szatana, który wymaga od Boga dowodu na Jego królowanie, cudu i wszechpanowania. Jego Królestwo nie jest z tego świata.
Codziennie się o tym przekonuję i codziennie chcę tego dowodu. Tak trudno uwierzyć, bez dotknięcia.
Życzę Wam wiary.
(A do pisania kiedys wrócę, ostatnio nie daję z niczym rady... ale za to menuecik Bacha powoli wychodzi :) )
Drodzy czytelnicy, przypadkowi i stali, dziękuję za życzenia i obecność.
Życzę Wam wiele radości i siły płynącej z faktu, ze życie zatriumfowało nad śmiercią - niech tak się dzieje w Waszym życiu.
Nie pierwszy raz usłyszałam, że krzyż naszego życia to nie jest nic negatywnego. To tylko część życia, to nasza droga do świętości. Mamy być silni i nią iść. Nawet jeśli czasem przeraźliwie samotnie. A czasem w tłumie, w którym czujemy się jeszcze bardziej samotni.
Jesteśmy wolni od mroku!!! Alleluja!!!
Regina Caeli, laetare, alleluia,
Quia quem meruisti portare, alleluia,
Resurrexit, sicut dixit, alleluia,
Ora pro nobis Deum, alleluia.
V. Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia,
R. Quia surrexit Dominus vere, alleluia.
Oremus.
Deus, qui per resurrectionem
Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per eumdem Christum Dominum nostrum.
Tegoroczna Wielkanoc to było wyjątkowe doświadczenie życia i śmierci. W Wielką Środę wieczorem dotarła do nas smutna wieść z Pakistanu - umarł tato mojego męża. Przez jedną noc wahał się czy lecieć na pogrzeb. Ale ceny kosmiczne w okresie świąt. Nie poleciał. Nie wiem ile go kosztowała ta decyzja, bo przez pierwsze dwa dni nie chciał o tym mówić.
Teść miał zawał i nie udało się go uratować. Ponoć ambulans, który przyjechał, to nie był ambulans tylko jakaś riksza, o takich luksusach jak tlen można w ogóle zapomnieć. Nie przeżył. W ciągu 24 godzin powinno się go pochować, początkowo ileś osób z rozsianej po całym świecie rodziny wahało się czy lecieć na pogrzeb. Nikt w końcu nie zdecydował się - pogrzeb odbył się w Wielki Piątek...
Nigdy nie poznałam teścia, nawet przez telefon nie rozmawialiśmy. Był bardzo wyalienowany z rodziny - a może to raczej rodzina odcięła się od niego. Albo oba na raz. Teść wiele lat pracował "na zachodzie" i wrócił do domu jak dzieci były już dorosłe, a nawet wyemigrowane. Nie zbudowali relacji.
Wiadomość o nagłej i nieoczekiwanej śmierci poruszyła jednak kamienie w sercach. Może właśnie dlatego, że odczuli jak bardzo to wszystko było nie tak i jak bardzo nie da się tego naprawić. Za dużo dumy z obu stron. Pakistan w ogóle słynie z dumy. Duma to chyba najgorszy z siedmiu grzechów głównych, naprawdę zabija... W tamtym rejonie nawet dosłownie (każdy chyba słyszał o "honorowych zabójstwach"). W naszej rodzinie tylko duchowo.
Pomimo tego, że nie jestem w tym w środku, całe Triduum Paschalne nabrało dla mnie takiego bardziej dotykalnego wymiaru. Dotknęłam śmieci.
Ale i dotknęłam życia. Dzięki nieustannej obecności u nas brata męża, który wraz z nim dyskutował ten temat i omawiał strategię na odbudowanie rodziny, były to też święta bardzo rodzinne. Spędziliśmy razem dużo czasu i to był - paradoksalnie - bardzo dobry czas. Spacery, jedzenie i rozmowy. Tylko tyle. Aż tyle. Pierwszy raz tyle piekłam na święta, ale wcale nie było za dużo. Takie umieranie zbliża ludzi i trzeba wtedy coś postawić na stole...
P.S. To miał być wpis bardziej kulinarny, ale jakoś zeszło to na plan dalszy... Więc na szybko:
Przepis na sernik: http://polskapakistansverige.blogspot.se/2013/01/sernik-anny.html (spód z pokruszonych digestiveów z masłem, ok 400 g ciastek na 200 g masła, na dużą blachę lub dwie małe, polewa czekoladowa to 150 g roztopione czekolady gorzkiej z ok 100 ml śmietanki, a drugi sernik pokryty frużeliną, według tegoprzepisu)
Przepis na babę: http://www.crustanddust.pl/2015/04/wielkanocna-baba-drozdzowa.html
Przepis na pasztet: http://barbaramariawkuchni.blogspot.se/2015/04/pasztet-z-indyka-ze-sliwkami.html
Wszystkie przepisy gorąco polecam, zwłaszcza ten na serniek. Nigdy mnie nie zawiódł!
Ostatnio często bywam na szwedzkich mszach. Przełamuję się. Umieram.
To będzie wpis trochę teczniczny, nie każdy zrozumie. Ale muszę to wypowiedzieć.
Na wstępie małe zastrzeźenie - naprawdę nie jestem jakimś betonem, przez wiele lat brałam udział w mszach harcerskich, oazowych, rekolekcyjnych, odnowowych, parafialnych, dominikańskich... Wiele rozumiem i zniosę, muzycznie też, ale nie dzierżę partactwa i ignorancji. To uwłacza godności Sakramentu, ale także przeszkadza nam ludziom mieć właściwą relację z Najwyższym. Owszem, jest bliskim Bogiem - ale nie kolesiem od piwa.
Zaraz wyjaśnię.
Zaczynam rozumieć szwedzki liturgiczny język, ale są rzeczy, których - jak dla mnie - zrozumieć się nie da... I nie mają nic wspólnego z językiem. Są rzeczy piękne i są strasznie szkaradne. Jestem zdezorientowana.
Muszę przyznać, że jedna rzecz podoba mi się bardzo w tym szwedzkim kościele katolickim, a mianowicie to, że szwedzcy kapłani potrafią śpiewać wszystkie części stałe, Gloria i Credo po łacinie i że dość często to robią. Cały kościół się wtedy włącza, co jest bardzo piękne, wzruszające i uroczyste. W Wielki Piątek trzech kantorów odśpiewało Pasję wg Św. Jana i było bardzo wzniośle, jak nigdy (nasz przeor to niezły tenor!), a dzisiaj w nocy - Lumen Christi! Deo Gratias!. W kościele, do którego chodzę, co tydzień są msze trydenckie, ale to, co opiszę dotyczy NOMu, czyli mszy posoborowej, którą wszyscy znamy.
Tutaj w Szwecji doświadczam wyjątkowego niechlujstwa w celebrowaniu Eucharystii. Procesja z darami, jaką wczoraj widziałam w Lund, to śmiech na sali. Nikt nie przygotował darów na stoliku przy drzwiach - tuż przez procesją kapłan stojący przed ołtarzem wręczył je wyznaczonym wcześniej ludziom, by zrobili rundkę po kościele i ... przynieśli dary w procesji do tego kapłana... Nawet kadzidło i pokaźna służba liturgiczna nie czyni tutejszej liturgii tak wzniosłą jak zwykła niedzielna msza u polskich dominikanów... Wszystko robią jakoś tak zwyczajnie, bez patosu, bez piękna liturgii.... no koleś od piwa normalnie :/
Bardzo negatywnie odbieram to, że jest wiele momentów mszy świętej, kiedy ludzie nie wiedzą jak się zachowywać. Nie mówię tu o "gadaniu" czy "wierceniu się", ale o takich podstawowych sprawach jak postawa. Zdarza się, że gdy ja odruchowo klękam, inni odruchowo wstają. A jeszcze inni odruchowo siedzą. Bardzo zatraca się wtedy poczucie jedności zgromadzenia eucharystycznego. I to nie w podczas nabożeństw, w których uczestniczy sie raz na ruski rok - jak liturgia Wielkiego Piątku. Mówię o "zwykłej" modlitwie eucharystycznej, na przykład. Na polskich mszach ludzie zachowują się "po polsku", czyli stoją - przyklęka się tylko na podniesienie. Na szwedzkich - wolna amerykanka. Może to wynikać z pochodzenia wspólnoty eucharystycznej, w Lund towarzystwo jest bardzo wymieszane... Ale czy ci nasi dominikanie (dominikanie!!!) nie mogliby jakoś edukować w tej kwestii? Nie ma żadnej reakcji.
Zdecydowanie najgorszym wymiarem tego niechlujstwa jest jednak brak szacunku dla Najświętszego Sakramentu. Przy komunii nie używa się pater, na przykład, na moich oczach Krew Pańska kapnęła na ziemię :/ W Wielki Czwartek widziałam z kolei jak kapłanowi spadła konsekrowana hostia, jakoś tak niechlujnie główny celebrans podawał ją innemu kapłanowi... Jak dodać komunię na rękę czy brak klękania jakiejś części ludzi przy podniesieniu rodzi sie poważne pytanie czy oni naprawdę wierzą to, co sie dzieje na ołtarzu w czasie Eucharystii...
Może to spuścizna protestantyzmu...?
Bardzo doceniam polską kulturę liturgiczną jak patrzę na tę tutaj... Jak byłam dzieckiem ta w wydaniu "parafialnym" zawsze wydawała mi się zbyt patetyczna, taka nawet trochę niezrozumiała, te sztywne pokłony lektorów, zawsze zsynchronizowane... taki teatr trochę, dla obserwatora z zewnątrz. Ale potem dorosłam do ukochania tego Wielkie Misterium - Nieziemskiej Liturgii, gdzie nie ma zbędnego gestu, gdzie każdy pokłon czy "szmatka" to wyraz największego szacunku i czci dla Sacrum.
Chyba konkretnie tęsknię sa liturgią trydencką. Jakoś tak podskórnie, bo nigdy nie brałam w niej udziału. Ale każdy łaciński śpiew na mszy budzi coś we mnie...
Przpomniało mi się to wszystko w ostatnich dniach, jak czytałam znowu objawienia Katarzyny Anny Emmerich. Modlitwa Jezusa w Ogrójcu to pasmo "kuszeń" (jak mówi Biblia) czy raczej ataków szatana na Jezusa. Bardzo mnie dotknął ten fragment, gdzie Katarzyna opisuje to, gdy szatan usiłuje przekonać Jezusa, ze nie warto umierać za takich ludzi - podsuwając Mu obrazy tych, którzy będą w przyszłości profanować Jego ciało, niegodnie je przyjmować albo wręcz bezcześcić. Posłuchajcie:
Rozpoznałam wśród tych Jego wrogów wszelkiego rodzaju znieważających Go w Najświętszym Sakramencie,(...) począwszy od zaniedbania, nieuszanowania, opuszczenia, aż do wyraźnej pogardy, nadużycia i najohydniejszego świętokradztwa; począwszy od zwrócenia się ku bożyszczom światowym, ku pysze i fałszywej wiedzy, aż do błędnych nauk, niewiary, zaciekłego fanatyzmu, nienawiści i krwawych prześladowań. W tłumie tym znaleźć można było wszelkiego rodzaju osoby (...). Ślepych, którzy nie chcieli widzieć prawdy; chromych, którzy, widząc ją, nie chcieli przez lenistwo iść za nią; głuchych, którzy nie chcieli słuchać przestróg Pana i gróźb Jego; niemych, którzy nawet mieczem słowa nie chcieli walczyć za Niego; wreszcie dzieci w towarzystwie światowych, zapominających o Bogu rodziców i nauczycieli, przesyconych rozkoszami świata, otumanionych czczym mędrkowaniem, ze wstrętem odwracających się od rzeczy Boskich, a ginących na zawsze z powodu ich braku. Widok dzieci w tym tłumie największą mi sprawiał przykrość, bo przecież Jezus dzieci tak kochał. Między nimi najwięcej było źle wychowanych i niewłaściwie nauczanych, nieuczciwych ministrantów służących do Mszy Świętej, którzy nie czcili należycie Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Wina ich spadała w części na nauczycieli i niebacznych pasterzy świątyń. Wreszcie z przerażeniem ujrzałam, że do znieważania Jezusa w Najświętszym Sakramencie przyczyniało się także wielu kapłanów rozmaitych stopni hierarchii kościelnej, nawet takich, którzy sami mieli się za wierzących i pobożnych. Z wielu tych nieszczęśliwców wspomnę jeden tylko rodzaj. Byli to tacy, którzy wierzyli w obecność żywego Boga w Najświętszym Sakramencie, czcili Go i stosownie do tego nauczali lud, lecz z tej obecności Boga na ołtarzu niewiele sobie robili, a mianowicie nie starali się i nie dbali o pałac, tron, namiot, siedzibę i strój królewski tego Króla nieba i ziemi, tj. nie starali się utrzymać w porządku i schludności kościoła, ołtarza, tabernakulum, monstrancji żywego Boga, a także wszystkich naczyń, sprzętów, ozdób, strojów, wszystkich w ogóle przyborów i rzeczy kościoła, domu Bożego. (...) Nie było to zaś przyczyną rzeczywistego ubóstwa, tylko ospałości uczuć, gnuśności, niedbalstwa, oddania się marnym rzeczom doczesnym, nieraz także samolubstwa i wewnętrznej śmierci duchowej; a zaniedbanie takie widziałam nawet w kościołach zamożnych i dostatnich. Wielu było takich, którzy zamiłowani w okazałości światowej, pousuwali najwspanialsze i najczcigodniejsze pamiątki dawnych pobożniejszych czasów, a zastąpili je czczym blichtrem. (...)
Przejmujące są te obrazy i walka wewnętrzna Naszego Pana. Mimo to On decyduje się umrzeć...
Wiem, że też mam umrzeć - dla swoich oczekiwań czegokolwiek. Mam pokochać ten kościół tu MIMO to wszystko. Tak jak On go kocha. Emocjonalnie bardzo mi jest trudno, ale to nieważne. Wiem, że są tu ludzie, którzy szczerze i głęboko się modlą w czasie tych mszy świętych, nawet jeśli biora komunię na rękę.
Wszystkim czytelnikom, przyjaciołom i gościom, życzę tej miłości POMIMO w Waszym życiu. Takiej do końca, jak Nasz Zbawiciel ukochał nas, ludzi. Oddając się w nasze ręce i dopuszczając naszą profanację Go, wtedy i teraz. Na końcu tego umierania czeka Życie.
To już niedługo! Dzisiaj się zaczyna! Najważnieszy okres całego roku - święte Triduum Paschalne.
Mój Wielki Post nie był tak dobry jak chciałam, nie udało się pościć tak jak chciałam :/ no ale na Wielki Tydzień postanowiłam mocno i konsekwetnie. Odkraść czas fejsbukom i blogom a przywrócić go Ważniejszym Sprawom. Już na początku Wielkiego Postu odkurzyłam moją liturgię godzin i na powrót zaczęłam z niej korzystać. Czasem nawet budziłam się nad ranem i od razu przychodziłą mi myśl: "kiedy ranne wstają zorze Tobie ziemia, Tobie morze..."... jutrznia!
Tegoroczny post był jednak wyjątkowy, bo pierwszy raz nasza parafia przeżyje uroczyste celebracje liturgiczne. Od 6 tygodni mała grupka osób przynajmniej raz w tygodniu schodziła się i ćwiczyła śpiewanie, żeby uświetnić liturgie. Będzie nas tylko piątka, więc dominkańskich śpiewów czterogłosowych nie damy rady, ale zrobimy co można. Nie chodzi wszak o formę, ale o ducha. Czas włożony w te przygotowania to nasza jałmużna - dwa miesiące pracy. Ćwiczenie w domu, wysyłanie sobie nut i piosenek, ćwiczenie wspólne... kolacje o 21 po powrocie do domu, niewidzenie dziecka czasem.
Nowością jest to, że my, Polacy, będziemy tak aktywnie uczestniczyć we wspólnej mszy po szwedzku dzisiaj wieczorem. Inne liturgie są odprawiane osobno dla każdej grupy językowej (Polacy, Chorwaci, Szwedzi, nawet po arabsku będzie jutro), ale Wielki Czwartek celebrujemy razem. A zatem będziemy śpiewać po szwedzku i łacinie. Niełatwe zadanie, zwłaszcza po szwedzku. Ten język ma swoją melodię, trudną wymowę, i zaśpiewaj to jeszcze na wysokim d.
Nowością jest w ogóle to, że... będę na Wielkanoc w Szwecji! Nie będzie zatem białej kiełbasy, szyneczki czy sałatki jarzynowej (za którą nigdy nie przepadałam, ale nagle mi brakuje...), nie będzie drożdżowej baby Babci Dany. Upiekę sernik i mazurek, zjemy nasze standardowe jajka-po-pakistańsku na śniadanie, może z ciastem po, podzielimy się święconką. Będzie chleb biały, niekwaszony, jak za czasów Jezusa, my go nazywamy roti... i jemy niemal codziennie.
Jeśli znajdę jakieś serwetki i będzie jak to zanieść do kościoła, znaczy...nie mam tu "zestawu święconkowego" :/ nawet dzisiaj zastanawiałam się w czym wezmę sól i pieprz, nie mam takich małych miseczek jakich moja mama ma setki...
Ale nie to jest najważniejsze. Tylko celebracja Najważniejszego Wydarzenia w Historii.
Na koniec tego okresu przygotowań spotkało mnie coś niezwykłego. Mąż przyniósł ze sklepu moje zamówione goście niedzielne, w jednym z nich była książka. Popatrzyłam, wstawiłam na półkę. W zeszły weekend dopiero czytałam te gazety. I dopiero wtedy TO znalazłam.
W numerze 12, z początku Wielkiego Postu był artykuł o mistyczce Annie Katarzynie Emmerich. Przeczytałam z zapartym tchem i wyciągnęłam książkę. "Pasja". Czytam i ... znajduję się nagle 2000 lat temu w Jerozolimie. Czuję powiew wiatru na twarzy, widzę jezusa i jego uczniów, słyszę ich rozmowy... widzę jak Jezus trzyma "roti" i daje je swoim uczniom... takie widzenia miała bowiem ta mistyczka. Niedawno błogosławiona. Otrzymała dar "zobaczenia" wielu scen biblijnych, także ze Starego Testamentu, a jej widzenia zostały zapisane.
Anna Emmerich była jednym z tych świętych, którzy byli bardzo blisko Jezusowej męki - otrzymała dar stygmatów. Podobnie jak św. Franciszek i ojciec Pio. Ojciec Pio ponoć odprawiał wielogodzinne msze święte, bo współcierpiał z Chrystusem w czasie Jego ofiary, nie mógł przyspieszyć mszy, bo Jezus jeszcze umierał...
A zatem przez cały Wielki Tydzień czytam sobie codziennie trochę, chcę być na bieżąco. Dzisiaj rano przeczytałam opis Ostatniej Wieczerzy. Uderzyło mnie (i Annę) to, jak bardzo jej celebracja przypomina dzisiejszą mszę świętą. My, katolicy, zaznajomieni z nią od urodzenia niemal nie zastanawiamy się nad gestami czy symbolami, ale one były żywe dla izraelczyków - i są dalej żywe, ale my ich nie rozumiemy!
Wspaniały opis ustanowienia Najświętszego Sakramentu. Namaszczenie apostołów i wyjaśnienie tajemnicy konsekracji, której będą mogli sami dokonywać po dniu Pięćdziesiatnicy.
(Niby to wszystko się słyszy w kościele, ale jakoś tak się osłuchało... a lektura wizji Anny wnosi niesamowity powiew świeżości!)
Wiem, że jutro będzie ciężko. Opis pasji Anny Emmerich był inspiracją dla Mela Gibsona, na tej podstawie powstał film "Pasja". Ponoć bardzo okrutny i krwawy (nie widziałam! z tego powodu właśnie), ale... myśmy zagłaskali naszego "pana Jezuska" i nie dociera już do nas, ze "odkupieni krwią" to znaczy ... KRWIĄ. Nie uśmiechem, światłem i dobrotliwym gestem. MĘKĄ. Planuję przeczytać go w tę Paschę.
Bo potem nastąpiło to, co zmieniło na zawsze losy świata. ZMARTWYCHWSTANIE.
Życzę Wam wszystki, którzy to czytacie, żeby zmieniły i Wasze. Alleluja!
Wieczorami oglądamy z mężem nowy serial - "Sons of Anarchy". Saga o klubie harleyowców z małego miasteczka w USA. Dzielni rycerze na swoich srebrzystych maszynach strzegą lokalnej kultury przed pazernymi przybyszami z "wielkiego świata" - z ich autostradami, komercją, korporacjami, biedą i narkotykami... a jednocześnie sami handlują bronią, pochodzącą od IRA... w filmie mnóstwo przemocy, ale sama historia bardzo mnie wciągnęła... rewelacyjna rola Peggy Bundy (to znaczy tej aktorki), metamorfoza i gra aktorka mnie zachwyca. To najjaśniejszy punkt serialu: Królowa Matka, która chroni swoją rodzinę, jej jej klejem ale i największym manipulatorem. Bezpośrednia do bólu i silna. najsilniejsza.
Chłopaki co rusz następują komuś na odcisk i co chwila ktoś na kimś bierze odwet... oko za oko, ząb za ząb. Prawo tego świata. Równia pochyła do piekła.
Jesteśmy na drugim sezonie, ale nie wiem czy dotrwam do szóstego (aktualnie emitowanego w USA). Serial bardzo dobry, no ale za mocny dla mnie...
Jednocześnie kończę "I shall not hate": historię człowieka, który uparcie odmawia wmówienia sobie, że należy tych innych znienawidzić, bo przecież wyrządzili nam tyle złego... jako Palestyńczyk ma przyjaciół Izraelczyków i wielu z nich oddałoby za niego życie. Nawet rzucony na kolana nie wpuszcza w swe serce goryczy. Wie, że są dwie drogi: przebaczenie albo równia pochyła w dół. Do miejsca, gdzie czekają wszystkie demony świata i skąd nie wychodzi się cało. A przecież trzeba żyć dla dzieci, dla pacjentów, dla tych, którzy nas kochają. Tylko przebaczenie pozwala pogodzić się z ogromną osobistą stratą, tylko odmowa nienawiści daje prawdziwą siłę do dalszego życia.
Izzeldin Abuelaish to współczesny Hiob. Ewenement na skalę światową. Jest żywym dowodem na to, że prawo miłości jest silniejsze od prawa śmierci. Upokarzany w najtrudniejszych momentach, stygmatyzowany, nie pozwala prześladowcom wygrać. Nie odpowiada tą samą nienawiścią.
Bardzo mocna lektura, polecam każdemu. Bo każdy z nas ma kogoś, kto go upokarza, nie rozumie i/lub niesprawiedliwie ocenia. I nienawiścią nie wygra się niczego.
W okresie paschalnym to przesłanie jest wyjątkowo namacalne. Życzę każdemu dobrego przeżycia Wielkiego Piątku.