Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2015

Słowo lekko obraźliwe czyli mikroagresje dzisiejszego świata


Stwierdzam, że do Polski przyszła amerykańska choroba procesowania się o wszystko. O każde obraźliwe słowo czy spojrzenie, o urażone uczucia. O nagłówek, który sugeruje cośtam czy złe zdjecie. Owszem, są prawdziwe kłamstwa i manupilacje, które sąd powinien prostować, ale zaczyna dochodzić do całkowitych niedorzeczności, które tym samym stają się - de facto - łamaniem praw do wolności słowa czy przekonań.

Czasem czytuję amerykańskiego blogera Matta Walsha, który - trochę w stylu Terlikowskiego, ale bardziej elokwentnie chyba - bezceremonialnie rozprawia się z absurdami ze swojego kawałka świata. Niektóre z nich są dla nas wciąż niezrozumiałe, ale nie bójcie się - niedługo staną się codziennością. Jak pozwy za odmowę upieczenia ciasta na ślub gejów. W Polsce ciągle panuje klimat "nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi" (sam rząd propaguje takie podejście - patrz afera taśmowa, Amber Gold, znikające miliardy z ZUSu i czterdzieści innych podobnych), więc tak właśnie widzę odmowę upieczenia czegokolwiek komukolwiek na polskim rynku, bez względu na powody ;)

Natomiast doszła do nas groźna fala kneblowania ludziom ust. A może ona zawsze była, tylko przybrała inne szatki? Ostatnio Terlikowski przegrał proces o ... nazwanie Grodzkiej mężczyzną. Kiedy on(a) ma taką przeszłość, jest to faktem, i zakaz mówienia o faktach pod groźbą "urażenia uczuć" jest doprawdy kuriozalny. Można Terlikowskiego nie lubić, ale żeby sąd nakazywał mówienia, że ktoś zmienił płeć, bo przypominanie o tym komuś sprawia przykrość?? No błagam...



W Szwecji od jakiegoś czasu mamy to samo zjawisko. Czytam sobie "Polskiego Hydraulika" Macieja Zaremby i natrafiłam na reportaż "Urażony ma zawsze rację" - o wynaturzeniach szwedzkiej poprawności politycznej. "To była opowieść o profesorach Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Sztokholmie, którzy tak się bali oskarżenia o nierówne traktowanie, że dopuszczali do zawodu nauczyciela świeżych imigrantów, niemówiących poprawnie po szwedzku. Bo zdarzało się, że oblewani za nieznajomość języka i podpuszczani przez radykalnych ideologów, skarżyli się na szkołę – a rzecznik równego traktowania poważnie traktował ich zarzuty!" (więcej o tym wynaturzeniu w artykule na onecie - polecam!). Chodzi zatem o to, kto pierwszy sie obrazi, ten wygrywa. Nie jest ważna intencja domniemanego agresora, tylko jak się poczuł "obrażany". To on decyduje, czy to było obrażanie czy nie, to on wie, co naprawdę miałeś na myśli!

Matt Walsh sporo rozpisuje się o "mikroagresji" - czyli takim krzywym spojrzeniu na kogoś lub źle użytym słowie, które ten drugi odbierze jako "agresję". Ci ludzie chyba nigdy nie widzieli agresji... Nagle każde wyrażenie opinii innej niż przekonanie danej osoby powoduje w niej panikę i strach - agresja! Oblanie na egzaminie, pomimo totalniej nieznajomości odpowiedzi - uprzedzenia! Ba, poprawianie języka ucznia przez nauczyciela jest dyskryminacją, bo on przecież nie jest Szwedem i ma prawo do błedu! (to przykład od Macieja Zaremby). Otwieranie kobietom drzwi przez mężczyznę - demonstracja męskiego szowinizmu/przekonania, ze kobieta nie potrafi (właściwe skreślić). I tak dalej, i tak dalej... A wszystko przy totalnym ignorowaniu prawdziwej agresji i obrazy - wobec dzieci nienarodzonych, chrześcijan w muzułmańskich krajach czy też wybryków gangów na ulicach miast (vide sytuacja z Baltimore). Matt bezlitośnie obnaża brak kręgosłupa moralnego i świadome wybieranie takiej drogi w celu uzyskania korzyści. A także domaganie się współczucia i uwagi, przy kompletnej nieumiejętności DAWANIA. Tak, cały nasz świat nastawiony jest egoistycznie - ja w centrum, dla mnie, moje, o mnie... moje potrzeby i mój brzuch... moje uczucia...

Dla czytających po angielsku polecam lekturę Matta, sporo ciekawych argumentów i uwag:

http://www.theblaze.com/contributions/you-arent-really-offended-all-the-time-so-please-stop-pretending/

http://themattwalshblog.com/2014/09/16/sorry-but-its-your-fault-if-your-offended-all-the-time/

Wszystko to nieustannie wpędza mnie w zdumienie, Zawsze uczono mnie, że to ja sama jestem panią swoich emocji i akcji. To, co mówi ktoś inny może na mnie wpłynąć, ale nie musi. Bo to JA decyduję o tym, jak się zachowam. Dam się sprowokować czy nie. Dam komuś władzę nad moimi uczuciami - czy nie. Na tym polega moje człowieczeństwo i godność - nikt poza mną samą nie jest w stanie sprawić we mnie żadnego uczucia czy reakcji. To ja to kontroluję i nikt inny.


Dzisiaj to jakoś nie działa... dlaczego? Czyżby cały świat stał się jednym wielkim mięczakiem moralnym? (to teza Matta z artykułu).A przecież jak czytam Chestertona to widzę, że polemiki dziennikarskie dawniej były nawet bardziej zajadle niż dziś. Ba, a co o czytaniu św. Ambrożego czy Augustyna? Ci to dopiero bezceremonialnie określali władców tego świata i ich grzechy. Matt Walsh czy Terlikowski to kiciusie przy nich.

Przy lekturze "O naśladowaniu Chrystusa" natrafiłam na wspaniały fragment. Niejeden zresztą, ale teraz zachłysnęłam się akurat tym. Stąd pomysł na ten post.

Więc to o to chodzi! Niesamowite jak takie stare dzieła pomagają dzisiaj zrozuimieć człowieka i świat. Piszę to teraz mając w pamięci wczorajsze głosowanie za in vitro (w polskim sejmie) - przegrane, z mojego punktu widzenia. Pazerność i zachłanność - pod pozorem dobra! - zwyciężyły nad godnością człowieka. Dokładnie tak, jak to pisze Tomasz a Kempis. Nihil novi sub sole w końcu.

Zacytuję obszerny fragment rozdziału 54. czerwone podkreślenia moje. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w Boga z Biblii, to musi przyznać, ze jest w tym rozgraniczeniu głęboka mądrość - człowiek to o wiele więcej niż zmysły i żądze. Dzisiejszy świat promuje tylko to drugie. Zawsze tak było, to akurat nie nowe. Nowe jest to, że przemocą próbuje wyrugować prawdziwe człowieczeństwo, to na obraz Boży.



***
Pan. 1. Zwróć staranną uwagę na poruszenia natury i łaski, ich poruszenia bowiem są sobie przeciwne, a przy tym bardzo delikatne - i tylko człowiek duchowy i wewnętrznie oświecony potrafi je odróżnić.
2. Wszyscy przecież zmierzają do dobra i o to się starają, by  ich słowach i uczynkach tkwiło coś dobrego, i właśnie dlatego pozór dobra wielu w błąd wprowadza.
3. Natura jest podstępna, wielu ku sobie przyciąga, w sidła łapie i zwodzi, uważa też zawsze, że to ona jest celem.
4. Łaska, natomiast, rozwija się z prostotą, unika jakiegokolwiek pozoru zła, nie ucieka się do oszustw, uczynki tylko dla Boga pełni, bo na Nim się ostatecznie opiera.
5. Natura usilnie unika śmierci, ucisku i uniżenia; ani się podporządkować nie chce, ani ujarzmić.
6. Łaska, natomiast, zabiega o własne umartwienie, zmysłowości się opiera, szuka podporządkowania, pragnie być podbita i nie korzystać z włąsnej wolności, trwać w karności, nad nikim nie pragnie panować. Zależy jej na tym, by nieustannie żyć, trwać i istnieć pod władzą Boga i ze wzgledu na Boga jest gotowa uniżyć się przed każdym człowiekiem.
7. Natura trudzi się dla własnej wygody i dba o to, by drugiego człowieka jakoś wyzyskać,
8. a łaska bardziej nad tym rozmyśla, co by dla wielu mogło być korzystne, a nie nad tym, co dla niej pożyteczne i wygodne.
9. Natura chętnie wyrazy czci i szacunku przyjmuje,
10. a łaska wszelką chwałę i uszanowanie każde wiernie przypisuje Bogu
11. Natura boi się zawstydzenia i pogardy,
12. a łaska się raduje, że jest ona godna dla imienia Jezusowego zelżywość cierpieć (1).
(...)
17. Natura na to, co doczesne zwraca uwagę i zyskami ziemskimi się raduje; smuci szkodą a do gniewu ją doprowadza nawet słowo lekko obraźliwe,
18. a łaska na to patrzy, co wieczne, a w tym, co doczesne sie nie zakorzenia, nie doznaje niepokoju, kiedy coś utraci, a słowa zbyt twarde nie napełniają jej goryczą; a to wszystko dlatego, że skarb swój i radość umieszcza w niebie, gdzie nic nie ginie.
19. Natura jest zachłanna i chętniej przyjmuje niż daje, w tym się kocha co własne i prywatne,
20. a łaska jest pełna miłości i otwarta na wszystkich, unika osobliwości, zadowolona jest z niewielu rzeczy i jest przekonana, że szczęśliwa to rzecz raczej dawać anizeli brać (2).
21. Natura ku sworzeniom się skłania, ku własnemu ciału, ku pustocie i rozrywkom, 
22. a łąska do Boga pociąga i do cnót, rezygnuje ze stworzeń, unika świata, nienawidzi tego, za czym ciało tęskni, w karbach trzyma to, co nadmierne i wstydzi się pojawiać publicznie.
23. Natura kocha się w zewnętrznym pocieszeniu i ono jej daje przyjemność zmysłową,
24. a łaska w samym tylko Bogu szuka pocieszenia, a przyjemność tylko w dobru najwyższym znajduje, które jest ponad wszystko, co widzialne.
(...) 
31. Natura łatwo narzeka na braki i trudy,
32. a łaska wytrwale cierpi niedostatek.
33. Natura wszystko do siebie nagina, o siebie walczy i zabiega,
34. a łaska wszystko do Boga sprowadza, bo przecież wszystko od Niego pierwotnie wypływa; żadnego dobra sobie nie przypisuje ani zuchwale się nie przyznaje; nie prowadzi walki, nie wynosi swojego zdania ponad inne, ale zmysły i umysł poddaje odwiecznej Mądrości i Bożemu roztrząsaniu.
35. Natura do tego zmierza, by znać tajemnice, usłyszeć nowości, pokazywać się na zewnątrz i wiele smakować zmysłami; pragnie uznania i działania, bo to jest źródłem sławy i podziwu.
36. Łaska, natomiast, nie dba o to, by usłyszeć nowości i ciekawostki, wszystko to bowiem zrodziło się ze starego zepsucia, bo przecież na ziemi nie ma niczego, co by nowe było i długotrwałe.
37. Tak więc uczy, że zmysły trzeba trzymać na wodzy, że unikać trzeba udanej uprzejmości i chełpienia się bez podstaw, że ukrywać trzeba to, co naprawdę na pochwałę zasługuje i na podziw; i że z każdej rzeczy nam trzeba cześć i chwałę Boga wyprowadzać i szukac jej w każdej wiedzy.
39. Ta łaska to nadprzyrodzone światło i szczególny dar Boży i właściwie znak wybrania i zadatek życia wiecznego, to ona bowiem człowieka z umiłowania tego, co ziemskie, ku ukochaniu tego, co niebiańskie podnosi, a z cielesnego duchowym czyni.
40. Im bardziej zatem tłumi się naturę i zwycięstwo nad nią odnosi, tym większą łaskę Bóg wylewa, a codziennie nowe nawiedzenia sprawiają, że człowiek zmian w sobie samym dokonuje według obrazu Bożego.

(1) Dz 5,41
(2) Dz 20,35

21 marca 2015

Kupieni

Wczoraj znalazłam ten film na fejsbuku. Bardzo polecam obejrzenie go, jakby link zniknął to można wejsć za www.boughtmovie.com i za darmo obejrzeć. Wtedy tylko po angielsku. Dotyczy głównie rzeczywistości amerykańskiej, ale nie tylko - rozdział o szczepieniach jest uniwersalny, a o GMO uniwersalny w końcu będzie - czy chcemy, czy nie.


Tematy te były mi znane wcześniej, ale warto ten film propagować. Niestety trochę za późno zaczęłam to zgłębiać i Kamyczka nie ominęły standardowe szczepienia. Trzy razy dostał Infantrix Hexa (6 w 1: błonica, krztusiec, tężec, polio, Hib i WZWB) oraz synflorix (pneumokoki), dwa zastrzyki w jeden dzień... Gdy miał 3 miesiące, 5 i 13 miesięcy. I jedna dawkę MMR w wieku 1,5 roku.
Chwała Bogu, że nic mu się nie stało. Czasem czuję, że określenie "więcej szczęścia niż rozumu" pasuje do mnie jak ulał.

Kubusia nie zaszczepiłam jeszcze i na razie nie mam zamiaru. W Szwecji nie muszę, aczkolwiek pani pielęgniara była zaskoczona. Także tym, że moje przekonanie to nie ślepa fobia, ale konkretne argumenty, takie mniej więcej jak w tym filmie. Któregoś dnia po krótkiej próbie dyskusji powiedziała zrezygnowana "widzę, że dużo czytasz" i wycofała się. Teraz napuszcza na mnie kogoś z dyplomem, w kwietniu mamy kolejną kontrolę, tym razem z lekarzem właśnie. Oficjalnie pokreśliła to "okazją do zadania pytań o szczepienia i rozwiania moich wątpliwości". Ale nauczona doświadczeniem z 2009 roku, kiedy to panowała pandemia świńskiej grypy i chcieli szczepić wszystko co się rusza, nie mam zaufania do zaleceń "ministerstw zdrowia", nawet z dyplomami. Po fakcie okazało się, że Szwecja jako jedyna wyszczepiła 80% populacji, ileś osób zmarło, a wszystko okazało się przekrętem. Potem dziennikarze próbowali dociec kto jest za to odpowiedzialny, ale nie wiem jak się zakończyła sprawa. W każdym razie ja odmówiłam takiej interwencji w moje ciało, ku zaskoczeniu wszystkich, z którymi wtedy rozmawiałam... Po latach miałam satysfakcje z "a nie mówiłam?".

Wracając do Kubusia. Może zaszczepię gdy skończy 2 lata, ponoć w Japonii dopiero wtedy zaczyna się szczepić dzieci. A może, jak doczytam, wybiorę pojedyncze szczepionki. A może nie wybiorę żadnych.

Jedno jest pewne - nigdy przenigdy nie zgodzę się na użycie jakiejkolwiek szczepionki stworzonej na trupie zamordowanego dziecka, czyli przy użyciu komórek płodu usuniętego w procesie aborcji. Wszystkie wymienione szczepionki, jakie dostał Kamyczek, są tak właśnie wyprodukowane i mam to na sumieniu. Swoją ówczesną ignorancję,

Oglądając powyższy film jestem głęboko wdzięczna Szwecji za wolność wyboru w kwestii szczepień.

I za niezmodyfikowane genetycznie jedzenie. Za konieczność dokładnego oznaczania wszystkiego. Za ostre kontrole inspektorów żywności we wszelkich zakładach produkujących jedzenie (gość, co to sie tak zajadał morwami, ma siostrę pracującą jako inspektor, poopowiadał nam conieco). Za swoisty lokalny patriotyzm, który sprawia, że mamy tu dużo produktów wyprodukowanych na okolicznych farmach. Z pewną czułością patrzę zawsze na stada krów i owiec, które mijam wracając z pracy...

A teraz piszę to popijając szwedzką kawę ze skańskim świeżym mlekiem... I zagryzając czipsami z jarmużu (wyśmienite!)

Czipsy z jarmużu to małe kawałeczki tegoż (wyciąć łodygi!), polane niewielką ilością oliwy z oliwek, posypane solą i prażone przez ok 12-15 min w piekarniku, w ok 100C... GENIALNE!

14 lutego 2015

Co do grosza

Przeczytałam dzisiaj artykuł, który mnie bardzo zmartwił. I dał do myślenia. To był wywiad z senatorem Biereckim w najnowszym numerze tygodnika "W Sieci" (6/2015). O tym jak celowo (!) stworzono mechanizm "kredytów walutowych" chcąc napchać kabzę kosztem tysięcy polskich gospodarstw domowych.

Przyznam, że też jestem jednym z "frankowiczów". Przez zaniedbanie nie spłaciłam kredytu, choć mogłam, i teraz mam taki ogon. Wiem, że jestem w o wiele lepszej sytuacji niż tysiace innych ludzi, ale jednak. Przysłowiowy szlag mnie trafił 15 stycznia, kiedy to policzyłam ile tysięcy straciłam w jeden dzień.

Ale do tej pory myślałam, że mam za swoje. Że to tak to jest jak się nie pilnuje własnego portfela. Że przecież zyskałam na niskim oprocentowaniu przez tyle lat, że nie mogę mieć pretensji bo przeczytałam te wszystkie drobne druczki...

A jednak ten wywiad mi dał do myślenia. Nie pamiętam czy ten kredyt walutowy mi wciśnięto, jak wielu innym, czy też sama go wybrałam. No nie pamiętam. Ale jeśli prawdą jest to, że to wszystko była od początku do końca czyjaś SPEKULACJA to poczułam się oszukana. Ostrzyżona jak głupi baran. Jak bohaterowie powieści "Co do grosza" Jeffreya Archera, skądinąd doskonałej...

Grzegorz Bierecki twierdzi, że to było oszustwo, bezczelne oszustwo. Zaplanowane z pełną premedytacją, w terminologii z Wall Street określane jako „wielkie strzyżenie owiec”. Niczym operacja Metcalfe'a tylko na o wiele większą skalę.

Harvey Metcalfe, czarny charakter w/w powieści (notabene polski emigrant-cwaniak), powołał do życia spółkę giełdową i wytworzył sztuczny popyt na jej akcje. Tylko po to by zainkasować pieniądze a potem ogłosić, że jednak się pomylił, na terenach należących do firmy nie ma ropy. W międzyczasie naraił sporo chętnych, w tym czwórkę ludzi, którzy łącznie zainwestowali około miliona dolarów. Oficjalnie wszystko było legalnie, sami chcieli przecież kupić akcje. Zręcznie zmanipulowani dali się nabrać - uwierzyli spekulacjom, że tam "prawdopodobnie" jest ropa, informacji pochodzącej zawsze z wiarygodnego dla nich źródła.
A że byli to ludzie pełni determinacji - a także profesjonaliści w swoich zawodach - postanowili ten milion.... ODKRAŚĆ.

Każdy z nich miał przygotować plan jak "nabrać" bogacza tak, by się nie zorientował, i odzyskać zainwestowane pieniądze.

Plany były bardzo różne, akcja toczyła się na dwóch kontynentach o ile pamiętam, i zakończyła się pełnym sukcesem. Co do grosza!

Siedzę i myślę teraz. Kto jest Metcalfem spekulacji frankowych i jak można odkraść te nasze nadpłacone raty.... poczytam jeszcze ten wywiad, może mi coś przyjdzie do głowy. A może poczytam więcej Archera, ponoć "Co do grosza" powstała w oparciu o wydarzenia z życia autora...


A póki co polecam przeczytać wywiad. I - jak się da - podjąć jakąś akcję odkradania. Na przykład akcję wyboru lepszej władzy w 2015, takiej władzy, która zadba o swój naród niczym Viktor Orban i pogoni z Polski Metcalfów dzisiejszego świata.

27 września 2014

Dzień Bułeczek Cynamonowych

... wypada 4 października, czyli za tydzień. Najwyraźniej szwedziki chyba nie mają poważniejszych okazji do świętowania, skoro wyrugowali te religijne a nie nabawili się patriotycznych... Cóż, takie "święto" akurat mi się podoba :)
Ale na pieczenie naszło mnie dzisiaj. Nie zauważyłam u siebie tzw. "syndromu wicia gniazda" (to ponoć etap tuż przed porodem), nie sprzątam jakoś bardziej niż zwykle, ale za to ciągle coś ostatnio gotuję i piekę... a to zupa z dyni, a to pierożki z dynią, a to faszerowane papryki, a to ciasteczka.... dzisiaj bułeczki cynamonowe.

Przepis na ciasto wg mojej babci:

0,5 kg mąki (użyłam orkiszowej)
5 dkg świeżych drożdży (lub 12 g suchych)
0,5 szkl mleka
0,5 szkl. cukru
2-3 jajka
100 g masła, roztopione
szczypta soli

1. Drożdże rozdrobnić w misce, dodać trochę cukru, lekko podgrzane mleko, 2 łyżki mąki - niech zaczyn rośnie ok 15 min

2. Resztę mąki pomieszać z roztrzepanymi jajami, cukrem i roztopionym masłem.

3. Dodać zaczyn i wyrabiać tak długo, aż będzie odchodzić od ręki.

U mnie to było ok 15 min.

Postawić w ciepłe, zaciszne miejsce (nie w przeciągu) do wyrośnięcia, na ok 1 godzinę.

Reszta jest "na oko". Rozwałkować ciasto na grubość niecałego 1 cm, w prostokąt o wymiarach ok 60 cm x 40 cm.
Posmarować masłem (użyłam ok 50-100 g miękkiego masła). Posypać warstwą cukru z cynamonem (można robić z marcepanem zamiast tego, albo z jakimś kremem budyniowym... nie próbowałam jeszcze). Zwijać w "roladę" zaczynając od dłuższego boku.

Rulon pokroić na kawałki ok 2,5 cm grubości i ukladać na blasze do pieczenia. Nie za blisko siebie, zostawić ok 2 cm między bułeczkami. Zostawić do wyrośnięcia na ok 20 min.

Powinno to wygladać mniej wiecej tak (z innego bloga):


Piec ok. 30 min, w 180C, bez termoobiegu.

A po upieczeniu polać lukrem. Mój zrobiłam z ok 300g cukru pudru, odrobiny mleka, masła i cukru waniliowego. Do połowy porcji dodałam orzechy włoskie (wzorując się, nie ukrywam, na pysznych bułeczkach z Cinnabon, które serwują z lukrem pekanowym).

Jak to wyczytałam gdzieś, sekretem udanych bułeczek cynamonowych jest dużo masła, dużo lukru i dużo cukru. Dzisiaj zatem odstapiłam od zasad mojej diety ostatnich miesięcy i kierowałam się właśnie tą zasadą. No ale w pewnych sprawach nie ma kompromisu...



16 sierpnia 2013

Koniec feminizmu

Rodzina poszła na miasto, mogę zająć się czytaniem. Och, jaki piękny piątkowy wieczór. Prawdziwy relaks. Można wreszcie zaczerpnąć z naszej biblioteczki.

Łosoś się trawi w żołądku a ja rzuciłam się na "Koniec feminizmu" Nikonowa (zarzucę sobie w tle Bacha w wykonaniu Yo-Yo Ma, a co tam :) mój czas!).

Wydawca opisał książkę w ten sposób, no więc jak bym mogła się nie rzucić... na pohybel szwedzkiej propagandzie, która raczy nas w piatkowe wieczory wyjątkowo odmóżdżającą papką.
Książka Rosyjskiego autora jest prawdziwym fenomenem. W czasach dyktatu poprawności politycznej Aleksander Nikonov otwarcie krytykuje ideologię feministyczną, wykazując absurdalność i szkodliwość realizacji jej założeń. Nikonov przedstawia genezę feminizmu, sięgając do niejednokrotnie szokujących, nieznanych lub świadomie przemilczanych źródeł i faktów. W bardzo czytelny sposób przedstawia podobieństwo feministycznej ideologii i sposobów jej popularyzowania do innych destrukcyjnych ideologii funkcjonujących w XX wieku - komunizmu i faszyzmu. Nikonov wnikliwie opisuje także opłakaną kondycję współczesnego „białego mężczyzny”, który stał się głównym celem ataków „ziejących nienawiścią” feministek. Jednak nie jest to książka jedynie o feminizmie. Autor przedstawia także dramatyczne skutki realizowania poprawności politycznej, zwłaszcza w sferze edukacji wyższej. W książce znajdziemy wiele absurdów politycznej poprawności, wymownie uzasadniających smutną refleksję autora nad współczesną cywilizacją.
W świetle toczących się dyskusji nad kondycją ideową i przyszłością społeczeństwa polskiego książka wydaje się być szczególnie interesująca dla czytelnika w Polsce. Oparta na faktach, pozostaje głęboką refleksją, ale przede wszystkim przestrogą, jak opłakane skutki może przynieść realizacja idei feministycznych i innych pomysłów politycznie poprawnych gorliwców.
Lektura zaiste wstrząsajaca - i forma, i treść... Rosjanin, opisujący zgniły zachód, więc w sumie czego się spodziewać, panegiryku? No ale nie wymyślił tego. Opisuje doświadczenia swoje i bezpośrednich rozmówców, i to w niesamowicie celny (acz zjadliwy) sposób.

Ten zachód jest ta zgniły, że każdy wykształcony Polak (albo Rosjanin, jak widać) dostrzega to wyraźnie.

Piszę "Polak" bo wykształconych Szwedów już prawie nie ma.

A nawet jeśli są, to ich standardy będą takie tak opisywanych Amerykanów czy Francuzów, którzy nie potrafią myśleć, co najwyżej zakuli wyniki na pamięć (bo jak zapytasz czy 1/3 i 3/6 to jest tyle samo, to większość odpowie, że TAK, bo tak ich ktoś nauczył, zakuli, ale o jakimś samodzielnym wyliczaniu - zapomnij... albo inny przykład. Takie zadanie francuskim studentom czwartego roku matematyki: "balon leci w jednym kierunku z szybkością 20 km/h w ciągu 1 godziny i 45 minut, następnie kierunek lotu się zmienia o 60 stopni i balon leci jeszcze 1 godzinę i 45 minut z tą samą prędkością. Proszę określić odległość od punktu startu do punktu lądowania". Zadanie znalazło się z zestawie egzaminacyjnym po dwóch tygodniach dyskusji wśród grona pedagogicznego czy nie jest aby za trudne. Zgodnie z przewidywaniami profesorów, na 150 osób rozwiazały je... dwie. Byli to Chińczycy.)

W zasadzie czytając tę książkę człowiek rozumie zacięcie Amy Chua w zakresie wykształcenia córek... nie być w matematyce dwa lata do przodu wobec reszty klasy naprawdę oznacza, że jest się śmierdzącym leniem... (rozwiazanie powyższego zadania zajęło mi dokładnie 3 minuty, a szkoły pokończyłam dawno temu i nie uczę teraz matematyki. Na bank zadam to zadanie kolegom z pracy w przyszłym tygodniu. Stawiam, że dwie osoby je rozwiążą.)

Powszechnie znaną prawdą jest to, że poziom szkolnictwa w Szwecji to niczym zajęcia z teorii tańca czy kurs budowania szałasów. Nawet pieczenie ciast na ichniejszych zetpetach to poziom ciasta w proszku pomieszanego z wodą u wsadzonego do piekarnika (nie wsadzą na 120 stopni tylko dlatego, że dzieci nie znają takiego czegoś jak kątomierz... ciekawe czy cyrkiel jest znany?)


Język książki jest bardzo bezpośredni i zjadliwy, bardzo niepoprawny politycznie (NB zjawisko poprawności politycznej także jest poddane analizie... której nie wytrzymuje, rzecz jasna). Myślę nawet, że taka wypowiedź w mediach skończyłaby się oskarżeniem o mowę nienawiści :) przecież teraz już nawet nie można powiedzieć "murzyn", żeby nie dostać łatki rasisty... cóż... a pojechać po feministkach i ideologiach ...? oj... doigra się!

Książka opisuje paradoksy "zachodnich demokracji" i próbuje analizować ich przyczynę. Dlaczego w USA starszemu jegomościowi nie sprzedadzą piwa, podczas gdy dwudzietoletniej dziewczynie po wylegitymowaniu - owszem? Dlaczego stan Kalifornia walczył w sądzie dwa lata, żeby móc wymagać od maturalnych uczniów znajomości trzech stanów skupienia substancji a nie tylko dwóch, jak federalne podreczniki...? Ile kosztuje w USA dojście sprawiedliwości w sądzie i jak jeden jeden rosyjski naukowiec zaoszczędził 6 milionów dolarów pisząc samemu pozwy i dlaczego było to niechętnie widziane przez sędziego? Dlaczego amerykańscy lekarze przypisują tylko amerykańskie lekarstwa a za użycie innych trafia się do więzienia (nawet jeśli ratują życie pacjentowi)? Dlaczego wolno wychwalać genetyczne zalety murzynów ale o ich niedostatkach nie wolno wspomnieć? Dlaczego po jednym anonimowym telefonie wsadza się mężczyznę do więzienia i zabiera dzieci do opieki społecznej...? i jeszcze sporo innych ciekawych kwiatków. Ciekawych i przerażających... 

Myślę, że każdy rodzic powinien ją przeczytać, żeby zapewnić swojemu dziecku coś więcej niż obecne systemy edukacyjne oferują. Ale także w trosce o przyszłe społeczeństwo. Za wszelką cenę czytać, analizować i oszaleć - nie dać się stłamsić!!! Bo diagnoza Nikonowa jest zatrważająca.
"Amerykańscy koledzy wyjaśnili mi, że niski poziom kultury i edukacji szkolnej w ich kraju jest świadomym osiągnięciem zmierzającym do realizacji celów ekonomicznych. Chodzi o to, że kiedy wykształcony człowiek naczyta się książek, staje się gorszym klientem. Kupuje mniej pralek, samochodów, zaczyna bardziej niż nimi interesować się Mozartem, van Goghiem albo jakimiś teoriami. Cierpi wówczas gospodarka społeczeństwa konsumpcyjnego i przede wszystkim dochody tych, którzy rządzą ich życiem. Dlatego też zamierzają oni nie dopuścić do rozwoju poziomu kulturalnego i edukacyjnego (które na dokładkę utrudniają im manipulowanie ludnością jak pozbawionym intelektu stadem)".
(Ja bym do powyższego dodała jeszcze "niski poziom religijności", wszak religia też wzywa do wybierania INNYCH dóbr... a jeszcze niektórzy ekstremiści potrafią sprzedać wszystko co posiadają i nie kupić nic nowego!... no ale to temat na inny felieton, na potrzeby tego przyjmijmy, że religia to kultura)

17 grudnia 2012

Montessori a'la France czyli dlaczego amerykańskie matki są gorsze

Jakiś czas temu pisałam o moich przemyśleniach zainspirowanych książką Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" czyli (podtytuł ) "Dlaczego chińskie matki są lepsze?".

Teraz trafiłam na "French children don't throw food" ("Francuskie dzieci nie wybrzydzają przy jedzeniu") amerykańskiej dziennikarki Pameli Druckerman, podtytuł aż sie ciśnie na usta: "Dlaczego francuskie matki są lepsze?"



A może to po prostu amerykańskie sa gorsze...? ;)

Nie żebym szukała poradników... ale taki początek książki zainteresuje każdą matkę:

"Siedzieliśmy we francuskiej restauracji, z naszą małą córeczką. Mój mąż i ja nieustannie biegaliśmy za nią po całej restauracji, i pilnowaliśmy, żeby niczego nie rozwaliła ani nie przeszkodziła innym gościom. Strategia posiłku to było skończyć go jak najszybciej i wyjść. Kolacja była dla nas udręką, a była to pierwsza z wielu podczas tych wakacji na lazurowym wybrzeżu. Marzenia o urlopie prysły. Po kilku posiłkach zauważyłam, że przy innym stole siedziała francuska rodzina, z dziećmi mniej więcej w wieku naszej małej, i ich posiłek wcale nie wyglądał jak piekło. Żadnego narzekania ani kręcenia się. Dzieci siedzą razem z dorosłymi i czekają na przystawkę, potem na główne danie. Jedzą to, co wszyscy, nawet rybę i warzywa. Wydają sie cywilizowane, wesołe i pełne uwagi.
I zauważam jak bardzo brakuje tego w naszym życiu. Zaczynam obserwowac Franzuców, jak to jest, że ich dzieci umieją czekać, sa posłuszne i wcale nie wyglądają na zastraszone...?"

(wolne tłumaczenie i streszczenie)

Nie muszę mówić, że nasze posiłki z Kamyczkiem w restauracjach wyglądają raczej jak te amerykańskie, nie jak francuskie...

Książka bardzo wciąga, opisuje "francuską przygodę" amerykańskiem matki i brytyjskiego ojca, ich oczekiwanie na dziecko, potem pierwsze lata życia pierwszej córeczki i jej dwóch braci bliźniaków.

We "francuskich" sposobach na uczenie rytmu dnia (i posiłków), cierpliwości i inwencji twórczej dziecka zasadniczą rolę odgrywa "cadre"czyli sztywna rama pryncypiów, wewnątrz której panuje pełna wolność. Kategoryczne zakazy są bardzo skąpe, ilość przyzwoleń duża - i każdemu łatwo się w to wpasować. Na przykład, dziecko nie przekąsza między posiłkami, a potem siedzi i spokojnie czeka na czterodaniowy posiłek, gdzie na początku są warzywa a na końcu sery. Albo to: o konkretnej godzinie (20) dzieci idą do swojego pokoju i zaczyna się czas dla dorosłych, dzieci nie muszą iść spać, mogą robić co chcą, pod warunkiem, że u siebie.

Dziecko od samego początku jest traktowane jak "mały człowiek", a nie "pół-człowiek", ktoś kto ma swoje emocje, kto rozumie, kto jest w stanie myśleć racjonalnie. Ach, jakie to montessoriańskie. Ma mówić "bonjour" na powitanie i używać ładnego języka (podcas gdy w USA dzieci sie na ogól nie zauważa, a na pewno nikt nie oczekuje od nich żadnych powitań).

We francuskiej rodzinie to rodzic podejmuje decyzje, ale stara sie tłumaczyć dlaczego. Choć czasem nie robi tego, bo tego właśnie wymaga budowanie przez niego autorytetu, na przykład gdy trzeba stanąć na wagę u lekarza a dziecko nie chce... wtedy trzeba je po prostu postawić i nie tłumaczyć.

Dziennikarka opisuje też swoje relacje z innymi francuskimi matkami i do siebie samej jako kobiety, matki, żony i kochanki. Odkrywa dlaczego francuskie żony o wiele mniej narzekają na swoich mężów niż amerykańskie, i dlaczego w ich życiu jest więcej luzu i spokoju. One po prostu nie oczekują zbyt wiele od mężczyzn :) wiedzą, że w pewnych kwestiach nie mogą na nich liczyć i nie ma co na to narzekać.

Druckermann zachwyca się systemem przedszkoli/żłobków, które wprowadzają małego człowieka w świat społeczeństwa - i jednocześnie odkrywa ogrom uprzedzeń amerykańskej matki do tegoż. System szkolny też początkowo budzi jej zastrzeżenia, bo nie słyszy peanów zachwytu nad każdym testem swojej cóki, nauczycielka za to wypunktowuje to, nad czym należy pracować... (i tu poczułam deja vu - jakbym czytała relację z drugiej strony, relację tych, którzy tworzą generację ludzi z medalami za samo uczestnictwo, od których się niczego nie wymaga i którzy w związku z tym przestają się starać, co tak potępia Amy Chua, chińska matka w USA).

***

Sporo ciekawych i trafnych uwag. Jednak czytając widzę cały czas jak bardzo amerykańska jest autorka, bo wiele z tych jej odkryć nie jest dla mnie żadną nowością. Że nie będę przez pierwsze trzy lata chodzić zaniedbana w rozciagniętych dresach...? Że nie będe czytać miliona poradników o rodzicielstwie? Że nie będę go chwalić za samą wolę zrobienia czegoś tylko za włożony wysiłek? Myślę, że polskim matkom, zwłaszcza tym z tzw "klasy średniej", pod wieloma względami o wiele bliżej do matek francuskich. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że Pamela Druckermann powinna napisać książkę "Dlaczego EUROPEJSKIE dzieci nie wybrzydzają przy jedzeniu" (choć szwedzkim o wiele bliżej do tych amerykańskich niż francuskich ;) ) To, co opisała jako francuskie sposoby jako żywo przypominają metodę Marii Montessorii, przynajmniej w zakresie rozwoju dziecka.

Ale...

Zupełnie nie przemawia do mnie ta swoista gloryfikacja dystansu emocjonalnego matki do dziecka.
Ani zachecanie do mleka z proszku i wczesnego odstawiania od piersi, pójścia do pracy gdy dziecko ma 3 miesiące i porzucenia go w żłobku, po to by zadbać o własną figurę i karierę.
Nie widzę też francuskiej matki w chuście, ja nie wyobrażam sobie jej braku...
No i gdzie czytanie dzieciom bajek na dobranoc...?

No i jeszcze pytania do refleksji:

1. Skąd się wzięło określenie FRANCUSKI PIESEK skoro francuzi tak ochoczo jedzą to, co im podstawią pod nos?

2. I skąd sarkastyczne "Francuski Ruch Oporu" na określenie tchórzostwa i oportunizmu, jeśli Francuzi to takie modelowe społeczeństwo? Czytałam recenzję tej książki w jakiejś brytyjskiej czy amerykańskiej gazecie... komentarz jednego z czytelników mnie dosłownie zabił i teraz, czytając peany zachwytu nad francuskimi matkami, cały czas myślę sobie: "gdyby nie amerykańskie matki i ich dzieci to francuskie dzieci nie mogłyby teraz jeść baguette tylko musiałyby jeść DAS BRÖT"...

***

Myślę, że nie chcę stać się francuską mamą, ale chętnie podpatrzę kilka jej trików. W końcu też chcę spokojnie zjeść kolację i mieć co wieczór czas "tylko dla dorosłych"... ale na pewno będę prowadzać swoje dziecko na dodatkowe zajęcia, może dlatego, że szwedzki świat szkoły za bardzo przypomina amerykański...

Znalazłam interesującą dyskusję na łamach prasy (po angielsku), zachęcam do lektury i do Waszych komentarzy :)

Inna Amerykańska Mama i ciekawa odpowiedź francuskiego ojca

29 października 2012

Wołowina po burgundzku

Nasza wersja Boeuf Bourguignon a'la Julia Child wymagała wyrzucenia boczku, więc robię to danie w wersji KOSHER (jak się okazuje... tak znalazłam w necie, no i w sumie to prawda... gotuję koszernie :) Muzułmanie ortodoksyjni nie uznają nawet dodawania alkoholu do gotowania, pomino tego, że cały alkohol wyparowuje w wysokiej temperaturze. Cóż, my się nie musimy tym przejmować, mój muzułmański mąż pochodzi wszak z zagubionego plemienia Izraela... ). Moim zdaniem niewiele traci, jest tak wspaniałe że nie wiem czy w ogóle mogłoby być lepsze! Jak mawiają - lepsze jest wrogiem dobrego. I tego się trzymajmy.

Składniki na gulasz:

ok 1,5 kg wołowiny pokrojonej w duże kostki (2,5 cm)
2 marchewki, pokrojone w dość grube plasterki
kilka cebulek szalotek (lub 1 duża), pokrojona 
3 chochle bulionu (mieszam wołowy z grzybowym - najpierw z wyciętych kawałków z w/w mięsa na gulasz i "włoszczyzny" ugotowałam gar bulionu, dodałam trochę kostki grzybowej, takie małe oszustwo... jakbym miała grzyby suszone to bym wrzuciła po prostu)
4 ząbki czosnku, wyciśnięte
1 łyżka koncentratu pomidorowego
0,5 l czerwonego wina, wytrawnego, o głebokim smaku
2 łyżki mąki
masło do smażenia (prawdziwe, niesolone)

Przyprawy:
1 łyżeczka tymianku
ok 0,5 łyżeczki soli
2 listki laurowe

"Zasmażka" (?) na koniec (krok 5 i 6):
ok 300 g pieczarek
8-10 cebulek-szalotek przekrojonych na pół
masło (niesolone)
chochelka bulionu
sól
pieprz
tymianek
pietruszka

Oryginalny przepis miał ze 40 kroków (no ale niektórzy muszą mieć opisany każdy krok, typu "ubrać fartuch", "otworzyć lodówkę"...), mój wygląda tak:

1. Na maśle obsmażyć wołowinę, po kilka kawałków na raz (żeby się ścięły a nie zaczęły dusić). Wrzucać do naczynia do zapiekania, u mnie to Le Creuset  (naprawdę warto takie jedno mieć!!! to taki tradycyjny "slow cooker")

2. Na resztkach masła zblanszować marchewkę i cebulę, ok 5 min. Wrzucić do mięsa.

3. Posypać mąką mieso z warzywami, pomieszać, wsadzić odkryte do nagrzanego piekarnika na 5 min, potem wyjąć. Pomieszać.

4. Wlać wino i bulion do garnka, dodać czosnek, koncentrat, przyprawy. Pomieszać i wstawić przykryte do piekarnika.. Piec ok. 2,5 - 3 godz w temp 160 C, nie trzeba zaglądać.

5. W tym czasie na maśle podsmażyć pieczarki, do lekkiego zbrązowienia, odłożyć na bok. 

6. Podsmażyć cebulki do zbrązowienia, dolać bulion i przyprawy (do smaku). Dusić ok 40 min, tak żeby cebulki się nie rozgotowały. Odstawić na bok.

Na koniec, po wyjęciu z piekarnika, wlać cebulki i pieczarki na gulasz. Pomieszać i niech chwilę postoi...


Zdjęcie nie robi większego wrażenia, ale smak - zapewniam Was, każdego powali. Wołowina rozpływa się w ustach, sosik palce lizać...  Serwowałam z ziemniakami puree, ale moim zdaniem z kaszą jęczmienną świetnie się skomponuje (skąd ja w Szwecji kaszę wezmę...), ryżem czy makaronem niekoniecznie, ale co kto lubi. Z chlebem będzie na pewno boskie :)



Kami zjadł TRZY porcje. Po talerzu zupy z makaronem, dałam my wywiadowczo jedną... po 10 minutach przyszedł po dokładkę... dałam więcej niż poprzednio... a potem znowu krzyczał "mama, jeszcze!!!"... no to trzecia porcja taka sama jak druga... wszystko wylizał!!!

Niepośledni ma gust ten mój synalek, nie ma co... ale nie będę mu przecież codziennie gotowała obiadu, któego przygotowanie zajmuje w sumie ok. 4 godzin (liczę czas brutto), musi czasem zadowolić się kanapką...

17 września 2012

Nowy Oksymoron: Szwedzki Skrzypek

... a ściślej: "światowej klasy szwedzki skrzypek", tudzież "wybitny szwedzki pianista"

Zdałam sobie właśnie sprawę, że te pojęcia to OKSYMORONY. Nie wiem czy pamiętacie lekcje polskiego z podstawówki (z lat osiemdziesiątych cough cough), ale z wielu gramatycznych pojęć tamtych czasów zapamiętałam szczególnie słowo "oksymoron". Oznacza on bowiem takie wyrażenie, w którym poszczególne jego elementy przeczą sobie nawzajem. Na przykład "pracowity leń". Albo: "gorący lód".

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" uświadomiła mi, że "szwedzki skrzypek" to też oksymoron.

Amy Chua jest potomkiem chińskich imigrantów, która wychowała dwie córki w USA. Wsławiła się ty, że stosowała "niekonwencjonalne" metody, które potem opisała w w/w książce. Niekonwencjonalność tych metod polega na tym, że nie przystają zupełnie do obecnej mody wychowania dzieci panującej w zachodniej kulturze, w kulturze "egalitarnego kołchozu" (tak, tak, dla niej Amerykański indywidualizm tak się objawia) i fałszywego rozumienia pojęcia "wychowanie".  Jak sama pisze:
"(...) wychowanie dziecka na chińską modłę to na wskroś samotnicze zajęcie - przynajmniej na Zachodzie, gdzie człowiek zdany jest wyłącznie na siebie. Musi stawić czoło całemu systemowi wartości - wywodzącemu się z Oświecenia poszanowaniu dla autonomii jednostki, teorii rozwoju oraz Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka - i nie ma z kim szczerze pogadać (...)".

Metody Amy polegały na bezwzglednym decydowaniu co dla jej córek jest najlepsze. Na zmuszaniu ich do wielogodzinnych ćwiczeń (gry na fortepianie i skrzypcach), na zabranianiu nocowania u koleżanek (zły wpływ zachodnich matek i to straszne marnowanie czasu!), pełnym kontrolowaniu aktywności szkolnych (nie wolno było dziewczynkom grać w przedstawieniach czy trwonić czasu na sport) czy na zakazie telewizji i gier komputerowych. Wszystko odbywało sie jednak w kochającej rodzinie, ze wsparciem męża (nie-chińczyka), przy ogromnej wzajemnej miłości. Choć lała się krew (przyslowiowa), pot i łzy, choć noże (przysłowiowe) latały w powietrzu. "Chińska matka" zdecydowanie nie ma lekko, wcale nie znajduje w tym przyjemności, ale uznaje to za naturalną konsekwencję posiadania dzieci.

Wiele rozdziałów poświęconych jest muzycznej edukacji córek. Edukacji, która wymagała tych wszystkich poświęceń, ale która uczyniła dziewczynki bardzo dojrzałymi i odpowiedzialnymi. Ich muzyczne zdolnosci, rozwijane w taki bezceremonialny sposób, budziły zachwyt otoczenia, ale nauczycielki muzyki niejednokrotnie krytycznie oceniali ich warsztat ("widać braki w technice, dziecko na mało ćwiczy"), ku przerażeniu matki, która mocniej dokręcałą śrubę po takich słowach.

Dziwne, że jeszcze sie dało.

Motywacją Amy nie były jej osobiste ambicje, i to jest w tym wyjątkowe. Była nią świadomość, że jej dziecko to nieoszlifowany diament, który powinien kiedyś zabłysnąć. Że nie wolno jej się lenić przy tym szlifowaniu, bo potem będzie za późno. Że nie wolno się zgadzac na miernotę i bylejakość (tak powszechne w "zachodnim" wychowywaniu dzieci), bo to zgnilizna moralna - święty spokój rodziców, ale degeneracja dzieci. Amy uznała, że wysokie wymagania wobec dzieci to dowód na to, jak wysoko je ceni: ich inteligencję, talent i charakter. To było chińskie świadectwo jej miłości do dzieci.

Żeby być "chińską matką" wcale nie trzeba pochodzić z Chin. Pojęcie to określa w/w model wychowania. Amy na swej drodze spotkała wiele chińskich matek pochodzących z Korei, Pakistanu, Jamajki czy Ghany, a nawet jeden mężczyzna z Dakoty Południowej był taką matką.

Na pewno nie spotkała szwedzkiej chińskiej matki.

Metody Amy w państwach Skandynawskich byłyby bowiem uznane za... KRYMINALNE. Niedawno widziałam wywiad z pracownicą jakiejś norweskiej instytycji, która opowiadała jak to matki, których dzieci poskarżą sie w szkole, że nie wyszły grać w piłkę bo musiały ćwiczyć na pianinie, bedą wezwane do szkoły (w pierwszym etapie), żeby im zwrócić uwagę, ze to niewłaściwe. Nie dodała co potem, ale zakończenie łatwo przewidzieć (w kraju, gdzie rocznie odbiera się kilka tysiecy dzieci, na przykład "za nadopiekuńczość" lub "zbytnie tłumienie (samo)woli dziecka").

Jedno jest zatem pewne: szwedzki model wychowania nie daje szansy nikomy na zostanie skrzypkiem czy pianistą. Ten zawód po prostu WYMAGA wielogodzinnych ćwiczeń, i to od dziecka, gdy człowiek jeszcze rośnie. To stymuluje rozwój palców i ciała w określony sposób, którego nie da się osiagnąć jak sie zacznie w wieku kilkunastu lat, pomijając zwykły czas potrzebny na wykształcenie warsztatu.

Czytając książkę ma się mieszane uczucia, bo matka ciągle łamie indywidualizm (i lenistwo córek), ale też ciągle je ciągnie w górę. Wszystko ma być perfekcyjne - ale nie jest to jakaś bezwgledna wartość, ona po prostu zna swoje dzieci i wie, jakie są zdolne. Na przykład, wybrzydza otwarcie na niechlujnie zrobioną laurkę na urodziny, czuje się urażona, że córka poświęciła jedynie 20 sekund na swoje "dzieło", wytyka jej, że stać ją na o wiele więcej (podcas gdy zachodni rodzic by się "zachwycił" bohomazem, z ulgą że dziecko w ogóle miało ochotę palcem kiwnąć, mogło przecież siedzieć przy komputerze w swoim pokoju i mieć rodziców w głębokim poważaniu). I stać. I nie jest wcale nietaktem, że matka to wytknęła, bo taka jest - w jej mniemaniu - rola WYCHOWANIA.

Jedno mnie przekonuje w wywodzie Amy. "Jakoś nie chce mi się uwierzyć, żeby zachodni model wychowania był gwarancją szczęścia. To niewiarygodne ilu zachodnich rodziców mówi w podeszłym wieku, ze smutkiem kiwając głową: >>Jako rodzic nigdy nie będziesz górą. Choćbyś stawał na głowie, dzieci na starość cię znienawidzą<<. Z kolei nie uwierzycie ilu spotkałam na swojej drodze Azjatów, którzy - w pełni świadomości bezwzględnej surowości i wygórowanych wymagań rodziców - bez skrępowania deklarują wobec nich swą wdzieczność i przywiązanie, nie zdradzając przy tym cienia urazy bądź rozgoryczenia. (...) Ale jednego jestem pewna: zachodnie dzieci wcale nie są szczęśliwsze od chińskich".


Ciekawe, że niedawno czytałam podobne wywody o zgubnym wpływie różnych teologii (oświecenia, marksizmu, liberalizmu) na system wartości i tożsamość człowieka. Był to wywiad z biskupem Martinezem, o czymś zupełnie innym, ale jednak nie takim całkiem innym... o mentalnej kolonizacji współczesnego świata. Czytając książkę Amy Chua, widzę że nasze myślenie o wychowaniu dzieci również zostało skolonizowane. W dzisiejszym świecie trzeba być "wiernym i miernym". Oficjalnie to się nazywa "bezstresowe wychowanie".

23 listopada 2011

Breaking Bad

Wciągnęliśmy się ostatnio w dwa seriale, oba hamerykańskie. Dzisiaj napisze o jednym z nich. Oglądamy już drugi sezon (pierwszy to jakieś 8 odcinków) i coraz bardziej jestem ciekawa jak to się skończy.

Bo raczej nie może dobrze... nie w amerykańskim praworządnym świecie, gdzie zło zawsze przegrywa z dobrem. A to dobro to amerykański system, oczywiście.

Tytuł to Breaking Bad, co można by przetłumaczyć na "Staczanie się" lub coś w tym stylu (oczywiście polski tytuł to będzie coś w stylu "Chemia w Nowym Meksyku").

Historia jest niesamowicie intrygująca i nietypowa. Opowiada o genialnym nauczycielu chemii (z pozoru zwykły pracownik budżetówki o ukrytym ogromnym potencjale... niemal SUPERMAN), który - dowiedziawszy się o raku płuc i wiedząc, że nie stać go na terapię - zaczyna produkować najczystsze na świecie kryształy metanfetaminy (ang. meth). W Nowym Meksyku, tuż przy południowej granicy USA. Klimat wiadomy. Dodatkowo szwagier nauczyciela jest policjantem, nie byle jakim tylko szefem departamentu ds narkotyków. Od niego wszystko się zresztą zaczyna....

Nie znam się na narkotykach, ale jakość tego czegoś bije na głowę meksykańskie dostawy, lokalna policja przegrupowuje szyki na pochwycenie nowego tajemniczego dostawcy kryształu...

Film trochę brutalny (momentami więcej niż trochę), jak to film o gangach, ale muszę przyznać, że scenariusz rewelacyjny. Historia, dialogi, dowcip... Obsada też trafiona, żadnych Andżelin Dżoli czy Bradów Pitów. Tak jak to w życiu bywa, wszyscy "z twarzy podobni zupełnie do nikogo".

Jak dla mnie intrygujące jest to, że cały czas czujemy sympatię do głównego bohatera, który produkuje kilogramy śmiercionośnego narkotyku, ale znamy go z bliska i wiemy dlaczego to robi... mimo to nie potępiamy decyzji. A może raczej - kibicujemy mu wbrew jego decyzjom. Czy to już relatywizm...? Moim zdaniem nie większy niż czarne komedie braci Cohen czy choćby "Dwóch i Pół" ("Two and a half men").

Czołówka filmu pokazuje tablicę Mendelejewa i w ramach gimnastyki umysłu usiłuję sobie przypomnieć symbole pierwiastków... Trochę wstyd się przyznać, ale nauka poszła w głęboki las, bo mało który pamiętam (wybacz, ciociu Marylko...). No i zrobiło mi się żal, że nie zostałam w branży, bo kiedyś uwielbiałam chemię...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...