Moje pierwsze słowa po zejściu z podładu szkoleniowej omegi po pierwszym dniu szkolenia:
Kami, radośnie, pokazując ręką:
- jest! Bar Młodzieży!!
Barowaliśmy w tym roku na Mazurach. Wujek od dawna zapraszał, ale jakoś Mazury nigdy nie są po drodze do Wrocławia. W tym roku nie można było polecieć do babci, zdecydowaliśmy się zatem na wyprawę samochodową, a skoro samochodem to nie można za długo jechać... nie z nimi
Plan był zatem prosty - dopłynąć do Gdyni, z jeden dzień odpocząć w Gdańsku (wiecie - pierogi, lody, gofry i te rzeczy), a potem przez Gietrzwałd dotrzeć do Giżycka. Dopiero niedawno w ogóle usłyszałam o tym sanktuarium - wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie zwróciło to mojej uwagi, nawet jeśli słowo gdzieś mi się obiło o uszy. A tu taka niesamowita historia! Bardzo chciałam pojechać, jako że już tak blisko byliśmy... z Wrocławia nigdy nie wybiorę się przecież.
W wielkim skrócie - veni, vidi, vici!
Koronowe wakacje to były jedne z lepszych wakacji w życiu.
Cofnęłam się w czasie o jakieś 30 lat - giżycki almatur to miejsce, gdzie historia się jakby zatrzymała. Ludzie pływają na dezetach i szkolą się na omegach (no dobra, nie wszyscy, bosman ponarzekał na kabinowych żeglarzy, którzy do portu tylko na silniku). Można pójść do bosmana i pogadać o sandaczach w Kisajnie, a właściwie to dlaczego ich teraz nie ma. Omega też taka sama jak w latach 90-tych, tylko niektóre nazwy wihajstrów wyleciały mi z pamięci...
Ale jazdy na rowerze się nie zapomina, podobnie jak żeglowania - to wchodzi we wszystkie odruchy człowieka i zmienia wszystko.
Z dumą i ściśniętym gardłem usłyszałam kamyczkowe "do zwrotu przez sztag" po dwóch dniach szkolenia. A po kolejnych dwóch sam postawił nasze piękne zielone żagle...
(w te wakacje odkryliśmy jeszcze desku SUP, muszę przyznać, ze nie spodziewałam się, że jedna głupia deska da dzieciom zabawę na cały dzień...)
Z wakacji pozostały nam też piękne ceramiczne pamiątki, wykonane przez nas w pracowni gliny w Giżycku, a potem pomalowane farbkami do ceramiki... nie bez wysiłku, jak w Szwecji nazywa się benzyna ekstrakcyjna...?
Malowanie po szkle to inny rozdział mojej historii, czasy liceum, znowu niechcący cofnęłam się w czasie. Bo to nie jest tak, że jakoś celowo wsponinam starych dziejów ani tęsknię za nimi, w zasadzie przyprawia mnie to o pewien rodzaj smutku - bo tyle się zmieniło, bo stare beztroskie życie to historia... tylko że jakoś tak przypadkiem to wychodzi. Podświadomość...?
A może po prostu człowiek dzieli się tym, co ma, a ma to, czego się kiedyś nauczył...?






