Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

29 września 2016

O strachu

Mój drogi Piołunie!

Bardzo jestem rad, że wiek twego pacjenta i jego zawód kwalifikują go do służby wojskowej, oraz że sprawa powołania do wojska nie jest całkowicie przesądzona. Dla nas jest rzeczą ważną, by utrzymać go w maksimum niepewności, tak by umysł jego był wypełniony najrozmaitszymi sprzecznymi wyobrażeniami o przyszłości, wzbudzającymi w nim lęk lub nadzieję. Niepewność i obawa - to niezrównane sposoby, by zabarykadować myśl ludzką przed Nieprzyjacielem. On chce, by ludzie interesowali się tym, co aktualnie czynią; w naszym zaś interesie jest utrzymywać ich w rozpamiętywaniu tego, co im się może przydarzyć w przyszłości. Twój pacjent zdobędzie naturalnie w końcu przeświadczenie, że musi się cierpliwie poddawać woli Nieprzyjaciela. Nieprzyjaciel rozumie przez to, że przede wszystkim winien on przyjmować z poddaniem się cierpienia, które faktycznie zostały na niego zesłane - obecną troskę i niepewność. Właśnie ze względu na to winien on powtarzać: "bądź wola Twoja" i w zamian za codzienny trud znoszenia tego otrzyma on chleb powszedni. Twoją już sprawą jest dopatrzeć, by pacjent nigdy nie myślał o tym, Że to obecny strach jest wyznaczonym mu krzyżem, lecz by za krzyż uważał sprawy, których się obawia. Niech patrzy na nie jak na zesłane mu krzyże. Pozwól, niech przeoczy, że skoro jedne z nich wykluczają drugie, wobec tego nie mogą go wszystkie spotkać; niech wreszcie w odniesieniu do tych spraw próbuje już z góry praktykować cnotę męstwa i cierpliwości. Rzeczywista bowiem i jednoczesna rezygnacja wobec tuzina rozmaitych i tylko hipotetycznych kolei losu jest prawie niemożliwa, Nieprzyjaciel zaś nie wspiera zbytnio tych, którzy próbują to osiągnąć; natomiast rezygnacja wobec obecnego i aktualnego cierpienia, nawet jeśli to cierpienie polega na strachu, jest o wiele łatwiejsza i bywa zazwyczaj wspomagana przez tę bezpośredniość działania. Mieści się w tym doniosłe prawo duchowe. Wyjaśniłem ci, że możesz osłabić jego modlitwy przez odwrócenie uwagi od samego Nieprzyjaciela i skierowanie jej na jego własne stany umysłowe odnoszące się do Nieprzyjaciela. Z drugiej strony łatwiej jest opanować strach, gdy myśl pacjenta odwróci się od wywołującego go przedmiotu, a skieruje ku samemu strachowi pojętemu jako aktualny i niepożądany stan wewnętrzny; a skoro spojrzy na strach jako na wyznaczony mu krzyż, to nieuchronnie zda sobie sprawę z tego, że jest to jego stan wewnętrzny. Można przeto sformułować ogólną zasadę: we wszystkich czynnościach umysłu, które sprzyjają naszej sprawie, popieraj u pacjenta nieświadomość samego siebie i zachęcaj go do skupienia uwagi na przedmiocie, natomiast we wszystkich sytuacjach korzystnych dla Nieprzyjaciela skierowuj jego uwagę z powrotem na jego własny umysł. Niech zniewaga lub ciało kobiece tak przykuje jego myśl i uwagę, by nie zdawał sobie sprawy z sytuacji i by nie myślał: "Oto wstępuję obecnie w stan zwany Gniewem" albo "Oto ogarnia mnie żądza". Przeciwnie, niech refleksja: "Oto moje uczucia stają się teraz pobożniejsze i bardziej miłosierne" - tak przykuje jego uwagę do samego siebie, by już nie spoglądał poza siebie i skutkiem tego nie mógł dojrzeć naszego Nieprzyjaciela ani swych własnych sąsiadów. (...)
Twój kochający Stryj Krętacz
[C.S. Lewis "Listy starego diabła do młodego"]


Ostatnio dopadł mnie strach. Może dlatego nie mam serca pisać blog, ani wgłębiać się w blogi innych (wybaczcie). Paraliżuje mnie strach.

O nasze życie - kilka dni temu strzelanina w Malmo. Tak po prostu, o godzinie 19 w niedzielę, ktoś wywalił 20 kul z karabinu automatycznego w grupę ludzi. Mogłam akurat przejeżdżać tamtędy i się załapać... Innego dnia płoną samochody. Jeszcze innego - włamanie, policji nie wystarcza ludzi do wysyłania na wszystkie miejsca zgłoszeń. Mam w domu nielegalny gaz pieprzowy i kilka stalowych prętów z płotu, co to przerdzewiały i wypadły. Schowałam pod schodami. Wracać do Polski? Tam też niepewnie, Putin z Europejskim Sojuzem ostrzą pazury. A w Polsce pożyteczni idioci łażą na KODy i wzywają do jakichś zamieszek o utracone koryto, teraz do mordowania własnych dzieci na życzenie. Życzenie polityków, rzecz jasna. Nie mogę uwierzyć co się stało z polską tradycją oporu wobec zaborcy i ukochania własnej tożsamości! Umieramy jako naród.

O dzieci. Co je czeka w szwedzkiej rzeczywistości, co będzie z edukacją. Nawet Szwedzi zdają sobie sprawę, że osiągnęła dno. Wzywają do "społecznego ruchu obywatelskiego" w tej sprawie. Do szkoły musi wrócić dyscyplina, szacunek i wymagania! Inaczej czeka Szwecję analfabetyzm i trzeci świat.

A od kilku dni o naszą rodzinę. Otóż teściowa wreszcie dostała wizę do Szwecji. Na początku listopada przyjedzie na pół roku. To znaczy to jest oficjalna wersja. Nieoficjalnie wszscy wiedzą, że złoży wniosek o azyl, czyli, że jest intencja, żeby została tu na stałe. Mąż wreszcie czuje, że może zająć się starą mamą i zapewnić jej godną starość - z rodziną a nie w samotności. 

A ja niby to rozumiem, cieszę się, że mąż ma takie otwaete serce, zawsze miał. Ale się okropnie boję. Że nie dam rady mieszkać z kimś z tak innej kultury, nie mówiącym w żadnym z moich języków. Że będę się czuć obco we własnym domu. Że będzie mi trudno zapraszać do domu moich znajomych i przyjaciół. Że będzie zachęcać męża do wychowania dzieci po packu, a on się uniesie honorem i zastosuje. Że zleci się tu pół meczetu, żeby zająć czas starszej pani, która nie ma w Szwecji żadnej wspólnoty poza tą właśnie. Że to może trwać kolejne 20 lat mojego życia!

Jednocześnie jest mi wstyd, że tak nie mam serca, powinnam zrozumieć, że babcia chce poznać wnuki i spędzić resztę życia otoczona miłością. A przecież nawet jej nie znam, nie wiem jaki ma charakter ani temperament. Może to przemiła mądra staruszka, która po prostu potrzebuje opieki, ale która da nam w zamian wiele ciepła i miłości. Rodzina potrzebuje wszystkich pokoleń.

Nie wiem jak dałam się wkręcić w tę spiralę lęku. Przecież ja się nigdy nie lękam, zawsze jestem silna, bo mam pełne zaufanie do Boga, zawsze umiem wszystko zanalizować i postawić diagnozę. Teraz jakoś nie umiem.

C.S. Lewis pięknie wyjaśnił ten mechanizm, ale głowa płata mi figle. Jedyne, co mi w tej chwili przychodzi do głowy to post i różaniec, żeby zebrać oręż do tej walki duchowej. Chcę zrozumieć ten strach, odseparować rzeczywistość od wyobrażeń o niej, i unieść to wszystko. 



7 kwietnia 2015

Życie i Śmierć

Tegoroczna Wielkanoc to było wyjątkowe doświadczenie życia i śmierci.
W Wielką Środę wieczorem dotarła do nas smutna wieść z Pakistanu - umarł tato mojego męża. Przez jedną noc wahał się czy lecieć na pogrzeb. Ale ceny kosmiczne w okresie świąt.
Nie poleciał. Nie wiem ile go kosztowała ta decyzja, bo przez pierwsze dwa dni nie chciał o tym mówić.

Teść miał zawał i nie udało się go uratować. Ponoć ambulans, który przyjechał, to nie był ambulans tylko jakaś riksza, o takich luksusach jak tlen można w ogóle zapomnieć. Nie przeżył. W ciągu 24 godzin powinno się go pochować, początkowo ileś osób z rozsianej po całym świecie rodziny wahało się czy lecieć na pogrzeb. Nikt w końcu nie zdecydował się - pogrzeb odbył się w Wielki Piątek...

Nigdy nie poznałam teścia, nawet przez telefon nie rozmawialiśmy. Był bardzo wyalienowany z rodziny - a może to raczej rodzina odcięła się od niego. Albo oba na raz. Teść wiele lat pracował "na zachodzie" i wrócił do domu jak dzieci były już dorosłe, a nawet wyemigrowane. Nie zbudowali relacji.

Wiadomość o nagłej i nieoczekiwanej śmierci poruszyła jednak kamienie w sercach. Może właśnie dlatego, że odczuli jak bardzo to wszystko było nie tak i jak bardzo nie da się tego naprawić. Za dużo dumy z obu stron. Pakistan w ogóle słynie z dumy. Duma to chyba najgorszy z siedmiu grzechów głównych, naprawdę zabija... W tamtym rejonie nawet dosłownie (każdy chyba słyszał o "honorowych zabójstwach"). W naszej rodzinie tylko duchowo.

Pomimo tego, że nie jestem w tym w środku, całe Triduum Paschalne nabrało dla mnie takiego bardziej dotykalnego wymiaru. Dotknęłam śmieci.

Ale i dotknęłam życia. Dzięki nieustannej obecności u nas brata męża, który wraz z nim dyskutował ten temat i omawiał strategię na odbudowanie rodziny, były to też święta bardzo rodzinne. Spędziliśmy razem dużo czasu i to był - paradoksalnie - bardzo dobry czas. Spacery, jedzenie i rozmowy. Tylko tyle. Aż tyle. Pierwszy raz tyle piekłam na święta, ale wcale nie było za dużo. Takie umieranie zbliża ludzi i trzeba wtedy coś postawić na stole...


P.S. To miał być wpis bardziej kulinarny, ale jakoś zeszło to na plan dalszy...  Więc na szybko:

Przepis na sernik: http://polskapakistansverige.blogspot.se/2013/01/sernik-anny.html
(spód z pokruszonych digestiveów z masłem, ok 400 g ciastek na 200 g masła, na dużą blachę lub dwie małe, polewa czekoladowa to 150 g roztopione czekolady gorzkiej z ok 100 ml śmietanki, a drugi sernik pokryty frużeliną, według tego przepisu)

Przepis na babę: http://www.crustanddust.pl/2015/04/wielkanocna-baba-drozdzowa.html

Przepis na pasztet: http://barbaramariawkuchni.blogspot.se/2015/04/pasztet-z-indyka-ze-sliwkami.html

Wszystkie przepisy gorąco polecam, zwłaszcza ten na serniek. Nigdy mnie nie zawiódł!

28 marca 2015

Moja perełko


Dzisiejsza konferencja ojca Szustaka z Krakowa po prostu wgniotła mnie w dywan. To znaczy w kafelki w kuchni, tam słuchałam.

Nie chcę psuć przyjemności wysłuchania całej (polecam, warto stracić niemal godzinę naszego cennego czasu), ale muszę, no muszę podzielić się tym jednym.

Ojciec opisuje proces tworzenia perły. Najpierw jest sobie małża, która spokojnie siedzi sobie na dnie morza, z tym swoim mięciutkim mięskiem w środku. W wyniku jakiegoś zawirowania wpada do niej ziarenko piasku. Albo kamyczek. Albo pyłek. I się przyczepia. Bardzo trudno go wywalić ze środka. Więc on się zagnieżdża i zaczyna uwierać.

Małża się denerwuje, ale nie daje rady wywalić. No to zaczyna "oswajać" - obkleja masą perłową, obkleja i obkleja. Aż kamyczek przestanie wadzić. Stanie się w pewnym sensie jej częścią - o wiele piękniejszą częścią!

Zajmuje to czas, jest bolesne, zwłaszcza na początku. Ale im większy kamyczek, tym większa perła potem. Im więcej czasu - tym, większa perła.

To właśnie jest miłość.

Otworzenie się na innego człowieka - męża (jak ktoś jest żoną), dziecko (jak ktoś jest matką), brata/siostrę (jak ktoś w zakonie), przyjaciela - i doświadczenie, że on uwiera. Że miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle, czyli wlazł i boli. I niewywalenie go stamtąd tylko otoczenie czułością i zaakceptowanie tego, co uwiera. Niesienie tego z nim. Powolne przemienianie, które czasem zajmuje całe lata. Całe życie. Nie raz i nie dwa.

"Jedni drugich brzemiona noście", tak mi się przypomniało. Najlepiej można to zrozumieć w rodzinie. Kiedy dziecko nie jest takie, jak się wymarzyło. Mąż tym bardziej. Przyjaciele - w ogóle porażka... Ale to nie "bycie ponad to" jest rozwiązaniem - tylko wejście w sam środek i niesienie tego.

Z doświadczenia ojca wynika, że małżeństwa kończą się tylko dlatego, że ktoś nie chce się zgodzić na tę niedoskonałość drugiego, albo drugi uważa, ze nie ma żadnych niedoskonałości (a przecież wiadomo, że ma), albo oba na raz, wzajemnie się przenikające. A potem poranienie jest już tak wielkie, że tylko cud (notabene ojciec Szustak w dalszej części konferencji wpomina ten cud, opisany zresztą w Ewangelii, ale dam głowę, że nikt z Was go nie zauważył jak słyszał te słowa z ambony).

Z przyjęcia tych kamyczków innych ludzi i cierpliwego ich otaczania "masą perłową" rodzą się najcenniejsze perły. To miłość to sprawia.

Zupełnie innego wymiaru nabiera dla mnie powiedzenie do synka "Kamyczku, moja perełko"...


11 lutego 2015

O zaścianku i szerokim świecie

Wygląda na to, że Estonia to kraj bardzo zdrowy moralnie. Znalazłam dzisiaj bardzo ciekawy wywiad z prawnikiem, który zainicjował referendum w sprawie redefinicji małżeństwa. Oczywiście oburzenie w mediach. I wśród stronników homolobby, oczywiście.

Ale pan prawnik ma bardzo ciekawe argumenty. Otóż obserwacje krajów, w krórych dopuszczono "małżeństwa homoseksualne", takie jak Szwecja, pokazują, że mniej niż 1% homoseksualistów wchodzi w takie związki. Wiemy z innych źródeł, że one są nietrwałe, że homoseksualny styl życia to bynajmniej nie wierność - niektóre badania mówią nawet o 500 partnerach w życiu, o ile pamiętam. Czytałam też niedawno, że dorosłe dzieci homoseksualistów coraz głośniej mówią o swoim trudnym dzieciństwie spowodowanym, między innymi, przez skrzywione życie seksualne "rodziców", a dzisiaj wpolityce.pl opublikowało artykuł o kolejnych badaniach konsekwencji takiego dorastania. Niemniej jednak zostawmy na razie temat dzieci, skupmy się na zasadniczym problemie. O CO NAPRAWDĘ CHODZI. Zachęcam do obejrzenia filmu.


Można go podsumować następująco: nieprawdą jest wołanie o demokrację, tolerancję i prawa człowieka (że to wykrzywienie tychże pojęć to inna sprawa) - chodzi tak naprawdę o zaakceptowanie homoseksualnego stylu życia. O przestanie nazywania go grzechem. O porzucenie moralności chrześcijańskiej raz na zawsze. Od odrzucenie Biblii.

W Szwecji indoktrynacja udała się w zupełności, człowiek podnoszący publicznie takie kwestie moralne zostałby dosłownie zlinczowany.

A przecież to kochanie grzesznika zupełnie nie wyklucza potępiania grzechu. Krętaczowi* udało się znowu okłamać człowieka! W sumie nie pierwszy i nie ostatni raz, jest wszak ojcem kłamstwa.

Kardynał Fulton Sheen bardzo celnie rozprawił się z definicją tolerancji i powinniśmy ją wykuć na pamięć:
Żaden temat nie wywołuje w umyśle przeciętnego człowieka takiego zamętu, jak temat tolerancji i nietolerancji. Tolerancja postrzegana jest zawsze jako coś pożądanego, gdyż traktuje się ją jako synonim szerokich horyzontów intelektualnych. Nietolerancja postrzegana jest zawsze jako coś niepożądanego, gdyż traktuje się ją jako synonim zaściankowości. Nie jest to prawdą, gdyż tolerancja i nietolerancja odnoszą się do dwóch zupełnie różnych spraw. Tolerancja odnosi się wyłącznie do osób, lecz nigdy do zasad. Nietolerancja odnosi się wyłącznie do zasad, lecz nigdy do osób. Musimy być tolerancyjni wobec osób, gdyż są one ludźmi; musimy być nietolerancyjni w odniesieniu do zasad, gdyż pochodzą one od Boga. Musimy być tolerancyjni wobec tych, którzy błądzą, gdyż ich ignorancja mogła sprowadzić ich na manowce, lecz musimy być nietolerancyjni wobec błędu, gdyż to Bóg jest autorem Prawdy, a nie my. Dlatego Kościół w swojej historii zawsze przyjmował skruszonego heretyka do swojego skarbca dusz, lecz nigdy nie przyjmował jego herezji do skarbca swojej mądrości.

Źródło: "The Curse of Broadmindedness", fragment książki pt: "Moods and Truths", 1932r., strona nieznana

* Krętacz to postać "wujka szatana" w powieści C.S. Lewisa "Listy starego diabła do młodego".

13 lutego 2012

Co to będzie...

Kami niby jeszcze nie mówi pełnymi zdaniami ("Mamusiu, chcę jeść" ), ale jednak uznałam, że jednak można zaliczyć jego komunikaty do ZDAŃ.  Nie umie wprawdzie powiedzieć "chcę", ani tym bardziej "poproszę" (komunikuje to w postaci poleceń),  ale za to opowiada mi co było i co będzie.

Niedawno leciał po naszym niebie helikopter. Kami zakrzyknął ochoczo "O, samolot!" po czym mu wyjaśniłam, że to nie jest samolot tylko helikopter. Nauczył się nowego słowa i zaczął je z lubością powtarzać. Na co ja odpowiadałam "tak, tam kiedyś był helikopter ale teraz go nie ma". No to teraz słyszę "Helikopter był"!

Tego samego dnia co helikopter, w drodze do domu, usłyszeliśmy warkot silnika. Kami zaczął się rozglądać i szukać helikoptera. "Helikoper? Helikoper". Ale to brzmiał jak coś w stylu kosiarki, więc nie zważając na to, że jest zima i śnieg i że nikt teraz nie kosi trawy, próbowałam go zbyć mówiąc, że to kosiarka, i że nic nie wyleci zza budynków.

Za chwilę byliśmy na huśtawce. I wtedy wyjechało to coś. Pan prowadził mały traktorek, wyglądający jak profesjonalna kosiarka, tyle że z wielką szczotą do odśnieżania chodnika. Zabrakło mi słowa, więc powiedziałam Kamyczkowi: "widzisz? mówiłam ci, że to kosiarka była"

No od tego dnia słyszę kilka razy dziennie, że "Kosiarka była!". Zawsze brzmi to wielce odkrywczo, i za każdym razem jest wypowiadane z takim samym entuzjazmem. Wujek W. i babcia Asia mogą zaświadczyć, Kami im to powiedział przez telefon.

Dzisiaj byliśmy w parku i zjeżdżaliśmy na sankach z wielkiej góry. Wszyscy zmarzli i zgłodnieli, więc Kami powiedział, że chce frytki. Prosił i prosił, więc obiecaliśmy mu w końcu, że za chwilę będą i frytki i soczek. Od tego momentu słyszeliśmy z tylnego fotelike "Frytki będą!". No i były.

***

Wieczorem goruję ryż. Kami wchodzi do kuchni i mówi:
- RYŻ BĘDĄ!

***

Próbuję usypiać Kamyczka. A go wzięło na gadanie (że też nigdy nie mam w takich sytuacjach dyktafonu ani aparatu). Kami patrzy na zdjecia na ścianie, po czym oznamia mi:
- Mama to jest.

Dialogujemy dalej, wypytuję o rodzinę, jak kto ma na imię i w ogóle (tylko ciocię Kingę bezbłędnia pamięta, babci nadał dzisiaj imię Ola, a jak zapytałam o mamę to powiedział "Mama MAMA"...).

Potem pytam co się dzisiaj wydarzyło, czy pamięta sanki, i co jeszcze było, a Kami:
- KOSIARKA BYŁA!

Chyba musimy się zastanowić czy rower na wiosnę to dobry pomysł, może lepiej kupić kosiarkę... tylko trzeba uważać na oskarżenia o działanie wbrew dżenderowi :P


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...