Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pakistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pakistan. Pokaż wszystkie posty

30 sierpnia 2015

Zwyczajne Pakistańskie Życie

Bardzo serdecznie zapraszam warszawiaków - warszawian? ;) - na wydarzenie, które odbędzie się 8 września w Muzeum Azji i Pacyfiku. Będzie to promocja książki mojej bliskiej koleżanki Asi Kusy, która pisze bardzo ciekawy blog Zwyczajne Pakistańskie Życie, a właściwie to dwa blogi, bo pierwszy jest na bloxie i od pewnego czasu jest zamknięty.

Asia mieszka w Karachi i - podobnie jak ja - jest żoną Pakistańczyka. W taki oto sposób się poznałyśmy :)

Asia napisała k s i ą ż k ę i 8 września odbędzie się jej promocja. Czyli spotkanie z Asią, jej książką i pewnie sporym tłumem innych pakistańskich żon, zaciekawionych tym wydarzeniem.


Ja też mam bilet do Warszawy na to wydarzenie, ale ciągle nie wiem czy dam radę. niemniej jednak - polecam zainteresowanym.

Tak oto spotkanie poleca jego organizator:

Wtorek 8 września, godz. 18.00
Muzeum Azji i Pacyfiku, ul. Solec 24, Warszawa.
Wstęp wolny

Joanna Kusy – Polka w środku muzułmańskiego świata – etnolożka, szczęśliwa żona Pakistańczyka, mama małego chłopca. Po wielu wahaniach zamieszkała w Karaczi z mężem i jego rodziną. Pakistan nie przestaje być dla niej wyzwaniem, choć powoli staje się drugim domem. Zdarza się jej tu już (czasem!) usłyszeć: „Jesteś taka jak my”.

To książka o moim życiu w Karaczi – największym mieście Pakistanu. Nie ma w niej doniosłych wydarzeń, orientalnych dramatów, wstrząsających historii z kałasznikowem w roli głównej. Jest garść wrażeń z kilku lat, gdy ślubne błyszczące ciuchy zawisły w szafie, a henna na rękach wyblakła. Moja decyzja – o ślubie z Wasimem i wyjeździe z Polski – przestała już być tematem rozmów dla rodziny i znajomych. Z egzotycznych rekwizytów najczęściej używam dupatty i wałka do roti, choć broń palna, z którą Pakistan często się kojarzy, to ważny kontekst życia wszystkich karacziwali – mieszkańców Karaczi.
Piszę o codzienności: co jemy, jak się ubieramy, jak wygląda dom i jak się w nim żyje. Jakie jest nasze podwórko i ulica, jak doświadczam miasta i jego wspaniałych okolic – prowincji Sindh. Gdzie się leczymy, kogo spotykam, czego się boję i co mnie urzekło. Jak świętują muzułmanie i jak z większości stałam się mniejszością. Wszystko, co mnie otacza, wydawało się na początku tak dziwne, obce i różne od tego, w czym wyrosłam, że byłam pewna, że nie da się tu żyć.
U początków i w tle wszystkiego, o czym piszę, jest i wiara, i miłość, która naprawdę przenosi góry, skoro doprowadziła mnie do Pakistanu. Pokochałam też Karaczi, którego bez Wasima nigdy nie wybrałabym na miejsce przeprowadzki. Karaczi fascynuje, przeraża, męczy. Mówi się czasem, że jest nieludzkie. Dla mnie jest przejmująco prawdziwe. I uzależnia. Gdy opuszczam to miasto, tęsknię okrutnie.
Polka ze środka muzułmańskiego świata.

http://www.dwpwn.pl/produkty/947/

Organizacja: Karolina Krzywicka, kustosz MAiP
(kontakt: karolinakrzywicka@wp.pl)



***

Edit 05.09

Przypomniało mi się przy okazji, jak odwiedziłam Warszawę w październiku 2013 roku. Spotkałyśmy się z Asią na kilka dni i spędziłyśmy jeden z nich w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Byłam poruszona tym miejscem, wychowana na "literaturze harcerskiej" i w harcerstwie odwiedzałam Warszawę niemal co roku w dniu 1 sierpnia. Od dawna śledzę godzinę W tylko wirtualnie, zatrzymując się na chwilę w domu i pamiętając o tych ludziach w modlitwie.

Drużyna, z którą jeździłam na obozy (jako instruktor zewnętrzny) miała za patrona Batalion Parasol - wszystko wiedziałam wtedy na ten temat. Z przykrością stwierdzam, że sporo zapomniałam :/ zawsze będę pamiętać zamach na Kutscherę 1 lutego 1943, ale inne wspomnienia blakną. Znowu odkurzyłam sobie komplet książek na ten temat, chcę sobie przypomnieć by opowiadać synkowi.

Gdy następnym razem razem będę z rodziną w Warszawie m u s i m y tam pójść.


18 marca 2015

Polskie morwy

Mieliśmy wczoraj gościa. Furorę zrobiły suszone polskie morwy i packie  mango. CIągle ostatnio to jemy. A zaczęło sie tak.

W grudniu pojechaliśmy do Polski na święta. Trafiliśmy na ostatni dzień jarmarku bożonarodzeniowego, już tylko w galerii dominikańskiej. Sprzedawano pyszne ryby wędzone - chyba wszystkie gatunki żyjące w Polsce, pierwszy raz jadłam SUMA (rewelacja!) - i suszone owoce. Niesłodzone, w przeciwieństwie do tych tu w Szwecji (czytałam nawet ostatnio artykuł o tym, jak to producenci "zdrowej żywności" de facto oszukują kupujących serwując im suszone owoce utopione w cukrze... człowiek myśli, że sięga po zdrową alternatywę a tak naprawdę ładuje w siebie cukier).

Mój mąż dostał małpiego rozumu na widok czegoś dziwnego, co wyglądało jak zlepek białych jajeczek robali. Zaczął w amoku wykrzykiwać "SZATUT, SZATUT!" a pani szybko podała mu trochę na łyżce do spróbowania. Oczywiście rzucił się, po czym kupiliśmy cały wór. To były morwy. Okazało się, że to jedne z owoców jego dzieciństwa, strasznie dawno ich nie widział a uwielbia.

Nigdy nie jadłam wcześniej morwy, bardzo słodka i smaczna. Wygląd nie teges, może stąd nazwa tak podobna do "larwy"? Żałowałam potem, że nie zrobiłam zapasu "na Szwecję", jarmark potem zwinęli i nie znaleźliśmy morw nigdzie indziej.

Ostatnio jednak pojawiły się u nas w netto mieszanki NIESŁODZONE. Wykupujemy cały zapas co kilka dni, zawsze dodaję sobie łyżkę-dwie do porannego musli. W mieszance jest też morwa, no i mango właśnie.



Ilekroć jem morwę przypomina mi się mój dziadek. Nie wiem dlaczego akurat to, ale jest to jedno z moich bardziej wyraźnych wspomnień z dzieciństwa. Dziadek upiera się, żebyśmy poszli "za jaz", bo tam w lesie "są morwy". Nie wiedziałam co to są morwy, a jaz był daleko. Chodziło o jaz bartoszowicki, jakieś 20 miut szybkiego marszu z domu mojej mamy.

Nie pamiętam czy tam trafiliśmy ani czy znaleźliśmy te morwy. Pamietam przechodzenie przez  śluzę Bartoszowicką i ciemny las, którego się bałam...

Pomyśleć, że teraz niedaleko dzikiego dalekiego lasu mieszka moja siostra, mogłaby codziennie bywać na morwach. Jeśli tam jeszcze są.

Wczoraj w polskim sklepie znalazłam całą paczkę niesłodzonych morw. Znowu przypomniał mi się las za śluzą Bartoszowicką. Zerknęłam jednak na pochodzenie, bo zaintrygował mnie dopisek "rolnictwo spoza UE": Iran. O, to tuż pod Pakistanem, Amir się ucieszy.

Wiwat polscy dilerzy morwy!


6 lutego 2014

Sex and Service w Bulgari

Haruję ostatnio niczym wyrobnicy przy budowie obiektów w Soczi.
W pracy terminy i wielkie zmiany. Na przykład zmiana wersji systemu ERP, więc poprzedni weekend do północy byłam w hangarze, a potem wystąpiło kilkanaście różnych komplikacji. Wchodzę i wychodzę z pracy w jakimść amoku, z grubym zeszytem zadań i głową pełną "muszę jeszcze to sprawdzić, zanim ktoś zadzwoni, że jest problem i trzeba będzie gasić kolejny pożar".
I na koniec tego maratoniku miałam już od dawna zaplanowany wyjazd do UK na szkolenie, wyjazd już w czwartek. Odbędzie się w SOBOTĘ. Trzynasty dzień pracy pod rząd... grupa ludzi, którzy wacle nie chcą być szkoleni i trzeba będzie zmobilizować wszystkie wysiłki, żeby się nie załamać jak będą znajdować 100 powodów, żeby nie robić tego, co ich uczę... zcasem nie z ich winy, tak jest - mechanik w małej bazie, nie mając dobrego łącza, czase czy biegłości w sprawach IT przyjmuje takie usprawnienia jak kolejne "co sobie ci szefowi jeszcze wymyślą?..". I i tak zrobi swoje, bo jest rozliczany z naprawiania defektów i tego, by samolot latał.
Jechałam zatem do UK jak na katorgę.
Chodzę sobie po kopenhaskim lotnisku, pokończyły mi się różne kosmetyki, które zwykle kupuję na lotniskach więc chodzę z telefonikiem i spisuje ceny. W drodze powrotnej może być taniej. Co podejdę do jakiejkolwiek półki i stanę natgychmiast podchodzi u
Bardzo Uśmiechnięta Pani i po duńsku pyta, czy może mi w czymś pomóc. Liczyłam - dziesięć razy podeszły, czasem dwa razy przy jednej pólce. jedną odganiam przychodzi inna. Jakaś masakra.
Przysżło mi do głowy kupić perfumy, bo też się skończyły, może coś nowego tym razem... zatrzymałam się przy jednej półce i wącham.
Podchodzi kolejna i coś po duńsku nawija.
Odopowiadam (już lekko zniecierpliwiona) po angielsku:
- nie, dziękuję, nie potrzebuję pomocy
A ona:
- Ale ja wcale nie o to pytałam!
Zaskoczona (i lekko zaintrygowana) wyjaśniam:
- Wie pani, co chwila tu ktoś podchodzi a ja po prostu chcę sama poszperać.
Pani ciągnie po angielsku:
- Rozumiem, też tego nie cierpię więc nigdy nie pytam ludzi, chyba, że wyglądają na zagubionych. A skąd Pani jest?
- Mieszkam w Malmo...
- Pratar du svenska? - odzywa się pani płynnym szwedzkim.
- teochę - odpowiadam po angielsku - bo sumie to jestem Polką.
- To może przejdziemy na polski? - odzywa się pani po polsku.

No to już kompletnie się rozluźniłam. Gadamy jak najęte. Pani mieszka od 36 lat w Danii, pracowała w SASie, teraz na lotnisku. Opowiadała mi jak to nabijali się z własnych linii i nadawali im "nieformalne" rozwinięcia skrótów:

SAS - Sex and Service (seks i usługi)
LOT - Lots Of Trouble (dużo kłopotów)
SABENA (belgijskie linie) - Such A Bad Experience Never Again (Takie złe doświadczenie, nigdy więcej)

Na koniec zapytała czy wiem co to PIA, pakistańskie linie. No jak mogę nie wiedzieć :P

No. To oznacza to Please, Inform Allah (Proszę, poinformuj Allaha).

A potem zerknęła na trzymane przeze mnie perfumy i zapytała, czy próbowałam kiedykowiek Bulgari. Że problem z nimi taki, że jak się zacznie używac to nie chce się już innych... no to po takiej zachęcie nie mogłam nie spróbowac ich nowego zapachu. Piękny.

Mam go. Coś mi sie należy za taki wysiłek, cztery dni poza domem które właśnie zaczynam i jako uśmierzenie bólu po sobocie...

Ale byłam pod wrażeniem pani. Dystyngowana i miła. Dowcipna. Całkiem jak ja ;)
Skuteczni są ci Polacy, jak chcą to każdego owiną wokół palca. Nawet niechętnego klienta. Brawo dla tej pani. Autentycznie uprzyjemniła mi całą podróż.


***

Edit w niedzielę: szkolenie poszło świetnie, jakby Ktoś zainterweniował i wszystkie ciężkie komentarze zostawały gładko odparowane, albo nagle inny uczestnik szkolenia odpowiadał tamtemu i nagle wszystkim się rozjaśniało "acha, rozumiemy!". No cud jakiś!

A poza tym jadłam cudowaną masala fish, teraz będzie mnie dręczyć jaka to była ryba i jaka masala... może się dowiem.

3 września 2013

Cziken Tikka Masala

Jedna pakistańska restauracja w Malmo robi przepyszne danie o nazwie Chicken Tikka Masala. Naprawdę przepyszne. Jedyne 110 koron...

Ponoć to jedno z najbardziej popularnych potraw w Wielkiej Brytanii, nawet weszło do kanonu "angielskich tradycyjnych potraw"... I ponoć zostało wymyślone w UK właśnie, hinduski kucharz podał gościowi kurczaka z pieca tandoori (taki szaszłych w specjalnych przyprawach) a ten narzekał, że zbyt suche. No i kucharz zaimprowizował sos z jogurtu i pomodorów... i tak się zaczęło.

Przepisów na to jest mnóstwo, moja książka "Curry" też nie omieszkała zamieścić. W dziale "Britain", oczywiście :)



 Zrobienie tego dania jest banalne, zwłaszcza jak się ma mieszankę przypraw o nazwie "tandoori masala". Czyli przyprawy do szaszłyków pieczonych w piecu lub na grillu.

Oto zasadnicze kroki do zrobienia Cziken Tikka Masali, nie mając tandoora. Przepis na ok 700 g kurczaka (wystarcza na całą rodzinę, resztka zostaje na lancz na drugi dzień).

1. Kroimy pierś kurczaka w kostkę.

2. Jogurt grecki (10%) mieszamy z Tandoori Masala i marynujemy w tym kurczaka, najlepiej przez całą noc.

A jak nie ma gotowej przyprawy to ją robimy:
- sok z limonki
- łyżeczka ostrej papryki
- 0,5 łyżeczki kminku
- 0,3 łyżeczki kolendry sproszkowanej (coriander)
- 0,5 łyżeczki garam masala
- pasta ze zmiksowanej cebuli (2 szalotki), czosnku (4 ząbki), imbiru świeżego (4 cm) i zielonych papryczek chilli
- trochę soli
Wszystko mieszamy i dodajemy jogurt grecki (10%). Mamy marynatę.

3. Na patelni grillowej smażymy kurczaka, aż bedzie upieczony (ok 5 min z każdej strony).  Można też w piekarniku, ok 15-20 minut. Odkładamy na bok.



4. Robimy sos.  W blenderze mieszajmy pomidory z puszki (400 g), koncentrat pomidorowy (1 łyżka), świeżą kolendrę (posiekaną), świeży imbir (ok 3 cm), łyżeczkę soku z limonki, łyżeczkę kminku i 0,5 łyżeczki sproszkowanej kolendry (coriander). Jak już jest to jednolitą "pulpą" roztapiamy masło na patelni, wlewamy pulpę i śmietankę (125 ml). Solimy do smaku. Doprowadzamy do wrzenia i dodajemy kurczaka.

Gotowe.

Jeden raz tak zrobiłam, było koncertowe, jak z restauracji.

Ale potem koleżanka technolog żywności powiedziała, że śmietanki to sam syf  (cytuję: "śmietana do gotowania to nie jest prawdziwa śmietana tylko emulsja tłuszczy roślinnych"). W sumie co się dziwię, wszak to angielskie danie... więc postanowiłam przestać używać. Zamiast śmietanki zaczęłam dawać jogurt grecki albo śmietanę 34% i wychodzi równie pyszne jak nie lepiej.

Jedna z wersji przepisu zawiarała puszkę zupy pomidorowej Campbell zamiast pomidorów... pewnie jakaś amerykańska pani domu :D


Ostatnio stało się to jednym z naszych domowych standardów. Jak dzieci pierwszy raz jadły od razu poleciały pochwały pod adresem Amira. Na co ja odpowiedziałam "dziekuję bardzo" - byli wyraźnie zaskoczeni, że "gori"* może takie pyszne pakistańskie jedzenie ugotować :) 

I to był największy komplement pod adresem moich kulinarnych zdolności.



*gori to pakistańska nazwa białych... nie wiem czemu zawsze kojarzy mi się z żydowskim "gojem"...

12 kwietnia 2013

A idź mi z tą wichurą!

To będzie kolejny post z serii "w dwóch kulturach".

Dzisiaj o PANCE, czyli wentylatorze, zwanym również wiatrakiem.


Pakistańskie domy hołubią pankę jak największą świętość. Okazjonaly brak prądu to tragedia, z powodu braku panki na noc... w tamtejszym klimacie taka wentylacja jest nieodzowna, ponoć...

Ja nie lubię wentylatora, ale w upalne wrocławskie lata ceniłam powiew powietrza w biurze, tudzież w mojej wieży z kości słoniowej wystawionej na działanie słońca przez większość dnia...

W naszy domu w Szwecji wentylator pojawił się któregoś lata. Nie było go od razu, nie pamiętam kiedy przybył.

I został na dobre.

Co noc mój gorącokrwisty pakistański mąż musi włączyć "wiatrak". Nie wiem czy to przyzwyczajenie, czy mu gorąco (w zimie też???), czy chodzi o usypiający turkot skrzydeł... grunt, że nie zaśnie bez niego. Kamyczka tez usypia tylko z wentylatorem (może dlatego trwa to krócej niż gdy ja usypiam??)...

Co więcej, jak ja usypiam Kamyczka, to on potrafi zerwać się w półśnie z "panka, mama, panka!" i podbiec do wiatraka, żeby go włączyć...

A ja nienawidzę zimnego powietrza oplatającego moją szyję. Nienawidzę tego, że od dawna ciągle nmie boli gardło i mam katar, kto wie czy to nie od panki. Wyczytałam, że wentylator bardzo wysusza powietrze w pokoju - przy naszej wilgotności na poziomie 30% chyba nie powinniśmy go bardziej wysuszać... (a suche powietrze sprzyja rozwojowi infekcji górnych dróg oddechowych i cośtam robi ze śluzem, że potem jest katar). Dodatkowo, wentylator wzbudza kurz i roznosi go po całym pokoju - a wiem, że jest co wzbudzać, raz na jakiś czas otwieram pankę i ją myję...

I tak jak man postanowienie żeby niczego ani nikogo NIE NIENAWIDZIĆ, tak jestem bezwzględna dla panki... co wieczór przed położeniem się na łóżko wyłączam ją. Czasem Amir się zrywa i włącza. Wtedy ja znowu się zrywam i wyłączam. "A idź mi z tą wichurą!!!"

Zabawne to jest nawet czasem :)

Ale zostaje na moim. Moje zdrowie jest ważniejsze niż cała pakistańskość świata.

Wywaliłabym tę kość niezgody, ale są te rzadkie okazje w Szwecji kiedy w mieszkaniu jest bardzo gorąco... no i nie chcę, aby Amir kiedykolwiek wywalił coś, czego ja używam, a co jego denerwuje, bo zagraca lub kradnie czas (mój komputer... stosy książek, zbierające kurz... nie wyrzucone pudełka po czymś, bo "mogą się przydać"...). Nie czyń drugiemu co Tobie niemiło...

9 lutego 2013

Pierwszy dzień mojego nowego życia...

...życia, w którym umiem robić PĄCZKI :)

Szkałam przepisów, porównywałam... pączki to moje ulubione chyba polskie ciasto. Tu niedostępne. W zasadzie nigdzie poza Polską niedostępne. Pączki, które czasem wyglądają tak ja polskie nawet koło nich nie leżały...


A jako że przyszedł tłusty czwartek (do nas przyszedł w sobotę, czyli dzisiaj, tak dla równowagi - w Szwecji tłusty czwartek wypada we wtorek, w naszego "śledzika" i je się wtedy semlę) trzeba było zadbać o coś tłustego.

Choć w sumie zawsze jemy coś tłustego, wszak mieszkam z Pakistańczykiem... ponoć w Pakistanie na hasło "może jakaś lekka przekąska" ("light refreshment") serwuje się smażone w głębokim oleju pakory*, kebaby i chlebki...

Postanowiłam zrobić polskie LIGHT REFRESHMENTS, po raz pierwszy w życiu. Po długiej analiczie różnych przepisów i zdjęć na blogach ten przepis mnie przekonał. Zainspirowała mnie filozofia wyjaśniona na wstępie. Dla mnie polski pączek to Sztuka, nie zwykłe gotowanie. Wszystko okazało się szczerą prawdą, nie czczym gadaniem, widzę ze autorka podobnie postrzega Rolę Pączka w Polskiej Kulturze... Bardzo dziękuję autorce bloga (i wklejam jej tekst, gdyby ktoś go na tamtym blogu kiedyś usunął.... nie mogę go zgubić!)

Co warto wiedzieć o smażeniu pączków? Zanim zabierzemy się za ich przygotowanie przeczytajmy poniższe rady.
  • wszystkie składniki na ciasto drożdżowe trzeba wyjąć kilka godzin wcześniej z lodówki, aby się ociepliły;
  • aby drożdże ładnie wyrosły, musimy je wymieszać z łyżką mąki, cukru oraz z dobrze ciepłym, ale nie gorącym mlekiem; roztwór drożdży wstawiamy do garnka z bardzo ciepłą wodą, aby mleko było cały czas ciepłe podczas wyrastania drożdży;
  • do ciasta na pączki nie można dawać za dużo cukru, bo szybciej zaczną się rumienić podczas smażenia; pączki słodzimy posypując je cukrem pudrem, polewając lukrem i nadziewając dżemem;
  • biała obwódka wkoło pączka świadczy o jego lekkości i puszystości, czyli dobrze wyrośniętym i zagniecionym cieście drożdżowym; takie "lekkie" pączki nie opadają na dno garnka z olejem podczas smażenia i swobodnie pływają po powierzchni; nie jest prawdą to, że białą obwódkę uzyskamy dzięki smażeniu pączków w tłuszczu sięgającym do połowy pączka!
  • do ciasta na pączki dodaje się spirytus, który podczas smażenia ma pomóc szybciej ściąć białko zawarte w mące i jajkach; to może zapobiec zbyt dużemu chłonięciu tłuszczu przez pączki (spirytus może pomóc, ale na pewno nie uchroni przed zbyt tłustymi pączkami jeśli będziemy je niewłaściwie smażyć);
  • składniki muszą być dobrej jakości i świeże, na etapie wyrastania w kuchni musi być ciepło i nie może być przeciągu (a gospodyni musi mieć uczesane włosy, czyste paznokcie i dziecko nie może jej się pętać pod nogami... inaczej nici z pączków! :) )
 Smażenie:
  • dobry tłuszcz do smażenia to olej rzepakowy, olej z orzechów arachidowych (ziemnych), olej ryżowy, smalec, olej palmowy lub kokosowy;
  • optymalna temperatura smażenia pączków to 180 stopni C - w niższej temperaturze pączki mogą chłonąć tłuszcz. w wyższej - mogą się za bardzo i za szybko rumienić; w wyższej temperaturze olej zaczyna się palić;  temperatura oleju nie może się obniżyć podczas smażenia, bo pączki zaczną chłonąć tłuszcz - w trakcie smażenia można, a nawet trzeba regulować płomień pod garnkiem z tłuszczem;
  • dokładną temperaturę oleju można sprawdzić termometrem cukierniczym, bardziej tradycyjny sposób to włożenie końca rączki drewnianej łyżki i gdy spod spodu wydobywają się bąbelki - olej jest gotowy; druga metoda nie jest zbyt dokładna :-);
  • olej rozgrzewamy powoli, stopniowo i dłużej na mniejszym ogniu, a nie krótko na dużym ogniu;
  • pączki smażymy po około 1,5 - 2 minuty z każdej strony, ale cały czas trzeba je obserwować i uważać aby za szybko się nie rumieniły, bo w środku mogą nie zdążyć się usmażyć;
  • pączki smażymy w dużej ilości oleju, jeśli będzie go mało to, paradoksalnie, pączki szybciej nim nasiąkną;
  • nie można smażyć za dużo pączków jednocześnie, bo temperatura oleju za bardzo spadnie, muszą swobodnie pływać, mieć miejsce; wybierzmy raczej większy i szerszy garnek i wlejmy od razu cały olej (1 litr).
Nadziewanie:
Pączki najwygodniej nadziewać po usmażeniu. Nadziewanie pączków po usmażeniu trwa krótko i można dać tyle nadzienia ile się chce. Możemy nadziewać pączki przed smażeniem, ale trzeba uważać aby dokładnie zlepić ciasto. Istnieje ryzyko, choć oczywiście nie musi się to zdarzyć, że podczas wyrastania ciasta lub nawet podczas smażenia, nadzienie niestety wypłynie.

Nadzieniem dla pączków może być: marmolada wieloowocowa lub marmolada różana czy truskawkowa. Dobre są też: dżem truskawkowy, dżem pomarańczowy, dżem wiśniowy i płatki róży w cukrze. Pączki polewamy lukrem lub posypujemy cukrem pudrem. Do lukru możemy dodać smażoną w cukrze skórkę pomarańczową.

Chciałam być wierna przepisowi do tego stopnia, że poszłam do sklepu po termometr. Nie mieli. Pozostała metoda "na łyżkę".

Składniki na ciasto, wyszło mi 15 sztuk:

• 1 szklanka (250 ml) mleka
• 50 g świeżych drożdży (lub 14 g suszonych)
• 3 łyżki cukru
• 500 g mąki pszennej tortowej
• szczypta soli
• 1 łyżka cukru wanilinowego
• 1 jajko
• 4 żółtka
• 4 łyżki stołowe masła (40 - 50 g), roztopionego i ostudzonego
• 2 łyżki spirytusu (wódki)


Oraz:

• 1 litr oleju rzepakowego
• marmolada truskawkowa
• 100 g cukru pudru lub
• lukier (około 250 g cukru pudru i 1 - 2 łyżki wody lub soku z cytryny)

Przygotowanie:
  1. Podgrzać mleko (ma być dość ciepłe, ale nie gorące), wlać do pojemnika lub miski, dodać pokruszone drożdże, 1 łyżkę mąki i 1 łyżkę cukru. Wymieszać i wstawić do garnka z bardzo ciepłą wodą. Odstawić na około 15 minut do czasu aż drożdże porządnie się spienią. W międzyczasie przesiać mąkę do dużej miski, dodać sól i cukier wanilinowy.
  2. Jajko i żółtka utrzeć z pozostałymi 2 łyżkami cukru na białą i puszystą pianę (około 10 - 15 minut ucierania). Do miski z mąką wlać wyrośnięte drożdże i wymieszać drewnianą łyżką. Dodać ubite jajka i wymieszać. Następnie dokładnie wyrobić ciasto (ręką przez około 15 - 20 minut lub odpowiednią końcówką miksera przez 10 - 15 minut). Gdyby ciasto bardzo trudno się wyrabiało, było za gęste, można dodać 2 - 3 łyżki ciepłego mleka. Na koniec wyrabiania ciasto ma odstawać od ręki.
  3. Do wyrobionego ciasta dodać roztopione i ostudzone masło oraz spirytus. Zagnieść lub zmiksować ciasto do całkowitego połączenia się składników. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (np. blisko źródła ciepła, bez przeciągów) na około 1 lub 1 i 1/2 godziny, do czasu aż ciasto znacznie zwiększy objętość (najlepiej rośnie w dużych i szerokich miskach).
  4. Stolnicę lub blat kuchenny lekko podsypać mąką, wyłożyć ciasto i powygniatać przez około 2 - 3 minuty pozbywając się pęcherzy powietrza. Ciasto rozpłaszczyć na niezbyt duży placek (o wymiarach około 25 x 30 cm i na wysokość około 2 cm), ostrą szklanką o średnicy około 6,5 cm wycinać kółka. Z pozostałego ciasta ulepić kulkę, zagnieść, rozpłaszczyć i powycinać resztę krążków.
  5. Krążki rozłożyć równomiernie na stolnicy, przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na około 30 - 45 minut do wyrośnięcia. Jeśli chcemy smażyć pączki od razu z nadzieniem, każdy krążek delikatnie rozpłaszczamy na dłoni, w środek kładziemy łyżeczkę nadzienia, zlepiamy brzegi jak w pierożkach i lepimy kulkę.
  6. Jeśli pączki będziemy nadziewać po usmażeniu, przekładamy marmoladę do rękawa cukierniczego zaopatrzonego w ostrą i długą końcówkę. Na 15 minut przed końcem wyrastania pączków zaczynamy rozgrzewać olej (najlepiej długo i powoli, w dużym i szerokim garnku) do temperatury 180 stopni (czytaj uwagi o smażeniu na górze strony). Przygotować 3 talerze wyłożone ręcznikami papierowymi oraz łyżkę cedzakową. Zrobić też lukier: do miski wsypać cukier puder i dodać 1 łyżkę wody, wymieszać, dodać jeszcze więcej wody (stopniowo) aż lukier będzie odpowiednio gęsty. Do lukru można dodać też smażoną skórkę pomarańczową.
  7. Wyrośnięte pączki wkładać na odpowiednio nagrzany olej (smażymy partiami, po około 5 pączków jednocześnie) i smażyć przez około 2 minuty z każdej strony. Pączki nie mogą za szybko się rumienić, bo w środku będą jeszcze surowe. Podczas smażenia regulować temperaturę oleju, aby drastycznie nie zwiększała się i nie obniżała.
  8. Paczki wyławiać łyżką cedzakową i odkładać na papierowe ręczniki. Smażyć następne pączki jak poprzednio. Po usmażeniu wylać ostudzony olej, nie będzie już potrzebny.
  9. Pączki ostudzić i nadziewać marmoladą wciskając głęboko końcówkę szprycy i wyciskając pożądaną ilość nadzienia. Pączki maczać w lukrze (gdy będą jeszcze ciepłe - wówczas lukier ładnie się rozprowadzi) i posypać skórką pomarańczową lub posypać cukrem pudrem (gdy pączki będą ostudzone).
obrazek należy czytać od lewego dolnego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara

Dzięki Kamyczkowi odpowiednie narzędzie do nadziewania pączków było w domu (kiedyś włożył mi je do koszyka w sklepie, pomyslałam wtedy: "czemu nie, kiedyś sie przyda"... no i było jak znalazł :) )

Największy problem napotkałam przy regulacji temperatury oleju, mam wrażenie, że późniejsze partie pączków wyszły ciemniejsze niż pierwsze (olej za gorący). Zdecydowanie musze kupić ten termometr.

Ciasto było też dość mokre, wyrabiałam mikserem a nie ręką, ale przy wykrawaniu pączków bardzo się lepiło. Musiałam sporo podsypywać mąką. Zapomniałam też położyć je na 30 min do dodatkowego rośnięcia... bałam się chyba, że mi się przykleją do deski na amen.

Mimo to pączki mają fenomenalny smak, taki jak najlepsze pączki z cukierni, są świeżutkie i pięknie wyrośnięte.




* pakora - warzywo obtoczone w panierce z mąki z cieciorki, głęboko smażone potem

3 lutego 2013

W dwóch kulturach

Wczoraj zadzwoniła do nas Chala (czyli ciotka ze strony mamy). Amir mówi, że pytała jak to jest żyć w dwóch kulturach, że zawsze ją ciekawiło jak to możliwe...

Popatrzyliśmy po sobie i zaśmialiśmy się.

Żaden problem, ciociu! Mamy dwa komputery, dwa telewizory, dwa samochody, dwa łóżka, dwie półki w lodówce ;) W dzisiejszych czasach to nie takie trudne...

A tak na serio to zbierałam się trochę do napisania czegoś o naszej pakistańsko-polskiej codzienności.

Niedawno napotkałam przypadkiem całą grupę Polek-żon-Pakistańczyków. Jest nas całkiem sporo i mamy swoją fejsbukową grupę dyskusyjną... zamkniętą, oczywiście, może wejść tylko żona Pakistańczyka i nie wolno wynosić żadnych niusów na zewnątrz. Amir strasznie polewał jak mu o tym powiedziałam kilka miesiecy temu, ale teraz chyba szczerze nienawidzi tej grupy, bo za dużo czasu spędzam na plotkowaniu... może powinien założyć grupę dla mężów Polek, i będą rozmawiać o sposobach nauczenia żony jak klepać roti* i nosić dupattę**.

Jednym z tematów forumowych plotek są zwyczaje naszych mężów, jakżeby inaczej. Niektóre zauważamy od razu w pierwszym kontakcie z Pakistańczykiem, niektóre dopiero przy wspólnym życiu, niektóre nas bawią, ale niektóre nieźle irytują, zwłaszcza jak zdamy sobie sprawę, że to nie minie... Mamy dość sporo wspólnych obserwacji, ale lista poniżej to moje własne ... hmmm ... CIEKAWOSTKI naszego domu:

1. Na pierwszym miejscu trzeba wymienić "skarpetki w butach". Otóż każdy Pakistańczyk, a może nawet Azjata, ale tego nie wiem, mam tylko Pakistańczyków tutaj, przy wejściu do domu zdejmuje buty i ... skarpetki. Zwija je w kłębek i wkłada do butów.
Potem wkłada klapki domowe, zwane "chapals".



Nie wiemy dokładnie o co chodzi z tymi skarpetkami (czy mu gorąco, czy śmierdzą, czy niewygodne...), ale jest to druga natura wszystkich Pakistańczyków o jakich słyszałam.

Co więcej, uświadomiłam sobie niedawno, że moje własne dziecko też zostaje małym Pakistańczykiem! Przyszliśmy do domu ze sklepu, zdjął kurtkę, buty, poszedł do pokoju... po chwili: "o nie, zapomniałem zdjąć skarpetki!" ... po czym zdjął i rzucił na podłogę w przedpokoju...

Ostatnio przyuważyłam kłebuszki w butach Kamyczka... hmmm.....



2. Dywan. Amir nie wejdzie na dywan w kapciach... W salonie mamy taki sobie dywanik (żaden pers, żeby nie było), a on zawsze jak idzie siąść na kanapę to kapcie zdejmuje przed dywanem! I jeszcze potrafi mnie ofuknąć, że ja włażę na dywan w moich, albo zsuwa moje kapcie z wyrazistą miną i wymownym sapnięciem... .
Ponoć w Pakistanie do pokojów nie wchodzi się w butach tylko na bosaka... że błoto z klepiska...? Że krowie łajno z podwórza...? Kto ich tam wie.
A jeszcze czytałam, że na łazienkę miewają osobne "chapals" (ale tego akurat u nas w domu nie ma).

 Ja często chodze w ogóle na bosaka, mamy ciepło i jakoś tak nie trzeba tych butów ciągle wkładać przy schodzeniu z kanapy/dywanu...



3. Lewa ręka. "Niech nie wie lewa ręka co czyni prawa..." U Pakistańczyków prawie tak samo tylko odwrotnie i z trochę innego powodu... Otóż lewa ręka jest nieczysta. Rytualnie, nie dosłownie.

Amira nauczono trzymać widelec w prawej ręce, a nóż w lewej. Pomimo tego, że jest praworęczny. To ponoć muzułmański zwyczaj, że niby lewa ręka służy do podmywania się. Trochę to zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie, że sporo posiłków spożywa się rękoma (chlebek roti trzymamy w palcach prawej ręki i nakładamy jedzonko do buzi), zakładając, oczywiście, że ludzie rzeczywiście używają lewych rąk do mycia. Ale w przypadku jedzenia sztućcami jakoś gubię to połączenie.



Ponoć zdarza się, że oducza się leworęczne dzieci posługiwania tą ręką do jedzenia, nie wiem czy pisania też.

Dzieci Amira nauczone obsługiwania sztućców według powyższego klucza. Ja mam plany uczyć Kamyczka według jego naturalnych predyspozycji. A te póki co wskazują, że będzie leworęczny...

4. Muzyka i film. Z tym komputerem powyżej to trochę żart, ale trochę nie. Nieraz zdarza się nam spędzać wieczór przy różnych filmach. Ja zapuszczę sobie "Na dobre i na złe", a Amir jakiś pakistański chłam (on naprawdę ogląda filmy Bollywood, chociaż nie tylko te...). A jak się potrafi zachwycać pakistańskim śpiewem! Zamyka oczy, unosi ramiona, potrząsa na boki głową i "mindblowing! mindblowing!"... a ja siedzę jak głaz... no bo mam powiedzieć...  zastanawiam się czy taki Pakistańczyk kiedykolwiek wzruszy się przy balladach Okudżawy...


to jego ulubiona osattnio seria, całkiem niezły cykl Coke Studio Pakistan... ale ten ich "klasyczny" styl śpiewu jednak nie dla mnie...

5. Różne kultury jedzenia. Jemy po pakistańsku, polsku, włosku, czasem szwedzku, czasem arabsku (kebab :) )... ale chodzi mi raczej o to, że mamy różne wizje zawartości i obfitości posiłków. Na śniadanie Amir najchętniej jadłby dużo i tłusto, moga być resztki z kolacji... jak chyba wszyscy azjaci, ponoć Kazachowie też tak jadają. Ja natomiast zadowoliłabym się kawką z tostem (albo kawałkiem ciasta), czyli raczej po włosku... Musli z jogurtem to też dobre śniadanie dla mnie.

Ale potem zrobię się głodna o 11 a Amir będzie najedzony do 13... ciężko też serwować taki bufet jak siadamy do stołu we dwójkę, no a poza tym zapach mięsa gryzie mi się ze śródziemnomorskim śniadaniem...

Toteż przeważnie jem jajka (omlet) i taki chlebek jak Amir. Amir dodatkowo podgrzewa wczorajszy salan*** i musi to zjeść z czajem****. A po śniadaniu piję kawkę i zagryzam małym słodkim conieco...


Na obiad chętnie wrzucę knedle ze śliwkami, a Amir pyta: "A gdzie obiad?"...

Na kolację wystaczyłaby mi kanapka i herbata, ale Amir lubi kolację na ciepło. Toteż zawsze gotujemy.

6. Gadżetomania. Nie wiem czy to męskie, czy pakistańskie, ale obstawiam, że połączenie tych dwóch to zabójcza kombinacja... Mój mąż uwielbia wszelakie gadżety z telefonem (swego czasu iPhonem) i GPS na czele. Pakistańczyk-Na-Zachodzie nie może nie mieć nowoczesnych zabawek! Pamiętam jak bardzo usiłował namówić mnie na iPhona (mielibyśmy cośtam taniej jeśli w pakiecie rodzinnym), nawet przez chwilę uległam, ale zobaczyłam to cacko i powiedziałam, żeby oddał. Moja polska karta SIM nie wejdzie, telefon z SIM-lockiem na dwa lata a ja używam telefonu do telefonowania i wysyłania sms-ów. "Zwykły telefon" mi w zupełności wystarcza.



Kamyczek bardzo polubił telefony dzieki Amirowi i pakistańskiemu rodzeństwu (tu się jeszcze nakłada efekt "nastolatkowości"), do tego stopnia, że już nie chce, żeby mu śpiewać, tylko "puścić na telefonie, mama!"

Jakie to przykre!!!

7. Piżama. Pakistańczyk nie zna czegoś takiego jak piżama. Po przyjściu "z dworu" zmieniamy ubrania na "podomki" (stare dresy, tudzież nowe dresy, luźne koszulki... słowem: pełna wygoda), czasem przy tej zmianie bierze się prysznic. I tak chodzimy po domu do wieczora. Potem idziemy myć zęby (i zmywać makijaż). Potem idziemy spać.

Pakistańczyk idzie tak jak stoi, w tej podomce, Polka przebiera się w koszulę nocną/piżamkę... (jak nie było prysznica to wtedy bierze... :P )

Z Kamyczkiem różnie bywa, jak Amir go "zwinie" zanim zdążę "obrobić" (prysznic, zęby, przebrać do spania) to idzie spać tak jak stoi.


Ten ostatni zwyczaj to jest jedyny, który mnie naprawdę potrafi zirytować (czasem Kami zasypia z resztką czekolady na buzi). Pocieszam się, że mieszkamy w Szwecji i człowiek się tu jakby mniej poci. Po każdym treningu Amir bierze prysznic, więc codziennie jest czysty. Tyle, że dziecko nie trenuje jeszcze niczego i chciałabym, żeby szedł spać jak "prawdziwy Polak"... z umytymi zębami, piżamce i zawsze według tego samego schematu. Z czytaniem bajki przed snem a nie piosenką z tatusia telefonu... (patrz pkt. 6)

Ale musiałabym to robić sama a czasem akurat chcę zrobić coś innego... na przykład napisać post na blog!

***

Podsumowując: życie w dwóch kulturach wymaga dwóch komputerów, dużego luzu na schematy i stereotypy oraz ogromnej cierpliwości.

Ale jak mówi święty Paweł, w czytaniu na dzisiaj (!): "miłość cierpliwa jest, łaskawa jest... nie szuka swego"




* pakistański chlebek, tu pisałam więcej
** element tradycyjnej pakistańskiej odzieży, rodzaj długiego i szerokiego szala, noszony na ramionach, głowie i w ogóle różnie, ale nie wiem dokładnie jak, bo NIE NOSZĘ
*** salan - "potrawka" albo gulasz - czyli pakistańskie jedzenie serwowane a ryżem albo chlebem, o dowolnych porach i dowolnym składzie (nie tylko mięsne)
**** herbata pakistańska, gotowana z mlekiem (nie nazywam tego herbatą z mlekiem, bo proces przygotowania jest inny a zatem i smak)

15 października 2012

A tymczasem w Pakistanie...

...odbywają się demonstracje i walka sił. Zadzwonili do nas w sobotę z Pakistanu z pytaniem czy słyszeliśmy o tym. W Rabwah nie słyszeli za bardzo, ale ciotka z Peshawaru zadzwoniła do nich i impowiedziała. Peshawar leży bliżej Afganistanu, całkiem blisko powiedziałabym nawet.

Otóż kilka dni temu 14-letnia dzieczynka z ternów SWAT (region przy granicy z Afganistanem) została zaatakowana przez talibów. Nie była to przypadkowa ofiara ich "statutowej działalności", ona była celem.

Ludność Pakistanu i całego świata głośno protestuje, media dostały szału, talibowie jeszcze wiekszego (ponoć grożą kolejnymi zamachami). Nie chcę tu wyrażać swoich słów oburzenia (to nie wymaga komentarza przecież), bo nie po to podjęłam temat. Chciałabym napisać o tym trochę z innej strony, podzielić sie swoimi świeżymi odkryciami.

Co mogą chcieć potężni i światli członkowie wpływowej organizacji od nastolatki ledwo umiejącej czytać i pisać...? Otóż dziewczynka zaczęła stanowić dla nich ZAGROŻENIE.

Jak taki cichy głos może cokolwiek znaczyć...? Podświadomie każdy z nas czuje, że przecież nie może, że propaganda jest tak silna, że jedna smarkula nic nie zdziała. Że paranoją jest myśleć, że opinie innych stanowią dla kogoś kwestię życia lub śmierci...

Otóż tak, to jest jedna wielka grupowa paranoja. W psychiatrycznym sensie tego słowa. Trafiłam niedawno na niesamowicie interesujący artykuł o apostazji w islamie, i on wspaniale wyjaśnia te właśnie mechamizmy. Autor, który jest arabistą i politologiem, odwołuje się do wielu źródeł, w tym publikacji samych muzułmanów na ten temat. Podkreśla, że to nie religia jest powodem takich zachowań, ale rzeczywistość grupowego narcyzmu, któremu religia tylko pomaga. Zacytuję fragment, podkreślenia w artykule moje. Zachęcam do lektury.

(Przy okazji czytania artykułu składam wyrazy szacunku Geertowi Hofstede, na którego tez powołuje się autor - moją pracę magisterską oparłam na teorii tego pana :) ironia losu czy moje przeznaczenie do wielokulturowości...?)
W początkach kształtowania się islamu odejście od wiary stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa całej społeczności, dlatego zrównanie apostazji z dezercją i karanie obu śmiercią miało swoje istotne uzasadnienie. Jednak współcześnie wartość praktyczna kary śmierci za porzucenie wiary w zasadzie niemal zanikła. Muszą więc istnieć jakieś inne, pozaracjonalne powody, dla których tak surowe traktowanie współwyznawców utrzymuje się w całym niemal świecie muzułmańskim.
(...) 
Odmienność zachowania, ubioru, przekonań - wszystko to podważa sens wiary i stanowi zagrożenie dla poczucia własnej tożsamości. Konstatacja ta dotyczy zwłaszcza kultur charakteryzujących się wysokim poziomem unikania niepewności, który pozytywnie koreluje z tradycjonalizmem w podejściu do ról społecznych, lękiem przed sytuacjami dwuznacznymi, wiarą w ciągłe zewnętrzne zagrożenie, rytualizacją zachowań społecznych, monopolizacją prawdy, a także z myśleniem magicznym mającym tendencję do przechodzenia w stany paranoidalne, które objawiają się przede wszystkim myśleniem w kategoriach spiskowych. (...) nie jest przypadkiem, że akurat na obszarze Bliskiego Wschodu, a więc tam, gdzie dominuje islam, ten paranoiczny styl myślenia jest szczególnie rozpowszechniony. Składa się na niego przede wszystkim wiara w istnienie perfidnego wroga i wielkiego, wszechobejmującego spisku, który ma zniszczyć unikalny styl życia tych, którzy odrzucają zepsucie moralne Zachodu oraz ich prawo do decydowania o własnych losach. Nie może zatem dziwić, że w jednostkach wychowanych w atmosferze wszechobecnego spisku wytwarza się - jak to określa psychiatra Antoni Kępiński - ,,pogotowie urojeniowe'', czyli stała gotowość do reagowania nastawieniem urojeniowym na sytuacje emocjonalnie trudne. To właśnie ta stała postawa obronno-zaczepna wobec świata społecznego tworzy fasadę urojeniową, pod którą kryje się lęk idący w parze z agresją. A ponieważ paranoik czuje się stale zagrożony, więc jedyną obroną przed poczuciem poznawczej i emocjonalnej niepewności jest ,,droga prawdy''. Stąd zapał, z jakim jednostki przesiąknięte atmosferą zagrożenia i bezsilności poświęcają się Wielkiej i Jedynie Słusznej Idei, dla której gotowi są znosić największe poniżenia, a która dostarcza jednocześnie systemu wartości usprawiedliwiającego agresję w stosunku do tych, którzy tych wartości nie zaakceptowali. System taki musi być nienaruszalny, stabilny i niezmienny, bowiem tylko twarde trzymanie się celu i zasad chroni przed psychiczną dezintegracją. To właśnie ten lęk przed dezintegracją wymusza zwarcie szeregów, czyli, jak to określa Kępiński, ,,hiperintegrację'', a więc bezwzględne oddanie się we władanie jednej niepodważalnej ideologii i podporządkowanie jej całego życia. Na poziomie społecznym hiperintegracja wiąże się z daleko posuniętą kazuistyką w zakresie rozwiązań prawnych, represjami wobec mniejszości, penalizacją zachowań dewiacyjnych, ostrym przeciwstawieniem wiedzy elit ignorancji mas i autorytaryzmem społecznym. I nie przypadkiem charakterystyka ta odpowiada rysom psychologicznym, jakie dają się wyróżnić w przypadku osobowości autorytarnej: uległości wobec autorytetów, sztywności rozumowania, wartościowaniu w kategoriach ,,wszystko albo nic'', silnym uprzedzeniom do wszystkiego, co odmienne, konserwatyzmowi przekonań religijnych.
(...)
Russell wskazywał na to, że najważniejszym problemem dla istnienia [takiego] społeczeństwa jest umiejętne zharmonizowanie dwóch elementów: kontroli kolektywu nad jednostkami (by chronić społeczeństwo przed anarchią) oraz inicjatywy indywidualnej (która jako jedyna może zapewnić rozwój tego społeczeństwa). Islam rozwiązuje ten problem w typowo dogmatyczny sposób. Tworzy relacje podporządkowania i wikła jednostkę w sieć zależności przymuszając ją, by upodobniła się maksymalnie do innych członków wspólnoty.
To właśnie ta wewnętrzna logika islamu z jej ideałem jedności (jeden Bóg, jedna wspólnota, jeden język, jeden sposób życia) wymaga (pod)porządkowania, ujednolicania i wchłaniania tego, co budzi poznawczą i emocjonalną niepewność, a jednocześnie odrzucania tego, co odmienne. Jest przy tym symptomatyczne, że taki rodzaj monomanii jest charakterystycznym rysem pewnego typu fanatyków - a fanatyzm jest charakterystyczną cechą narcyzmu grupowego. (...) W psychiatrii mówi się w takich przypadkach o typach schizoidnych z cechami paranoidalnymi - cechuje ich podejrzliwość, nieufność, drażliwość, obraźliwość, skłonność do samowoli, despotyzm, egoizm.
Teraz już wiemy czym są ataki talibów i terrorystów. Hiperintegracją grupy, stworzonej sposób nienaturalny (naturalne więzi mają naturalną integrację), o cechach narcystycznych, która objawia się przez paranoję i urojenia. Przypadek kliniczny.

Takie grupy istnieją nie tylko w świecie muzułmańskim, pamiętacie zbiorowe samobójstwa członków sekty Moona (czy jak mu tam było) i sektę scjentologów...? Każde wyłamanie się z grupy zagraża jej istnieniu. Zastanawiam się czy średniowieczne polowanie na czarownice nie było sygnałem tej samej choroby w Kościele. Ale nie mam dość wiedzy na ten temat, żeby wyciągać wnioski, nie umiem porównać skali tamtego zjawiska z tysiącami pomordowanych za apostazję.

Jedno jest pewne: tu i teraz kocham Kościół i chrześcijaństwo. Za "kochaj i rób co chcesz" św. Augustyna, za całkowitą wolność.
Można "wejść" i "wyjść", nic nie jest "z automatu".
Można śpiewać i można milczeć.
Można po polsku i można po arabsku.
Można charyzmatycznie i kontemplacyjnie.

Nikt nie ma paranoi z powodu moich poglądów. Nie zostanę postrzelona przez lokalnego proboszcza choćbym nie wiem co powiedziała o jego religii...

Niech Bóg ma w opiece Pakistan i wszystkie miejsca objęte paranoją narcyzów.

2 października 2012

O polskich knedlach i pakistańskim mężu


Knedle ze śliwkami to w naszej rodzinie danie legendarne. Legenda polega na tym, że TYLKO Babcia Dana umie je zrobić i już.

Oczywiście ufne we własne siły już dawno chciałyśmy udowodnić, że "dla chcącego nic trudnego" i "jak to, MY NIE DAMY RADY???"

No więc kilka(naście?) lat temu Kinga i ja próbowałyśmy porwać się na knedle... wszystko trzeba było wyrzucić, ciasto było jedną wielką kluchą.
Ponoć Kinga jeszcze potem próbowała, z podobnym skutkiem.
Nasza mama (córka Babci Dany) też próbowała, z takim samym rezultatem.

Przerażenie nas ogarniało na myśl, że być może za kilka lat zniknie w naszej rodzinie ta tradycja, że Prawdziwe Knedle sa śmiertelnie zagrożone!

Niedawno wysłałyśmy mamę na szkolenie do babci. Miała SAMA zrobić knedla, a babcia tylko patrzeć. Ponoć udało się!

Mama, ufna już we własne siły, zrobiła potem ciasto na knedle sama w domu. Ja lepiłam. Wyszło nienajgorzej, ale zbyt ziemniaczane. Ale krok w dobrą stronę!

Po powrocie do domu, kiedy przyszedł i do nas sezon śliwkowy (węgierki są tu importowane z Polski!!!), postanowiłam zmierzyć się z potworem. Zadzwoniłam do babci dopytać szczegóły i zabrałam się do walki.

Moje pierwsze knedle wyszły prawie idealnie. Coś jeszcze nie grało, chyba było za mało mąki, ale był to kolejny mały krok w dobrą stronę.

Drugie i trzecie były już IDEALNE :)

Niniejszym ogłaszam, że złamałam tabu i umiem robić knedle. I tu i teraz zapisuję tajemnicę dla potomności.

Przepis na ciasto jest taki (mniej więcej):

ok 1,3 kg ziemniaków
10 płaskich łyżek mąki
2 jajka
trochę soli (jeśli ziemniaki nieposolone, na przykład gotowane na parze)

Ziemniaki gotujemy i od razu na gorąco tłuczemy na puree. Zostawiamy na min 24 godz (to bardzo ważny krok, nie da się go przyspieszyć!).
Nastepnego dnia dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy ciasto. Powinno być klejące, takie ziemniaczane.

Przy pierwszych dwóch podejściach wałkowałam i wycinałam kółka, którymi potem zawijałam śliwki. Dzisiaj zwinęłam ciasto w rulonik i odkrawałam małe kawałeczki. Każdy osobno rozgniatałam w rękach i owijałam dookoła śliwki. O wiele szybciej i czyściej.

Gotujemy wodę w dużym garnku, na wrzątek wrzucamy po 15 knedli. Od razu trzeba delikatnie zamieszać, żeby nie przywarły do dna. Po powtórnym zagotowaniu sie wody (knedle będą pływały już wtedy po wierzchu) gotujemy ok 4 min.

Wyjmyjemy delikatnie na durszlak, polewamy zimną woda. Wkładamy do miski, polewamy bułeczką tartą (roztopione masło - niesolone!, bułka, cukier, cynamon).

Z w/w proporcji wyjdzie około 45-50 knedli (zależy jak duże śliwki).

Moja innowacja polega na tym, że używam bułki tartej pełnoziarnistej (jest ciemniejsza) i dodaję cukru i cynamonu do bułki. Smakuje nawet lepiej niż knedle babci Dany :)

***

Dodam na zakończenie, z bólem serca, że mój pakistański (= mięsożerny) mąż nie docenił tego Wielkiego Kroku w Dziejach Ludzkości. Przy kolejnych knedlach wszedł do kuchni, pozaglądał w garnki, popatrzył na mnie zniecierpliwiony i zapytał:
- co Ty właściwie robisz?

Powiedziałam z dumą, że jestem Super Żoną i robie mu najlepsze knedle na świecie. A o na to:
- Wszystko rozumiem, ale CO NA OBIAD?

(...)

I żeby mnie jeszcze pognębić na odchodne dodał:
- Ty chyba nie robisz tych knedli dla mnie, tylko dla SIEBIE.

W sumie... ma chłop rację! :)

26 listopada 2010

Zona Lota

Zona, nie żona. Mamy w domu ZONE LOTA. Na wieść o tym zamieniłam się wczoraj w słup soli.

Zacznę od początku.
Od dwóch dni w naszej łazience stoi konewka, która wcześniej stała na parapecie. Kamyczek ją sobie znalazł i przysposobił jako zabawkę (łazienka to jego ulubione miejsce do zabawy, i moje w sumie też od czsu jak schowałam szczotkę do kibla / reszta jest bezpieczna i łatwa do utrzymania w czystości). No to nie przeszkadzam, niech się bawi. Wywlókł konewkę do przedpokoju.

Wraca z pracy mój mąż.

[on] Co ta konewka tu robi?

[ja] To chyba ja się Ciebie powinnam o to zapytać, ja ją zwykle trzymałam na parapecie

[on] Aaaaaa, bo to jest LOTA

[ja] Cooooooo?

[on] No lota.

[ja] coooooo?

[on] No do mycia tyłka. Jak uncle był u nas (mieliśmy wizytę jednej osoby z rodziny kilka dni temu) to poszedł do toalety i za chwilę wyszedł z pytaniem 'a gdzie jest lota', no to mu dałem.

[ja,cofając ze wstrętem rękę z konewki] to nie mógł użyć prysznica?? wylewka sięga przecież do muszli (NB od czasu pobytu w krajach arabskich sama jej używam i bardzo sobie chwalę, moja mama specjalnie sobie też zamontowała, bo to toaleta i bidet w jednym)

[on] Kochana, my jesteśmy z Pakistanu, mamy swoje przyzwyczajenia i już. Każdy pakistańczyk ma lotę w domu.

I tu wybuchnęłam takim śmiechem, że aż Kami się zdezorientował i też zaczął się śmiać.

Po czym wypytałam Amira jak to jest, że on nie miał wcześniej konewki, i czy Waseem ma, a co z jego rodziną która mieszka w Kanadzie czy Niemczech... Kupa śmiechu. Ponoć jak "niemcy" kiedyś przyjechali to zdziwili się że Amir nie ma loty i do dziś jest to przedmiotem żartów między nimi.

28 lipca 2010

Deszczowy dzień w Pakistanie

W ramach równowagi dla sielanikowego szwedzkiego lata dziś na pierwszej stronie BBC News o katastrofie samolotu w Islamabadzie. Wszystkie 152 osoby zginęły.

Jakoś tak pakistańskie niusy od pewnego czasu mnie przyciągają. Chyba odkąd Pakistan przestał być jakimś-tam-krajem-koło-Indii tylko stał się ojczyzną mojego męża. A może jeszcze wcześniej, odkąd odkryłam kino Bollywood i poczytałam o historii Indii, Pakistanu i Kaszmiru.

Ale tego typu wiadomości zawsze powodują we mnie tę samą refleksję: jak w Polsce wydarzy się jakiś wypadek i zginie kilka-kilkanaście osób to od razu mamy żałobę narodową. A 152 osoby w jakimś Pakistanie czy 1500 w jakichś Chinach (które i tak przecież są przeludnione) często ledwo znajdą się w serwisie internetowym 'wybiórczej'... A jeśli już to tylko w kontekście "czy byli tam Polacy"...

Wiadomo, bliższa ciału koszula, ale ja zawsze w takich sytuacja ch myślę, że jednak to jest jakaś kolosalna dysproporcja. 150 osób w Azji ma dla nas mniejszą wartość niż 5 w Polsce.

Może to naturalne, pewnie tak. Ale ja sobie zawsze myślę że jedną z tych 150 osób może być kiedyś mój synek czy mój mąż...Bo w takim samolocie byli czyiś synowie i mężowie...

26 lipca 2010

Pilau z groszkiem

Jakoś dużo ostatnio kulinarnych wpisów... może dlatego, że zaczęłam wreszcie gotować...?
Dziecko dzieckiem, ale ileż można posługiwać się tą samą wymówką... no a poza tym jak się samemu gotuje to można kontrolować ilość przypraw i soli. Jakoś ostatnio wszystko wydawało mi się przesolone... więc żeby nie strofować co chwila męża że mi przesala jedzenie (uznałam, że byłby to szczyt bezczelności) postanowiłam sama zacząć to 'jego' jedzenie gotować... i będzie wilk syty, i owca cała (to się chyba nazywa dyplomacja), bo pakistańskie jedzenie jemy zdecydowanie najczęściej, i jeść będziemy, jedzmy więc trochę zdrowiej!


Z pakistańskich delikatesów, poza chlebkiem, o którym pisałam wcześniej, i który regularnie robię, dobrze mi wychodzi ryż z groszkiem, o nazwie MATAR PILAU i pulpeciki czyli KOFTA. Dzisiaj będzie o ryżu.


Koniecznie trzeba mieć do tego ryż basmati, ale teraz już można go kupić w Polsce. Jest długi, bardzo delikatny, taki lekko śliski po ugotowaniu...

2 szklanki/kubki dobrze opłukać i namoczyć w 3 szklankach/kubkach wody
wsypać do tego 1/2 kubka mrożonego groszku

na patelni rozgrzać tłuszcz i wrzucić na niego całe przyprawy:
1 czarny kardamom
1 zielony kardamom
2 całe goździki
1 liść laurowy
1 laska cynamonu (5 cm)

ok 1 minuty je posmażyć

wlać mieszankę ryżu z groszkiem - uwaga, tłuszcz bedzie bardzo strzelać!
w oryginalnym przepisie najpierw wrzucało się mrożony groszek, ale jak to zrobiłam to mi prawie w oko odprysnął.... niebezpieczna zabawka... no więc teraz wlewam groszek z ryżem...

wsypać pół łyżeczki soli i szczyptę kurkumy (żeby był kolor), zamieszać

przykryć, zmniejszyć gaz... po ok 20 minutach pilau jest gotowy

ma bardzo delikatny smak i nadaje się do wielu sosów, zwłaszcza pakistańskich czy hinduskich... nie polecam z polskim gulaszem, to są zupełnie niekompatybilne kompozycje smakowe moim zdaniem... ale już pieczony kurczak chyba może być :)

Przepis pochodzi z pieknęj książki nabytej na amazon.co.uk pod tytułem "Jasmine in her hair" - "Jaśmin w jej włosach". To piękna opowieść o smakach, zapachach i tradycjach z Pakistanu, które tkwią we wspomnieniach pewnej kobiety mieszkającej od kilku lat w USA. Książka opisuje głównie jej dzieciństwo i kulturę, w której wyrosła, przepisy sa niejako ilustracją cyklu życia mieszkańców tego kraju... to się jada na koniec Ramazanu, a to na Eid-ul-Azha, to na przyjęcie weselne Mehndi, a to w dniach kiedy nie ma pieniędzy na mięso... przepisy są bardzo proste, więc mam zamiar wszystkich spróbować...

10 kwietnia 2010

Wybuchowe Mango w Smoleńsku

Smutny dzień dziś nastał. Jak przeczytałam wiadomości nie mogłam uwierzyć. Jakaś parszywa ironia losu, TO SAMO miejsce co 70 lat temu - i podobny dobór ofiar... ciekawe co ruscy teraz ukryją w swoich aktach, ktorych nikomu nie ujawnią...
Dwa inne wydarzenia stanęły mi jednakże przd oczami:
1. katastrofa samolotu z Pakistańskim prezydentem i wszystkimi oficjelami armii + ambasadorem USA, rok 1988 (speklacje o autorach zamachu trwaja do dziś, vide książka "Wybuchowe mango"... że niby ktoś na poklad wniósł bombę w kartonie z mango... )
2. kłótnia prezydenta z premierem o wspólny lot samototem, głośno komentowana sprawa swego czasu. Ktoś z kimś nie chciał lecieć na to samo spotkanie w Brukseli (nie pamietam kto) i lecieli dwoma samolotami... ile było potem komentarzy o KOSZTACH
a jakie są koszty jak jednak wszyscy lecą tym samym samolotem?
['] ['] [']


EDIT prawie 3 lata później, 18 luty 2013:
ze zgrozą czytam mój wpis sprzed trzech lat... obecne teorie mówią właśnie o WYBUCHU, czyli o zamachu:
http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/cejrowski-to-nie-byla-katastrofa,-tylko-zamach,6734406980


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...