Kira zachęciła nas niedawno do dyskusji nad plusami i minusami naszych czasów. Prosty temat a cieszy, można się rozmarzyć :)
Albo zatrwożyć.
Śledząc polski internet za największy minus "naszych czasów" uważam utratę kontroli nad własnym życiem. W coraz większym stopniu sterują nami różnej maści interesy finansowe. Dopóki to ma wymiar nierównej konkurencji na półce w supermarkecie nie przejmuję się tym zanadto, nie można mieć wszystkiego.
Ale to, co się dzieje w świecie medycznym mnie przeraża. Wiele krajów, w tym Polska, stosują prawdziwy terror w dziedzinie szczepień. Ilość preparatów, które próbuje nam się wcisnąć jest oszałamiająca. A do tego jesteśmy to tego przymuszani różnymi metodami, od łagodnej perswazji, poprzez grzywny pieniężne aż po zagrożenie odebranim dzieci z powodu "zaniedbywania ich". niby to wszystko dla naszego dobra. Ale - jak mawiał klasyk - "wszyscy chcą Twojego dobra, nie pozwól im go sobie odebrać!".
W "nowoczesnym" i "postępowym" świecie rodzice nieszczepiący swoich dzieci są portretowani jak oszołomy. Rzekomo zagrażają całej populacji, a całe to swiństwo popełniają z premedytacją i wielką uciechą. Z dziką satysfakcją zarażają ich drogocenne pociechy krztuścem!
Już pomijam chorą logikę w skali globalnej, bo na innych forach te same postępowe głosy tłuką nam do głowy, że ziemia jest przeludniona, więc aborcja to największe dobrodziejstwo medycyny.
To które w końcu...? Wychodzi mi, że dobrodziejom tego świata chodzi zarówno o zarobek na aborcjach i powikłaniach po nich, jak i na szczepionkach i powikłaniach po nich...
Polska ostatnio proponuje kolejne usprawnienie w tej dziedzinie:
Z tego powodu bardzo cieszę się, że mieszkam w Szwecji. Tutaj szczepienie jest dobrowolne.
Przeryłam dziesiątki stron na ten temat, między innymi ten portal. Polecam też konferencje/wykłady pani Susanne Humphries, nawet do Szwecji tu z nimi przyjeżdżała.
Wypisałam na kartce dane dotyczące chorób zakaźnych, na które dzisiaj trzeba się zaszczepić.
I podjęłam decyzję o niezaszczepienie Kubusia. I rezygnacji z kolejnych dawek dla Kamyczka. Tak, jestem tą antyszczepionkową matką, która dybie na Wasze dzieci. Uważajcie na mnie w tramwajach.
Na każdej wizycie pani pielęgniarka nalega, że może jednak zaszczepię, zawsze twardo mówię, że "na razie nie". Trochę jej wyjaśniłam, ale nie chciałam za bardzo (w Szwecji nie lubią ludzi przekonanych do czegoś i twardo broniących swojego zdania, nazywają ich fanatykami, a to tylko krok od kłopotów). Nie wiem jak długo uda mi się unikać tego, choć może potem dadzą mi spokój. Żadna szczepionka i tak nie chroni więcej niż 10 lat, moje dzieci w tym wieku będą miały taki sam status jak zaszczepieni koledzy, tyle, że unikną NOPów. DObrze mi z tą świadomością. Choć każda wizyta w przychodnie to stres, porównywalny ze stresem u szwedzkiego dentysty.
Poza tym czuję, że także Szwecja zacznie wprowadzać przymus, bo coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę z ryzyka i odmawia szczepień (od niedawna głośno o duńskim filmie dotyczącym powikłań po szczepionce przeciwko wirusowi HPV), a Szwecja nie lubi łamistrajków.
Do tej pory Szwedziki łykały wszystko jak pelikany. Nigdy nie zapomnę czasu ciąży z Kamyczkiem, rok 2009. Szalała wtedy, bodajże, ptasia grypa. Szwedzki rząd wydał miliardy na szczepionki, rozprowadził po szkołach, podawali dzieciom niczym płyn lugola w 1986. Do mnie pewnego dnia przyszedł list z przychodni - że tego i tego dnia mam się zgłosić na szczepionkę. Za darmo.
Mąż mnie zachęcał, że przecież lekarze wiedzą co robią. Nie dałam się przekonać. Jakieś 85% populacji dało. Z czego 100% w szwedzkich gminach i dzielnicach, 25% w dzielnicach imigranckich.
A 2 lata później było już wiadomo, ze to była jedna wielka ściema, a dziennikarze zaczęli rozliczać ówczesny rząd z wydanych pieniędzy. Że tylko Szwecja była taka naiwna!
Jestem autentycznie zbulwersowana stopniem kontroli "systemu" nad naszymi ciałami. I tego, że nikt z tego systemu nie weźmie potem odpowiedzialności za to, co pójdzie źle. Wszelkie dowody na fałszertwa koncernów są zamiatane pod dywan, ludzie tracą życie, a głos pana z TV przekonuje, że świat zaszczepiony jest wolny od wszelkich chorób.
Otóż nie jest. Wszystkie ostatnie "epidemie" odry czy krztuśca wydarzyły się wśród ludzi zaszczepionych. Choroby dzieciństwa, takie jak różyczka czy świnka, najlepiej jest przechorować w dzieciństwie, a nie szczepić się na nie. Na polio w zasadzie nie ma szczepionki, bo istnieje wiele mutacji tego wirusa, szczepionka pokrywa tylko kilka typów. A obrazki powykrzywianych kończyn u hinduskich dzieci to skutek któregoś wirusa a tej rodziny, ale niekoniecznie polio ("wirus polio jest jedną z wielu możliwych przyczyn paraliżu zaliczanego do kategorii medycznej ostre porażenie wiotkie (polski skrót to OPW, angielski skrót to AFP od acute flaccid paralysis), co zostało opisane w Przeglądzie Epidemiologicznym").
Nie jestem ekspertem w dziedzinie medycyny, wybaczcie, że nie rozwinę tematu konkretnych szczepionek i chorób. Ale szukam informacji i chcę zrozumieć. I jak dotąd zrozumiałam, że jestem okłamywana. Aktualnie nie ufam żadnej szczepionce.
Korzystam ochoczo z największego z plusów naszych czasów czyli możliwości utrzymania higieny, lepszych niż kiedykolwiek w historii.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty
21 maja 2016
16 kwietnia 2015
Z pamiętnika młodej lekarki
Co więc robią 33 tysiące szwedzkich lekarzy, gdy nie leczą?
Grają w sudoku. To znaczy: wypełniają formularze, kreślą sprawozdania do landstinget [organu administracji regionalnej, odpowiedzialnego m.in. za służbę zdrowia], dostarczają dane do rejestrów, przeliczają ceny jednostkowe i ilości. Porównanie do sudoku nie jest moje. Wymyślił je profesor Hans-Göran Tiselius w "Läkartidningen" ("Gazeta Lekarska").
Dlaczego psychiatrzy tak obojętnie odnieśli się do prośby kolegów o zajęcie się Gustavem B.[który zmarł w niejasnych okolicznościach odkrytych przypadkiem po jego śmierci przez wdowę - jeden z opisanych przypadków w reportażu]? Piszę do kilku, lecz nie dostaję odpowiedzi. Może dlatego, że tego, co mogliby odpowiedzieć, nikt, kto złożył przysięgę Hipokratesa, nie chciałby usłyszeć z własnych ust:
"Gdyby Gustav zadzwonił i zamówił u nas wizytę, wszystko byłoby dobrze. Produkt 29A07, cena jednostkowa 787 koron, w dodatku pierwsza wizyta daje dodatkowy bonus z gwarancji szybkiej opieki! Również gdyby oszalał w domu, jeszcze by uszło. Wizyta domowa to produkt 29A08. Ale na świeżo operowanego, który dwa korytarze dalej gryzie personel, nie mamy kodu produktu. A wtedy nie możemy fakturować. Gustav B. był więc nieopłacalny. Czysta strata".
Tutaj czytelnik zastanawia się pewnie, czy nie zmyślam. Nieopłacalny? Czy istnieją zyskowni pacjenci? Choroby, które dają plus? Jak może jeden pacjent publicznej służby zdrowia być mniej opłacalny niż inny?
Bardzo dobre pytanie. Pozwolę sobie tak na nie odpowiedzieć: nie, w realnej rzeczywistości nie ma rentownych pacjentów. Każdy jest oczywiście kosztem. Ale pan B. zmarł w rzeczywistości wirtualnej, w której służba zdrowia gra w sudoku. Albo w Monopol.
Niektórzy pamiętają może poczucie nierzeczywistości, gdy w mediach pojawił się zwrot "wzrost produktywności w przedszkolach". Był początek lat 90. Szwedzcy politycy jako jedni z pierwszych na świecie przyjęli nową doktrynę Nowe Zarządzanie Publiczne (ang. New public management, NPM ), zrodzoną w USA i Wielkiej Brytanii. Można ją streścić w dwóch dogmatach. Pierwszy mówi, że sektor publiczny zadziała efektywniej, a obywatele poczują się lepiej, jeśli będą mogli swobodnie wybierać szpital, przychodnię i szkołę, zwłaszcza że wtedy każda korona podatku zostanie lepiej zużyta.
Poza Szwecją niewiele krajów z entuzjazmem przyjęło Nowe Zarządzanie Publiczne: Nowa Zelandia, Wielka Brytania, Kanada, Holandia, Norwegia i Australia. Prawie zawsze jednak, gdy Szwecję nawiedza nowy trend, robi karierę niczym religijne przebudzenie. W krótkim czasie i bez dalszej dyskusji "zarządzanie przez cele" oraz "lean production" (zainspirowane fabrykami Toyoty) stały się normatywem dla prawie każdej instytucji. Wielu lekarzy przyjęło reformę z entuzjazmem. Da się to może zrozumieć. Służba zdrowia od dekad pokutowała pod biurokratyczną piramidą, gdzie trzeba było siedmiu wniosków i tyluż miesięcy, aby dostać nowy komputer do gabinetu. Model biznesowy niósł obietnicę wyzwolenia i autonomii. Teraz wreszcie będzie można być samodzielnym. Tak przynajmniej wielu sądziło.
Jedyne, co jest naprawdę, to walka o fundusze. Jeśli przychodnia nie zarobi dość pieniędzy na niby, musi zwalniać prawdziwych lekarzy, odsyłać pacjentów lub się zlikwidować. A najbardziej kuriozalne jest to, że przepychanka na niby-rynku opieki zdrowotnej jest bardziej destrukcyjna niż konkurencja na rynku rzeczywistym. Ten ostatni może się rozwinąć, dwa salony samochodowe na tej samej ulicy mogą dzielić się rosnącą liczbą klientów. Ale nie dwie kliniki: obroty na ich "rynku" są z góry ustalone. Co ugra jedna, zabiera się drugiej.
- Dawniej lekarze cenili sobie skomplikowane przypadki - mówi pewien lekarz. "Można wtedy zabłysnąć. Ale teraz, jeśli na OIOM-ie znajdzie się pacjent ze stwardnieniem rozsianym i zapaleniem płuc, nie chce go wziąć ani neurologia, ani płucny.
I tak oto już w roku 1993 (na długo przed prywatyzacją szpitali) zaczęto mówić o "nierentownych pacjentach". W ankiecie co trzeci lekarz odpowiedział, że tych nierentownych bada i leczy się mniej, niż by to było wskazane. Nie tego przecież życzyli sobie politycy. Chcieli służbę zdrowia usprawnić.
Zobaczmy, jak to wygląda w praktyce. Dawniej, kiedy Karlsson wreszcie dostał się do lekarza, mógł wyliczyć wszystkie przypadłości: bóle w krzyżu, duszności i krostki za uchem. Zajmowało to może trzy kwadranse. Teraz może dostać się szybciej, ale w zamian usłyszy: "Jedna rzecz naraz". U tego samego lekarza dostaje wizytę na krostki, drugą na duszności, trzecią na krzyż. Karlsson narzeka, bo podróże kosztują i dlaczego ma brać wolne trzy razy?
Dlatego, że "zamawiający" (landstinget w Sztokholmie) uważa, że wydajność lekarza mierzy się liczbą wizyt. Czy są długie, czy krótkie, nie ma znaczenia. Wszystkie są rekompensowane, jakby trwały mniej więcej kwadrans. Dlatego przychodni najbardziej opłaca się podzielić Karlssona na trzy produkty po 485 koron za sztukę.
(...)
Młoda lekarka pisze:
"Już podczas pierwszej praktyki zorientowałam się, jakie diagnozy "najlepiej" stawiać, i że ważne jest, aby użyć ich jak najwięcej. (...) Pacjentom z małymi dziećmi z anginą kazano w przychodni iść i rejestrować się po raz drugi, jeśli chcą dostać antybiotyk także dla rodzeństwa (żeby zarobić na obojgu). Tak musi być inaczej przychodnia zbankrutuje. Żaden pacjent nie dostaje leków za pierwszym razem, każdemu daje się czas na ponowną wizytę za dwa tygodnie. (...) Wstydzę się. Nie chcę tak pracować. Ale czuję się bezsilna, nie wiem nawet na któą partię powinnam głosować, żeby to się skończyło"
***
To przydługi - ale jakże pasjonujący - fragment reportażu Macieja Zaremby "Co zabiło Gustava B." opowiadający o patologii szwedzkiej służby zdrowia. A raczej - przedsiębiorstwa zdrowia. Służbą nie da się już tego nazwać.
Gdzieś w tekście pada porównanie do polskiej służby zdrowia, która ma dwa razy więcej łóżek szpitalnych na głowę niż Szwecja. Albo gdzie czas oczekiwania na diagnozę raka jest krótszy, pomimo mniejszych zasobów budżetu. Polska jest tu POZYTYWNYM PRZYKŁADEM. W Skanii najlepsza klinika w kraju zbankrutowała, bo wszyscy potrzebni specjaliści razem stawiali diagnozę - co było sprawne, dokładne i dawało pacjentce tę strasznie ważną odpowiedź w ciągu 1 dnia. to była klinika diagnozy raka piersi, gdzie każdy dzień zwłoki w leczeniu oznacza utratę kolejnych miesięcy życia. Klinika padła, bo dostawała za mało pieniędzy z budżetu, bardziej opłaca się konsultować z każdym specjalistą po kolei. I tak oto wszyscy oni dostaną zapłacone za swoją pracę, a że pacjent musi poczekać 6 tygodni... cóż...
Przychodnie zatrudniają specjalistów od kodowania przypadków (od kodu zależy ilość pieniędzy!), tak je układają, żeby było najbardziej opłacalnie, często odwołując kontrolne wizyty - bardziej opłacają się wszak nagłe przypadki i to spoza regionu.
Reportaż jest zaiste zatrważający. Nagle zrozumiałam wszystko, co mi się do tej pory przytrafiło w związku z "leczeniem". Niemożność dostania się do lekarza, bezsensowne procedury i porady telefoniczne (jak kobieta na telefonie ma upewnić się, że już naprawdę rodzę? albo że gorączka i stan dziecka wymaga kontroli lekarza?). Ponoć przez telefon zawsze trzeba nakłamać, żeby zarezerwowano termin u lekarza. Teraz już rozumiem - kaszel zakwalifukują jako "inny groźny nieżyt dróg oddechowych" i od razu więcej koron na przychodnię...
Szokuje świadomość, że pracownicy służby zdrowia w innych krajach, gdzie wprowadzono Nowe Zarządzanie Publiczne głośno protestują przeciw temu rozwiązaniu, zaś w Szwecji nabrano wody w usta. Władze tak każą, najpewniej mają rację. Skąd to ogromne przyzwolenie na niekompetencję i szkodliwość takich działań? Dlaczego tak ogromny problem nie ma żadnego właściciela i jest praktycznie nierozwiązywalny (służba zdrowia jest zdecentralizowana i żaden premier czy minister nie ma władzy cokolwiek zmienić w danym landzie)?
W reportaż Macieja Zaremby wkradła się pewna manipulacja. Sam sie do niej przyznaje. I to chyba najbardziej mnie przeraziło. Dowiedziałam się, że szwedzki lekarz... nie składa w ogóle przysięgi Hipokratesa. Ostatni raz złożono ją w tym kraju w 1887 roku. Istnieje niby jakiś kodeks etyki lekarskiej, ale system jest tak korupcjogenny, że zaufanie pacjentów do lekarzy jest chyba najmniejsze w świecie.
Podobnie jak zaufanie do nauczycieli czy pracowników akademickich. Tam też obowiązuje NZP. Szwedzka szkoła także zalicza padakę największą w historii. Ale o tym kiedy indziej.
Maciej Zaremba otrzymał wiele wsparcia i pozytywnych opinii za swój cykl reportaży. Mówi o ponad tysiącu świadectw, z każdego etapu łańcucha "opieki", materiał na kilka książek. Sprowokowało nawet debatę publiczną.
Na co ministerstwo zdrowia odparło, że żadne takie raporty do nich nie dotarły. Problem nie istnieje oficjalnie. Statystyki są piękne. A system bogatszy niż wiele innych na świecie.
Tylko pacjenci umierają. Według szwedzkich "wycen"pacjent ma opuścić oddział szpitalny jak najszybciej. Zupełnie nie jest ważne jak.
Przy najbliższych kampaniach trzeba się koniecznie wsłuchać czy jakaś partia nie zaproponuje nam Polakom szwedzkich ekspertów w reformowaniu służby zdrowia. Słyszałam już pomysły kopiowania rozwiązań "z zachodu". Zawsze nabijają kabzę reformatorom a dziedziny, w które się je wdraża, zostają zdegenerowane do granic możliwości.
Źródło:
po szwedzku: http://www.dn.se/kultur-noje/vad-var-det-som-dodade-herr-b/
po polsku: http://www.publio.pl/files/samples/c1/cb/86/90828/Polski_hydraulik_i_nowe_opowiesci_ze_Szwecji_demo.pdf
Powiązane:
Czy szwedzka służba zdrowia to powód do wstydu? z bloga Direction: Sweden!
http://direction-sweden.blogspot.se/2015/01/is-swedish-healthcare-embarrassment-czy.html
Powiązane:
Czy szwedzka służba zdrowia to powód do wstydu? z bloga Direction: Sweden!
http://direction-sweden.blogspot.se/2015/01/is-swedish-healthcare-embarrassment-czy.html
21 marca 2015
Kupieni
Wczoraj znalazłam ten film na fejsbuku. Bardzo polecam obejrzenie go, jakby link zniknął to można wejsć za www.boughtmovie.com i za darmo obejrzeć. Wtedy tylko po angielsku. Dotyczy głównie rzeczywistości amerykańskiej, ale nie tylko - rozdział o szczepieniach jest uniwersalny, a o GMO uniwersalny w końcu będzie - czy chcemy, czy nie.
Tematy te były mi znane wcześniej, ale warto ten film propagować. Niestety trochę za późno zaczęłam to zgłębiać i Kamyczka nie ominęły standardowe szczepienia. Trzy razy dostał Infantrix Hexa (6 w 1: błonica, krztusiec, tężec, polio, Hib i WZWB) oraz synflorix (pneumokoki), dwa zastrzyki w jeden dzień... Gdy miał 3 miesiące, 5 i 13 miesięcy. I jedna dawkę MMR w wieku 1,5 roku.
Chwała Bogu, że nic mu się nie stało. Czasem czuję, że określenie "więcej szczęścia niż rozumu" pasuje do mnie jak ulał.
Kubusia nie zaszczepiłam jeszcze i na razie nie mam zamiaru. W Szwecji nie muszę, aczkolwiek pani pielęgniara była zaskoczona. Także tym, że moje przekonanie to nie ślepa fobia, ale konkretne argumenty, takie mniej więcej jak w tym filmie. Któregoś dnia po krótkiej próbie dyskusji powiedziała zrezygnowana "widzę, że dużo czytasz" i wycofała się. Teraz napuszcza na mnie kogoś z dyplomem, w kwietniu mamy kolejną kontrolę, tym razem z lekarzem właśnie. Oficjalnie pokreśliła to "okazją do zadania pytań o szczepienia i rozwiania moich wątpliwości". Ale nauczona doświadczeniem z 2009 roku, kiedy to panowała pandemia świńskiej grypy i chcieli szczepić wszystko co się rusza, nie mam zaufania do zaleceń "ministerstw zdrowia", nawet z dyplomami. Po fakcie okazało się, że Szwecja jako jedyna wyszczepiła 80% populacji, ileś osób zmarło, a wszystko okazało się przekrętem. Potem dziennikarze próbowali dociec kto jest za to odpowiedzialny, ale nie wiem jak się zakończyła sprawa. W każdym razie ja odmówiłam takiej interwencji w moje ciało, ku zaskoczeniu wszystkich, z którymi wtedy rozmawiałam... Po latach miałam satysfakcje z "a nie mówiłam?".
Wracając do Kubusia. Może zaszczepię gdy skończy 2 lata, ponoć w Japonii dopiero wtedy zaczyna się szczepić dzieci. A może, jak doczytam, wybiorę pojedyncze szczepionki. A może nie wybiorę żadnych.
Jedno jest pewne - nigdy przenigdy nie zgodzę się na użycie jakiejkolwiek szczepionki stworzonej na trupie zamordowanego dziecka, czyli przy użyciu komórek płodu usuniętego w procesie aborcji. Wszystkie wymienione szczepionki, jakie dostał Kamyczek, są tak właśnie wyprodukowane i mam to na sumieniu. Swoją ówczesną ignorancję,
Oglądając powyższy film jestem głęboko wdzięczna Szwecji za wolność wyboru w kwestii szczepień.
I za niezmodyfikowane genetycznie jedzenie. Za konieczność dokładnego oznaczania wszystkiego. Za ostre kontrole inspektorów żywności we wszelkich zakładach produkujących jedzenie (gość, co to sie tak zajadał morwami, ma siostrę pracującą jako inspektor, poopowiadał nam conieco). Za swoisty lokalny patriotyzm, który sprawia, że mamy tu dużo produktów wyprodukowanych na okolicznych farmach. Z pewną czułością patrzę zawsze na stada krów i owiec, które mijam wracając z pracy...
A teraz piszę to popijając szwedzką kawę ze skańskim świeżym mlekiem... I zagryzając czipsami z jarmużu (wyśmienite!)
Tematy te były mi znane wcześniej, ale warto ten film propagować. Niestety trochę za późno zaczęłam to zgłębiać i Kamyczka nie ominęły standardowe szczepienia. Trzy razy dostał Infantrix Hexa (6 w 1: błonica, krztusiec, tężec, polio, Hib i WZWB) oraz synflorix (pneumokoki), dwa zastrzyki w jeden dzień... Gdy miał 3 miesiące, 5 i 13 miesięcy. I jedna dawkę MMR w wieku 1,5 roku.
Chwała Bogu, że nic mu się nie stało. Czasem czuję, że określenie "więcej szczęścia niż rozumu" pasuje do mnie jak ulał.
Kubusia nie zaszczepiłam jeszcze i na razie nie mam zamiaru. W Szwecji nie muszę, aczkolwiek pani pielęgniara była zaskoczona. Także tym, że moje przekonanie to nie ślepa fobia, ale konkretne argumenty, takie mniej więcej jak w tym filmie. Któregoś dnia po krótkiej próbie dyskusji powiedziała zrezygnowana "widzę, że dużo czytasz" i wycofała się. Teraz napuszcza na mnie kogoś z dyplomem, w kwietniu mamy kolejną kontrolę, tym razem z lekarzem właśnie. Oficjalnie pokreśliła to "okazją do zadania pytań o szczepienia i rozwiania moich wątpliwości". Ale nauczona doświadczeniem z 2009 roku, kiedy to panowała pandemia świńskiej grypy i chcieli szczepić wszystko co się rusza, nie mam zaufania do zaleceń "ministerstw zdrowia", nawet z dyplomami. Po fakcie okazało się, że Szwecja jako jedyna wyszczepiła 80% populacji, ileś osób zmarło, a wszystko okazało się przekrętem. Potem dziennikarze próbowali dociec kto jest za to odpowiedzialny, ale nie wiem jak się zakończyła sprawa. W każdym razie ja odmówiłam takiej interwencji w moje ciało, ku zaskoczeniu wszystkich, z którymi wtedy rozmawiałam... Po latach miałam satysfakcje z "a nie mówiłam?".
Wracając do Kubusia. Może zaszczepię gdy skończy 2 lata, ponoć w Japonii dopiero wtedy zaczyna się szczepić dzieci. A może, jak doczytam, wybiorę pojedyncze szczepionki. A może nie wybiorę żadnych.
Jedno jest pewne - nigdy przenigdy nie zgodzę się na użycie jakiejkolwiek szczepionki stworzonej na trupie zamordowanego dziecka, czyli przy użyciu komórek płodu usuniętego w procesie aborcji. Wszystkie wymienione szczepionki, jakie dostał Kamyczek, są tak właśnie wyprodukowane i mam to na sumieniu. Swoją ówczesną ignorancję,
Oglądając powyższy film jestem głęboko wdzięczna Szwecji za wolność wyboru w kwestii szczepień.
I za niezmodyfikowane genetycznie jedzenie. Za konieczność dokładnego oznaczania wszystkiego. Za ostre kontrole inspektorów żywności we wszelkich zakładach produkujących jedzenie (gość, co to sie tak zajadał morwami, ma siostrę pracującą jako inspektor, poopowiadał nam conieco). Za swoisty lokalny patriotyzm, który sprawia, że mamy tu dużo produktów wyprodukowanych na okolicznych farmach. Z pewną czułością patrzę zawsze na stada krów i owiec, które mijam wracając z pracy...
A teraz piszę to popijając szwedzką kawę ze skańskim świeżym mlekiem... I zagryzając czipsami z jarmużu (wyśmienite!)
Czipsy z jarmużu to małe kawałeczki tegoż (wyciąć łodygi!), polane niewielką ilością oliwy z oliwek, posypane solą i prażone przez ok 12-15 min w piekarniku, w ok 100C... GENIALNE!
15 października 2014
Kryzys
Małe wspomnienie z czasu porodu.
Siłą rzeczy porównuję doświadczenia sprzed czterech lat i te świeże. Wtedy rodziliśmy w Lund, teraz okazało się, że w Lund nie ma miejsca i trzeba do Malmö.
Trudno. W sumie nie powinno to stanowić różnicy.
A jednak. Nawet Amir zauważył i odczuł jakoś negatywnie różnicę. Wtedy czuliśmy się cały czas monitorowani i pod czujną opieką położnych. Teraz KTG włączały co kilka godzin i niemal zawsze bez zapisu na papierze (oszczędności?).
Zaskoczyła nas nawet etykietka na toalecie... Tylko rodząca ma prawo z nij korzystać! Amirowi udało się jednak wślizgnąć kilka razy gdy położnej nie było ;)
Ale szczytem okazał się brak hotelu pacjenta w Malmö. Procedura jest taka, że na oddziale zostają tylko osoby, które potrzebują opieki szpitalnej, reszta ma po 2-3 godzinach jechać do hotelu albo - po min 6 godzinach obserwacji w sali porodowej - iść do domu. W naszym przypadku było to ok drugiej w nocy. Szpital może załatwić taksówkę i dojazd do hotelu pacjenta w Lund (gdzie wcześniej byliśmy), to ok. pół godziny jazdy, wypożycza fotelik dla dziecka i zestaw pieluch dla mamy, ciagle krwawiacej. Pani położna bardzo przepraszała i była wyraźnie zawstydzona sytuacją szpitala, w - bądź co bądź - największym mieście w regionie. "Rozumiecie, oszczędności...".
Niemniej jednak mina mojego męża, zawsze podkreślającego jakość usług, za które płacimy 31% podatku - bezcenna.
Chyba właśnie zrozumiał co na dłuższą metę oznaczają rządy socjalistów.
Siłą rzeczy porównuję doświadczenia sprzed czterech lat i te świeże. Wtedy rodziliśmy w Lund, teraz okazało się, że w Lund nie ma miejsca i trzeba do Malmö.
Trudno. W sumie nie powinno to stanowić różnicy.
A jednak. Nawet Amir zauważył i odczuł jakoś negatywnie różnicę. Wtedy czuliśmy się cały czas monitorowani i pod czujną opieką położnych. Teraz KTG włączały co kilka godzin i niemal zawsze bez zapisu na papierze (oszczędności?).
Zaskoczyła nas nawet etykietka na toalecie... Tylko rodząca ma prawo z nij korzystać! Amirowi udało się jednak wślizgnąć kilka razy gdy położnej nie było ;)
Ale szczytem okazał się brak hotelu pacjenta w Malmö. Procedura jest taka, że na oddziale zostają tylko osoby, które potrzebują opieki szpitalnej, reszta ma po 2-3 godzinach jechać do hotelu albo - po min 6 godzinach obserwacji w sali porodowej - iść do domu. W naszym przypadku było to ok drugiej w nocy. Szpital może załatwić taksówkę i dojazd do hotelu pacjenta w Lund (gdzie wcześniej byliśmy), to ok. pół godziny jazdy, wypożycza fotelik dla dziecka i zestaw pieluch dla mamy, ciagle krwawiacej. Pani położna bardzo przepraszała i była wyraźnie zawstydzona sytuacją szpitala, w - bądź co bądź - największym mieście w regionie. "Rozumiecie, oszczędności...".
Niemniej jednak mina mojego męża, zawsze podkreślającego jakość usług, za które płacimy 31% podatku - bezcenna.
Chyba właśnie zrozumiał co na dłuższą metę oznaczają rządy socjalistów.
25 lutego 2010
Rodzić po Ludzku
Nie było dotąd okazji podzielenia się technicznymi wrażeniami z Tego Wydarzenia, oczywiście wszystko inne było ważniejsze.
Jeśli w 36 godzinach skurczów cokolwiek jest wartego pamiętania (oczywiście poza tym OSTATNIM) to mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to kompetencja personelu medycznego. Naprawdę pomagają i dają dobre rady, zakładając oczywiście, że w momencie skurczu jesteś w stanie o nich pamiętać.....
Oto krótki filmik o klinice, gdzie urodził się Kamyczek - tekst po szwedzku, więc podpowiem o czym mowa:
http://www.skane.se/templates/Page.aspx?id=272706
1. Najpierw pani opowiada w którym momencie zadzwonić do kliniki, pani na dyżurze spróbuje zdiagnozować czy to właściwy czas na przyjazd (zapyta o skurcze, co ile, czy wody, czy krew, czy ciąża była normalna itede), i jeśli tak to filmik pokazuje jak dojechać i co ze sobą zabrać
2. Po przyjeździe podłączą Cię do KTG i będą sprawdzać co sie dzieje... jeśli to trwa długo partner moze sobie rozłożyć łóżko a w razie problemu naciska się guziczek i pani położna przybiega
3. Potem filmik opowiada jakie różne rodzaje znieczulenia można dostać w tym czasie (mnie nie wszystko dotyczyło bo na tym dziale byłam tylko 4 godziny - moim środkiem był gaz w czasie skurczów, nie widziałam tej wanny /spa ze świeczkami) i co w tym czasie mogą robić panowie (kuchnia - kawa - lodówka - gazetka...)
4. Potem jest wreszcie moment urodzenia dziecka (nie ma na filmiku ;) i POSIŁEK ze szwedzką flagą :)
5. Jeśli był problem z dzieckiem to się idzie do szpitala... a jak nie to po kilku godzinach do hotelu pacjenta gdzie przez minimim 2 doby jesteś pod obserwacja lekarza, położnych, możesz nauczyć sie karmić piersią i w każdej chwili (ostatni obrazek z panią na wózku i panem ją pchającym). Jak ja miałam iść to nie mieli akurat wózków, więc poszłam na nogach (najpier nie bardzo chcieli się na to zgodzić ale ulegli ;) )
W hotelu pacjenta czekały na nas dwie torby z wyprawką dla dziecka (główny sponsor: Libero), nawet z ubrankiem i kosmetykami do pielęgnacji. Stołówka działa w określonych godzinach - posiłki za darmo dla mamy, tata płaci jakieś symboliczne opłaty za lancze i kolacje) - kawa/herbata non-stop.
Czas w hotelu to niemal sanatorium, dodatkowo uczysz się bycia z nowym człowieczkiem, śpisz przy nim cały czas, i w każdej chwili wzywasz położną, która może ci pokazać jak trzymać dziecko do karmienia i jak ono powinno ssać. Głównym zadaniem tego hotelu jest upewnić się ze 'nyblivna mamma' (nowo-powstała mama) nauczyła się troszczyć o dziecko i oboje są w dobrym stanie fizycznym.
Mój czas w hotelu upłynął dodatkowo pod znakiem olimpiady w Vancouver - dzięki nocnym nawykom jedzenia obejrzałam większość relacji LIVE :D
P.S. szpital jest państwowy, nie prywatny....
Jeśli w 36 godzinach skurczów cokolwiek jest wartego pamiętania (oczywiście poza tym OSTATNIM) to mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to kompetencja personelu medycznego. Naprawdę pomagają i dają dobre rady, zakładając oczywiście, że w momencie skurczu jesteś w stanie o nich pamiętać.....
Oto krótki filmik o klinice, gdzie urodził się Kamyczek - tekst po szwedzku, więc podpowiem o czym mowa:
http://www.skane.se/templates/Page.aspx?id=272706
1. Najpierw pani opowiada w którym momencie zadzwonić do kliniki, pani na dyżurze spróbuje zdiagnozować czy to właściwy czas na przyjazd (zapyta o skurcze, co ile, czy wody, czy krew, czy ciąża była normalna itede), i jeśli tak to filmik pokazuje jak dojechać i co ze sobą zabrać
2. Po przyjeździe podłączą Cię do KTG i będą sprawdzać co sie dzieje... jeśli to trwa długo partner moze sobie rozłożyć łóżko a w razie problemu naciska się guziczek i pani położna przybiega
3. Potem filmik opowiada jakie różne rodzaje znieczulenia można dostać w tym czasie (mnie nie wszystko dotyczyło bo na tym dziale byłam tylko 4 godziny - moim środkiem był gaz w czasie skurczów, nie widziałam tej wanny /spa ze świeczkami) i co w tym czasie mogą robić panowie (kuchnia - kawa - lodówka - gazetka...)
4. Potem jest wreszcie moment urodzenia dziecka (nie ma na filmiku ;) i POSIŁEK ze szwedzką flagą :)
5. Jeśli był problem z dzieckiem to się idzie do szpitala... a jak nie to po kilku godzinach do hotelu pacjenta gdzie przez minimim 2 doby jesteś pod obserwacja lekarza, położnych, możesz nauczyć sie karmić piersią i w każdej chwili (ostatni obrazek z panią na wózku i panem ją pchającym). Jak ja miałam iść to nie mieli akurat wózków, więc poszłam na nogach (najpier nie bardzo chcieli się na to zgodzić ale ulegli ;) )
W hotelu pacjenta czekały na nas dwie torby z wyprawką dla dziecka (główny sponsor: Libero), nawet z ubrankiem i kosmetykami do pielęgnacji. Stołówka działa w określonych godzinach - posiłki za darmo dla mamy, tata płaci jakieś symboliczne opłaty za lancze i kolacje) - kawa/herbata non-stop.
Czas w hotelu to niemal sanatorium, dodatkowo uczysz się bycia z nowym człowieczkiem, śpisz przy nim cały czas, i w każdej chwili wzywasz położną, która może ci pokazać jak trzymać dziecko do karmienia i jak ono powinno ssać. Głównym zadaniem tego hotelu jest upewnić się ze 'nyblivna mamma' (nowo-powstała mama) nauczyła się troszczyć o dziecko i oboje są w dobrym stanie fizycznym.
Mój czas w hotelu upłynął dodatkowo pod znakiem olimpiady w Vancouver - dzięki nocnym nawykom jedzenia obejrzałam większość relacji LIVE :D
P.S. szpital jest państwowy, nie prywatny....
Subskrybuj:
Posty (Atom)



