Kolejny weekend pełen
aktivitetów dzieci. Smaganie wiatrem, robienie kanapek, szukanie butelek na wodę, bycie szoferem swoich dzieci...
Trzeba to przeżyć - poradziła doświadczona koleżanka. Tu w Szwecji nie ma SKSów, trzeba samemu organizować.
Pojęcie "aktivitet" oznacza wszelkie zajęcia pozalekcyjne, zwykle organizowane przez różne kluby, domy kultury czy organizacje skautowe. Kami ma piłkę, choć i pianino można by zaliczyć.
Wydawało mi się, że to już wszystko, co można wcisnąć w nasz grafik pełen szkoły, pracy, robienia lekcji, prób scholi i niedzielnych wyjść do kościoła (które trwają zwykle 3-4 godziny, bo po mszy jest zawsze czas na spotkanie przy kawie).
Ale nagle pojawił się temat siatkówki. Mamusia oglądała co wieczór, ile mogła, co tam, że dzieci trzeba nakarmić i położyć spać, nie mówiąc, że wypada czasem umyć. Nie teraz, Tatuś Ci da jeść, idź do niego!
Siatkówka to moja miłość od czasów podstawówki. Od szóstej klasy trenowałam zawzięcie w szkole podstawowej nr 66, nasz ukochany wuefista pan Jan Liberski uczynił z bandy nastolatek wspaniałą ekipę. Byłyśmy klasą sportową, z sześcioma godzinami wuefu w tygodniu. Dodatkowo miałyśmy sześć godzin treningu, także codziennie od poniedziałku do soboty miałam dwie godziny lekcyjne siatkówki.
Byliśmy tak dobre, że trener zapisał nas do ligii szkół średnich. Pamiętam, że już w siódmej klasie wygrywałyśmy większość meczów w tej lidze, tylko szkoła Gwardii Wrocław nas biła na głowę. Ale tam były takie damskie wersje Bartosza Kurka.
Gdy o tym opowiadam znajomym pytają kiedy się uczyłam. Nie wiem kiedy. Nie pamiętam ślęczenia nad lekcjami w podstawówce. Ale pamiętam, że warunkiem trenowania było to, że oceny nie mogą się pogarszać. Na każdym półroczu pan Liberski robił tabelkę z naszymi ocenami, porównywał z końcowymi. Jak były gorsze to delikwentka wypadała z treningów, bo siatkówka nie może przeszkadzac w nauce. Także cała nasza siatkarska ekipa miała co roku czerwone paski. Niektórzy dodatkowo startowali w olimpiadach przedmiotwych, ja próbowałam sił w geografii, rosyjskim i polskim.
No a teraz mój syn poprosił mnie, żebym grała z nim w siatkówkę.
<3
Aż podskoczyłam z radości!
W wakacje już kupiliśmy piłkę do zabawy na plaży i w ogródku, kilka razy zdarzyło nam się grać z linką rozpiętą między jabłonką a wieszakiem na pranie. Ale stara sztywna mamusia może sobie zrobić krzywdę przy zagrywce, nawet ogródkowej.
Poszperałam w necie i zobaczyłam, że niedaleko szkoły Kamyczka działa klub siatkarski. Kami od razu chciał spróbować, okazało się, ze początek roku roku to idealny czas na zapisy. Voila!
W sobotę poszliśmy na testowy trening. Szkolna sala gimnastyczna, taka typowa jak za peerelu, troche lepiej wyposażona bo z sufitu jakieś liny zwisają. Ale już rozwijanie siatki wzbudziło wspomnienia sprzed 30 lat :)
Trening to była taka typowa gimnastyka, ze skokiem przez skrzynię, fikołkiem na materacu oraz przejściem po równoważni. Dopiero ostatnie 20 minut to było uczenie się odbić czy rzucania piłką przez siatkę. Kamyczkowi bardzo się podobało, Kubusiowi też ;) dorwał piłkę i graliśmy sobie z boczku.
Pójdziemy na pewno na kolejny trening. Kami jest bardzo wysoki, fizyczne warunki ma o wiele lepsze niż ja.

Zastanawiam się trochę, czy to nie za dużo, czy nie przeciążam go. Ale przyznam, że perspekrywa odciągania dziecka od telewizora przez całą sobote jest średnio przyjemna, wolę go zabrać na trening, to zresztą tylko godzina. A póki dziecko woli zajęcia z mamą niż ekran... nie wiem jak długo to potrwa. Korzystać póki można!
Dodatkowym czynnikiem jest fakt, że nie jesteśmy pewni dalszego grania w piłkę nożną. Kami lubi grać, ale w naszym klubie zrobiła się klika. Pewne dzieci, te najdłużej grające i najbardziej zaawansowane, są zawsze wybierane na mecze. ich rodzice angazują się mocno, czasem pomagają w treningach. Przy podziale na drużyny, ci najlepsi chłopcy zawsze lądują w jednej drużynie. Inne dzieci to czują, już wcześniej słyszałam od rezygnujących matek, że to jest duży problem tej drużyny, ale dopiero po czasie doświadczyłam tego na własnej skórze. Czy raczej skórze rozczarowanego syna, który pyta czemu nigdy nie jest w dryzynie z tym czy tamtym, kolegami ze starej szkoły.
Nie wiem, synku. Nie przejmuj się tym, coraz lepiej grasz!
Zobaczymy jak się rozwinie sytuacja, póki co chodzimy na każdy trening. Kami przybrał na wadze w ostatnim roku, traktuję te treningi jako antidotum na otyłość. Mecze nie mecze, pobiegać za piłką jest zdrowo. Także póki ogarniamy logistykę – jeździmy.