Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamyczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamyczek. Pokaż wszystkie posty

20 listopada 2020

Bar Młodzieży

Moje pierwsze słowa po zejściu z podładu szkoleniowej omegi po pierwszym dniu szkolenia:

- Ciekawe czy tu jest jakiś bar, czy coś z kawą...

Kami, radośnie, pokazując ręką:

- jest! Bar Młodzieży!!


Barowaliśmy w tym roku na Mazurach. Wujek od dawna zapraszał, ale jakoś Mazury nigdy nie są po drodze do Wrocławia. W tym roku nie można było polecieć do babci, zdecydowaliśmy się zatem na wyprawę samochodową, a skoro samochodem to nie można za długo jechać... nie z nimi

Plan był zatem prosty - dopłynąć do Gdyni, z jeden dzień odpocząć w Gdańsku (wiecie - pierogi, lody, gofry i te rzeczy), a potem przez Gietrzwałd dotrzeć do Giżycka. Dopiero niedawno w ogóle usłyszałam o tym sanktuarium - wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie zwróciło to mojej uwagi, nawet jeśli słowo gdzieś mi się obiło o uszy. A tu taka niesamowita historia! Bardzo chciałam pojechać, jako że już tak blisko byliśmy... z Wrocławia nigdy nie wybiorę się przecież.

W wielkim skrócie - veni, vidi, vici!

Koronowe wakacje to były jedne z lepszych wakacji w życiu.

Cofnęłam się w czasie o jakieś 30 lat - giżycki almatur to miejsce, gdzie historia się jakby zatrzymała. Ludzie pływają na dezetach i szkolą się na omegach (no dobra, nie wszyscy, bosman ponarzekał na kabinowych żeglarzy, którzy do portu tylko na silniku). Można pójść do bosmana i pogadać o sandaczach w Kisajnie, a właściwie to dlaczego ich teraz nie ma. Omega też taka sama jak w latach 90-tych, tylko niektóre nazwy wihajstrów wyleciały mi z pamięci...

Ale jazdy na rowerze się nie zapomina, podobnie jak żeglowania - to wchodzi we wszystkie odruchy człowieka i zmienia wszystko.

Z dumą i ściśniętym gardłem usłyszałam kamyczkowe "do zwrotu przez sztag" po dwóch dniach szkolenia. A po kolejnych dwóch sam postawił nasze piękne zielone żagle... 




(w te wakacje odkryliśmy jeszcze desku SUP, muszę przyznać, ze nie spodziewałam się, że jedna głupia deska da dzieciom zabawę na cały dzień...)

Z wakacji pozostały nam też piękne ceramiczne pamiątki, wykonane przez nas w pracowni gliny w Giżycku, a potem pomalowane farbkami do ceramiki... nie bez wysiłku, jak w Szwecji nazywa się benzyna ekstrakcyjna...?

Malowanie po szkle to inny rozdział mojej historii, czasy liceum, znowu niechcący cofnęłam się w czasie. Bo to nie jest tak, że jakoś celowo wsponinam starych dziejów ani tęsknię za nimi, w zasadzie przyprawia mnie to o pewien rodzaj smutku - bo tyle się zmieniło, bo stare beztroskie życie to historia... tylko że jakoś tak przypadkiem to wychodzi. Podświadomość...?

A może po prostu człowiek dzieli się tym, co ma, a ma to, czego się kiedyś nauczył...? 


9 listopada 2020

Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije...

... trwa we Mnie, a Ja w nim, będzie żył na wieki!

Pandemia rozwaliła wiele planów, tych na życie wieczne niektórych też...

Mieliśmy w maju być we Wrocławiu, Kamyczek miał przyjąć swoją pierwszą komunię świętą... cały plan misternie utkany, żeby jak najwięcej bliskich mogło z nami radować się tego dnia. Obiad w Czarnej Trufli, cudem znalezionej restauracji tuż koło kościółka na Wittiga, gdzie miałą być wyżej wymieniona uroczystość. Cudem, bo w styczniu okazało się, że lokale na pierwsze komunie rezerwuje się... z rocznym wyprzedzeniem. Ta restauracja jednak była nowa, miała wolny termin!

Jak się domyślacie, nic z tego nie wyszło. 

Wszystko przełożone na niewiadomokiedy.

Jeszcze w maju parafia na Wittiga podała nam drugi termin komunii - 20 września. Ale czy można było to planować? Przekładać bilety lotnicze na wtedy czy znowu będzie odwołane...?

Nie chciałam ryzykować, postanowiliśmy jednak pójść z naszą szwedzką grupą, tu w Lundzie. Pierwotny termin też został odwołany, nowego nie wyznaczono, już w czerwcu prosiłam, żeby zrobić komunie w małych grupkach - zero odzewu. 

A po wakacjach lokalna katechetka napisała, że ona jest w grupie takiego ryzyka, że od marca w ogóle nie spotyka się z nikim, nie jest w stanie angażować się w katechezę. no i ogóle nikt nic nie wie w temacie pandemii, więc pierwsza komunia będzie odroczona do przyszłej wiosny co najmniej.

Tutaj przebrała się miarka. Postanowiłam aktywnie działać.

Inne szwedzkie parafie robiły komunie w małych grupach, już w czerwcu. Dwie pozostałe parafie (czytaj : ich proboszczowie) w Malmo nie odważyły się na czerwiec, wyznaczyły kilka weekendów we wrześniu na te uroczystości. A dominikanie w Lundzie zamknięci na cztery spusty. Do sierpnia nawet mszy świętych nie było, potem zaczęli odprawiać, dla maksymalnie 50 osób - obowiązują zapisy i sprawdzanie nazwisk przy wejściu*...

Gdy dostałam powyższy email od katechetki, napisałam do proboszcza w Lundzie. Jak można pozbawiać dzieci dostępu do sakramentów, przecież można to rozwiązać od dawna, bo kościoły są otwarte i msze się odbywają. Na każdej z nich mój sym mógł przystąpić do swojej komunii! Nikomu nie zależy na pompie, zwłaszcza w sytuacji restrykcji w podróżowaniu i spotykaniu się. Nam zależy na życiu sakramentalnym! Kami jest przygotowany do spowiedzi od dawna, powinien móc aktywnie uczestniczyć w Mszy świętej!

W wielkim skrócie - po iluśtam mailach, wynegocjowałam zgodę na to, że Kami przystąpi do pierwszej komunii indywidualnie, podczas polskiej mszy świętej w Lundzie. Polski misjonarz, który do nas przyjeżdża odprawić msze, nie robił żadnych problemów, a wręcz przeciwnie - odprawił mszę świętą w jego intencji. 

W ten oto sposób 11 października stał się jednym z najważniejszych dni w naszej rodzinie!


Kilka dni temu mój syn mi powiedział: "mamo, teraz w ogóle się nie nudzę podczas mszy, słyszę i rozumiem, co mówi ksiądz i bardzo czekam na każdą kolejną komunię!"



*nie chodzimy do tego kościoła w niedziele, to takie upokarzające - inne kościoły są otwarte i ilość wiernych sprawdza się "na oko", wprowadzono też dodatkowe msze niedzielne. W Lundzie cały wysiłek idzie w organizowanie transmisji intenetowych... 

3 lutego 2020

A.D. 2020

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

To będzie – już jest – rok pełen ważnych wydarzeń. Mój pierworodny syn idzie do pierwszej komunii świętej. Czuję jakby jeden ogromny ciężar mi zdjęto z barków, no może jeszcze nie całkiem zdjęto, ale już czuję zapach wolności 😉

To było bardzo ciężkie dwa i pół roku. Każdy, kto wchodzi w jednostronny związek musi zdawać sobie z tego sprawę przed wejściem. Nie dość, że wszystko, co dotyczy wiary katolickiej jest na barkach jednej osoby, to jeszcze ta druga nie zawsze rozumie. Co to znaczy, że trzeba iść na mszę w niedzielę, i to w każdą, dlaczego to trwa pół dnia, i dlaczego w ogóle chodzicie tam i w sobotę, i w niedzielę. Małe żywe dziecko też woli pójść pograć w piłkę niż siedzieć przez trzy godziny w klasie. Jak je przekonać...? Przed niektórymi weekendami miałam ściśnięty żołądek dopiero w niedzielę wieczorem puszczało. Muszę przyznać, że mam wielki kredyt u Anioła Stróża, wyszłam cało z takich weekendów, że nie spodziewałam się nawet.

Bardzo poważnie traktuję moje zobowiązanie do wychowania dzieci w wierze. I to nawet nie chodzi o zobowiązanie, o to, że przyrzekałam podczas chrztu. Ale o to, że swoje dzieci się kocha bardziej niż siebie samego i chce się im dać wszystko to, co najlepsze. Czyli przede wszystkim naukę o zbawieniu duszy ludzkiej. Chce się kształtować ich charakter i sumienie, żeby wiedziały jak wybrać dobrą drogę. Jak się nie załamać, gdy jest ciężko. Jak żyć z głową w chmurach i twardo na ziemi. Jak być wdzięcznym za życie i jego dary.

Ale relacja z dziećmi to jedno, świat widzialny ma swoje wymagania i rubryczki. Proboszcz nie dopuści do komunii dziecka, które nie chodzi pilnie na katechezę. Pilnie, czyli minimum 80% obecności – tak to ponoć określił, katechetka kilkakrotnie komunikowała to rodzicom. Szwedzkie katechezy są w niedziele po mszy, co dwa tygodnie. Polska misja z kolei organizuje katechezy w soboty, w środku dnia, co tydzień. W mojej sytuacji odpada taki tryb, zatem wybraliśmy szwedzkie. Kilkoro dzieci z klasy syna chodziło na nie, było łatwiej. Oczywiste, że dziecko chętniej chodzi jeśli ma tam dobrych kolegów. A i mi na tym zależy, to wzmacnia przekaz.

Ale potem zrobiło się trudno – okazało się, ze czasem szwedzka katecheza koliduje z polską mszą, która co dwa tygodnie była w kościele w Lundzie. Były zatem niedziele, kiedy syn nie poszedł na katechezę tylko był ze mną na mszy. W przeciwnym razie musiałabym być na dwóch mszach, bo na polskiej śpiewałą schola, którą od 5 lat prowadzę.Czasem byłam, czasem nie dawałam rady...

Wtedy to pierwszy raz usłyszałam regułę „80%” i okazało się, że syn jest zagrożony. Ze będzie musiał powtarzać pierwszą klasę. Większość klasy była w tej samej sytuacji, potem się okazało, musieliśmy przyjść na dodatkową półdniową katechezę w pewien wakacyjny dzień i wymaganiom rubryczek stało się zadość.

W drugiej klasie była przebudowa kościoła. Wszystko stanęło na głowie, katecheza tylko raz w miesiącu – za to przez 3 godziny. Żeby nie jeździć w te i we wte, to w końcu 15 km od domu, czekałam, aż skończą. Zaczęłam w związku z tym pomagać i przygrywać czasem na gitarze, gdy katechetka poprosiła. Nauczyć się szwedzkich piosenek religijnych. Zorganizować czas Kubusiowi, który zawsze jechał z nami, 3 godziny to sporo dla czterolatka. 

A w niedzielę osobne wyjście na mszę, oczywiście, już na polską mszę jechaliśmy, bo dzieci wolą się modlić po polsku. Daliśmy radę, poznałam przy tym kilku fajnych rodziców i miałam poczucie głębokiego zaangażowania w tę edukację syna. Kubusiowi nie stała się krzywda od czekania abi od nadmiaru kościoła...

W trzeciej – obecnej – klasie katechezy przeniesiono na niedziele... Przypominam, że kościół dalej był w przebudowie, do grudnia 2019, wiec dalej pożyczaliśmy katdrę od protestantów. Oczami katechetki miało być tak - na porannej mszy w katedrze dzieci siedzą z nią. A zatem musimy wstać w tę niedzielę o 7 rano, tyle potrzeba, żeby zjeść śniadanie, ubrać się i zdążyć do Lundu na mszę o 8:30. Msza trwa 1,5 godziny, ksiadz proboszcz lubi kadzidło, długie procesje wejścia i wyjścia, długi hymn po komunii (zawsze zaczynamy śpiew po zakończeniu mycia naczyń i zawsze spiewa się wszystkie zwrotki). Zatem o 10 zaczyna się ta katecheza, przez 3 godziny. W tym czasie ja i Kubuś musimy szwędać się po Lundzie... ze dwa razy poszliśmy do wspólnych znajomych z Lundu, ale wtedy Kami był zawiedziony, bo on też ich bardzo lubi i też chce do nich iść, a nie siedzieć na katechezie nieprzyjemną szwedzką katechetką (dzieci jej nie lubią, niestety, to też nie pomaga)...

Od stycznia wrócił tryb z pierwszej klasy, katechezy krótsze, co dwa tygodnie, po mszy. W czasie katechezy rodzice siedzą przy kawie i gadają. Teraz już nie przeszkadza mi to, ze czasem jest kolizja z polską mszą, to już nic w porównaniu z trzema godzinami czekania. Jedziemy na pierwszą, szwedzką mszę, Kami jest na niej sam a ja ze scholą prowadzę próbę przed polską mszą o 12.

Przez te trzy lata każdy weekend to jest żonglerka – w szwedzkiej dziecięcej lidze wszystkie mecze są zawsze w weekendy, bardzo często w niedziele rano właśnie. Nowa świecka tradycja, tu już prawie nikt nie chodzi do kościoła. Musiałam się nauczyć odmawiać uczestnictwa w meczu, chociaż syn uwielbia grać mecze i za każdym razem był zawiedziony. Ale tłumaczyłam, co jest najważniejsze, dzieki temu, że ma w kościele już wielu bliskich kolegów zawsze rozumiał i bez większych histerii rezygnował. Gorzej jak były zaproszenia na urodziny czy wyjazdy.

Jeszcze tylko 3 miesiące, już czuję, że ciśnienie wyraźnie spadło. Wiem, że wielu rodziców czuje odwrotnie, że teraz to wydatki i góra przygotowań. Nie wiedzą co mówią 😊 Wydatki to NIC przy trzech latach stawania na rzęsach i łzach w oczach dziecka, które nie mogło pójść pobawić się w kolegami. Bo nie zda z religii.

Teraz to już tylko przyjemość i ulga, że daliśmy radę przygotować się.

W naszym przypadku zaplanowałam, że sama ceremonia komunii będzie we Wrocławiu, w parafii taty chrzestnego na Wittiga. To umożliwi naszej rodzinie i bliskim przyjaciołom być z nami w ten ważny dzień. Lokalny ksiądz się zgodził, nawet restaurację udało się znaleźć, co wcale nie jest oczywistością (czego się dowiedziałam, jak zaczęłam szukać). Ale Pan Bóg pobłogosławił i w tym!

Mamy jeszcze jedną małą trudność przed sobą, a mianowicie szkołę, która nie chce dać nam kilku dni urlopu. Od marca do połowy maja odbywają się w Szwecji egzaminy porównawcze, które wszyscy trzecioklasiści powinni pisać, zatem szkoła podjęła decyzję, że w tym okresie nikomu nie daje urlopu. Zaczęłam już negocjacje z dyrekcją, zobaczymy, ale póki co mam nadzieję, że nasza katolicka (sic!) szkoła nie będzie robić niepotrzebnych przeszkód. Dyrektor jest wierzący, także mam nadzieję, że zrozumie mój argument, że w trzeciej klasie nie ma dla dziecka nic ważniejszego niż pierwsza komunia święta, więc jeśli będzie kolizja z egzaminem to prosimy o zmianę terminu egzaminu, jeśli to możliwe, a jeśli nie to o potraktowanie tej nieobecności za usprawiedliwioną.

Bardzo prosimy o dalsze kibicowanie naszej rodzinie i modlitwę o usunięcie pozostałych przeszkód, oraz o dobrą spowiedź i głębokie przyjęcie Eucharystii przez Kamyczka.


25 lutego 2019

Małe dzieci mały kłopot...

9 lat temu zostałam mamą.

Nie miałam świadomości co to oznacza, cieszyłam się ślicznym małym dzieciątkiem, które tak ufnie przytulało się do mnie. Cierpiałam zmęczenie i niedospanie.

Znajomi mówili "małe dzieci mały kłopot, duże dzieci - duży". Zawsze mnie denerwowało to powiedzenie, jak to kłopot. Rodzice zawsze się martwią o dzieci, dlatego są rodzicami.

Teraz mój kłopot ma 9 lat i zaczynam rozumieć.

Niedospanie to pikuś przy nieustannie trawiącym mnie teraz strachu o język polski dziecka. O zakorzenienie w nim wiary i tradycji. O ogólnie pojętą edukację. Uświadamiasz sobie jak długofalowe to projekty i jak mizerne Twoje wysiłki w ich skali. Do tego już widzisz oczyma wyobraźni przyszłe problemy ze szkołą, pracą czy wiarą, już słyszysz ich bezczelne odzywki do rodziców...

Ale przecież kropla drąży skałę.

No i wierzę, że działa łaska Boża, ta wlana na chrzcie świętym. Ale także ta wypraszana każdego dnia, często na kolanach i ze łzami w oczach. Bo dziś znowu zawaliliśmy mszę świętą. Bo dziś nie udało się uniknąć bójki między chłopcami, tudzież wyzywania od głupków. Bo znowu puściły mi nerwy i zbeształam towarzystwo.

Największym kłopotem jest utrzymanie siły i cierpliwości, nie tracąc zaufania do Najwyższego. Który przecież obiecał nosić nasze ciężary.

I nagle po takim pochmurnym dniu przychodzi słońce - mój dziewięciolatek bez żadnej zachęty pomagał przy robieniu ciast, pierogów a wczoraj sam upanierował i usmażył wszystkie kotlety a'la schabowe oraz zrobił sałatkę. "Mamo, już umiem sześć potraw zrobić! Kanapki, tosty, jajko na dwa sposoby, ugotować i usmażyć parówki, sałatkę oraz KOTLETY!".





27 stycznia 2019

O wyzwaniach

Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

Ile to ja razy to słyszałam, sama sobie powtarzam. I że złoto próbuje się w ogniu. I że Pan Bóg przychodzi jak "ług farbiarza". Ług ma za zadanie aktywizować różnorakie procesy chemiczne, czyli ... wyżerać, zmieniać, katalizować procesy.

"Albowiem On jest jak ogień złotnika i jak ług farbiarzy. Usiądzie więc, jakby miał przetapiać i oczyszczać srebro, i oczyści synów Lewiego, i przecedzi ich jak złoto i srebro, a wtedy będą składać Panu ofiary sprawiedliwe. Wtedy będzie miła Panu ofiara Judy i Jeruzalem, jak za dawnych dni i lat starożytnych".

Od kilku miesięcy nic tylko walczę, padając czasem na twarz ze zmęczenia.

Najpierw moja walka z dietą i nadwagą, bardzo dobrze mi poszło, w sumie zeszło prawie 20 kg. Sama Dąbrowska to były tylko 3 tygodnie, ale do dziś kupuje kilogramy warzyw, gotuję chude zupki i codziennie rano piję zielony koktajl. Obieram te czerwone grejpfruty. Kiszę te buraki... neverending story.

Drugi front to język polski. Od września przerabiam z Kamyczkiem polski podręcznik do drugiej klasy. "Nowi Tropiciele". Program poleciła mi koleżanka z pracy, jej mąż codziennie przez godzinę (!) pracuje z ich drugoklasistką właśnie nad tym programem. Bardzo są zadowoleni, mała juz czyta jak z nut.
No Kami nie czyta jak z nut. Bazgrze jak kura pazurem ("Kami, pamiętaj o linijkach, pisz literki od linijki do linijki!", "no co napisałeś, przeciez to źle, popraw!" i tak dalej...). Niechętnie siada do lekcji. Każdorazowo wymaga to przekonywania ("znajomość dwóch języków w mowie i piśmi jest szalenie ważna, kiedyś zobaczysz"), szantażu ("nie ma tableta przez tydzień") tudzież małej manipulacji poprzez obrażanie się na niego ("nie oglądamy dziś żadnego filmu razem, jest mi przykro, że nie chcesz popracować nad polskim"). Bo muszę tu dodać, że mamy swoje ulubione polskie seriale, które czasem razem oglądamy. Prym wiedzie Ojciec Mateusz, który, muszę przyznać, robi niezłą robotę w oswajaniu dziecka z chrześcijanskim światem wartości.

KamiCzyta from Ola on Vimeo.

Chciałam wzorem koleżanki pracować codziennie, ale daję radę góra trzy razy w tygodniu. W inne dni mamy trening Kamyczka, moje próby scholi albo ... idę pobiegać. Tego też potrzebuję dla zdrowia psychicznego, nauczyłam się wyszarpywać czas na to, choćby o 6 rano.

Ale najcięższy oręż wytoczono na innym froncie - duchowym.

Każda niedziela to moja wewnętrzna walka o to, czy dziś się uda całą rodziną (czytaj: z dziećmi) pójść do kościoła. Bo można przecież posiedzieć z tatusiem na kanapie. Bo w weekendy można grać więcej na tablecie. Bo przecież co tydzień chodzimy... Najgorzej jak mąż się wtrąci i mniej lub bardziej świadomie robi krecią robotę, typu - zaproponuje wspólne wyjście z dziećmi żeby pograć w piłkę. Robi się nieprzyjemna przepychanka. Ostatnio poległam, co skończyło się kompletną rozpaczą. Przecież przyrzekałam na chrzcie świętym, że wychowam po katolicku. Przecież ośmiolatek nie jest winny swojego grzechu opuszczenia niedzielnej mszy świętej w takiej sytuacji, on nie może wybierać między rodzicami.

Mądra koleżanka Asia dała mi dobrą radę. Jeśli dzieci mają chodzić z rodzicami do kościoła na mszę i wzrastać w wierze, to wszystko musi być pod to podporządkowane. Treningi, schole, język polski i obiadki z przyjaciółmi. Nie uda się misterne planowanie ciągnięcia wszystkich srok. Będzie stres, nerwy i wiele brzydkich słów padnie przy okazji, z których potem będe się spowiadać. Trzeba mieć bardzo jednoznacznie ustawione priorytety. Odpuścić wszystko, co przeszkadza. Wypalić własne ambicje do żywego.

Bo Pan Jezus jest ważniejszy niż język polski.


Lepiej jednookim wejść do królestwa Bożego niż nie wejść wcale.  Lepiej wejść tam czytając tylko po szwedzku...

Ambicja matki polki to ciężka pokusa. Do tego dochodzi ambicja patrioty i harcerza. Oraz ambicja gramatycznego perfekcjonisty... to większe wyzwanie niż dieta Dąbrowskiej!

GloriaInExcelsisDeo from Ola on Vimeo.

28 października 2018

Kidsvolley

Wciągamy się w siatkę. Kami został zaproszony na swój pierwszy "turniej" siatkówki. Nasz klub z Lundu bardzo liczny, wystawił aż trzy drużyny.



Turniej był w Ystad, 40 minut drogi od nas - trochę daleko, ale Kami bardzo chciał pojechać. Pomimo deszczu, przejmującego zimna i mojego zapalenia ucha zdecydowaliśmy się na wyprawę.

I było rewelacyjnie.

Już sama gra mnie zaskoczyła. Kami jest w grupie 6-8 lat, jest w najstarszym rocznikiem w niej. Dzieci jeszcze nie potrafią odbijać piłki, na razie uczą się łapać i rzucać. Oraz zagrywać dołem (nasz wuefista by nas przeczołgał za takie zagrywki). Bardzo mnie nurtowało jak oni w ogóle będą grać.

W turnieju brało udział 6 drużyn, sworzono dla nich trzy małe boiska. Każdy z każdym grał dwa razy.


A sam mecz miał takie zasady: każda drużyna zaczynała 4 zawodnikami, ustawionymi w romb w stosunku do siatki. Po każdej akcji było przejście. Akcja polegała na wprowadzeniu piłki zagrywką, drużyna przeciwna miała złapać piłkę i odrzucić. Upadek piłki na ziemię kończył akcję. Osoba, która "zawiniła" (zepsuła zagrywkę, wypuściła piłkę, nie doszła do piłki) opuszcza boisko, reszta drużyy gra. Dopiero gdy cała drużyna zejdzie z boiska (= przegra 4 akcje) drużyna przeciwna dostaje punkt Każdy mecz trwa 10 minut.



Bardzo jasne zasady i żadnego forowania swoich synków. Już tu zapunktowali :)

Kamyczkowi bardzo się podobało - jest wysoki i szybki, szło mu świetnie, mówię to nie jako mama.



Sporo rodziców jest bardzo zaangażowanych, biegają po boisku z dziećmi i razem z nimi się rozgrzewają. Ach, jak fajnie było zowu pograć w siatkę, Kami nauczył się nieźle odbijać dołem. Ma zmysł taktyczy, zaczął kombinować z uderzeniami, żeby rzucać tam, gdzie nie ma przeciwnika. Naprawdę, widzę jego przyszłość w tym sporcie. 

Czy o zobaczy to się okaże, nie będę przecież go zmuszać.


Kubuś we wszystkim kopiuje brata. Od wczoraj ma ksywę Kubiak bo przy rzucaniu piłką próbuje atakować z podskoku zamiast rzucać!

Stosunki z inymi rodzicami też zupełnie inne niż na meczach piłki. Nie wiem czy to kwestia innej tkanki społecznej grającej w siatkówkę, czy języka, czy tego, że klub jest z Lundu, ale atmosfera o wiele lepsza. Znamy się od kilku tygodni, z widzenia tylko, a już nawiązałam kontakt z czterema fajnymi rodzicami - Szwedem, Włochem i dwoma Polakami. Syn pana Piotra chodzi na katechezę z Kamyczkiem i widujemy się na polskich mszach, przy bliższym poznaniu okazał się wrocławianiem :)



Wiem, że w klubie siatkarskim są też grupy dla dorosłych amatorów. Wysłałam wczoraj zapytanie o warunki uczestnictwa, treningi są dwa razy w tygodniue, ale ja mogłabym tylko raz. Jeśli tak można, to na bank wracam do gry!

6 października 2018

Trzeba to przeżyć

Kolejny weekend pełen aktivitetów dzieci. Smaganie wiatrem, robienie kanapek, szukanie butelek na wodę, bycie szoferem swoich dzieci... Trzeba to przeżyć - poradziła doświadczona koleżanka. Tu w Szwecji nie ma SKSów, trzeba samemu organizować.

Pojęcie "aktivitet" oznacza wszelkie zajęcia pozalekcyjne, zwykle organizowane przez różne kluby, domy kultury czy organizacje skautowe. Kami ma piłkę, choć i pianino można by zaliczyć.

Wydawało mi się, że to już wszystko, co można wcisnąć w nasz grafik pełen szkoły, pracy, robienia lekcji, prób scholi i niedzielnych wyjść do kościoła (które trwają zwykle 3-4 godziny, bo po mszy jest zawsze czas na spotkanie przy kawie).

Ale nagle pojawił się temat siatkówki. Mamusia oglądała co wieczór, ile mogła, co tam, że dzieci trzeba nakarmić i położyć spać, nie mówiąc, że wypada czasem umyć. Nie teraz, Tatuś Ci da jeść, idź do niego!

 Siatkówka to moja miłość od czasów podstawówki. Od szóstej klasy trenowałam zawzięcie w szkole podstawowej nr 66, nasz ukochany wuefista pan Jan Liberski uczynił z bandy nastolatek wspaniałą ekipę. Byłyśmy klasą sportową, z sześcioma godzinami wuefu w tygodniu. Dodatkowo miałyśmy sześć godzin treningu, także codziennie od poniedziałku do soboty miałam dwie godziny lekcyjne siatkówki.

Byliśmy tak dobre, że trener zapisał nas do ligii szkół średnich. Pamiętam, że już w siódmej klasie wygrywałyśmy większość meczów w tej lidze, tylko szkoła Gwardii Wrocław nas biła na głowę. Ale tam były takie damskie wersje Bartosza Kurka.

Gdy o tym opowiadam znajomym pytają kiedy się uczyłam. Nie wiem kiedy. Nie pamiętam ślęczenia nad lekcjami w podstawówce. Ale pamiętam, że warunkiem trenowania było to, że oceny nie mogą się pogarszać. Na każdym półroczu pan Liberski robił tabelkę z naszymi ocenami, porównywał z końcowymi. Jak były gorsze to delikwentka wypadała z treningów, bo siatkówka nie może przeszkadzac w nauce. Także cała nasza siatkarska ekipa miała co roku czerwone paski. Niektórzy dodatkowo startowali w olimpiadach przedmiotwych, ja próbowałam sił w geografii, rosyjskim i polskim.

No a teraz mój syn poprosił mnie, żebym grała z nim w siatkówkę.

<3

Aż podskoczyłam z radości! 

W wakacje już kupiliśmy piłkę do zabawy na plaży i w ogródku, kilka razy zdarzyło nam się grać z linką rozpiętą między jabłonką a wieszakiem na pranie. Ale stara sztywna mamusia może sobie zrobić krzywdę przy zagrywce, nawet ogródkowej.

Poszperałam w necie i zobaczyłam, że niedaleko szkoły Kamyczka działa klub siatkarski. Kami od razu chciał spróbować, okazało się, ze początek roku roku to idealny czas na zapisy. Voila!

W sobotę poszliśmy na testowy trening. Szkolna sala gimnastyczna, taka typowa jak za peerelu, troche lepiej wyposażona bo z sufitu jakieś liny zwisają. Ale już rozwijanie siatki wzbudziło wspomnienia sprzed 30 lat :)

Trening to była taka typowa gimnastyka, ze skokiem przez skrzynię, fikołkiem na materacu oraz przejściem po równoważni. Dopiero ostatnie 20 minut to było uczenie się odbić czy rzucania piłką przez siatkę. Kamyczkowi bardzo się podobało, Kubusiowi też ;) dorwał piłkę i graliśmy sobie z boczku.

Pójdziemy na pewno na kolejny trening. Kami jest bardzo wysoki, fizyczne warunki ma o wiele lepsze niż ja.



Zastanawiam się trochę, czy to nie za dużo, czy nie przeciążam go. Ale przyznam, że perspekrywa odciągania dziecka od telewizora przez całą sobote jest średnio przyjemna, wolę go zabrać na trening, to zresztą tylko godzina. A póki dziecko woli zajęcia z mamą niż ekran... nie wiem jak długo to potrwa. Korzystać póki można!

Dodatkowym czynnikiem jest fakt, że nie jesteśmy pewni dalszego grania w piłkę nożną. Kami lubi grać, ale w naszym klubie zrobiła się klika. Pewne dzieci, te najdłużej grające i najbardziej zaawansowane, są zawsze wybierane na mecze. ich rodzice angazują się mocno, czasem pomagają w treningach. Przy podziale na drużyny, ci najlepsi chłopcy zawsze lądują w jednej drużynie. Inne dzieci to czują, już wcześniej słyszałam od rezygnujących matek, że to jest duży problem tej drużyny, ale dopiero po czasie doświadczyłam tego na własnej skórze. Czy raczej skórze rozczarowanego syna, który pyta czemu nigdy nie jest w dryzynie z tym czy tamtym, kolegami ze starej szkoły.

Nie wiem, synku. Nie przejmuj się tym, coraz lepiej grasz!

Zobaczymy jak się rozwinie sytuacja, póki co chodzimy na każdy trening. Kami przybrał na wadze w ostatnim roku, traktuję te treningi jako antidotum na otyłość. Mecze nie mecze, pobiegać za piłką jest zdrowo. Także póki ogarniamy logistykę – jeździmy. 


6 października 2017

Wychowanie klasyczne w praktyce

Nie wiem czemu media podniecają się jakimś Ksawerym, ktoś, kto mieszka na wybrzeżu Szwecji ma codziennie jakis orkan ;)

Wczoraj byłam dumna z siebie.

Wieje jak zwykle, do tego padało przez kilka poprzednich dni (oczywiście, przecież to jesień w Szwecji), a tu czwartek. Piłka Kamyczka.

Zaczynam poganiać dziecko do ubierania się w "sprzęty" futbolowe, bo to za pół godziny, na co mąż mówi: "żartujesz?? w taka pogodę?".

Zdębiałam nieco, po chwili myślę, że może ma rację, że przecież pada... nic się nie stanie jak raz opuścimy. Ale widze smutną minkę Kamyczka - i to mnie zmotywowało. Wstyd trochę, że nie wewnętrzna dyscyplina, ale liczy się skutek.

- Nie, jak się ma trening to trzeba iść. Ubierzemy się ciepło i będzie dobrze.

- A co on, jakiś Messi czy co, daj spokój, posiedźcie w domu - odpowiedział mąż.

W przypływie natchnienia odpowiedziałam natychmiast:

- A może to kolejny Messi, skąd wiesz, i właśnie podcinasz mu skrzydła!

A. spojrzał na mnie wilkiem, odburknął tylko "a rób co chcesz, ale jak bedzie chory to Twoja wina".

Trochę mi głupio za szantaż emocjonalny, ale z drugiej strony... przecież o to w tych treningach chodzi. O ćwiczenie charakteru i wytrwałości. O nie szukanie wymówek.

Ubrałam Kamynia w moją dawna bluzkę do biegania (o matko, czy ja naprawdę kiedyś byłam taka szczupła? a może to syn tak wyrósł...?), jego spodnie "pod kombinezon" pod spodenki i rękawiczki.

To był świetny trening, świeciło nawet słońce zza burzowych chmur, a na koniec Kami dostał medal za udział w rozgrywkach ligii dziecięcej.

A po powrocie poćwiczylismy literkę Ł, odrobilismy szwedzkie czytanie i nawet było jeszcze pół godziny bajek.

Padłam z dziećmi o 21:30. Najbardziej to ja zmarzłam na tym treningu, siedzac na ławce.



8 września 2017

Dylematy



Zapisałam Kamyczka na wymarzoną piłke nożną. Trening co tydzień, mecze w niedziele.

Bardzo się gryzłam co z tym zrobić – wszystkie dziecięce ligi mają taki układ. A jak się wyrośnie i dalej gra w juniorskiej lidze, to wtedy trening dwa razy w tygodniu a w niedzielę mecz.

Czy ci ludzie nie chodzą do kościoła??

Głupie pytanie. Oczywiście, że nie.

Mąż mówi, że to w takim razie on go będzie zaprowadzał.

Ale jak to tak, przecież w czasie, kiedy jest mecz mama służy podczas polskiej mszy świętej w Lundzie! I Kami też powinien być na mszy, w końcu marzy o przystąpieniu do Komunii Świętej a ja chcę go do niej przygotować.

Nie ma mowy, ja będę koordynować piłkę i już.

Inna rzecz, że można pójść na mszę wieczorną – to znaczy my, Polacy, możemy, bo szwedzi nie maja wieczornej mszy w swoim języku, nigdzie! Mają trydencką, angielską, czasem arabską, no i polską, w tym słynnym Rosengardzie. Gdzie samochody płoną a kobiety boją się chodzić bez nakrycia głowy.

Niemniej jednak to na porannych mszach toczy się życie wspólnoty – to taka „suma” w naszym wydaniu, z kawą po Eucharystii i ciekawymi spotkaniami.

Siedzę i myślę jak rozwiązać ten węzeł gordyjski. W zeszłym tygodniu poszliśmy na pierwszy mecz – cały czas czułam sie dziwnie. Jakbym była w nieodpowiednim miejscu. Dopiero po wieczornej mszy odetchnęłam – wszystko wróciło na swoje miejsce. Dziwne, kiedyś regularnie chodziłam na msze na godzinę 20, a teraz jakoś nie mogę. O 20 to ja myję zęby, na wszelki wypadek, gdybym zasnęła przy usypianiu dzieci...

Póki co podjęłam męską decyzję – to ja będę decydować kiedy Kami gra. Niniejszym odmówiłam właśnie uczestnictwa w meczu w najbliższą niedzielę. Jeśli za tydzień nas powołaja to zaakceptuję (polskie msze w Lundzie są co 2 tygodnie) a jak nie to trudno. Kamyczek musi przeżyć bez meczów, treningi muszą na razie wystarczyć.

Czy polscy rodzice też mają takie same dylematy...?



2 czerwca 2017

Normalnie


W tym tygodniu odbył sie jeden z koncertów kończących rok szkolny – dla młodszych dzieci. Wszystkie będą miały drugi koncert, 15 czerwca, czyli dzień przed oficjalnym zakończeniem szkoły. Takie koncerty odbywają się przynajmniej dwa razy w roku.

Było... jak by to powiedzieć... NORMALNIE. Dzieci zaangażowane, poprzebierane i pięknie rozśpiewane. Żywa muzyka. Śpiew wykonany czysto i z entuzjazmem. Jaka ulga... do tej pory słyszałam kocie mauczenie i podkłady z CD. Dziwiłam sie, że dzieci mogą aż tak fałszować. A jednak wcale nie muszą, jak widać.

Spektakl trwa ok 30 minut, opowiada o foce Sally (Sally säl), która mieszka sobie z rodzicami w morzu. Ale już dorosła i chce sama popływać. Ucieka przed rekinami ("haj" po szwedzku - "hajar kommer" to piosenka o nadpływających rekinach), potem przed węgorzami elektrycznymi (chłopcy z latarkami), potem ktoś ja łapie w sieć... ale dobra dusza pomaga jej się wydostać i wraca do rodziców.

Kamyczek jeszcze się nie załapał na scenę, dołączył wszak dopiero miesiąc temu. Ale cała jego grupa, która w czasie świetlicy chodzi na chór, była tam (już tydzień temu Kami zapowiedział mi, że w nowym roku musze go zgłosić do chóru), więc Kami filmował i robił zdjęcia. Rodzice na widowni także z aparatami, nikt nie ma paranoi w temacie fotografowania. W placówkach w mojej gminie panuje kompletny zakaz uwieczniania występów dzieci (które notabene są niezmiernie rzadkie, w porzedniej szkole Kamyczka przec cały rok nie było żadnego koncertu czy wystepu jego klasy w szkole), pamiętam jak kiedyś jakaś matka mi zwróciła uwagę gdy robiłam zdjęcie swojemu synowi. Nie mam prawie żadnych pamiatek z wcześniejszej edukacji Kamyczka.

Po „naszym” występie rodzicie siedzieli w stołówce, przy kawie i ciastkach. Rozmawiali i umawiali się na pozaszkolne spotkania. Wymieniali uwagami o Lund, alergiach, sporcie i kłopotach z zapędzeniem dzieci do ćwiczeń na instrumencie.

Przypomniały mi się spotkania w poprzednich placówkach – nuda, robienie dobrej miny do złej gry, uprzejmie i chłodno, rodzice nie zainteresowani relacjami dzieci.

Wracałam do domu ze łzami w oczach. Czułam się na swoim miejscu, we właściwym otoczeniu, rozpierała mnie radość. Kami nucił melodię o foce. Kubuś przeżywał fakt, że był w szkole starszego brata i że chce jeszcze.

Szkoła Kamyczka - Foka Sally - początek spektaklu from Ola on Vimeo.




3 lutego 2017

Gadunie dwie

W zasadzie to już nie jest takie zabawne jak Kami gada, a może też po prostu przyzwyczaiłam się do zabawnych przejęzyczeń, choć jakieś oczywiste błędy już od dawna koryguję. Ale czasem trafi się prawdziwa perełka, którą trzeba uwiecznić. Zaczyna się okres wspaniałych rysunków i ciekawych napisów. Ech, życie życie, nie pędź tak, nie nadążam!  :)

Kto rozszyfruje napisy...? :)

Jedziemy do sklepu któregoś dnia, ja i dzieci, więc wiadomo, trzeba szybko obrócić... ale średnio wychodzi, co chwila jakiś spowalniacz ruchu. No i gadam do siebie: "no jak ten gościu jedzie, może 50 a jedzie 30!", potem "no i jeszcze ten rowerzysta, musi środkiem pasa?", za chwilę baba w chuście zatrzymuje się swoim wypasionym dżipem na środku ulicy, jak gdyby nigdy nic, święta krowa czy co?... I tak dalej, i tak dalej... po dłuższej chwili Kami pyta z tylnego siedzenia, zupełnie poważnie:

- Mamo, czy wszyscy NA ŚWIECIE źle jeżdżą... z wyjątkiem Ciebie?

#PolskiKierowcaWSzwecji #PrzedDzieckiemNicSieNieUkryje


***

Kilka dni temu.

Odebrałam dzieci z placówek, wraz z Kamranem idzie do nas jego koleżanka z klasy, Lukne. Podpytuję ją czy jej młodszy brat już mówi, jest jakoś w wieku Kubusia (gadamy po szwedzku). Na co Lukne mówi, że gada jak najęty, wszyscy się zachwycamy.

Na co odzywa się Kubuś, z pretensją w głosie:
- Kubuś också pratar!*

AAA nowa Gadunia nam wyrosła!!!!


* po szwedzku: "Kubuś też mówi!"

 ***

Któregoś wieczora.

- No i co, Kami, tatuś odgrzał ci jedzonko, jak prosiłeś?
- Tak, dał mi ten ryż z ziemniakami.
- Co?? Przecież to nie pasuje!
- No właśnie!!! I nawet się nie rymuje!!!

#NajważniejszeŻebySięRymowało

***

Podczas świąt.
Kami zjadł kawałek całkiem spory ciasta, po chwili podchodzi i prosi o cukierki.

- Kami, przecież już ci dałam ciasto!
- Ale się ODZDECYDOWAŁEM

***

Mamo, zgadnij kto to jest? - Kami pokazuje dumnie swój pierwszy komiks.


***

Wracam któegoś wieczoru do domu. Kami wita mnie u progu.

- Patrz, mamusiu, co zrobiłem. Zupełnie sam!



To dopiero powitanie,  chleb i sól się chowają (sic!) :)

18 grudnia 2016

Koncert Bożonarodzeniowy

Dziś jest jeden z tych dni, kiedy mama może być dumna z synka :)

A jednocześnie mam nadzieję, że tę wariację na temat "Kurki Trzy" słyszę po raz ostatni w życiu... od tego zaczynają "dzieci Suzuki", no i pani nauczycielka kazała wszystkim to zagrać na koncercie... (utwór nr 2)

Kami też już nienawidzi tej melodyjki.

Ale w tej na dwie ręce się zakochał. Może dlatego to jego pierwszy utwór na dwie ręce?



Potem dzieci grały trójkami. Strasznie się ten koncert ciągnął przez to. Nie wiem jak wyglądają koncerty w polskich szkołach muzycznych, czy cała klasa po kolei coś gra a reszta czeka na swoje 5 minut (tutaj: dwie)? Maluchy bardzo ciężko to zniosły, a maluchów było sporo - całe rodzeństwo "artystów". A nawet sami artyści, niektóre dzieci nie miały 5 lat i siedziały w pierwszym rzędzie bez rodziców.

Był też jeden dziewięciolatek, który zagrał pięknego menueta Bacha. Zachwyciłąm się tym utworem niemal tak samo jak grą Kamyczka.

Generalnie - wspaniałe doświadczenie, trochę źle pomyślane organizacyjnie. Co by tu podpowiedzieć pani Elizabeth przed następnym...?

21 października 2015

Gadunia w formie!

Przy kolacji, Kami przyniósł przedszkolny wierszyk, coś w stylu "cisza na morzu bałwan śpi...". W szwedzkiej wersji "kto się odezwie ten musi wyjść". Odzywam się, oczywiście.

Kami zaraz:
- Musisz wyjść!
- Naprawdę...? Ale na dworze już tak ciemno... - negocjuję.
- No dobra, nie musisz. To przecież taka PRZENOŚNIA.



Kilka dni temu.
- Mamo, co dziś na śniadanie?
- Jajko, chcesz?
- A jakie? Jak takie płaskie, jak tatuś robi, to chcę, a jak takie POGNIECIONE jak Ty, to nie.



Wychodzimy na dwór.
- Ale fajnie, nie ma wiatru - spontanicznie komentuję
- Ale tyci tyci wiatru musi być - oponuje Kamyczek - przecież by nie bylo czym oddychać!



Innego dnia, przy śniadaniu. Gadka o cyferkach. W końcu napisałam wszystkie do 20 i objaśniam.
- a jak będziesz miał tyle lat, o tutaj - pokazuję 18 - to będziesz dorosły i będziesz mógł nawet wyprowadzić się z domu...
- Cooooo? Wyprowadzić się od rodziców??? NIGDY!!!




Wracam z delegacji. Kami rzuca się do walizki:
- Mamo, ja ci pomogę! - akurat, chce położyć łapę na prezentach, no ale pozwalam.
- Patrz, mamo, dałem radę z taką ciężką walizką. Jestem prawdziwym CIĘŻAREM! - i pręży mi muskuły przed nosem.


Wieczorem, zasypiamy.
- Mamo, a czemu ty i tatuś jeździcie ciągle w te INNE ŚWIATY a ja nie? Macie lepsze życie ode mnie! - mówi Kami rozżalonym głosem




Kami porwał ze stołu ciastko imbirowe. Po chwili oddaje z obrzydzeniem:
- coś tam czuję jakąś CEBULĘ!

Taki Kubuś niczym nie gardzi...


P.S. To białe ubranko wywaliłam po w/w "obiedzie"... nie wiem z czego dzisiaj robią pomidory, ale nie da się sosu bolońskiego nijak doprać... nawet plastikowa cerata się usyfiła i pozostała pomarańczowa!

23 kwietnia 2015

400 pytań dziennie?

Strasznie dawno nie wrzucałam gadek Kamyczka, oto mała kolekcja z ostatnich kilku miesięcy. Na fejsbuku regularnie uzupełniam - służy trochę za notatnik. Ale za kilka lat nic się tam nie znajdzie... Ba, za kilka miesięcy ciężko będzie.

A na pewno będę chciała znaleźć, język pięciolatków jest taki wzruszający.

I zawsze ostatnie słowo musi należeć do Kamyczka...

"No mamo, czemu nie idziesz!" i tupnięcie nogą...

***

Zapisuję pieśni na najbliższą mszę. Pod nosem mówię tytuły...
- "Oto jest dzień", "Jeden chleb"...
Wtrąca się Kami:
- co? Skończył się?
- Ale co? - nie bardzo rozumiem
- No chleb! Jeden chleb musimy kupić?

***

Rano. Szykuję śniadanie - jajka, chleb. Przychodzi Kami:
- mamo, ja chcę jeść te warzywka, wiesz które.
Wiem. Mrożonka "zestaw chiński do woka". Ulubione jedzenie ostatnio.
- Kami, ale to jest na obiadek. Teraz jemy śniadanko
- To w takim razie ja nie chcę śniadanka, chcę obiadek!


***

Poranek jeden z wielu. Kubuś pełza po łóżku, w pewnej chwili wpełzł mi na klatkę piersiową. Gadam do niego, jak to matki zwykły gadać:
- No i co mój ty dusiołku? Nigdy nie odpuszczasz, co?
Kami z boku słucha. I natychmiast pieszczotliwie do Kubusia:
- oj, mój mały OSIOŁEK!

No i Kubuś został Osiołkiem... Musze mu chyba Leśmiana poczytać.

***

Kubuś pełza po mnie i w pewnej chwili bardzo mocno pociągnął mnie za włosy. Zerwałam się z okrzykiem:
- O nie, nie zgadzam się na takie coś, paskudku jeden
- Mama - Kami wszedł do pokoju - ale Paskudek tak nie robi... On tylko zabiera! - powiedział rzeczowo tonem fachowca.

Ekspert Od Troskliwych Misiów‬ sie znalazł...

***

- Mamo, a ja wiem co się wydarzy jak będziecie starzy! - oznajmił z dumą Kamyczek
- O. A co? - zainteresowałam się.
- Ja będę wtedy duży!!

***

- Wiesz mamo, Eldjon powiedział innym dzieciom, zeby nie bawiły się ze mną.. bo ja go kiedyś uderzyłem...
- Oj, to niedobrze... i on teraz mówi innym, żeby nie bawili się z tobą?
- Tak, ale tylko swoim przyjaciołom, tylko chłopcom, dzieczynkom nie!
- Dziewczynkom nie...?
- Nie! BO MY CHŁOPCY NIE LUBIMY DZIEWCZYNEK!

***

Dostałam szwedzkie wyliczenie podatkowe... dodane podatki, których wcześniej nie było :/ aż zadzwoniłam do męża do pracy pożalić się.... Kami słucha i pyta o co chodzi, no to mówię, z grubsza... że pieniędzy dużo zabierają i że nie będzie na lego (szansa na gadkę umoralniającą!). A Kami bierze telefon:
- No to chodź, dzwonimy po policję, że chcą cię okraść!

***

- Kamyczku, nie jesteś głodny?
- Nieeeee. Nie burczy mi w brzuszku - staje przy mnie i wydyma brzuch - SŁYSZYSZ COŚ??

***

- Kami, proszę, podaj mi kawę - proszę Kamyczka, który siedzi przy biurku, na którym stoi kubek z resztką kawy
- Oczywiscie, mamusiu - zrywa się i stawia kubek na stoliku koło mnie - TYLKO NIE WYLEJ!

***

Popołudnie - szykujemy chatę na wizytę gościa. Kami porwał bułkę z kuchni i poleciał z nią gdzieś, nawet nie zauważyłam od razu, bo sprzątałam.
Idę do pokoju, gdzie już posprzątałam wcześniej, a całe biurko zasypane okruchami.
- Kami, dlaczego tak zrobiłeś??? Przecież tu było posprzątane, czemu mi dodajesz pracy? - mówię rozżalonym tonem.
- Mamusiu, ale to nie moja wina. Ta bułka była krusząca.

I od razu serce stopniało. Takie piękne użycie imiesłowu przymiotnikowego czynnego. Jak tu teraz ukarać dziecko.

***

Kami wypatrzył, że jem rodzynki w czekoladzie (ma jakiś siódmy zmysł, do tych spraw)
- Mamo, mogę też?
- Tak, dam ci, ale PO KOLACJI
- A możesz mi już teraz nasypać do miseczki? Nie będę jadł, tylko mi nasypiesz - przekonuje. Tia, kaktus mi na ręce wyrośnie...
- Nie, Kami, potem ci nasypię.
I odłożyłam torebkę z rodzynkami na blat. Po czym natychmiast porwał ją Kami, usprawiedliwiając się w locie:
- Ja nie będę jadł, mamo. Ja tylko schowam przed tatusiem! - i poleciał do swojego pokoju zanim zdążyłam kiwnąć palcem.

Akurat.

***

Wsiadamy do samochodu.
- Kami, zapnij pasy
- Mamo, ale ja nie muszę. Jestem KLEISTY, nie spadnę!

***

- Mamo, mamo, Kubuś kupę zrobił i przeciekła!
Szybko zerkam na ubranko
- Ha ha ha PRIMA APRILIS!!!

‎Łacina Na Codzień. Ćwiczyliśmy od połowy marca. Kami jest mistrzem.

***

- Mamo, chcę jeść! - Kami przybiega ze swojego pokoju. Piszę email, więc odburkuję:
- Już, już. - piszę dalej. Kami tupie nogą i ówi z pretensją w głosie:
- Tak rodzice się nie zachowują! Jak przybiega mały Kamyczek i mówi "mamo, chcę jeść" to od razu idą mu zrobić!

***

- Mamo, wiesz czemu Kubuś ma takie czerwone policzki?
- Nooo? - umieram z ciekawości.
- Bo jak ktoś za dużo JĘCZY to mu się takie robią!

***

Kami wypił mleko męża, które ten przygotował sobie do pracy. Jedną szklankę, ale już mąż fuka, ze nie opłaca mu się zabierac napoczętego kartonu do pracy.
Kami, bardzo rozżalonym tonem:
- Mamo, MUSZĘ CI COŚ WYJAŚNIĆ.
- Co?
- To nie jest tylko mleko tatusia! Trzeba się dzielić! 

A Tatuś stoi obok i polewa z tupiącego noga Kamyczka...

***

Odbieram kamyczka z przedszkola. 
- Mamo, a masz dla mnie kanapkę?
- Nieee, zapomniałam...
- Ale czemu ... - buzia w podkówkę - czemu jesteś taka zapominalska jak ja??

***

Śniadanie. Daję Kamyczkowi jajka sadzone. 
- Mamo, ale one są tu twarde, nie mogę pokroić.
- A bo troczę mi się spiekło...
- Coo??? PIEKŁO??? od szatana??? - Kami przestaje jeść z tego stresu.

***

Wieczorna modlitwa. Modlimy się o różne rzeczy, za rodzinę, o nawrócenia różnych ludzi, wymieniam:
- ... za nawrócenie moich dzieci, Kubusia i Kamyczka...
- Mamoooo - przerywa Kami płaczliwym głosem - przecież ja już jestem!... już jestem NAWIEDZONY!

***

- Mamo, ja chciałbym być takim prawdziwym samolotowym pilotem. Ale takim prawdziwym.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, możesz nim zostać synku. To piękny ale bardzo trudny zawód, tylko najzdolniejsi mogą być pilotami! - natrafiłam na okazję do strzelenia gadki umoralniającej, czemu nie wykorzystac.
- Jak trudny to ja nie chcę! - uciął Kami. Koniec rozmowy.

***
- Mamo, wiesz czemu tak dużo gadam?
- Nooo? - pytam zaciekawiona
- Bo wy z tatusiem tak dużo gadacie!!

Ktoś kto napisał, że dzieci w tym wieku zadają około 400 pytań dziennie chyba nie znał Kamyczka...

14 marca 2015

Mamo, nudzę się

Taka jedna Fidrygauka napisała świetny post o "naszym" dzieciństwie, łezka mi się w oku zakręciła. Moje takie właśnie było!

Muszę przyznać, że ostatnio bardzo dużo myślę o tym. Z racji macierzyńskiego mam w domu DWÓJKĘ dzieci przez większość czasu - szwedzki system pozwala tylko na 15 godzin w przedszkolu jeśli któryś rodzic jest na macierzyńskim.
Planowałam zrobienie wielu rzeczy na macierzyńskim, ale z Kamranem w domu nic się nie udaje... nawet jak Kubuś zasypia (wcześniej dużo spał) to cokolwiek zacznę przybiega Kamran, żeby się z nim bawić. Jedynym łatwym sposobem na mój wolny czas jest ... włączenie mu bajki.
Co jest dla mnie, oczywiście, ostatecznością. Walczę z tym, jak mogę, ale czasem się poddaję.

Kami ma pełno legowców, jak to mówi, ale średnio mu idzie bawienie się samemu. Nie wiem, może to naturalne i każde dziecko potrzebuje po prostu partnera do zabawy? Jak ma w domu kolegę to obaj zajmują się sobą przez kilka godzin nawet. Ale może zależy to od charakteru i temperamentu danego dziecka?

Tak marzę o tym, żeby sobie sam wymyślał zabawy, rysował używając dziesiątków flamastrów, które nagromadził przez kilka lat, budował niestworzone rzeczy. Czasem to robi, zgodzę się. Ale codziennie jest walka o twórcze spędzanie czasu. Która sprawia, że czuję się jak beznadziejna matka, która nie umie bawić się ze swoim dzieckiem. Bo to nie to, że nie chcę. Wstyd przyznać, ale nie wiem za bardzo jak się bawić z pięciolatkiem-prawie-jedynakiem (bo z Kubisiem się nie pobawią za bardzo jeszcze) :/

Zbudować LEGO z książeczką mogę i zawsze jak dostaje nowe, albo prosi o ułożenie starego, to mu pomagam. Siedzimy razem, gadamy i budujemy. Ale już nowych tworów nie będę budować z nim, bo uważam w głębi serca, że to dziecko powinno do tego ciągnąć (czasem ciagnie, czasem nie). A poza tym nie mam z tego frajdy, bolą mnie plecy od siedzenia w takich pozycjach, wzywa poczucie ważności zrobienia innych rzeczy, na przykład posprzątania chaty albo po prostu ubrania się...


Czasem pogotujemy razem, ale na długo mu nie starcza zapału. Woli bawić się w mycie naczyń...

Czasem próbuję go uczyć pisania czy czytania, ale już po chwili się nudzi. Rysowanie też go za bardzo nie wciąga, choć wczoraj mnie bardzo zdziwił. Sam z siebie poszedł i narysował. I sam napisał.




Czasem pośpiewamy, ale też nie za bardzo go ciągnie (ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu). Choć talent ma nieprzeciętny, moim zdaniem, posłuchajcie jego ulubionej piosenki...Ma gust chłopak!


Zawsze wieczorem czytamy, codziennie. Oboje to uwielbiamy, i gdybym sama nie zasypiała przy czytaniu mogłabym to robić pół nocy.

Łazimy na spacery i siedzę na placach zabaw, ale ileż można wytrzymać w tym naszym arlovskim wietrze (tu zawsze okropnie wieje). Patrz poprzedni wpis na blogu.

Jako że nie ma innych dzieci do zabawy (poza tymi piętnastoma godzinami w przedzkolu) zaranżowaliśmy mu zajęcia tenisa i basen. Zawsze z nim chodzimy, czasem zostaniemy na basenie dłużej żeby się bawić.

Włączam go w zadania domowe - zakupy, pranie, sprzątanie, opiekę przy Kubusiu...  to ostatnie robi bardzo chętnie, czasem nawet uznaje się za "eksperta od Kubusiów" ;) Wczoraj - na przykład - świetnie się z nim bawił, budując "automatyczny sprzęt". Mieliśmy super zabawę póki nie przyszedł tatuś i nie kazał posprzątać poduchy...

(klik klik na zdjęciu - link do filmiku)

Summa summarum na tym kończy się moja inwencja. Niemal całą resztę czasu Kami łazi za mną i prosi "mamo, pobaw się ze mną". A ja, często po słabej nocy albo innej gimnastyce z Kubusiem właśnie siadłam umęczona do zjedzenia śniadania...

- Mamo, mogę bajkę?
- Nie, już dziś oglądałeś przez godzinę.
- Mamo, ale nudzę się...
- Właśnie dlatego się nudzisz, że za dużo czasu spędzasz gapiąc się na te bajki. Chyba zabronię ci je w ogóle oglądać!
- Nie mamoooo ....buuuu - ryczy - dobrze, to ja pójdę pobawić się troszkę a potem troszkę pooglądam, dobrze?
-  mmmm - myślę, co odpowiedzieć
- Dobrzeeee?... dobrzeeee??? MAMO, dobrzeeee? Mamo, prooooooszę!

I napastuje mnie... Ma szczęście jeśli nie wybuchnę w takim momencie... Zdarza się mu walnąć "kazanie" o głupich dzieciach, których mózgi się zepsuły od oglądania za dużo telewizji, czy chce być takim kimś, czy chce skończyć jak tępy matoł który tylko umie pilota obsłużyć...

Bardzo się pilnuję się, żeby nie użyć wulgarnych słów ani jego nie zwyzywać.

A pozatrm siedzę i myślę co zrobiłam źle. Dlaczego moje dziecko ma tak mało własnej inicjatywy w zabawie. Dlaczego wisi na mnie i to ja muszę mu podpowiadać co robić. Dlaczego go tak ciągnie do bajek i komputera. Jakiś czas temu zaczęłam mu to ostro dawkować, to po 10 minutach zabawy przybiega z pytaniem "mamo, ja już się pobawiłem, mogę teraz komputer?"


Czy dlatego, ze ja sama używam komputera? Dla mnie komputer to swoiste okno na świat - czytam blogi, pocztę, wiadomości, jest moim słownikiem i mapą, źródłem wszelkiej informacji. Stąd moje kilka godzin przy komputerze dziennie. Nie pamiętam kiedy oglądałam na nim jakikolwiek film, a youtube używam do wrzucenia własnych filmów... Ale dziecko tylko biernie gapi się na bajki i jest mu z tym dobrze!!

I to nie jest tak, że daję dziecku wszystko oprócz czasu, jak niektórzy sugerują. Dzieci są cały czas ze mną i poświęcam im uwagę, spędzamy czas razem - ale nie chcę, żeby stały się centrum mojego świata. Nie mogą nim się stać, co innego ma być tym centrum (pewnie, że walczę o właściwe proporcje wszystkiego, kto nie walczy?).

A jak to robią inni?
Może inne matki to supermatki, które mają nieograniczoną wyobraźnię, energię i żadnych własnych potrzeb...? Czytam czasem jakieś blogi na ten temat i wpadam w depresję.
Jakoś jednak nie wierzę, że inni rodzice wracając z pracy rzucają się na teatrzyki dla dzieci, klocki czy puzzle. Nie wierzę, żeby moi rodzice, mądrzy i twórczy, spędzali całe dnie na wymyślaniu mi zabaw.

Najpierw zabawa w malowanie twarzy, a potem o wiele dłuższa zabawa w mycie...

To o co chodzi?
Jak to zmienić?
Drogi internecie, pomóż..

A może po prostu trzeba w ogóle nie mieć internetu ani komputera... Ani zabawek, jak to za perelu. I jak pokazał eksperyment w pewnym niemieckim przedszkolu. Dzieciom zabrano wszystkie "gotowe" zabawki na kilka miesięcy, zostawiono produkty - papier, spinacze, klej, sznurek, przybory do rysowania itp. W tym czasie dzieci od apatii, która towarzyszyła pierwszym dniom, przeszły do bardzo twórczych zabaw i wykorzystywania wszystkiego, w celu zrobienia sobie rekwizytów do zabawy. Tyle, że dzieci miały siebie nawzajem do zabawy, czy to jest wykonalne w domu...? Pewnie jest, jak pomysleć o nas, dzieciach lat siedemdziesiątych. Ale JAK to zrobić gdy wszystkie inne dzieci mają tryliony zabawek...?



23 lutego 2015

O spaniu

Kami bardzo usilnie stara sie wrócić do naszej sypialni. Odkąd pojawił się Kubuś jego łóżko zostało wyniesione do drugiego pokoju, w naszej sypialni zrobiłoby się ciasno jak w schronisku górskim.

Ale codziennie próbuje. Czasem z humorem, czasem ze łzami. Zawsze ma nowy argument. Za każdym razem mnie czymś zaskoczy (nie nadążam zapamiętywać).

Kilka dni temu.

- Mamo, mogę dzisiaj spać z Tobą?
- Nie możesz już spać z nami i wiesz dlaczego. Rozpychasz się!
- Nie, nie rozpycham.
- A co?
- Wchodzę na Ciebie!!
- No właśnie. To to samo. Śpisz u siebie i koniec dyskusji.
- Mamo, ale mogę...? - robi minkę.
- Kami, nie rozumiesz? - już trochę się zdenerwowałam - mam Ci po chińsku powiedzieć????

Kami, spokojnie:
- A umiesz?

Powiedziałam po pakistańsku. Czyli siłą zaprowadziłam.

Dzisiaj.

- Mamo, mogę spać z Tobą?
- Nie, Kami, wiesz, że nie. Zresztą, Kubuś w nocy się budzi i nie wyśpisz się a jutro do przedszkola.
- Ale ja nie lubię się WYŚPIWAĆ. Jak się wyśpiwam to potem mam koszmarne sny!

Za to w poranki kotłujemy się bez ograniczeń w dużym łóżku. Przedszkole dopiero na 9, i to nie codziennie. Kami może zapomnieć o wszystkich wieczornych afrontach i ochoczo nadrabia przytulanie się do mamusi i braciszka.
A braciszek chyba tęskni do świętego spokoju z wieczora ;)




Pycha!

Kilka dni temu. Kami spróbował wędzonego łososia.

- Mamo! POKORA!

- coooo?

- no pokora... - skonsternowany lekko - Bo przecież PYCHA jest zła, prawda?



Kami bardzo lubi Gienka i gorliwie ogląda :)

21 lutego 2015

Gwiazdowe koła


Idziemy do mojego samochodu. Zaparkowany na "dalekim parkingu". Po drodze mijamy srebrnego saaba 9.3.
- Patrz, mamusiu, tatusia samochód!
Przez moment zmieszałam się, może rzeczywiście mąż pojechał dziś moim autem a jego tu stoi. I nie musimy iść na daleki parking. Ale po chwili przyszło otrzeźwienie, że przecież trzymam w ręku kluczyki do mojego samochodu, więc na pewno nigdzie nie pojechał!
- Kami, to nie jest tatusia auto, tylko takie samo! On swoim pojechał do pracy!
Kami, z pobłażaniem:
- Wiem przecież, żartowałem... TATUŚ NIE MA PRZECIEŻ GWIAZDOWYCH KÓŁ!

‪#‎alufelgi‬ ‪#‎szczenamiopadła‬ ‪#‎tylkochłopcywidzątakierzeczy‬

(zdjęcia z internetu)

3 lutego 2015

Zajmij się Kubusiem!

Przez kilka dni robiliśmy z Kamyczkiem laurkę dla babci - na spóźniony Dzień Babci i nadchodzące urodziny (ciągle gadał "walentynka" i "walentynka", gdzie on się tego nauczył??).

Próbujemy napisać tekst. Podpowiadam mu literki. Zniecierpliwiony, beszta mnie:
- Mamooo! Ja wieeem!

- Ja tylko chciałam pomóc, bo w "kochanej" się pomyliłeś - tłumaczę się zawstydzona.

- Najlepiej mi pomożesz jak się zajmiesz Kubusiem! - rzuca Kami i wraca do swojej roboty...



28 stycznia 2015

Jak Kubuś będzie starszy

Ubieramy się do przedszkola. Kami zaniepokojony o swoje lego:
- mamo, ale jak Kubuś będzie starszy to nie pozwól mu zniszczyć mojego samolocika co wczoraj robiłem...
- Kami, ale on nie będzie aż tak starszy DZISIAJ!
- No nie. Ale JUTRO!!







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...