Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

18 lutego 2019

Decyzja

Doceniam mojego szefa, zachował się z ogromną klasą.

Najpierw załamał się informacją o moim planie odejścia. Tu oczekiwałam jakichś desperackich prób przekonania mnie, obiecywania gruszek na wierzbie i tak dalej. Ale okazał się realistą. Zapytał czy jest coś, co by mnie przekonało do zostania. Czy pieniądze?

Nie, nie pieniądze. Zatrzymałam się w rozwoju i nie widzę szans wypłynięcia na szersze wody. On to bardzo dobrze rozumie. Widzi, że zaklasyfikowano mnie do szufladki "system Oli", jak potrzebne są szybkie dane czy analizy to chętnie się ją otwiera i woła Olę. By po chwili z powrotem ją tam schować. A jak Ola ma pomysł, żeby coś usprawnić, lepiej zintegrowac to nie nie, tutaj inni podejmują decyzje. Albo nawet ich nie podejmują, one dzieją się same...

Nie wiem czy pisałam już tutaj, ale mamy w firmie gościa, który ma na boku firmę IT. I on sobie wymyślił, że jego firma dopisze nam trochę aplikacji, takich "szytych na wymiar". Co tam, że on sam programuje, bez żadnej dokumentacji czy nawet oficjalnego projektu w naszej firmie. Co tam, że jego bazy danych nie będą z niczym zintegrowane i dane trzeba potem wprowadzać w dwa miejsca... ale za to jak łatwo to zrobić z poziomu smartfona! I jakie kolorowe toto, takie przyjazne dla oka. Musi mieć jakieś strasznie sile układy, bo coś, co brzmi tak absurdalnie jest naszą rzeczywistością, która kosztuje kilka tysięcy funtów co miesiąc od dwóch lat.

Kilka (naście) awantur o to na przestrzeni ostatniego roku, stawianie mnie do ściany, poprzez rzymuszanie do współpracy z panem JaWamUszyjęSystemNaWymiar (gdzie on naciskał na otrzymanie kopii bazy danych, nie mówiąc po co mu to dokładnie, nad czym pracuje), nie dość poważne traktowanie problemu przez moich szefów spowodowały stan, w jakim się znalazłam w listopadzie, kiedy to headhunterka do mnie zadzwoniła.

Mój szef wie to wszystko, nie raz mu się żaliłam, ale on niestety nie miał argumentów, żeby to zmienić. Dlatego teraz też bezładnie rozłożył ręce i powiedział, że nie jest w stanie mi zaproponować niczego, co by sprawiło, ze mogłabym zmienić wyżej opisaną sytuację.

Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, w jakim miejscu utkwiłam. Wysłuchawszy mojej oferty, uznał, że byłabym głupia rezygnując z tej szansy. "Prywatnie mówiąc on mnie w pełni popiera i daje mi swoje błogosławieństwo. I jak będę chciała wrócić to on poruszy niebo i ziemię, żebym dostała się tam, gdzie powinnam, powyżej tego szklanego sufitu. Bo on ma do mnie pełne zaufanie i boi się, że mojej wiedzy na pewne konkretne tematy nie ma nikt w firmie."

I pewnie ma rację. Ale wiem też, że wiele osób już przegrało walkę z tym szklanym sufitem, czy raczej betonem. Rok temu wyleciał nasz poprzedni szef, kilka miesięcy wcześniej szef IT został zmuszony do odejścia. Kilku silnych menedżerów poległo w walce z tą dziwną sitwą. Także z know-how lub bez firma dalej się będzie toczyć, kulejąc tu i ówdzie, ale przecież jakoś się dokula. Excel dobry na wszystko, w najgorszym razie.

No a poza tym nie ma ludzi niezastąpionych.

Tym oto sposobem zaczynam w nowej firmie z początkiem maja.


9 lutego 2019

16 ton

Robiliśmy dziś makaron. Mam taką maszynkę od babci, którą ona dostała od swojej córki (mojej cioci), Kami uwielbia się nią posługiwać. Trzeba tylko kręcić korbką, mama wkłada kulkę z jednej strony, a poniżej rolki wychodzi płat makaronu... magia!

W pewnej chwili Kami zaczął nagle śpiewać w rytm kręcenia. Wymyślone słowa na znaną mi melodię... melodię "morskich opowieści".

Zaczęłam się głośno śmiać, bo przypomniały mi się szanty, marynarskie pieśni pracy. Śpiewane właśnie w takich momentach jak to wymyślił spontanicznie mój (prawie) dziewięciolatek.

Zachwyciła mnie jego intuicja, przyznam szczerze.



Pośpiewaliśmy sobie potem różne szanty, podemonstrowałam dziecku wybieranie fału, pchanie kabestanu czy wiosłowanie. Wyjaśniłam skąd różne rytmy. Taka korbka do makaronu to prawie jak handszpak kabestanu, czyż nie? ;)


Powspominałam dawne festiwale i opowieści szantymenów. Do każdej pracy inna pieśń. Były ich setki.

Wszystko wskazuje, że w życiu czeka mnie teraz nowa szanta. Wrzucam nowe tempo - nie wiem czy szybsze, czy wolniejsze, ale wybiją mnie ze starego rytmu. Dostałam ofertę pracy i jestem niemal zdecydowana, żeby z niej skorzystać.

Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe wyzwanie. W sumie mam dość wyzwań w życiu, nie jestem pewna czy powinnam podejmować kolejne.

Powody zainteresowania się tą inną ofertą były dwa.

Po pierwsze, to praca zadzwoniła do mnie - nieoczekiwanie skontaktowała się ze mną "headhunterka", nie mam pojęcia skąd miała mój numer. Potraktowałam to jak dar losu, bo w tamtym momencie układy w mojej obecnej pracy bardzo mnie frustrowały, od dawna się pogarszały i straciłam całe serce do swojego zajęcia. Przyznam, że od zeszłego tygodnia się to zmieniło, bo poleciał stary CEO i nowy ma inną wizję, na moje to o wiele lepszą.

Drugim powodem było to, że mam świadomość, że w Szwecji niełatwo o pracę gdy się jest obcokrajowcem. Swego czasu wysyłałam wiele ofert, na stanowiska idealnie pasujące do mojego zawodowej specjalizacji i doświadczenia. Nigdy nie zostałam nawet zaproszona na interview! Kilka razy chodziła mi po głowie zmiana nazwiska na szwedzko brzmiące, powiem szczerze.
Także cieszyłam się zawsze, że nie byłam nigdy zmuszona do szukania pracy - miałam swoje miejsce, jakie było takie było, nie zawsze inspirujące (okresami bardzo!) ale bezpieczne. Niemniej jednak zaczynała kiełkować mi w głowie myśl, że jestem "niezatrudnialna", że wcale nie jestem taka dobra jak mi się wydaje, że może to brak idealnego szwedzkiego to jednak ogromna przeszkoda na lokalym rynku pracy... i tak dalej.

Chętnie poszłam na interview.

Ale jak już poszłam i poznałam potencjalych szefów to pomysł tej zmiany zaczął mnie rzeczywiście inspirować!  To były ciekawe spotkania na wiele tematów, z długimi dyskusjami nad konkretymi biznesowymi rozwiązaniami oraz o wdrożeniach systemów. Po każdej kolejnej rozmowie wychodziłam przekonana, że świetnie się rozumieliśmy, że traktowali mnie jak partnerkę w dyskusji, to nie było odpytywanie.

I tak oto z chęci ucieczki tudzież udowodnienia czegoś sobie połknęłam haczyk. Naprawdę chciałam dostać ofertę pracy!

No i teraz właśnie czekam na ten konkret, ponoć mają mi go przedstawić we wtorek. Już wiem od mojej "agentki", że chcą mi złożyć propozycję.

Jednocześnie rośnie stres czy dam radę z tymi wszystkimi wyzwaniami. Pojawia się męcząca myśl, że kogoś zawiodę (bo odejdę i zostawię niedokończone sprawy). Oraz pytanie czy lepsze nie jest największym wrogiem dobrego? Przecież zawsze nienawidziłam wyścigu szczurów. Czyżbym dała się wmanipulować? A może to po prostu osoba headhunterki w tym układzie daje takie odczucia? Ona człowieka bardzo nakręca, to jej chleb.

A ja na mój też muszę zarobić, obym nie przekombinowała. Westchnijcie tam za mną, o natchnienie...



Ktoś mówił, że z gliny ulepił mnie Pan, 
Lecz przecież się składam z kości i z krwi. 
Z kości i krwi i z jarzma na kark
I pary rąk, pary silnych rąk.

Co dzień szesnaście ton i co z tego mam?
Tym więcej mam długów im więcej mam lat.
Nie wołaj święty Piotrze, ja nie mogę przyjść, 

Bo duszę swoją oddałem za dług.

[16 ton]

3 lutego 2018

O słodyczy niskiej ceny

“The bitterness of poor quality remains long after the sweetness of low price is forgotten” – Benjamin Franklin

Po naszemu: Gorycz słabej jakości pozostaje na dłużej, niż słodycz niskiej ceny.

Firma, w której pracuję od dłuższego czasu przechodzi różne restrukturyzacje. Między innymi pozamykali niektóre działy oddając ich pracę w "outsourcing". W kwietniu powyższy cytat był treścią automatycznych odpowiedzi, jaką jeden z zamkiętych działów ustawił w swojej skrzynce mailowej.

Przedwczoraj jeden z naszych najważniejszych menedżerów, mój osobisty przełożony z Malmo, oznajmił, że jutro jest jego ostatni dzień pracy. W wyniku nieporozumień na szczeblu najwyższym, pomiędzy nim i owym CEO, tym od cięcia kosztów, nie zostawili mu wyboru.

Zrobiło mi się potwornie smutno. Nie dość, że szwedzka część organizacji od dawna dostaje niezasłużonego łupnia od jej brytyjskiej części, nie dość, że brytyjscy szefowie to aroganckie świnie (każdy mail z UK to stres i upokorzenie, a rotacja personelu w UK jest o wiele wyższa iż do tej pory była u nas),  nie dość, że baza w Malmo została zredukowana do magazynu i biura... to teraz pozbawili nas szefa, który walczył o wysoką jakość i przestrzeganie procedur.

Zwłaszcza, że walka o procedury to było jego główne zadanie - w przemyśle lotniczym krajowe oddziały agencji EASA wydają licencje na działanie tylko na podstawie posiadania dobrych procedur i ich skutecznego egzekwowania. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

W piątek przyjechał ów CEO by "zapewnić nas, że firma się  nie zamyka w Malmo, że to tylko zmiana kierunku, więc trzeba być bardziej elastycznym". Bo polskie i rosyjskie firmy są tańsze. Ale wszyscy wiedzą, że tak naprawdę miał na myśli "wasz szef mi nie pasował, bo nie zgadzał się na niektóre moje propozycje i zawsze miał argumety przeciw". Wiem dlaczego, bo niektóre z tych pomysłów wprowadziły tak głębokie podziały między nas i UK, że zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. Jak nigdy dotąd - niedawno wściekły szef magazynu z UK groził mi skargą na mnie do HR, bo mu zarzucam niekompetencję (powiedziałam, że nie przygotował przeprowadzki magazynu z Coventry do East Midlands, bo dopiero 4 dni przed przenoszeninem części zlecił mi (sic!) przygotowanine skryptu do przeniesienia wszystkiego w systemie... a było to tuż przed Bożym Narodzeniem i moim urlopem! Inna rzecz, że on nie ma władzy mi nic zlecać, może poprosić i ja to zrobię, ale ma to zrobić odpowiednio wcześnie - jak każdy projekt IT). Magazyn przeniosłam dopiero w styczniu, jak wróciłam do biura po przerwie świątecznej.

Atmosfera w biurze od dwóch dni jak na pogrzebie. Cisza i niedowierzanie. Dowcipy i śmiechy zamarły. Przy tej pożegnalnej kawie wzrok spuszczony i ściśnięte gardła.

Mąż mówi, że za bardzo się przejmuję, że skoro miał okazję postawić nam ciasto w piątek to znaczy, że wcale nie było tak drastycznie. U niego wywalano szefów w ciągu dnia, zdarzyło się, że rano był na spotkaniu z personelem i wyznaczał zadania, a o 12 pakował biurko i zdawał klucze, w asyście ochrony.

Dla mnie praca to jednak nie tylko zadanina i raporty. Zespół, ludzie, niemal rodzina. Bo u nas nie ma wyścigu szczurów, tylko mamy swoje funkcje i wypełniamy je wspomagając się nawzajem w osiąganiu wspólnego celu. A gdy dochodzi do nieporozumienia to się kłócimy, rozmawiamy, staramy dojść do konsensusu, żeby było lepiej. Tak nas nawet uczą na niezliczonych kursach, obowiązkowych dla personelu lotniczego: masz być asertywny, i jeśli jesteś po skończonej zmianie nie wolno ci naprawiać tego defektu. Taka jest procedura, tak, nieelestyczna, ale nie wolno ci jej obejść. Bo to może kosztować kogoś życie.

Właśnie kosztowało.

12 września 2017

Sekret

Jakbym miała nie dość dylematów...

Zdradze Wam serkret - wysłałam aplikacje na stanowisko w ciekawie zapowiadającej się firmie - zakład produkcyjny elementów akustycznych, jeden z liderów branży w Europie. Przy czytaniu ogłoszenia o pracę coś drgnęło w sercu, bo znajomość jednego z major european languages, takiego jak język polski, była po stronie "zalet" kandydata. Pozostałe obowiązki też brzmiały jakby napisane pode mnie.

Zasadniczo nie szukam pracy, dobrze mi gdzie jestem, nawet jeśli nie ma oszałamiających szans na rozwój. Ten, który mam mi wystarczał dotąd, idealnie się uzupełniał z wyzwaniami życia codziennego. Tyle, że firma ogranicza aktywność w Malmo, i spekuluje się, że za 2 lata nas tu nie będzie - myslę, że moje stanowisko może by czekało w Goteborgu, ale może nie... Stąd pomysł na rozglądanie się, mocno podsuwany przez mojego męża ("Aleksandra, that ship is sinking").

Ku mojemu zdziwieniu* zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Odbyła się ona wczoraj. Po szwedzku i angielsku (polskiego nie chcieli testować?), w bardzo eleganckiej sali konferencyjnej.

Korporcyjny styl mnie na początku przytłoczył, ale rozmowa potoczyła się fantastycznie - nawet zahaczyliśmy o harcerstwo (pan Potencjalny Przyszły Szef gorąco mnie namawiał na to, co mi i tak w duszy gra),  moją pracę dyplomową i edukację moich dzieci ("to świetnie, że mówią po polsku!"). Po czym powiedział, że widzi mnie na przynajmniej kilku stanowiskach, na które potrzeba ludzi, bo na to, co aplikowałam to jestem nawet za bardzo wykwalifikowana, musi się pokonsultować i odezwie się. W ogóle maja mnóstwo możliwości awansu wewnętrznego, poziomego i pionowego.

Połechtało mnie, a co. Pan Potencjalny Szef brzmiał bardzo wiarygodnie - to był starszy Szwed, który włożył wiele pracy w budowanie tej firmy.

Klimat korporacji okazał się bardzo przyjazny, choć oczywiście wszystko wychodzi w praniu - co będzie jak będzie deadline a ty masz chore dziecko. Pozwolą pracować z domu? W mojej obecnej pracy nie ma problemu.

Ale najbardziej gryzie mnie odległość - 65 km od biura. Obecnie jeżdżę ok. 35 i zajmuje mi to 25 minut. wczoraj jechałam 50 min. Miałam szczęście i korek na autostradzie był w druga stronę, kilka godzin stali chyba, bo jakaś stłuczka była.

Przekładam sobie to na wrocławskie realia... kiedyś pracowałam na Granicznej, to koło lotniska. Z Biskupina jechało się ok 30 min samochodem, pod warunkiem że jechało sie o 6 rano. W okolicach 7:30 już potrzeba było grubo ponad godziny.

No i nie wiem, mam kolejny dylemat. Nawej jeśli ustalę sobie wczesna "zmianę", z pracą od 7 do 15:30 to najwcześniej odbiorę Kubusia o 16:45. Jeśli nie będzie korków a Kami szybko wyjdzie ze szkoły (po drodze bym odbierała starszego syna). W praktyce oznacza to przedszkole do 17.

Oczywiście może wcale mi nie zaproponuja niczego, może pozostałych 8 kandydatów, których wybrali do dalszego etapu także ich zachwyci i odpadnę na dłuższym dystansie.

Ale chcę to rozważyć już dziś, bo jednak pojawia szansa. I co mam z nią zrobić?

Jedna z moich naczelnych dewiz życiowych to lepsze jest wrogiem dobrego. Ale druga: nie lękajcie się!


źródło: https://www.sydsvenskan.se/images/PPgpjLO2lLIH5Q7XIwur-g4LEpo.jpeg


*zdziwieniu, albowiem w przeszłości słałam różne podania o pracę w miejsca, które idealnie pasowąły do mojego zawodowego życiorysu, i nigdy nic takiego się nie wydarzyło... to była moja pierwsza rozmowa od 7 lat!

8 stycznia 2016

Memento Mori

To jeden z tych dni, kiedy wszystko inne wydaje się bez znaczenia.

Dziś w nocy zginęło dwóch moich kolegów z pracy. Nie znałam ich osobiście, ale wielu z nas - tak. Oto, co po nich zostało.



Przyszłam dziś rano do pracy w biurze w Goteborgu i zaskoczyli mnie ochroniarze przy wejściu, kontrolujący dokumenty. Nigdy nie mieli takich środków ostrośności, ale byłam wyjątkowo wcześnie i myślałam, że to nocne procedury.

Ale już za chwilę wiedziałam co się stało i coś ścisnęło mi gardło.

Koło północy, w Laponii, tuż przy granicy szwedzko-norwegią, miał miejsce wypadek lotniczy. Jeden z naszych samolotów runął na ziemię. Koło 23:30 piloci nadali sygnał mayday a po niedługim czasie wbili się w góry, z pełną prędkością. Ponoć tylko minutę trwało spadanie z wysokości 33000 stóp na 9000.

Koło 3 nad ranem zlokalizowano szczątki samolotu. A raczej głęboką na 15 m dziurę w ziemi.

Szwedzkie media od samego rana pełne były informacji i wywiadów*, nasi dyrektorzy pojawili się o godzinie 11 na konferencji prasowej. Próbowali wymyślić jakieś odpowiedzi, bo nie ma ich nikt póki co.

Piloci byli dość młodzi, kapitan był Hiszpanem, miał 42 lata, pierwszy oficer zaś 34-oletnim Francuzem. Nie wiem dlaczego media tak bardzo podkreślały, że nie byli Szwedami, co to ma za znaczenie? (choć dla niektórych pewnie ma, widziałam komentarz na fejsbuku "szkoda, że nie ciapaki" :/ ). Obaj mieli kilka lat doświadczenia na koncie. 

Ale samolot wczoraj przeszedł wymianę sterów i na to - póki co - pada główne podejrzenie.

Od bladego świtu zebrał się nasz sztab kryzysowy, stąc ochrona przy wejściu. To pierwsza taka katastrofa w historii firmy, jak oznajmił CEO Gustaf podczas konferencji**.

A mnie ciary przechodziły, że kiedyś miałam lecieć na tej trasie jednym z tych naszych samolotów. W kabinie pilotów jest wolne miejsce, tzw. "jump seat" - dla mechanika czy innego gościa, który potrzebuje się dostać do innej bazy. Były plany, żebym skorzystała z niego, a nie doszło do tego tylko dlatego, że się rozchorowałam wtedy.

Niedawno nasza firma wypuściła taki film reklamowy. Zastanawiam się teraz czy młody pilot, pokazany na nim, to nie jest ten, co zginął. Bo to właśnie ta trasa: Oslo - Tromso - Svalbard. I mamy tylko dwa samoloty tego typu (CRJ200), które tam latają, zatem tylko kilku pilotów, którzy mają takie licencje. 


Nie mogę jednak odczytać rejestracji samolotu z filmu (ten, co się rozbił to SE-DUX, drugi - SE-RIF... w 1:50 minucie filmiku widać jakby "UX" na silniku, ale filmik pokazuje chyba oba samoloty - jeden przemalowany na barwy West Atantic, drugi nosi stare West Air Europe, sprzed zmiany operatora - pokazany jest w 0:37 minucie, przy ładowaniu cargo). 


Moja pierwsza reakcja to była modlitwa za ich dusze, a druga - refleksja czy oni mieli czas na nią. Czy byli gotowi? Nikt w biurze mi nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. W ogóle nie mogłam się potem skupić na pracy, nie ja jedna zresztą (przesuwamy terminy zamknięcia miesiąca na przyszły tydzień). 

"Od nagłej i niespodziewanej śmierci...." to nie są tylko słowa pięknej pieśni. To musi być autentyczna modlitwa o dobre umieranie.




*Tu trochę informacji po szwedzku, googletranslate nieźle sobie radzi http://www.aftonbladet.se/nyheter/article22057289.ab

** http://www.aftonbladet.se/nyheter/article22057372.ab
oświadczenie dla prasy po angielsku:
http://globenewswire.com/news-release/2016/01/08/800404/0/en/West-Atlantic-AB-publ-SE-DUX-accident.html

28 listopada 2015

Jak nie drzwiami to oknem!

Szwedzki mityczny macierzyński okazał się takim samym macierzyńskim jak wszędzie indziej. Prawo pracownika i zasiłek sobie, ale kapitalizm sobie. Tak, wiem, w Szwecji mamy socjalizm, ale gospodarczo Szwecja wybrała model, który daje jej kasę od prywaciarzy. A dodatkowo tu, gdzie pracuję, jest wyjątkowo "nieszwedzko" jeśli chodzi o atmosferę pracy. Na każdym kroku słyszę o cieciu kosztów, sprawniejszym zarządzaniu i wydajniejszej pracy. Zasadniczo ludzi się nie zatrudnia tylko dokłada roboty tym, co już są.
Nie byłam zaskoczona gdy okazało się, że mój skomplikowany etat został rozdzielony na różne osoby na czas mojego macierzyńskiego. Adminowanie systemem i kontrolę błędów wzięły dwie inne osoby, a na organizację szkoleń (kiedyś pisałam o tym tutaj) przyszło "zastępstwo". Dziewczyna o 10 lat młodsza, z wykształceniem mechanika, ale bez licencji, przepracowała w życiu może 4 lata a potem poszła na macierzyński. Nigdy nie widziałam jej CV, ale domyśliłam się potem, że w tamtym momencie była bez pracy.

I dlatego zaskoczona byłam gdy po moim powrocie do pracy okazało się, że mój szef chce ją zostawić. Wymyślił sobie, że będziemy RAZEM pracować. Coś, co wcześniej robiłam na pół etatu ma teraz być 1,5??? A jaki miałby być układ między nami?

Ze wstępnych rozmów nie wynikało wcale, że miałabym być szefową tej dziewczyny... a przecież cały proces został zorganizowany i maksymalnie usprawniony przeze mnie, zaoszczędziliśmy 30% planowanego budżetu (!!)...

Szef kręcił strasznie. Wiedział, że nie przypadła mi do gustu (przekazanie obowiazków przed urlopem nie poszło gładko, panienka okazała się bardzo arogancka i pewna siebie, a wszelkie późniejsze wpadki zwalała na mnie i brak przeszkolenia... na szczęście miałam wszystko na piśmie i potrafiłam udowodnić jej błędy), ale próbował mi wkręcić, że ona ma swoje dobre strony, że wiele rzeczy dobrze robiła, chociaż oczywiście nie jest mną, ale on uważa, że my obie jesteśmy tu potrzebne, że on napisze nowe stanowisko pracy dla każdej z nas... sranie w banie. Byłam odpowiedzialna za całą tę działkę i teraz nie będę, toż to degradacja! I to niezasłużona, przecież nie miałam żadnej wpadki w pracy, po prostu poszłam na macierzyński...

Dodatkowo okazało się, że babsztyl jest zwykłą chamką - siedzimy razem w pokoju (dostawili dla niej biurko gdy odchodziłam) i któregoś dnia poprosiłam o ściszenie radia po przyjściu do pracy, bo musiałam importować jakieś dane i potrzebowałam maksymalnego skupienia. Na co panna odparła, że "ona i Annika [trzecia w pokoju] chcą słuchać i nie ściszy". Na argument, że mi przeszkadza odparła pewnym siebie tonem, że "trudno, że przez cały rok grało i RADIO ZOSTAJE" (co podkreśliła głośno). Zaskoczona maksymalnie zdołałam tylko wyjąkać, że przez poprzednie pięć lat NIE GRAŁO, ale nic nie wskórałam.

Coś jak rozmowa z Ewą Kopacz, czyli zapasy w błocie z debilem.

Jak mój szef sobie wyobraża pracę z kimś takim??? Radio to bzdura, w 5 minut wyegzekwuję wywalenie go, jeśli będzie trzeba, ale to pokazuje jaką postawę ma ta kobieta. Jaki brak szacunku do współpracowników.

Szef "rozwiązał" problem przenosząc mnie do innego pokoju. Gorszego i daleko od kuchni, ale przynajmniej nie muszę znosić mobbingu. I powiedział, że ceni nas obie, ale musimy sie jakoś dogadać, w przeciwnym razie on rozdzieli stanowiska koordynatora szkoleń admina systemu.

Oznaczało to jedno - to JA stracę stanowisko koordynatora szkoleń, bo ona na pewno nie będzie w stanie objąć tego drugiego. Poczułam się na przegranej pozycji, bo cokolwiek zrobię ona już wygrała i zostanie, bo to ja jestem "ta wszechstronna".

Zaczęłam szykować oręż do walki o swoje, zaczęłam od naszej kadrowej. Ale nic nie wskórałam. Według niej szef moze po macierzyńskim dowolnie rozdzielić stanowiska i ja nie mam na to żadnego wpływu. Nie wierzę, że to prawda, myślę, że wcisnęła mi politycznie poprawny kit. Przecież gdybym nie odeszła na macierzyński to nie miałby prawa nmie po prostu odsunąć od stanowiska i dać je komuś innemu, to jest de facto ta sama sytuacja.

Tak strasznie mnie to wszystko wkurzyło, że ... zapisałam się do zwiazków zawodowych. Wbrew swoim odwiecznym zasadom, które głoszą "żadnych związków". Dalej nie wierzę, że jakikolwiek związek może pomóc jeśli szef chce cię zwolnić, ale zrobiłam to tylko dla zasłony dymnej, Żeby móc mu w razie czego rzucić, że "skonsultuję to ze związkami".

I wtedy znalazłam na wewnętrznej stronie naszej firmy ogłoszenie z działu finansowego w Goteborgu. Szukają kogoś na stanowisko "junior business controller". Ma być młody, dyspozycyjny, po studiach ekonomicznych, z bezbłędnym angielskim. Z opisu wynikało, że do obowiazków będzie należała analiza finansowa naszej "produkcji", a dane do tej analizy pochodzą z systemu IT, którym zarządzam, poprzedniego business controllera, który teraz zrezygnował z pracy, to ja szkoliłam...

Niewiele myśląc napisałam do CFO. Czy może aplikować ktoś nie-junior, z dyplomem, ale nie szwedzkim i w dodatku nie mieszkajacy w Goteborgu...?

Co mi szkodziło zapytać, prawda?

Odpisali od razu. Kilka dni później jechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Następnego dnia potwierdzili, że spadłam im z nieba... że zaakceptują pracę z Malmo i zmianę iluśtam warunków z oryginalnego wymagania. Po tym została już tylko formalność czyli oznajmienie obecnemu szefowi, że ... będę kontrolerem finansowym jego działu :D

I znowu okazało się, że zamknięte drzwi oznaczają otwarte okno.

Bo to okno to praca w zawodzie. Lepsze CV. Możliwość wejścia do zaklętego świata finansów szwedzkich, nauczenia się tutejszych zasad księgowości. Słowem: lepszy oręż w walce o pracę w przyszłości. Nigdy nie chciałam być księgową, dalej nie chcę, ale odkryłam w sobie smykałkę do baz danych i ich analizy, a to właśnie podstawowa rola tego nowego stanowiska.

Jednocześnie zaczynają się schody. Gościu, który odchodzi - R. - to magik. Spedziłam z nim dwa dni, w czasie których pokazywał mi co robi z danymi, które wypluwa nasz (mój!) system. Otworzył excela i zaczął pisać formuły kalkulacji... tak po prostu, jak ja piszę blog... Ostatnią osobę, która potrafiła takie rzeczy, widziałam wśród najlepszych programistów komputerowych. Dodatkowo, R. pracował jako analityk bankowy... Zastąpić jego wkład w proces analityczny będzie niezwykle trudno.

Tym bardziej pochlebia mi, że on sam mnie zarekomendował a w czasie szkolenia rozmawialiśmy jak równy z równym. Z wyjątkiem tego fragmentu o amortyzacji, zdecydowanie muszę odkurzyć moje książki księgowe...

Za tydzień jadę na moje pierwsze zamknięcie miesiąca. Potem jeszcze dwa tygodnie i R. odchodzi na zawsze. A ja na głęboką wodę. Albo nauczę się pływać, albo utonę - bo teraz już nie będzie dla mnie powrotu do szkoleń. Panienka się rozpanoszy, moja rezygnacja da jej wszak stały etat, niech jej ziemia lekką będzie. Zamykam ten rozdział.

Wierzę, że arogancja zawsze w końcu przegra, ale to już nie mój problem. Nie żywię urazy, chociaż nie wrócę do tamtego pokoju z radiem.

To, co się wydarzyło, odbieram jako błogosławieństwo z nieba.

Wkrótce powklejam jakieś zdjęcia z Goteborga za tydzień, piękne miasto. Trochę jak Wrocław...


10 lutego 2014

Byliśmy przyszłością czyli o życiu bez JA

"Urodziliśmy się w roku 1960 w Jechiam, najpiękniejszym kibucu na świecie, zielono-żółto-liliowym od sosen, janowców i judaszowców, założonym w 1946 roku na wzgórzu u stóp twierdzy krzyżowców. Urodziliśmy się w grupie Narcyz. Było nas w niej szesnaścioro: ośmiu chłopców i osiem dziewcząt."
Jael Neeman opuściła kibic w wieku 20 lat i zamieszkała w Tel Awiwie. Nie wiem czy ma kontakt ze swoimi braćmi czy rodzicami. Kibucowe wychowanie znosiło więzi rodzinne, umieszczało człowieka w grupie „równych sobie” i w niej się żyło. Potem uczyło. Potem wychodziło w świat by posłużyć ojczyźnie (wojsko czy inne prace społeczne, czasem dalsza nauka) a potem miało wrócić do kibucu i dalej budować. Egalitarny świat bez własności prywatnej, bez burżuazyjnych więzi rodzinnych, które egoistycznie kształtują światopogląd dzieci, dając im nierówne szanse w przyszłym życiu, które upośledzają ambicje dzieci ambicjami ich rodziców. To był świat, który był realizacją utopii – życie w idealnej wspólnocie. Gdzie człowiek jest panem własnego losu, ujarzmia naturę i produkuje tyle, ile ma sił. We wspólnocie, oczywiście. Wspólnym wysiłkiem osiąga się wspaniałe wyniki w pracy, nikt niczego nie zazdrości, nie ma szkodliwej rywalizacji. Nie ma wypłat, nie ma hierarchii ważności, kultura jest zorganizowana i wspólnotowa. Nie ma języków narodowych (początkowo większość członków kibuców pochodziła z Europy Wschodniej i Środkowej, rodzice Jael i większość jej kibucu była Węgrami). Nie ma Boga ani religii. To świat zbudowany przez ludzi dla ludzi. Gdzie idea wspólnotowosci była przez wszystkcih wielbiona jedym głosem.

Jael pisze swoje wspomnienia w pierwszej osobie liczby mnogiej. MY. W kibucu nie było JA, było tylko MY.
 „Mówiliśmy w liczbie mnogiej. Tak się urodziliśmy i tak rośliśmy, od szpitala po wieczność. (...) Od wyjścia ze szpitala nigdy nie próbowano nas rozdzielić. Przeciwnie – łączono, zlepiano, spajano. (...) Ajednak nie o zespolenie chodziło przede wszystkim (...) zespolenie było jedynei efektem ubocznym eksperymentu z socjalizmem. (...) chodzilo o odzielenie, o uwolnienie dzieci od uciążliwego brzemienia rodziców, od ich pieszczot i pragnień narzucanych przez czułe matki, przez ambitnych ojców. (...) Chodziło o ukształtowanie nowego dziecka, z którego kiedyś wyrośnie nowy człowiek”. 
Członek kibucu. Idealny człowiek, którego najwyższą wartością jest praca dla wspólnoty.

Czytając książkę miałam bardzo mieszane uczucia. Bo to życie zawsze było kontrowersyjne nawet dla samych izraelczyków, ok 3% ludzi mieszkało w kibucach. Ale sama idea wydaje się być wspaniała. Równość. Niby nie jednakowość, ale równe szanse. Z drugiej strony programy wszystkich kibuców były jednakowe. O tych samych godzinach się karmiło dzieci. Dzieci nosiły takie same ubrania, takie same fryzury. Śpiewało się te same piosenki i opowiadało te same historie. Czyli jednak identyczność... Dla zrównania szans między płciami kobiety oddawały nowonarodzone dzieci do domów dzieci, widując je od tego momentu kilka godzin dziennie. Po to, by mogły oddawać się pracy, tak samo jak mężczyźni. Historia kibuców pokazała, że działo to w jedną stronę – kobiety harowały w polu i rodziły dzieci, często miały też służby w domach dzieci, doglądając całej gromaby nie swoich dzieci. Mężczyźni natomiast niechętnie poświęcali czas dzieciom, woleli inne służby. Budowali nowatorskie maszyny do znierania tytoniu czy bananów.

Wyczytałam gdzie indziej, że w systemie kibucowym zadbano nawet o nowy system słownictwa. Równościowe, optymistyczne, no czysty socjalizm. Hebrajskie słowo „mąż”, które w tłumaczeniu dosłownym oznacza „właściciel” zamieniono na słowo, tłumaczone na „mój mężczyzna”. Za dużo tego było, zaczęło się walić pod własnym ciężarem. Dzieci urodzone w tych rodzinach i wychowane w domach dzieci, gdy wyrosły albo odchodziły z kibucu albo zmieniały model „systemu”. Ich mąż był znowu mężem, nie mężczyzną, i nie chciały oddać dzieci do domu dzieci... eksperyment życia w czystym socjalizmie poległ z kretesem.

A jednocześnie czytając wspomnienia Jael, pełne nostalgii i tęsknoty za dzieciństwem wolnym od świata rodziców i wypełnionym zabawą z rówieśnikami, serce sie rwało do życia w takiej wspólnocie. Przypominały się bowiem harcerskie czasy, kiedy przez trzy tygodnie w roku budowaliśmy swój kibuc nad jakimś jeziorem. Własnymi rękami. Wspólnie. W pojedynkę nic się nie dało zrobić. Nie byliśmy Olą, Kasią czy Magdą tylko wachtą albo zastępem. To była nasza tożsamość. Poranne apele, dyscyplina, mundury. Bogaty czy biedny tak samo się wyglądało. Życie w rytmie natury i na jej łonie, karczowanie sobie miejsca dla siebie, tak jak w kibucach. Dzieci słońca.

Ale jednak po trzech tygodniach wracało się do domu. Harcerzem miało się być całym życiem, nie tylko w wymiarze fizycznym, nie tylko trzy tygodnie żyjąc pod kloszem w idealnej wspólnocie. Wręcz przeciwnie. Harcerz służy Bogu i Polsce. Nie swojej drużynie, nie żadnemu systemowi czy ideologii. Sam ruch nie był nigdy celem. Każdy ma w nim odkryć swoje własne talenty i je rozwijać, stąd bardzo szeroki system „sprawności”. Ale najważniejsze jest to, żeby umieć nimi żyć w prawdziwym życiu. W szeroko pojętej wspólnocie, w służbie Najwyższego Dobra. Przed którym każdy jest jedynym i niepowtarzalnym JA.

Z opowieści Jael jasno widać, że wychowanek kibucu miał świadomość tego, że to nie było prawdziwe życie. „Szklarnia”, gdzie rośli i byli przycinani, ale nie potrafili sami żyć nim. Czuli się winni tego, że nie potrafią budować tej wspólnej wizji. Choroba sumienia, jak to nazywa Jael. W końcu odeszli. Zdezerterowali. Zawiedli tych, którzy pokładali w nich nadzieje. Bo oni wszak byli przyszłością.
„Piękno naszego kibucu było niepojęte. Nie sposób było do niego przywyknąć. Czuliśmy, że nie zasługujemy ani na nie, ani na system. Któż mógłby powiedzieć „nie” próbie stworzenia lepszego świata, opartego na róności i sprawiedliwości?”
Książka Jael Neeman Nnie jest jednak próbą rozliczenia z tą przeszłością. Nikogo nie obwinia o nic, w zasadzie jakby nie wiedziała nawet co tam się właściwie stało. To snucie wspomnień, z których przebija tragizm tej wspólnoty i jej wychowanków, pełzający od czasu życia w domach dzieci, kiedy to kilkuletnie dzieci dalej ssą kciuka i wymyślają razem sposoby jak przestać. Jedna z recenzji nazwała Neeman "mistrzynią niedopowiedzień" i miała rację - nic nie jest nazwane dosadnie, Jael po prostu maluje obraz swojej młodości. Niewinnie opowiadając rzeczy, które nam mieszczuchom jeżą włosy na głowie.

Warto przeczytać, bo cały ten projekt to fenomen. A dodatkowo sposób opisywania świata kibucu przenosi nas w sam jego środek - czujemy zapach bananów, tytoniu i ludzkiego potu, słyszymy socjalistyczne piosenki śpiewane z przejęciem przez dzieci oraz czujemy na sobie gorące izraelskie słońce. Zastanawiamy się nad czym jest własne JA... i jak ono się ma do wspólnoty...

Dzisiaj ruch kibucowy w dalszym ciagu istnieje. Ok 100000 ludzi jest w niego dalej zaangażowanych, ale formuła jest supelnie inna. Dopuszczono częściową własność prywatną. Otrzymuje się wynagrodzenia. Istnieją kibuce religijne. I dalej organizuje się programy, pozwalające wolontariuszom przyjechać na kilka(naście) miesięcy i żyć życiem kibucu. Może kiedyś się skuszę :)

Najwyraźniej nie dało się zabić JA człowieka. Najlepszymi ideami i najbardziej agresywną propagandą. Sam Marks ponoć mówił o tych socjalistycznych ideach w taki sposób (parafrazując) - mam nadzieję, że przyjdą takie dni, kiedy ten projekt idealnego społeczeństwa sie spełni, ale mam nadzieję, że tego nie dożyję.


***

- ciekawy artykuł z hebrajskiej prasy tu
- inna recenzja tu

6 lutego 2014

Sex and Service w Bulgari

Haruję ostatnio niczym wyrobnicy przy budowie obiektów w Soczi.
W pracy terminy i wielkie zmiany. Na przykład zmiana wersji systemu ERP, więc poprzedni weekend do północy byłam w hangarze, a potem wystąpiło kilkanaście różnych komplikacji. Wchodzę i wychodzę z pracy w jakimść amoku, z grubym zeszytem zadań i głową pełną "muszę jeszcze to sprawdzić, zanim ktoś zadzwoni, że jest problem i trzeba będzie gasić kolejny pożar".
I na koniec tego maratoniku miałam już od dawna zaplanowany wyjazd do UK na szkolenie, wyjazd już w czwartek. Odbędzie się w SOBOTĘ. Trzynasty dzień pracy pod rząd... grupa ludzi, którzy wacle nie chcą być szkoleni i trzeba będzie zmobilizować wszystkie wysiłki, żeby się nie załamać jak będą znajdować 100 powodów, żeby nie robić tego, co ich uczę... zcasem nie z ich winy, tak jest - mechanik w małej bazie, nie mając dobrego łącza, czase czy biegłości w sprawach IT przyjmuje takie usprawnienia jak kolejne "co sobie ci szefowi jeszcze wymyślą?..". I i tak zrobi swoje, bo jest rozliczany z naprawiania defektów i tego, by samolot latał.
Jechałam zatem do UK jak na katorgę.
Chodzę sobie po kopenhaskim lotnisku, pokończyły mi się różne kosmetyki, które zwykle kupuję na lotniskach więc chodzę z telefonikiem i spisuje ceny. W drodze powrotnej może być taniej. Co podejdę do jakiejkolwiek półki i stanę natgychmiast podchodzi u
Bardzo Uśmiechnięta Pani i po duńsku pyta, czy może mi w czymś pomóc. Liczyłam - dziesięć razy podeszły, czasem dwa razy przy jednej pólce. jedną odganiam przychodzi inna. Jakaś masakra.
Przysżło mi do głowy kupić perfumy, bo też się skończyły, może coś nowego tym razem... zatrzymałam się przy jednej półce i wącham.
Podchodzi kolejna i coś po duńsku nawija.
Odopowiadam (już lekko zniecierpliwiona) po angielsku:
- nie, dziękuję, nie potrzebuję pomocy
A ona:
- Ale ja wcale nie o to pytałam!
Zaskoczona (i lekko zaintrygowana) wyjaśniam:
- Wie pani, co chwila tu ktoś podchodzi a ja po prostu chcę sama poszperać.
Pani ciągnie po angielsku:
- Rozumiem, też tego nie cierpię więc nigdy nie pytam ludzi, chyba, że wyglądają na zagubionych. A skąd Pani jest?
- Mieszkam w Malmo...
- Pratar du svenska? - odzywa się pani płynnym szwedzkim.
- teochę - odpowiadam po angielsku - bo sumie to jestem Polką.
- To może przejdziemy na polski? - odzywa się pani po polsku.

No to już kompletnie się rozluźniłam. Gadamy jak najęte. Pani mieszka od 36 lat w Danii, pracowała w SASie, teraz na lotnisku. Opowiadała mi jak to nabijali się z własnych linii i nadawali im "nieformalne" rozwinięcia skrótów:

SAS - Sex and Service (seks i usługi)
LOT - Lots Of Trouble (dużo kłopotów)
SABENA (belgijskie linie) - Such A Bad Experience Never Again (Takie złe doświadczenie, nigdy więcej)

Na koniec zapytała czy wiem co to PIA, pakistańskie linie. No jak mogę nie wiedzieć :P

No. To oznacza to Please, Inform Allah (Proszę, poinformuj Allaha).

A potem zerknęła na trzymane przeze mnie perfumy i zapytała, czy próbowałam kiedykowiek Bulgari. Że problem z nimi taki, że jak się zacznie używac to nie chce się już innych... no to po takiej zachęcie nie mogłam nie spróbowac ich nowego zapachu. Piękny.

Mam go. Coś mi sie należy za taki wysiłek, cztery dni poza domem które właśnie zaczynam i jako uśmierzenie bólu po sobocie...

Ale byłam pod wrażeniem pani. Dystyngowana i miła. Dowcipna. Całkiem jak ja ;)
Skuteczni są ci Polacy, jak chcą to każdego owiną wokół palca. Nawet niechętnego klienta. Brawo dla tej pani. Autentycznie uprzyjemniła mi całą podróż.


***

Edit w niedzielę: szkolenie poszło świetnie, jakby Ktoś zainterweniował i wszystkie ciężkie komentarze zostawały gładko odparowane, albo nagle inny uczestnik szkolenia odpowiadał tamtemu i nagle wszystkim się rozjaśniało "acha, rozumiemy!". No cud jakiś!

A poza tym jadłam cudowaną masala fish, teraz będzie mnie dręczyć jaka to była ryba i jaka masala... może się dowiem.

12 grudnia 2013

Co, założysz się...? :)

Nic tak nie działa na ludzi jak rywalizacja.
Założyłam się z mężem o to, kto pierwszy nauczy się pisać bezwzrokowo na klawiaturze.

Bezwrokowo czyli tak, że piszesz nie spoglądając zupełnie na klawiaturę. I piszesz poprawnie, nie jakieś "jacjciocaczkl;cjiocn ;jf" ;)


Piszę na komputerze bardzo szybko, koleżanka, która "się zna" była kiedyś zaszokowana, że można pisać tak szybko sześcioma palcami. Używam tylko kciuka, wskazującego i serdecznego, w obu rękach.

Do tej pory było to w zupełności wystarczające do mojej pracy, i tak podczas pisania największą część czasu zajmuje MYŚLENIE, co się chce napisać. Ale ostatnio podpatrzyłam, że koleżanka Annika, która pomaga mi w modyfikacji grafików zmian, nie ma żadnego poważnego wykształcenia i kiedyś pracowała nawet jako kierowca autobusu, pisze bezwzrokowo wszystkimi dziesięcioma palcami to mi tak zwany "gul" skoczył.

Przy pisaniu bezwzrokowym poza oczywistymi korzyściami jakimi jest prędkość pisania (przy dziesięciu palcach można pisać kilka razy szybciej!), o wiele mniej bolą nadgarstki (ręce opiera się o klawiaturę i nie trzena ich cały czas podnosić i wykręcać, żeby przycisnąć dalekie klawisze - do tego służą zewnętrzne palce!), a także pisze się o wiele ciszej. Nie trzeba bowiem walić w klawisz z dużej odległości, ręce spoczywają tuż nad klawiaturą, pisanie wygląda jak ... gra na pianinie... :)

Zapragnęłam posiąść tę umiejętność (może przyda się kiedyś jak będę się uczyć na pianinie, mam to na swojej tajnej liście marzeń)

Powiedziałam Amirowi, to opowiedział mi o swoim szefie, który podczas spotkania - w którym bierze czynny udział - robi na bieżąco notatki na komputerze i pół godziny po spotkaniu sformatowany elegancki plik jest juz w ich skrzynkach mailowych. Jemu też gul skacze wtedy.

Postanowiliśmy się nauczyć. No bo skoro taka Annika i Peter mogą, to MY NIE MOŻEMY??

Załadowaliśmy program. Dla wzmocnienia motywacji założyliśmy się o 1000 koron. Ale nie ustaliliśmy dokładnych kryteriów, chyba nikt z nas nie wierzył, że naprawdę będziemy siedzieć i klepać :P
Ale zaczęliśmy!

Czas ustalić zasady konkursu.

Program zaczyna naukę od nauczenia człowieka, który palec ma być używany do którego klawisza, nawet kolorkami to zaznaczyli. Na ekranie zawsze jest podpowiedź, chodzi o to, by zawsze patrzeć na ekran, nie na klawiaturę, by wyczuć swoje palce, by instynktownie wiedzieć który przycisnąć. Oczywiście, trzeba sobie na początku dobrze ułożyć dłonie, by palce wskazujące były nad F i J.


I jedziemy z koksem, najpierw ASDF i JKL;

potem dochodzi E i I, potem kolejne. Nie doszłam jeszcze do żadnych kombinacji (alt, shift), to zdecydowanie poziom zaawansowany.

Pierwszy problem jaki się wyłonił to JĘZYK KLAWIATURY. Moje komputery używają klawiatury angielskiej (UK), szwedzkiej i polskiej, a klawiatura fizyczna jest polska. Zasadnicza część znaków klawiatury jest taka sama w tych wszystkich językach (uff), ale różne są peryferie, zwłaszcza w prawej ręce. Szwedzi dodali sobie swoje ö, ä, å, gdzie indziej jest zatem cudzysłów, apostrof, myślnik czy podkreślnik.

Postanowiłam nauczyć się klawiatury angielskiej bo jest bliska tej polskiej, po szwedzku i tak niewiele piszę :P co oczywiście utrudnia nieco trenowanie w pracy, bo tam moja klawiatura fizyczna jest szwedzka. Jednakże pamietam wszystkie znaki z polskiej, dam radę.

No to ćwiczę. Jak dojdę do wprawy to post na blogu będzie pojawiał się codziennie, nie nadążycie czytać :)

Jestem po dwóch lekcjach. Więc zapragnęłam zacząć pisać maile w pracy bezwzrokowo... I póki co piszę je z dziesięć razy wolniej niż poprzednio... dobrze, że mamy luźniejszy okres i mogę... Zobaczymy czy wystarczy mi zapału, są sytuacje kiedy nie można sobie pozwolić na dukowanie  i wtedy gapię się w klawiaturę jak sroka w gnat (a potem podnoszę wzrok i okazuje się, że CAPS LOCK się wcisnął na poczatku... dobrze, że opanowałam Łorda i wiem jak zmienić wielkość tekstu bez przepisywania go...).

Notabene taka umiejętność jak ta powinna być bezwzglęnie uczona w szkołach podstawowych. Może ulokowaliby trochę tych milionów przeznaczonych na programy genderowe w coś, co akurat ludziom by się bardzo przydało...

8 marca 2011

Środa Popielcowa

Dzisiaj w pracy zapytano mnie czy zamówić dla mnie SEMLĘ.... Patrzę zdezorientowana lekko, z miną "ale o co chozi?"...
Podpowiadają:
- Dzisiaj jest Dzień Semli. Wiesz co to jest semla?
Myślę.... myślę.... nazwa coś mi mówi, kojarzy mi się z semoliną... W końcu słyszę:
- To takie ciastko, dzisiaj się je je.
Bingo! Dotarło! Dziś jest szwedzki Tłusty Czwartek czy raczej Śledzik, czy też dwa w jednym. Rok temu jedliśmy te buły w szkole, przypomniało mi się.

Semla to taka buła a'la maślana (ale bardziej sucha) skrzyżowana z ptysiem, przekrojona na pół, posmarowana masą marcepanową i z wciśnięta bitą śmietaną. W sumie ohyda.

Skojarzywszy fakty, mówię:
- Aaaa, rzeczywiście, przecież jutro jest przecież środa popielcowa.

Teraz Szwed zmarszczył czoło....
- Jaka środa?
...
(myśli... myśli... myśli....)
...
- A ma to jakiś związek z WYBUCHEM WULKANU I CHMURĄ POPIOŁU Z ISLANDII?????

Ryknęłam takim śmiechem, że ludzie z innych pokojów się zlecieli.....

Mam nadzieję, że dostanę w tym miesiącu wypłatę... autorem owego pytania był nasz dyrektor finansowy, skądinąd całkiem łebski facet...

5 marca 2011

Syzyf czy Tytan...? Oto jest pytanie...

Czas na trochę opowieści pracowych. Mało o tym pisałam, bo najpierw nie było jeszcze o czym, a jak juz było to nie było czasu na pisanie...
Pracuję od 5 miesięcy w pewnej firmie, która wozi pocztę. W skrócie... (czy to znaczy że zostałam listonoszem...?). Zajmuję się systemem komputerowym, to znaczy wdrożeniem, szkoleniami, koordynacją z procedurami... i kilkoma jeszcze innymi rzeczami mniej lub bardziej zwiazanymi z owym systemem. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo nie o tym chcę pisać.
Tylko o moim miejscu pracy.

Jest ono specyficzne. Z jednej strony bardzo mili ludzie, szwedzcy i przyjaźni, z drugiej potworny chaos we wszystkich dziedzinach. Mamy w pracy kilka nacji, szefem inżynierów i produkcji liniowej jest Duńczyk. Odbyłam z nim dwie podróże służbowe i w drugiej mięśnie brzucha mnie bolały ze śmiechu.

Mamy wspólny temat: szwedzkość i jej objawy. Zacytuję tu ostatniego maila, jakiego dostałam od niego (to była dyskusja na temat planu dalszych szkoleń i priorytetów z tym związanych):

"My preferred option is to change the Swedish male technicians with Polish female technicians!!! Imagine how efficient this company would be!" ("Moja preferowana opcja to zastąpić wszystkich szwedzkich męskich mechaników polskimi żeńskimi mechanikami!!! Wyobraź sobie jaka nasza firma byłaby wydajna!!!)

Bardzo mnie to połechtało, nie powiem, ale niestety obrazuje to moje szwedzkie bagienko ostatnich tygodni... praca na pół etatu oznaczała 190 roboczogodzin w lutym... 111 jest 'zbankowane', do obebrania 'potem'... cokolwiek to znaczy. Taka była potrzeba chwili (pierwszy miesiąc po wdrożeniu nowego systemu). Przynajmniej tak sobie to mówię (i mężowi też...).

Dodam, że Prawdziwy Szwed nie wykona żadnej dodatkowej godziny pracy jeśli nie ma polecenia nadgodzin. Widziałam ludzi znikających z biura o 15:45, choćby się waliło i paliło. Siedzących przez godzinę na lanczu i skrzętnie egzekwujących swoje przerwy na kawę. Czasem nawet wtedy gdy ja przyjechałam w mój nie-pracujący dzień, żeby komuś pomóc w jego problemach z używaniem systemu - zdarzało się, że musiałam czekać aż wróci z lanczu...

Inny dowcip delegacyjny, dialog między mną a szefem duńczukiem:
[ja] - Tue, wiesz, ludzie się krzywią na to, że jak rejestrują czas pracy, to monitor wyświetla "NON-PRODUCTIVE TIME" (czas "bezproduktywny"). Mogę to łatwo zmienić, tylko co się powinno wyświetlać?
[t]- COFFE TIME???



Jeszcze nie wiem czy jestem Syzyfem, czy Tytanem, ale wyznaję zasadę bycia szczerym w tym, co sie robi. Albo robimy to dobrze i ze 100% oddaniem (jak jest potrzeba chwili to się na nią odpowiada, jeśli to tylko możliwe fizycznie), albo nie róbmy wcale. Poza tym to żadna frajda przyjść do pracy po 5 dniach (przy pracy na pół etatu chodzę do biura na 2 lub 3 dni w tygodniu tylko) i mieć w skrzynce 200 nieprzeczytanych maili, niektóre o temacie 'help!!!". To może złamać każdego ducha i sprawić, że pół etatu zamieni się w koszmar pogoni za własnym ogonem.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...