Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malmö. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malmö. Pokaż wszystkie posty

7 sierpnia 2015

Nasze Rzeczypospolite

Jakbym miała akcesoria powiesiłabym wczoraj flagę Polski. Wspaniały dzień na zaprzysiężenie nowego prezydenta - MOJEGO prezydenta. Wierzę, że prawdziwie odbuduje wspólnotę, jak obiecywał.


Łezka w oku się zakręciła... i od razu wątpliwość: przecież poprzedni też to samo przysięgał, czemu frywolnie gwałci polską konstytucję?? czemu nie dba o dobro narodu? (vide odrzucone wnioski o referenda, podpisane ostatnio na chybcika ustawy, wiadomo jakie, głupie wypowiedzi w obcych parlamentach pokazujące brak troski o nasz naród... dlugo można wymieniać). Retoryczne pytanie...   Oby nowy prezydent naprawił to, co poprzedni zepsuł, to się teraz liczy.

A oto orędzie, dużo o nas, Polakach na emigracji :) Ale rzetelne i uczciwe, nie żadne gruszki na wierzbie. Pierwszy raz od dawna jestem dumna z naszej polskiej władzy, tego jednego jej elementu - Prezydenta Polski. Mojego Prezydenta.



Wczoraj na mszy miałam deja vu. Otóż wybór nowego prezydenta zbiegł się to w czasie ze zmianą "władzy" w Polskiej Misji Katolickiej w Malmo. Długa i bolesna historia, wiele osób zostało bardzo pokiereszowanych przez manipulacje, złą wolę i zwykłą nieudolność. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale obraz naszego lokalnego polskiego kościoła tu przypomina jako żywo dzisiejszą Rzeczpospolitą. Stronnictwa, waśnie, emigracja... ja na przykład wyemigrowałam do "oddziału" w Lund... oczernianie i obgadywanie, zamykanie komuś ust i wykluczanie z życia wspólnoty. Normalnie brudna polityka, obrzydziła mnie do cna, nie zdzierżyłam. Jak widać przełożeni zakonu też (uff, Bogu dzięki za hierarchię, demokratycznie to by się tu polała krew!).

Teraz po zmianie "prezydenta" wszystko wydaje się wracać na swoje miejsce. Ale musi wrócić na swoje, nie na jakieś nowe gdzie, ktoś inny będzie wykluczony - pokusa jest, ale trzeba się jej oprzeć. Tak jak czytałam w wywiadzie z prof. Glińskim, o pomyśle PIS na scenę polityczną - nowe plany na demokratyzację życia politycznego będą dotyczyły wszystkich głosów, także tych z PO, choć PO akurat na nie nie zasługuje... ale nie wolno nigdy nikogo wykluczać. Inaczej zaprzeczamy temu, o co walczymy. I Temu w imię Kogo walczymy.

Czy wrócę z mojej małej-wielkiej emigracji? Bardzo chcę jedności i prawdziwej wspólnoty, to jest bardzo potrzebne dla zdrowia naszych dzieci, które od tej wspólnoty uczą się co to znaczy bycie Polakiem. Więc jeśli powrót będzie pomagał w tym budowaniu jedności - wrócę, w przeciwnym razie - nie. 

Oby nowy rektor PMK i nowy prezydent naprawili te nasze rzeczypospolite. Tak im dopomóż Bóg!

15 października 2014

Kryzys

Małe wspomnienie z czasu porodu.

Siłą rzeczy porównuję doświadczenia sprzed czterech lat i te świeże. Wtedy rodziliśmy w Lund, teraz okazało się, że w Lund nie ma miejsca i trzeba do Malmö.

Trudno. W sumie nie powinno to stanowić różnicy.

A jednak. Nawet Amir zauważył i odczuł jakoś negatywnie różnicę. Wtedy czuliśmy się cały czas monitorowani i pod czujną opieką położnych. Teraz KTG włączały co kilka godzin i niemal zawsze bez zapisu na papierze (oszczędności?).

Zaskoczyła nas nawet etykietka na toalecie... Tylko rodząca ma prawo z nij korzystać! Amirowi udało się jednak wślizgnąć kilka razy gdy położnej nie było ;)



Ale szczytem okazał się brak hotelu pacjenta w Malmö. Procedura jest taka, że na oddziale zostają tylko osoby, które potrzebują opieki szpitalnej, reszta ma po 2-3 godzinach jechać do hotelu albo - po min 6 godzinach obserwacji w sali porodowej - iść do domu. W naszym przypadku było to ok drugiej w nocy. Szpital może załatwić taksówkę i dojazd do hotelu pacjenta w Lund (gdzie wcześniej byliśmy), to ok. pół godziny jazdy, wypożycza fotelik dla dziecka i zestaw pieluch dla mamy, ciagle krwawiacej. Pani położna bardzo przepraszała i była wyraźnie zawstydzona sytuacją szpitala, w - bądź co bądź - największym mieście w regionie. "Rozumiecie, oszczędności...".

Niemniej jednak mina mojego męża, zawsze podkreślającego jakość usług, za które płacimy 31% podatku - bezcenna.
Chyba właśnie zrozumiał co na dłuższą metę oznaczają rządy socjalistów.

1 września 2014

Deszczyk

Wiedząc, że czeka mnie niedziela w biurze (zmiany w systemie) piątek w pracy rzuciłam na odchodne, widząc chmurzące się niebo:

- w sumie to mogłoby w weekend padać, przyszłabym do pracy bez żalu...

No i przepowiedziałam... Jak zaczęło w nocy z soboty na niedzielę o 4 rano to praktycznie nie przestało do wieczora. Od 8 rano ludzie zaczęli przysyłać obrazki do lokalnej gazety:







Nie muszę dodawać, że pół miasta sparaliżowane, wszystkie drogi wyjazdowe/dojazdowe też, spora część nie ma prądu. Nasza wieś Arlöv w miarę sucha, ponoć piwnice tylko trochę zalało.

I wszystko dlatego, żeby mi było przyjemniej siedzieć w pracy :D

(no dzieki temu wiadomo też gdzie NIE KUPOWAĆ domu...)

23 maja 2014

Wybiórczo

Dawno nie miałam czasu na blog. Bo praca, bo inne zobowiązania, bo basen... bo kolejne USG (ponoć będzie chłopak), bo znowu rzuciłam się na czytanie. Bo czasem trzeba ugotować obiad i upiec ciasto (dzisiaj robiłam to, tak chyba w klimacie mojego wpisu :P)... Wszystkiego mieć nie można!

Ale w przededniu wyborów do PE chciałam napisać kilka słów na ten temat. Co tam cisza wyborcza :P

O szwedzkiej scenie politycznej nieco pisałam, tutaj, ale na przestrzeni tych trzech lat trochę się zmieniło. Otóż warunki życia - w szwedzkiej skali - pogarszają się, a zatem rośnie niezadowolenie społeczne. Przybywa ludzi niechętnym socjalistom i ich polityce imigracyjnej. Rośnie popularność partii SD (Sverigedemokraterna) - w mediach wyzywanej od nazistów.

Oj, skąd my to znamy, jaki tani chwyt. Zamiast przedstawić merytoryczne argumenty najłatwiej wyzwać od faszystów. Publika się podgotuje, perfekcyjny chwyt erystyczny czasów po Hitlerze...

Ale co z liczbami i faktami?

Niedawno dostaliśmy ulotkę w drzwi (my... imigranci... swoja drogą ciekawe, czy tu jest jakiś podtekst... mam to odebrać jako sugestę do wyjazdu...?):

"Szwecja chce ograniczyć wpływy UE. Nie dla dyktatury UE. Nie dla ich waluty!"

dalej czytamy: "Około 7000 przepisów szwedzkich jest ustalanych przez UE. To jest sowiecka dyktatura (...) Jak to dalej będzie postępować to utacimy naszą suwerenność (...)

Cecillia Malmström, komisarz UE i członek partii ludowej (FP - coś jak nasz PSL) postuluje zwiększenie fali azylantów z północnej Afryki... czy ona straciła rozum?? Już dzisiaj Szwecja przyjmuje 1/3 wszystkich azylantów Europy, chociaż ma tylko 1/50 jej populacji... "

a potem szczegóły o naszej gminie:
"Partie rządzące prowadzą nasz kraj na modłę sowiecką. Zmusza się gminy do przyjmowania azylantów, często "osieroconych dzieci", które nadzwyczaj często wcale nie są osierocone i po jakimś czasie dociera cała ich rodzina... szacunkowe koszty roku 2015 to 7 miliardów koron..."

"60% mieszkańców gminy B. to imigranci... w szkole Humlemad 90% dzieci mówi w innym języku niż szwedzki... jedynie 73% tychże kończy szkołę z wynikiem pozytywnym (przypominam, nie skończyć tutejszej szkoły z wynikiem pozytywnym to nie lada wyczyn!)... nasze zasiłki socjalne to dwudziestokrotność tych w Vellinge (najbardziej znana gmina, która szczyci się swoja szwedzkością i większość popiera SD), piętnastokrotność tych w Lommie, dziesieciokrotność tych w Staffanstorp...  gmina B. jest zmuszona sprzedać swoje nieruchomości, żeby móc budować kolejne szkoły..."



Szczerze mówiąc trudno się nie zgodzić z oburzeniem. Jeśli sie doda do tego statystyki przestępstw (ponoć 90% gwałtów jej popełnianych przez imigrantów) to nastroje rewolucyjne gotowe... ale oczywiscie media mają władzę, media które należą do obecnej politycznej wiekszości, więc domyślamy się jaka jest retoryka tego przekazu...

Moim zdaniem problemem SD jest jednak zbytnie skupianie się na imigracji, jakby to była jedyna bolączka Szwecji... i rzeczywiście jej retoryka często ociera się o rasizm, zwłaszcz memy na ich stronei fejsbukowej. Widać wyraźnie pulapki ideologicznych podstaw tej partii, anwet jeśli pewne choroby diagnozują dobrze - proponowane lekarstwo nie jest właścice. Dodatkowo rażąco ignorują inne problemy Szwecji, widzę setki innych - wojujący feminizm, poziom szkolnictwa (dramatycznie obniżony przez wpływy feministycznych ideologii), poziom służby zdrowia (szokujące wyniki dziennikarskiego śledztwa Macieja Zaremby) a wreszcie - moralna zgnilizna i upadek rodziny... powszechne przyzwolenie na edukacje seksualną dzieci, aborcję i środki antykoncepcyjne bez wiedzy rodziców budzi mój głęboki sprzeciw. Nawet seksuolodzy zaczynają wypowiadać się krytycznie o wpływie gejowskiej organizacji na tę politykę - "zamiast dawać dwunastolatce środki hormonalne nauczmy ją rozumieć własne ciało" (artykuł po szwedzku)...

Niedawno powstała jednak nowa partia. Być może pierwsza, z którą bedę się mogła w pełni utożsamić - Kristra Värdepartiet, czyli Partia Wartości Chrześcijańskich. Do tej pory widziałam ich całkowity sprzeciw wobec aborcji na życzenie. Pierwszy raz w Szwecji ktoś powiedział o tym głośno!!!!!!!

Pytanie czy wystarczy im ekspertów, którzy zajmą się innymi problemami. W Szwecji to prawdziwy obciach nie być feministką, mózgi ludzi są tak wyprane z wartości chrześcijańskich, że to aż trudno uwierzyć. Niby tacy humaniści, litują się nad zwierzątkami, kwiatkami i rybkami... ale nienarodzonego człowieka bez mrugnięcia okiem wrzucą do kosza na śmieci. Chesterton określiłby ten darwinizm społeczny HUMANITARYZMEM.

I zamykając temat wyborów. Ponoć to będą najgorsze wybory w historii, najmniej ludzi pójdzie głosować i ogólnie porażka demokracji. Spoty beznadziejne, kandydaci też, nic tylko siąść i płakać... takie tezy lansuje lewactwo, oczywiście. Ale mała frekwencja to nie porażka demokracji. To porażka chrześcijaństwa.

Za Chestertonem:
"Sam mechanizm oddawania głosów nie tworzy jeszcze demokracji, chociaż w tej chwili trudno znaleźć łatwiejszą metodę zastosowania jej w rzeczywistości. Ale nawet samo głosowanie jest głęboko chrześcijańskie w sensie praktycznym - jako próba uzyskania opinii tych, którzy byliby zbyt skromni, aby z nią wystąpić publicznie. oto mistyczna przygoda: pokłądanie szczególnego zaufania w tych, którzy nie ufaja sobie. Ta tajemnica jest wyłączną domeną chrześcijaństwa. (...) Z psychologicznego punktu widzenia jest cos chrześcijańskiego w postanowieniu, by zasiegać opinii u nikomu nie znanych ludzi, zamiast wybrać oczywistą drogę przyjęcia opinii elity." ("Ortodoksja", wyd. Fronda, str. 210)

W niedzielę jadę na Ystadsgatan oddać głos na jedynego polskiego polityka, któremu ufam. To będzie mój głos w PE, ponoć ma szanse :)

17 kwietnia 2014

Tymczasem w Jerozolimie...

To już niedługo! Dzisiaj się zaczyna!
Najważnieszy okres całego roku - święte Triduum Paschalne.

Mój Wielki Post nie był tak dobry jak chciałam, nie udało się pościć tak jak chciałam :/ no ale na Wielki Tydzień postanowiłam mocno i konsekwetnie. Odkraść czas fejsbukom i blogom a przywrócić go Ważniejszym Sprawom. Już na początku Wielkiego Postu odkurzyłam moją liturgię godzin i na powrót zaczęłam z niej korzystać. Czasem nawet budziłam się nad ranem i od razu przychodziłą mi myśl: "kiedy ranne wstają zorze Tobie ziemia, Tobie morze..."... jutrznia!

Tegoroczny post był jednak wyjątkowy, bo pierwszy raz nasza parafia przeżyje uroczyste celebracje liturgiczne. Od 6 tygodni mała grupka osób przynajmniej raz w tygodniu schodziła się i ćwiczyła śpiewanie, żeby uświetnić liturgie. Będzie nas tylko piątka, więc dominkańskich śpiewów czterogłosowych nie damy rady, ale zrobimy co można. Nie chodzi wszak o formę, ale o ducha. Czas włożony w te przygotowania to nasza jałmużna - dwa miesiące pracy. Ćwiczenie w domu, wysyłanie sobie nut i piosenek, ćwiczenie wspólne... kolacje o 21 po powrocie do domu, niewidzenie dziecka czasem.

Nowością jest to, że my, Polacy, będziemy tak aktywnie uczestniczyć we wspólnej mszy po szwedzku dzisiaj wieczorem. Inne liturgie są odprawiane osobno dla każdej grupy językowej (Polacy, Chorwaci, Szwedzi, nawet po arabsku będzie jutro), ale Wielki Czwartek celebrujemy razem. A zatem będziemy śpiewać po szwedzku i łacinie. Niełatwe zadanie, zwłaszcza po szwedzku. Ten język ma swoją melodię, trudną wymowę, i zaśpiewaj to jeszcze na wysokim d.

Nowością jest w ogóle to, że... będę na Wielkanoc w Szwecji! Nie będzie zatem białej kiełbasy, szyneczki czy sałatki jarzynowej (za którą nigdy nie przepadałam, ale nagle mi brakuje...), nie będzie drożdżowej baby Babci Dany. Upiekę sernik i mazurek, zjemy nasze standardowe jajka-po-pakistańsku na śniadanie, może z ciastem po, podzielimy się święconką. Będzie chleb biały, niekwaszony, jak za czasów Jezusa, my go nazywamy roti... i jemy niemal codziennie.

Jeśli znajdę jakieś serwetki i będzie jak to zanieść do kościoła, znaczy...nie mam tu "zestawu święconkowego" :/ nawet dzisiaj zastanawiałam się w czym wezmę sól i pieprz, nie mam takich małych miseczek jakich moja mama ma setki...

Ale nie to jest najważniejsze. Tylko celebracja Najważniejszego Wydarzenia w Historii.

Na koniec tego okresu przygotowań spotkało mnie coś niezwykłego. Mąż przyniósł ze sklepu moje zamówione goście niedzielne, w jednym z nich była książka. Popatrzyłam, wstawiłam na półkę.
W zeszły weekend dopiero czytałam te gazety. I dopiero wtedy TO znalazłam.

W numerze 12, z początku Wielkiego Postu był artykuł o mistyczce Annie Katarzynie Emmerich. Przeczytałam z zapartym tchem i wyciągnęłam książkę. "Pasja". Czytam i ... znajduję się nagle 2000 lat temu w Jerozolimie. Czuję powiew wiatru na twarzy, widzę jezusa i jego uczniów, słyszę ich rozmowy... widzę jak Jezus trzyma "roti" i daje je swoim uczniom... takie widzenia miała bowiem ta mistyczka. Niedawno błogosławiona. Otrzymała dar "zobaczenia" wielu scen biblijnych, także ze Starego Testamentu, a jej widzenia zostały zapisane.

Anna Emmerich była jednym z tych świętych, którzy byli bardzo blisko Jezusowej męki - otrzymała dar stygmatów. Podobnie jak św. Franciszek i ojciec Pio. Ojciec Pio ponoć odprawiał wielogodzinne msze święte, bo współcierpiał z Chrystusem w czasie Jego ofiary, nie mógł przyspieszyć mszy, bo Jezus jeszcze umierał...

A zatem przez cały Wielki Tydzień czytam sobie codziennie trochę, chcę być na bieżąco. Dzisiaj rano przeczytałam opis Ostatniej Wieczerzy. Uderzyło mnie (i Annę) to, jak bardzo jej celebracja przypomina dzisiejszą mszę świętą. My, katolicy, zaznajomieni z nią od urodzenia niemal nie zastanawiamy się nad gestami czy symbolami, ale one były żywe dla izraelczyków - i są dalej żywe, ale my ich nie rozumiemy!

Wspaniały opis ustanowienia Najświętszego Sakramentu. Namaszczenie apostołów i wyjaśnienie tajemnicy konsekracji, której będą mogli sami dokonywać po dniu Pięćdziesiatnicy.

(Niby to wszystko się słyszy w kościele, ale jakoś tak się osłuchało... a lektura wizji Anny wnosi niesamowity powiew świeżości!)

Wiem, że jutro będzie ciężko. Opis pasji Anny Emmerich był inspiracją dla Mela Gibsona, na tej podstawie powstał film "Pasja". Ponoć bardzo okrutny i krwawy (nie widziałam! z tego powodu właśnie), ale... myśmy zagłaskali naszego "pana Jezuska" i nie dociera już do nas, ze "odkupieni krwią" to znaczy ... KRWIĄ. Nie uśmiechem, światłem i dobrotliwym gestem. MĘKĄ. Planuję przeczytać go w tę Paschę.

Bo potem nastąpiło to, co zmieniło na zawsze losy świata. ZMARTWYCHWSTANIE.

Życzę Wam wszystki, którzy to czytacie, żeby zmieniły i Wasze. Alleluja!


16 stycznia 2014

WOŚP w Malmo

Jak to w tym okresie w roku, na fejsbuku trwają burzliwe dyskusje. W zasadzie strach otwierać fejsa w początkach stycznia, w gronie chrześcijańskim akcje "anty", na co do gardeł skaczą im liberałowie, zwolennicy "róbta co chceta". No nieprzyjemnie na maksa, bo to czasem koledzy ze szkolnej ławy lub "parafii" są. Z wieloma takimi już nie jestem na ty.

Przyznam bez bicia, że sama też dolałam oliwy do ognia niektórych dyskusji. Bo strasznie mierzi mnie to, że media publiczne czy politycy tak bardzo bronią prywatnej - bądź co bądź - inicjatywy, niby chodzi o szczytne cele, ale mam poważne wątpliwości jak jest naprawdę. Przecież prywatna inicjatywa sponsorująca publiczne szpitale to całkiem chory pomysł, to zamalowywanie farbą zgrzybiałej ściany, niczego się nie naprawia, a wręcz pogarsza sytuację, bo "zawsze ktoś zasponsoruje sprzęt". Na co, u licha, płacą ludzie podatki? Więc jeśli ci, którzy je pobierają bardzo intensywnie wspierają w/w prywatnego darczyńcę to lampka w głowie świeci się na bardzo czerwono. Bo jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze (albo koneksje czyli władzę).

Fejsbukowy użytkownik "żelazna logika" (polecam!) fajnie podsumował żelazną logikę naszych mediów i rządzących (w sumie to niemal to samo):

(cytuję):

1. Dolnośląski Urząd Marszałkowski wydał 65 mln zł na portal internetowy - trudno, życie, nius mało istotny.
2. Policja wydała 1 mld zł na logo - trudno, życie, nius mało istotny.
3. Wyłudzili miliony przy budowie PGE Areny i autostrad - trudno, życie, nius mało istotny.
4. Wydali 5 mln zł na koncert Madonny - trudno, życie, nius średnio ważny, konsekwencji nie będzie.
(ta lista mogłaby spokojnie dojść do stu punktów)
...
...
101. Zebrano 50 mln zł w ramach WOŚP - wow, jak super! Brawo Jurek! Nius najważniejszy wszędzie!!!!


(koniec cytatu)

Źle się dzieje, jednakże, że bezmyślnie wali się w WOŚP "młotem caritasu" jak to ostatnio podsumował Szymon Hołownia, bo to wcale nie chodzi o hejtowanie Owsiaka ani porównywanie różnych fundacji (sama jestem tego walenia też winna, mea culpa, po zastanowieniu usunęłam conieco z tzw "ściany")

Ale jeszcze gorzej, że publicznie wspiera się nie tyle przysłowiowe dawanie na dzieci, ile samą postać Owsiaka, tudzież jego inne inicjatywy. Przecież nie wolno nie dać na WOŚP bez otrzymania łatki "człowieka bez serca"!

Bo tak właśnie gra orkiestra, dosłownie WYMUSZA aktywność; pod tym względem porównanie z Caritasem jest całkiem OK, bo Caritas niczego nie wymusza, a skuteczność o wiele większa...

Dokładnie tak było w Malmo. Pewien pan chciał zorganizować WOŚP w stolycy naszej pięknej Skanii i o ile wiem chciał, żeby lokalny proboszcz i katolickie stowarzyszenie młodzieży się włączyły. A ten nie chciał, co więcej, powiedział publicznie swoje negatywne zdanie o WOŚP i jej dyrygencie. No więc w zamian wylały się na proboszcza kubły pomyj. No bo przecież nie można nie wesprzeć, prawda? Nie można mówić niczego złego o Owsiaku, nawet jeśli to złe to są faktu i szemrane akcje.
Dodam, że proboszcz nie powiedział tego z ambony w ramach kazania, takie politykowanie jest niegodne Liturgii Słowa, wszystko było za kulisami. Trochę na fejsbuku.

Ale pomyje strasznie śmierdzące. Nie będę cytować komentarzy, ale to, co jest publicznie dostępnym listem tego pana na fejsbukowej stronie akcji. Pod postem są bowiem jeszcze gorsze komentarze, także publiczne. Jedno wielkie szyderstwo ze strony tych, co to tak pałają chrześcijańskim miłosierdziem. Były też pełne nienawiści obrazki, ale te usunięto chyba.



Jak widać, nie można odmówić wsparcia akcji. Nie można działać ze swoim sumieniem. Jak nie poprzesz Owsiaka i powiesz dlaczego to sobie nagrabiłeś...

Kolejna sprawa. Normalnie każdy proboszcz jako zarządca parafii i kościoła ma prawo zadecydować jakie akcje dzieją sie na jego terenie. Wpuszczam koncert XYZ, nie wpuszczam Nergala. Wpuszczam Oazę, nie wpuszczam towarzystwa propagującego buddyzm. Normalne. Ale jak widać nie wolno tykać pewnych "świętości".

I dlatego uważam, że WOŚP wykonuje złą robotę. Bo zawsze - zawsze - zasadą powinno być "niech nie wie lewa Twoja ręka co czyni prawa", a nie wrzaski, że czyjaś (obca!) ręka nie pomaga... No i to nakręcanie antagonizmów...

19 sierpnia 2013

Serce upomina mnie nawet nocą...

To psalm z niedawnego czytania... ach, jak pięknie brzmiał wymówiony w środku nocy naprzeciwko mojej Maryi niosącej Ducha Świetego. Dosłownie ciary mnie przeszły jak odkryłam skarb na ten dzień.
Zachowaj mnie, Boże, bo chronię się do Ciebie,
mówię do Pana: „Tyś jest Panem moim,
Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem,
to On mój los zabezpiecza”.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
Ty ścieżkę życia mi ukażesz,
pełnię Twojej radości
i wieczną rozkosz
po Twojej prawicy.


Od niedawna mamy tę ikonę. Staram się codziennie spędzić z nią czas. Nie da się inaczej, bo ona wzywa...

W jakiś tajemniczy sposób modlitwa jest inna gdy się zapali świeczkę i uklęknie przed ikoną... postawi Pana przed oczy...

Całe ciało się wtedy modli. I tak naturalnie przychodzi wtedy na usta modlitwa Jezusowa.

Ponoć muzułmanie też mają swój kult Maryi (proboszcz z Rosengardu mówi, że co chwila jakaś muzułmanka przychodzi i do figury Maryi... że to chyba te, błagające o płodność przychodzą... i że on zawsze troche się boi, czy ta kobieta nie ma na sobie jakiegoś pasa z bombami... ot, proza życia w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Skandynawii...). Choć Amir na pewno nie otacza Maryi kultem. Tak naprawdę to myślę, że on zaledwie toleruje ten mój świety obraz.

Ale ja wierzę, że to nie jest zwykłe tolerowanie tylko łaska Ducha Świetego właśnie :)

31 stycznia 2013

Szwedzki stół

Mieszkam od ponad trzech lat w Szwecji a bardzo mało piszę o kuchni szwedzkiej. Może wydawać się dziwne... Ale... to po prostu nic szczególnego! Mój mąż wrecz mówi o tym "mdłe", "bez smaku" ewentualnie "dziwne" (ale jego opinią nie należy się akurat przejmować, on ma podniebienie wyżarte chilli i garam masalą, i tak samo mówi o polskim jedzeniu, a nawet o włoskim!).

Zainspirowana inicjatywą klubu "polki na obczyźnie" postanowiłam podsumować szwedzkie zwyczaje kulinarne.

Ja bym określiła tradycyjne potrawy Szwedów jako bardzo monotonne (nie liczę obcych kuchni, które panoszą się w każdej restauracji). W porównaniu z Polską zdecydowanie mniej warzyw w nim, w zasadzie rządzą ziemniaki, groch, marchewka, cebula, kapusta... i jeszcze raz ziemniaki... (naturalnie, trudno o świeże warzywa śródziemnomorskie na tej szerokości geograficznej...)

W moim przekonaniu szwedzka kuchnia jest też dość niezdrowa. Szwedzi jedzą dużo okropnego chleba (biała miękka gąbka z supermarketu), ale trochę to równoważą jedząc też sporo dużo chlebka chrupkiego (na który ja mówię chlebek Wasa). Mus ziemniaczany (takie puree jeszcze bardziej drobne, robione ponoć z płatków ziemniaków, nie z calych ziemniaków), frytki, potatisgratäng (ziemniaki zapiekane w sosie śmietanowym), z nie-ziemniaczanych dań: smażone pulpety (meatballs) z ciężkim sosem, smażona mortadela (falukorv)... 




(ku mojemu bezbrzeżnemu zaskoczeniu smażona kiełbasa (a\la) mortadela często gości na szwedzkim stole, myślałam, że czasy podstawówkowej stołówki mam dawno za sobą... jakże się myliłam)

Z dobrych rzeczy (które wcale nie sią jakoś super popularne) mamy tu dużo ryb, świeżych, wędzonych, pieczonych.. smacznych! Moja ulubiona to wędzony na ciepło łosoś. Szwedzi jedzą też sporo ciekawego mięsa (steki z łosia czy renifera), o wiele mniej wieprzowiny niż Polacy czy Niemcy, proporcje "gatunków" mięsa w diecie są o wiele zdrowsze.

Może to kwestia zasobności portfeli...?

Z czego słynie Szwecja


Pierwszy raz usłyszałam o Szwecji w kontekście pierniczków, oczywiście, ale także SFERMENTOWANEGO ŚLEDZIA (surstromning). To taka potrawa, która niczym anegdota owija wszystkie spotkania ze Szwedami. W sumie do dziś nie wiem czy jest prawdziwa bo mnie zniechęcili skutecznie :)
Ponoć należy spożywać na zewnątrz bo tak okropnie śmierdzi.
Produkcja przebiega na kilku wysepkach zatoki Botnickiej, najpierw kisi się go w beczkach, przez dwa miesiace, a potem przekłada do zamnkniętych puszek, gdzie fermentuje przez kolejny ROK... aż puszka robi się kulista od gazów...
Doczytałam, że wiele linii lotniczych zakazało transportu tych puszek pod groźbą wybuchu...



No i oczywiście mamy tu słynny SZWEDZKI STÓŁ. Wiele posiłków serwuje sie w ten sposób, duży stół pod oknem i każdy podchodzi z talerzykami i wybiera co chce... nawet na wigilii jest szwedzki stół :)


Szwecja słynie też z KAWY. Ponoć największa ilość wypitych litrów na głowe mieszkańca... jestem w stanie w to uwierzyć, Szwedzi piją kawe jak Anglicy herbatę, 5/6 razy dziennie. Zawsze pełen kubek. Zawsze czarna. Kolega z pracy kiedyś wyliczył, że on średnio pije DZIEWIĘĆ takich kubków...

Szwedzka kawa jest mocna i aromatyczna, i jest tania. Za pół kilo skańskiej Zoegi płacę jakieś 20 PLN.


Styl jedzenia czyli schemat


Tradycyjny szwedzki styl jedzenia jest bardzo pragmatyczny i usystematyzowany, jak wszystko w Szwecji. Je się o określonych porach, zawsze tych samych, albo w zakładowych kantynach, albo w domach. Restauracje to rarytas (patrz poniżej).

W mojej pracy mamy o 9 przerwę śniadaniową. Wszyscy, dosłownie wszyscy (z wyjątkiem mnie) idą wtedy do kuchni i razem jedzą śniadanie... dla wielu to pierwsze śniadanie, przyszli do pracy o 7 czy 8 i czekali do 9... Ja swoje zjadłam przy biurku zaraz po przyjściu do pracy, więc o 9 tylko ide po kawę (zawsze jest wtedy swieża).

Najpóźniej o 12 idzie się na lunch. Często mamy szwedzki stół :) Na lunch je się dużo, to w zasadzie normalny obiad a nie jakaś tam kanapka czy sałatka. Luncz to czas bez pracy (niepłatny!), przeszkadzać komuś w lanczu tematami pracowymi to wielki nietakt, ale - co bardziej bolesne - nikt wtedy palcem nie kiwnie... nieważne jak pilną masz sprawę!

O 15 fika... kawka w kantynie, często jakaś przekąska przy tym. Taka stara świecka szwedzka tradycja. W tym czasie też nikt palcem nie kiwnie ;) to też stara szwedzka tradycja...

Nie wiem jak wygląda w szwedzkim domu kolacja, prawie zawsze jemy ją sami w naszym domu i nie jest to kolacja szwedzka... Ale szwedzi nie należą do ludów południowych, które zasiadają do stołu po 20, obstawiam, że w przyzwoitym szwedzkim domu serwują ją o 18. Jest to ciepły obiad... tak, drugi obiad, dobrze czytacie. W zimnym środowisku trzeba się doładować kaloriami.

Szwedzi mają ten styl tak głęboko zakodowany, że w czasie wolnym też sa niewolnikami schematu. Kolega z pracy mi opowiadał, że od samego początku jego dzieci jadły w ten sposób, posiłek zawsze był o tej samej porze. Pewnie, łatwiej się planuje cokolwiek, zgoda, ale jakie to nudne...... człowiek chciałby pospać do 11 bo był na imprezie, a tu musi wstać na 8 i zrobić sobie śniadanie hihihi

Ciekawostki z Menu


Jak przystało na zorganizowany kraj, w czwartki je się GROCHÓWKĘ i naleśniki. Całą zimę to obowiazkowy schemat. W każdej chyba kantynie zakładowej będą to serwować... Dzisiaj były, oczywiście!

Tradycyjna szwedzka grochówka jest robiona na tymianku, nie majeranku, z dużą ilością szynki. W epoce "inwazji" islamu i wegetarianizmu popyt się zmienił, teraz zawsze można dostać wersję wege....

Kupuje się ją w każdym sklepie, przeważnie w takich foliach (taka żółta kiełbasa o poj. 1 l, leży obok mortadeli vel falukorvu), nawet w wersji militarnej (ekstra dużo szynki):


Naleśniki takie niby jak polskie, ale... jakimś tajemniczym sposobem naleśniki w każdym kraju są ciut inne ... na ile sposobów można je usmażyć??? Te szwedzkie są zupełnie niesłodkie, dodaje się do ciasta tylko sól. A serwuje luzem, suche, wlewając na talerz marmoladę i dodając bitą śmietanę... żadne białe sery, rodzynki, brzoskwinie, nutelle... (to chyba francuskie wymysły)


MOJE SUBIEKTYWNE SZWEDZKIE MENU

ŚNIADANIE: muesli z jogurtem / chlebek Wasa z dżemem + kawa
PRZYSTAWKA (przed lunchem): sałatka z bufetu
LUNCH: grochówka i naleśniki + kawa
OBIAD/KOLACJA: polskie/pakistańskie/tajskie :)
DESER: pierniczki
NAPOJE/ALKOHOLE: GLOGG wieczorem... a w ciągu dnia KAWA

Glogg to jest najlepsza płynna część Szwecji - grzane winko z rodzynkami i migdałami. Pijane głównie w okresie adwentu, często w takich miseczkach (piałkach), ale jak dla mnie całą zimę można...


Co często gotujecie/pieczecie w domu, możecie dodać jakiś przepis..


Ze szwedzkich potraw tylko pierniczki...(daję link bo już kiedyś pisałam i nie chcę się powtarzać)

Kilka słów o restauracjach


Do klasycznych restauracji chadzamy częściej niż chadzałam w Polsce, ale to raczej wynika ze zmiany stylu życia (po calym dniu nikomu nie chce się już gotować...). Ale restauracje to droga impreza. W całej zachodniej Europie tak jest, nie bez powodu tysiące Polaków jeżdżą do pracy w restauracjach (przysłowiowy "zmywak"). Po prostu praca ludzka jest tu wyżej ceniona niż na tzw. wschodzie, za pensję kelnerki czy pomocy w kuchni można normalnie żyć. Polska zalicza się pod tym wzgledem do wschodu, wręcz Azji.

Ale coś za coś. Tutaj, cokolwiek zawiera w sobie prace człowieka, opróżnia nasze kieszenie do granic rozsądku. Zajrzenie przez mechanika pod maskę - kilkaset koron. Powiedzenie "nie ma nic zadarmo" jest rzeczywistością w Szwecji.

Posiłek w restauracji, z przystawką i winem/piwem to minimum 350 SEK dla jednej osoby, czyli ok. 165 PLN (i to bez szaleństwa, zwykłe dania z menu, nie jakieś super steki z Brazylii).

Z tego powodu chadzamy przeważnie do restauracji tajskich (pyszne jedzenie i ceny akceptowalne), indyjskich, włoskich i kebabowych. Tego ostatniego nie nazwałabym restauracją, ale czasem niektórzy z nas jedzą tam pizzę (ohyda)  i wtedy siedzimy przy stoliku i uzywamy plastikowych widelców... prawie jak w restauracji.

Jeśli będziesz w Malmo to z tajskich restauracji mogę polecić Krua Thai, a włoskich - Vespę i Any Time.

26 listopada 2012

Killing na Moście

Uwaga uwaga, duńczycy nadają trzeci sezon Killinga!!!!
Oglądalibyśmy na żywo gdybyśmy znali duński, a tak to musimy żerować na tych, co robią napisy... wczoraj wyemitowali dziesiąty odcinek, myśmy zatrzymali sie na ósmym. Już tydzień i nikt nie zrobił napisów do dziewiątego... Jak widzę nie tylko my gryziemy pazury, inni też.

W tym sezonie gra aktor z mojego ulubionego "Włoskiego dla początkujących" co zdecydowanie stawia go najwyżej ze wszystkich sezonów.

A tymczasem w Szwecji... a dokładnie na granicy Szwecji i Danii... rozgrywa się inny dramat... na granicy między Szwecją a Danią, gdzieś na środku mostu, zostaje znalezione ciało kobiety. Nogi leżą w Szwecji a tors w Danii (albo na odwrót). Potem okazuje się że jest przecięte na pół... a potem, że każda połówka należy do innej osoby... a każda osoba (prawdopodobnie) innej narodowości... to nowy serial pod tytułem BRON ("Most").

Dochodzenie prowadzi szwedzka policjantka (mająca opinię wariatki i pracoholiczki) i duński inspektor (początkowo chetnie odpuszcza, ale jak się okaże że zamieszany jest obywatel Danii to już nie może...), sporo zabawnych jezykowych lapsusów, bo on mówi po swojemu a oni po naszemu, bez tłumacza i napisów.



Wciągamy się w ten nowy kryminalny serial... czołówka mnie naprawdę wzruszyła ("ach, nasze Turning Torso!", "patrz, nasz dworzecm ale piękny"!, "o, to nasz wiatrak!!!") - nie myślałam, że już tak się zakorzeniłam :)




22 lipca 2012

Kula - p.s.

Kula na łące w Västra Hamnen to siłownia, jak napisałam. Ale powinnam była chyba zrobić kolaż, który pokaze do czego służy... tudzież wszystkie pozostałe sprzęty.


To jeden z kilku takich ''zestawów" w Malmo, nie wiem dokładnie ilu, ale ta prezentuje się wyjątkowo elegancko. W końcu miejsce nie byle jakie, samo centrum LANSU Malmo. To nasz deptak do pokazania się w markowych ciuchach (do biegania też), profesjonalnym sprzętem i wypasionymi jachtami.

4 listopada 2011

Autobusiarze

Niedawno odwiedziliśmy najnowszy plac zabaw w Malmo. Nazywa się Bus Fabriken czyli Fabryka Autobusów.

Wielka hala, po której chodzi się w skarpetkach. W hali prawdziwa dżungla - drabinki, siatki, zjeżdżalnie, pokoiki z piłkami, trampoliny, samochodziki... i WULKAN. Czyli gumowa ścianka w kształcie stożka, spadanie z niej to super zjeżdżalnia... Po prostu raj dla dzieci w wieku od 4 do 13-14. Jest też wydzielony Mały Raj dla malutkich dzieci (w wieku 1-4), gdzie większość "dużych atrakcji" jest zminiaturyzowana i ogrodzona, ale jak się ma starsze rodzeństwo (albo gietkich rodziców) pod ręką to nawet takie dzieci jak Kami spokojnie mogą biegać po dużym obiekcie. Dodam, że za wstęp płaca tylko dzieci do 14 roku życia właśnie. Zakładają chyba, że rodzice idą tam ciężko harować, a nie bawić się ;)

Poszliśmy w pierwszy brzydki dzień ostatnich tygodni, w dodatku w sobotę. Byłam pod wrażeniem organizacji/pomysłu... niby maksymalne natężenie ludzi, trudno zaparkować, ale w środku w ogóle tego nie czuć! Owszem, butów stoi pełno (w Polsce nie do pomyślenia, zostawić buty przy wejściu i zniknąć na kilka godzin... i liczyć, że po powrocie buty tam będą!), mała kolejka do kasy jest, ale w środku nikt nikogo nie przepycha ani nie skacze sobie po głowie! Isak i Nata zabrali Kamyczka do dżungli a rodzice mogli się chwilami rozsiąść, zrelaksować i robić zdjęcia* :)






5 minut spokoju...

Jedyne miejsce, gdzie się odczuwało "tłok" to w części restauracyjnej - ciężko było znaleźć wolny stolik. Niektórzy (niestety) zajmowali cenne miejsca nawet jak już dawno zjedli, wykorzystując fakt, że w Szwecji nikt nikogo nie wywala po zakończeniu konsumpcji. Choć akurat tutaj było to lekko irytujące widzieć samotną mamusię robiącą na drutach, zajmującą cały stolik i 4 krzesła, a na krzesłach plecaki i kurtki... Na stoliku resztki jedzenia, dla niepoznaki chyba...

Poza tym dzieciaki oceniły miejsce na 10 (w skali od 1 do 10), Isak zwłaszcza mógł sie wyszaleć:



* choć najmniej miłym wspomnieniem z wejścia jest fakt, że zepsuła mi się lampa błyskowa w Olympusie, dlatego zdjęcia takie poruszone. Ale i tak oddają atmosferę lepiej niż te 'płaskie' z kompaktowego Canona. Teraz muszę szukać serwisu...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...