Nie wiem czemu media podniecają się jakimś Ksawerym, ktoś, kto mieszka na wybrzeżu Szwecji ma codziennie jakis orkan ;)
Wczoraj byłam dumna z siebie.
Wieje jak zwykle, do tego padało przez kilka poprzednich dni (oczywiście, przecież to jesień w Szwecji), a tu czwartek. Piłka Kamyczka.
Zaczynam poganiać dziecko do ubierania się w "sprzęty" futbolowe, bo to za pół godziny, na co mąż mówi: "żartujesz?? w taka pogodę?".
Zdębiałam nieco, po chwili myślę, że może ma rację, że przecież pada... nic się nie stanie jak raz opuścimy. Ale widze smutną minkę Kamyczka - i to mnie zmotywowało. Wstyd trochę, że nie wewnętrzna dyscyplina, ale liczy się skutek.
- Nie, jak się ma trening to trzeba iść. Ubierzemy się ciepło i będzie dobrze.
- A co on, jakiś Messi czy co, daj spokój, posiedźcie w domu - odpowiedział mąż.
W przypływie natchnienia odpowiedziałam natychmiast:
- A może to kolejny Messi, skąd wiesz, i właśnie podcinasz mu skrzydła!
A. spojrzał na mnie wilkiem, odburknął tylko "a rób co chcesz, ale jak bedzie chory to Twoja wina".
Trochę mi głupio za szantaż emocjonalny, ale z drugiej strony... przecież o to w tych treningach chodzi. O ćwiczenie charakteru i wytrwałości. O nie szukanie wymówek.
Ubrałam Kamynia w moją dawna bluzkę do biegania (o matko, czy ja naprawdę kiedyś byłam taka szczupła? a może to syn tak wyrósł...?), jego spodnie "pod kombinezon" pod spodenki i rękawiczki.
To był świetny trening, świeciło nawet słońce zza burzowych chmur, a na koniec Kami dostał medal za udział w rozgrywkach ligii dziecięcej.
A po powrocie poćwiczylismy literkę Ł, odrobilismy szwedzkie czytanie i nawet było jeszcze pół godziny bajek.
Padłam z dziećmi o 21:30. Najbardziej to ja zmarzłam na tym treningu, siedzac na ławce.
