Szwedzki mityczny macierzyński okazał się takim samym macierzyńskim jak wszędzie indziej. Prawo pracownika i zasiłek sobie, ale kapitalizm sobie. Tak, wiem, w Szwecji mamy socjalizm, ale gospodarczo Szwecja wybrała model, który daje jej kasę od prywaciarzy. A dodatkowo tu, gdzie pracuję, jest wyjątkowo "nieszwedzko" jeśli chodzi o atmosferę pracy. Na każdym kroku słyszę o cieciu kosztów, sprawniejszym zarządzaniu i wydajniejszej pracy. Zasadniczo ludzi się nie zatrudnia tylko dokłada roboty tym, co już są.
Nie byłam zaskoczona gdy okazało się, że mój skomplikowany etat został rozdzielony na różne osoby na czas mojego macierzyńskiego. Adminowanie systemem i kontrolę błędów wzięły dwie inne osoby, a na organizację szkoleń (kiedyś pisałam o tym
tutaj) przyszło "zastępstwo". Dziewczyna o 10 lat młodsza, z wykształceniem mechanika, ale bez licencji, przepracowała w życiu może 4 lata a potem poszła na macierzyński. Nigdy nie widziałam jej CV, ale domyśliłam się potem, że w tamtym momencie była bez pracy.
I dlatego zaskoczona byłam gdy po moim powrocie do pracy okazało się, że mój szef chce ją zostawić. Wymyślił sobie, że będziemy RAZEM pracować. Coś, co wcześniej robiłam na pół etatu ma teraz być 1,5??? A jaki miałby być układ między nami?
Ze wstępnych rozmów nie wynikało wcale, że miałabym być szefową tej dziewczyny... a przecież cały proces został zorganizowany i maksymalnie usprawniony przeze mnie, zaoszczędziliśmy 30% planowanego budżetu (!!)...
Szef kręcił strasznie. Wiedział, że nie przypadła mi do gustu (przekazanie obowiazków przed urlopem nie poszło gładko, panienka okazała się bardzo arogancka i pewna siebie, a wszelkie późniejsze wpadki zwalała na mnie i brak przeszkolenia... na szczęście miałam wszystko na piśmie i potrafiłam udowodnić jej błędy), ale próbował mi wkręcić, że ona ma swoje dobre strony, że wiele rzeczy dobrze robiła, chociaż oczywiście nie jest mną, ale on uważa, że my obie jesteśmy tu potrzebne, że on napisze nowe stanowisko pracy dla każdej z nas... sranie w banie. Byłam odpowiedzialna za całą tę działkę i teraz nie będę, toż to degradacja! I to niezasłużona, przecież nie miałam żadnej wpadki w pracy, po prostu poszłam na macierzyński...
Dodatkowo okazało się, że babsztyl jest zwykłą chamką - siedzimy razem w pokoju (dostawili dla niej biurko gdy odchodziłam) i któregoś dnia poprosiłam o ściszenie radia po przyjściu do pracy, bo musiałam importować jakieś dane i potrzebowałam maksymalnego skupienia. Na co panna odparła, że "ona i Annika [trzecia w pokoju] chcą słuchać i nie ściszy". Na argument, że mi przeszkadza odparła pewnym siebie tonem, że "trudno, że przez cały rok grało i RADIO ZOSTAJE" (co podkreśliła głośno). Zaskoczona maksymalnie zdołałam tylko wyjąkać, że przez poprzednie pięć lat NIE GRAŁO, ale nic nie wskórałam.
Coś jak rozmowa z Ewą Kopacz, czyli zapasy w błocie z debilem.
Jak mój szef sobie wyobraża pracę z kimś takim??? Radio to bzdura, w 5 minut wyegzekwuję wywalenie go, jeśli będzie trzeba, ale to pokazuje jaką postawę ma ta kobieta. Jaki brak szacunku do współpracowników.
Szef "rozwiązał" problem przenosząc mnie do innego pokoju. Gorszego i daleko od kuchni, ale przynajmniej nie muszę znosić mobbingu. I powiedział, że ceni nas obie, ale musimy sie jakoś dogadać, w przeciwnym razie on rozdzieli stanowiska koordynatora szkoleń admina systemu.
Oznaczało to jedno - to JA stracę stanowisko koordynatora szkoleń, bo ona na pewno nie będzie w stanie objąć tego drugiego. Poczułam się na przegranej pozycji, bo cokolwiek zrobię ona już wygrała i zostanie, bo to ja jestem "ta wszechstronna".
Zaczęłam szykować oręż do walki o swoje, zaczęłam od naszej kadrowej. Ale nic nie wskórałam. Według niej szef moze po macierzyńskim dowolnie rozdzielić stanowiska i ja nie mam na to żadnego wpływu. Nie wierzę, że to prawda, myślę, że wcisnęła mi politycznie poprawny kit. Przecież gdybym nie odeszła na macierzyński to nie miałby prawa nmie po prostu odsunąć od stanowiska i dać je komuś innemu, to jest de facto ta sama sytuacja.
Tak strasznie mnie to wszystko wkurzyło, że ... zapisałam się do zwiazków zawodowych. Wbrew swoim odwiecznym zasadom, które głoszą "żadnych związków". Dalej nie wierzę, że jakikolwiek związek może pomóc jeśli szef chce cię zwolnić, ale zrobiłam to tylko dla zasłony dymnej, Żeby móc mu w razie czego rzucić, że "skonsultuję to ze związkami".
I wtedy znalazłam na wewnętrznej stronie naszej firmy ogłoszenie z działu finansowego w Goteborgu. Szukają kogoś na stanowisko "junior business controller". Ma być młody, dyspozycyjny, po studiach ekonomicznych, z bezbłędnym angielskim. Z opisu wynikało, że do obowiazków będzie należała analiza finansowa naszej "produkcji", a dane do tej analizy pochodzą z systemu IT, którym zarządzam, poprzedniego business controllera, który teraz zrezygnował z pracy, to ja szkoliłam...
Niewiele myśląc napisałam do CFO. Czy może aplikować ktoś nie-junior, z dyplomem, ale nie szwedzkim i w dodatku nie mieszkajacy w Goteborgu...?
Co mi szkodziło zapytać, prawda?
Odpisali od razu. Kilka dni później jechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Następnego dnia potwierdzili, że spadłam im z nieba... że zaakceptują pracę z Malmo i zmianę iluśtam warunków z oryginalnego wymagania. Po tym została już tylko formalność czyli oznajmienie obecnemu szefowi, że ... będę kontrolerem finansowym jego działu :D
I znowu okazało się, że zamknięte drzwi oznaczają otwarte okno.
Bo to okno to praca w zawodzie. Lepsze CV. Możliwość wejścia do zaklętego świata finansów szwedzkich, nauczenia się tutejszych zasad księgowości. Słowem: lepszy oręż w walce o pracę w przyszłości. Nigdy nie chciałam być księgową, dalej nie chcę, ale odkryłam w sobie smykałkę do baz danych i ich analizy, a to właśnie podstawowa rola tego nowego stanowiska.
Jednocześnie zaczynają się schody. Gościu, który odchodzi - R. - to magik. Spedziłam z nim dwa dni, w czasie których pokazywał mi co robi z danymi, które wypluwa nasz (mój!) system. Otworzył excela i zaczął pisać formuły kalkulacji... tak po prostu, jak ja piszę blog... Ostatnią osobę, która potrafiła
takie rzeczy, widziałam wśród najlepszych programistów komputerowych. Dodatkowo, R. pracował jako analityk bankowy... Zastąpić jego wkład w proces analityczny będzie niezwykle trudno.
Tym bardziej pochlebia mi, że on sam mnie zarekomendował a w czasie szkolenia rozmawialiśmy jak równy z równym. Z wyjątkiem tego fragmentu o amortyzacji, zdecydowanie muszę odkurzyć moje książki księgowe...
Za tydzień jadę na moje pierwsze zamknięcie miesiąca. Potem jeszcze dwa tygodnie i R. odchodzi na zawsze. A ja na głęboką wodę. Albo nauczę się pływać, albo utonę - bo teraz już nie będzie dla mnie powrotu do szkoleń. Panienka się rozpanoszy, moja rezygnacja da jej wszak stały etat, niech jej ziemia lekką będzie. Zamykam ten rozdział.
Wierzę, że arogancja zawsze w końcu przegra, ale to już nie mój problem. Nie żywię urazy, chociaż nie wrócę do tamtego pokoju
z radiem.
To, co się wydarzyło, odbieram jako błogosławieństwo z nieba.
Wkrótce powklejam jakieś zdjęcia z Goteborga za tydzień, piękne miasto. Trochę jak Wrocław...