16 kwietnia 2018

Cóż to jest Prawda?

W życiu nie widziałam takiej politycznej poprawności jaka panuje w Szwecji. Jakby marksizm wszystkim na stałe rozmiękczył mózgi. Obowiązuje jedna narracja, a każdy, kto powie co innego to wróg jedności. A może to po prostu to, co niektórzy nazywają prawem Jante...?

Pomijam oczywiste pola propagandy, czyli politykę socjalistów, którzy od ponad 30 lat rządzą krajem - i zakazali źle mówić o nowych proletariuszach naszych czasów, czyli imigrantach (zwanych czasem uchodźcami).

Chodzi mi o kościół katolicki. O jedyne miejsce, gdzie jest Prawda. Gdzie człowiek musi nauczyć się patrzeć krytycznie na samego siebie w swietle jej Prawdy - na każdej mszy świętej i przy każdym sakremecie spowiedzi.

- Cóż to jest Prawda? - powiedział Poncjusz P. juz 2000 lat temu.

Dziś ciągle tak samo aktualne.

Zapisałam się jakiś czas temu do fejsbukowej grupy "Katolicy w Szwecji" (Katoliker i Sverige). Tak chciałam popatrzeć, co się dzieje,  bo katolików w Szwecji mało, jakichś narodowych katolickich akcji nie ma, więc człowiek zna tylko własną parafię. Nawet o rekolekcjach u sąsiadów dowiadujemy się pocztą pantoflową.

W grupie już kilka razy moje komentarze zostały zmoderowane, a ostatnio nawet dostałam osobisty list, od ... proboszcza parafii św. Tomasza. To było wtedy, gdy skomentowałam post, że katedra luterańska w Lundzie będzie przez rok gościła katolickie msze, pierwszy raz od czasów rewolucji, zwanej reformacją. W tym czasie nasz kościół będzie remontowany.

Mój komentarz był nieco żartobliwy, napisałam "super, to mamy już jedną nogę w drzwiach".

Ktoś skomentował "ale o co ci chodzi".

Na co ja odpisałam, bez żadnego sarkazmu - znam swoje ograniczenia - że może źle przetłumaczyłam to angielskie wyrażenie, po czym podałam jego angielską definicję.

Taka rozmowa, 3 komentarze w sumie.

5 minut później ojciec Johan usunął mój wątek, a do mnie napisał osobistego maila. Że nie życzy sobie żartów na ten temat. Ani żadnej postawy, która można by uznać za arogancką lub za wywyższanie się. Że od czasów wizyty papieża w Lundzie, pamiętnej modlitwy zorganizowanej 31.10.2016 (którą NB Grzegorz Braun pokazuje na koncu swojego filmu u Lutrze), obie wspólnoty w Lundzie nawiązały współpracę i oto jej owoc. Ale niektórzy są bardzo z tego niezadowoleni, nie wolno im zatem dać powodu do kwestionowania tych działań,nawet żartem. Wszyscy członkowie jego parafii, od księży i ministrantów, po wszystkich wiernych, maja okazywać luteranom głęboką wdzięczność za ten gest.

Powiem szczerze, osłupiałam. A potem położyłam uszy po sobie. Omijam ks. Johana szerokim łukiem, nie odpisałam na email, w zasadzie przestałam komentować posty w w/w grupie fejsbukowej.

Najgłupsze jest to, że ja naprawdę cieszę się z takiego rozwoju sprawy "katedry".

Nie rozumiem jak takie "goszczenie katolików" może być w ogóle odbierane jako problem. Zwłaszcza gdy szwedzki kościół ochoczo gości muzułmanów w innych świątynaich, a w tej w Lundzie także koncerty i różne inne kulturalne wydarzenia.

Ale fakt, że nawet żarty na ten temat budza takie reakcje, jest dla mnie bardzo zimnym prysznicem.

Jakby ktoś chciał na zawsze zakłamać rzeczywistość - katedra była katolicka do czasów owej rewolucji w XVI wieku, Lund był nazywany Rzymem północy, a "obopólne krzywdy" są mocno przejaskrawione. To zwolennicy nowego króla Szwecji wyrżnęli katolików, jeśli ci wzbraniali się przed przyjęciem "nowej wiary" czyli wadzy tegoż króla, na 400 lat zakazali konwersji na katolicyzm pod karą śmierci oraz zabronili osiedlania się katolikom z innych krajów. Dopiero w XIX wieku rozluźniono te prawa, ale do 1953 katolicy nie mogli pełnić pewnych publicznych funkcji, na przykład być nauczycielami. Dopiero rok 2000 przyniósł równouprawnienie w kwestii praw kościołów.

Najwyraźniej w domu powieszonego nie mówi się o sznurze.

Przywdziewam uśmiech numer 5 i od października chodzę na mszę do katedry w Lundzie. Wspomnę św. Wawrzyńca, którego relikwie kiedyś tam spoczywąły - nie takie tortury musiał znieść dla Prawdy.

Z drugiej strony - milczenie dobrze mi robi. Ale to inny temat :)

11 lutego 2018

Królewska gra

Kami dostał od Aniołka szachy.

Tak trochę spontanicznine wyszło, bo ja nie grałam od wczesnej podstawówki i ta królewska gra nie znajdowała się na mojej orbicie zainteresowań. Zainspirował mnie serial "ojciec Matejus" (jak to wymawiają moje dzieci, przyjęło się :) ), który rodzinnie oglądamy. Traktuję go trochę jak katecheze, przyznam szczerze (chociaż z drugiej strony Kami boi się teraz jechać do Sandomierza, bo tam sami przestępcy), ale wątek dyskusji nad szachami z panem Mietkiem dał mi do myślenia.

Chciałam prezent, który rozwinie moje dziecko, a on chciał gry. Myślał pewnie o komputerowych, a tu masz babo placek ;)

Znalazłam ładne szachy na allegro i klamka zapadła.

Zaskoczony, trochę zmartwiony, bo nie umie, ale połknął bakcyla. Jeszcze w Polsce, tuż po wigilii, rozegraliśmy kilkanaście partii z różnymi wujkami.

A jak przyjechaliśmy do domu to Isakowi, przyrodniemu bratu, rozbłysły oczy.

- JA UWIELBIAM BRAĆ W SZACHY - oznajmił od razu i zaczął rozkładać figury - chodziłem w szkole na kółko szachowe.

On? Chłopak, którego nie można odciągnąć od smartfona..? Oniemiałam. Nagle zasiadł przy planszy i zaczął uczyć młodszego brata strategii.

Wzruszyłam się.

Grają za każdym razem, gdy Isak nas odwiedza.

A ja musiałam zacząć grać z Kamyczkiem na serio. Nie dość, że już nie muszę mu tłumaczyć ruchów figur, to zna więcej patentów ode mnie - robi roszady i takie tam. A jak się sprzymierzy z bratem to muszę się nieźle nagłówkować. I dzielnie pokazać, że przegrywanie to nic strasznego.

W ten sposób znowu odkryłam, że istnieją płaszczyzny porozumień o jakich mi się nie śniło :)




9 lutego 2018

Duch w narodzie nie ginie

Niedawno trafiłam na fejsie na cudzy post, który sprawił, że popłakałam się ze śmiechu. I z dumy. Toż to poziom najlepszych polskich kabaretów z lat 60-tych :)
Człowiek odzyskuje wiarę w ludzi, jak to skomentowała moja koleżanka. Zamieszczę go tu, żeby nie zginął, mam nadzieję, że nie naruszam żadnych praw, post był publiczny. Przeczytajcie.

***

autor posta: Krzysztof Kościelski

Złapcie się czegoś mocno i poświęćcie pięć minut, bo dziś opowiem Wam prawdziwą historię, która rozegrała się korespondencyjnie w wirtualnej przestrzeni ostatnich miesięcy pomiędzy dwójką zupełnie przypadkowych i nieznajomych ludzi - historię o tym, do czego prowadzą sarkazmy, żarciki i śmieszkowanie, i w jaką wymianę można takowymi wciągnąć obcego człowieka, którego się na oczy nie widziało.

Otóż kupiłem zajebiście dużą roletę w Internetach.

Zajebiście duża roleta nie nadchodziła, więc napisałem do sklepu.

AKT I - ZNIECIERPLIWIENIE

Dzień dobry,
Czy wysłali Państwo towar?
Pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski



AKT II - ZASKOCZENIE

Dzień dobry!
Bardzo dziękuję za złożenie zamówienia w naszym sklepie. Przepraszam, że kontaktuję się dopiero teraz, po dość długim już czasie oczekiwania. Chciałabym poinformować, że zanotowano chwilowy brak rolety w wymiarze 200x180cm. Wiem, że ma powrócić do sprzedaży niedługo, trudno mi jednak określić konkretną datę. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsza wiadomość i bardzo przepraszam za tę niedogodność. Gdy tylko wyklaruje się czas powrotu dostępności tej rolety, na pewno zrealizuję
zamówienie.
Proszę o informację, czy jest Pan w stanie poczekać.

Pozdrawiam,
XYZ
Dział Obsługi Klienta


AKT III - RZUCONA RĘKAWICA

Dzień dobry,
Dziękuję za odpowiedź. Pani odpowiedź w pełni satysfakcjonuje mnie pod względem stylistycznym i gramatycznym, jednakże nadal odczuwam niedosyt merytoryczny. Jestem skłonny poczekać, ażebym jednak nie czekał w nieskończoność, czy może mi Pani wyjaśnić, co mniej - więcej rozumie Pani przez słowa "chwilowy" oraz "niedługo"? Rozumiem też, że moment wyklarowania się "czasu powrotu dostępności tej rolety" nie jest tożsamy z właściwym momentem powrotu dostępności tej rolety. tj. za dwa tygodnie może wyklarować się, iż roleta wróci za kolejne dwa bądź też nie wróci wcale?

Olśniony poprawnością Pani polszczyzny i oślepiony wymijającością Pani odpowiedzi, błagam o przewodnictwo po świecie niedostępności rolet.

Pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski
Nabywca Niedostępnej Rolety

PS. Zdecydowanie zasłużyła Pani na podwyżkę.

AKT IV - PODNIESIONA RĘKAWICA

Drogi Nabywco Już-Wkrótce-Dostępnej Rolety,
Z radością w sercu powracam, wieści niosąc wspaniałe: wędrówka po Świecie Rolet Niedostępnych ku końcowi się chyli!
Roleta biała, wspaniała, motylami upstrzona dostępność swą już jutro wykaże, w scenariuszu najciemniejszym - w dzień następny, którym to jest środa. Jak wspomniałam, zrobię co należy, by wysyłkę rolety (po powrocie tejże do sprzedaży) wartko zlecić.
Rada jestem, iż wyrozumiałości w klientach naszych drzemie.

Dziękuję i pozdrawiam,
Dział Obsługi Klienta

AKT V - NADEJŚCIE ROLETY

O Pani z Działu Lirycznej Obsługi Klienta,
W rękach mych w końcu roleta - nietknięta,
Zwinięta, niewymięta, fabrycznie zamknięta ,
Cenowo przystępna, długo niedostępna,
Ozdobna w motyle, z mechanizmem srebrnym,
W kolorze liliji - jednak transparentnym.
Czekałem jej długo i wreszcie nadeszła;
Przyniosła mi szczęście, lecz Tyś była pierwsza!
O Pani z Działu Lirycznej Obsługi Klienta,
Światła i pojętna w okiennych osprzętach!
Jużci tu obmyślam nabyć jaką plisę;
Przeglądam zasłony, gotowe karnisze,
Oby tylko nie było towaru na stanie
- żywo wówczas poślę jakie zapytanie
I odpowie na nie - gdy szczęście dopisze -
Ta Pani, co mą czujność słowem ukołysze,
Frazami swemi łamiąc bezroletną ciszę
I serce me, gdy powie, że niczym roleta
Niedostępna! Dalibóg! Cóż to za kobieta!

Dziękuję i pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski


*
Na wszelką logikę ta historia powinna skończyć się tutaj.
Ale się nie skończyła.
Mijały tygodnie.
Gdy wtem.
*

EPILOG

Dzień dobry,

Panie Krzysztofie, Drogi Kliencie
W całym tym mego życia zamęcie
Pozostawiłam wiadomość bez odpowiedzi!
Tak być nie może!
Spróbuję zatem, niech Bóg (lub też innego coś) mi dopomoże,
Dorównać kunsztowi (choć trudne do będzie)
Pańskiemu, Panie Szanowny i Drogi Kliencie.
Wiele, swą drogą, podejść już miałam,
Siedziałam, myślałam, treści zmieniałam
I nic! Nic uwagi wartego nie skomponowałam.
Radość niemałą raczył mi Pan sprawić,
W tamten poranek wielce rozbawić,
Za co dziękuję i jednocześnie też gratuluję
Tych umiejętności!
Nie każdy potrafi języka polskiego trudne zawiłości
Poskromić w sposób tak… elokwentny i widowiskowy.
Niejednemu nawet nie przyszłoby do głowy,
Że tak można.

Pozdrawiam serdecznie,
XYZ
Dział Obsługi Klienta
KONIEC

3 lutego 2018

O słodyczy niskiej ceny

“The bitterness of poor quality remains long after the sweetness of low price is forgotten” – Benjamin Franklin

Po naszemu: Gorycz słabej jakości pozostaje na dłużej, niż słodycz niskiej ceny.

Firma, w której pracuję od dłuższego czasu przechodzi różne restrukturyzacje. Między innymi pozamykali niektóre działy oddając ich pracę w "outsourcing". W kwietniu powyższy cytat był treścią automatycznych odpowiedzi, jaką jeden z zamkiętych działów ustawił w swojej skrzynce mailowej.

Przedwczoraj jeden z naszych najważniejszych menedżerów, mój osobisty przełożony z Malmo, oznajmił, że jutro jest jego ostatni dzień pracy. W wyniku nieporozumień na szczeblu najwyższym, pomiędzy nim i owym CEO, tym od cięcia kosztów, nie zostawili mu wyboru.

Zrobiło mi się potwornie smutno. Nie dość, że szwedzka część organizacji od dawna dostaje niezasłużonego łupnia od jej brytyjskiej części, nie dość, że brytyjscy szefowie to aroganckie świnie (każdy mail z UK to stres i upokorzenie, a rotacja personelu w UK jest o wiele wyższa iż do tej pory była u nas),  nie dość, że baza w Malmo została zredukowana do magazynu i biura... to teraz pozbawili nas szefa, który walczył o wysoką jakość i przestrzeganie procedur.

Zwłaszcza, że walka o procedury to było jego główne zadanie - w przemyśle lotniczym krajowe oddziały agencji EASA wydają licencje na działanie tylko na podstawie posiadania dobrych procedur i ich skutecznego egzekwowania. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

W piątek przyjechał ów CEO by "zapewnić nas, że firma się  nie zamyka w Malmo, że to tylko zmiana kierunku, więc trzeba być bardziej elastycznym". Bo polskie i rosyjskie firmy są tańsze. Ale wszyscy wiedzą, że tak naprawdę miał na myśli "wasz szef mi nie pasował, bo nie zgadzał się na niektóre moje propozycje i zawsze miał argumety przeciw". Wiem dlaczego, bo niektóre z tych pomysłów wprowadziły tak głębokie podziały między nas i UK, że zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. Jak nigdy dotąd - niedawno wściekły szef magazynu z UK groził mi skargą na mnie do HR, bo mu zarzucam niekompetencję (powiedziałam, że nie przygotował przeprowadzki magazynu z Coventry do East Midlands, bo dopiero 4 dni przed przenoszeninem części zlecił mi (sic!) przygotowanine skryptu do przeniesienia wszystkiego w systemie... a było to tuż przed Bożym Narodzeniem i moim urlopem! Inna rzecz, że on nie ma władzy mi nic zlecać, może poprosić i ja to zrobię, ale ma to zrobić odpowiednio wcześnie - jak każdy projekt IT). Magazyn przeniosłam dopiero w styczniu, jak wróciłam do biura po przerwie świątecznej.

Atmosfera w biurze od dwóch dni jak na pogrzebie. Cisza i niedowierzanie. Dowcipy i śmiechy zamarły. Przy tej pożegnalnej kawie wzrok spuszczony i ściśnięte gardła.

Mąż mówi, że za bardzo się przejmuję, że skoro miał okazję postawić nam ciasto w piątek to znaczy, że wcale nie było tak drastycznie. U niego wywalano szefów w ciągu dnia, zdarzyło się, że rano był na spotkaniu z personelem i wyznaczał zadania, a o 12 pakował biurko i zdawał klucze, w asyście ochrony.

Dla mnie praca to jednak nie tylko zadanina i raporty. Zespół, ludzie, niemal rodzina. Bo u nas nie ma wyścigu szczurów, tylko mamy swoje funkcje i wypełniamy je wspomagając się nawzajem w osiąganiu wspólnego celu. A gdy dochodzi do nieporozumienia to się kłócimy, rozmawiamy, staramy dojść do konsensusu, żeby było lepiej. Tak nas nawet uczą na niezliczonych kursach, obowiązkowych dla personelu lotniczego: masz być asertywny, i jeśli jesteś po skończonej zmianie nie wolno ci naprawiać tego defektu. Taka jest procedura, tak, nieelestyczna, ale nie wolno ci jej obejść. Bo to może kosztować kogoś życie.

Właśnie kosztowało.

27 stycznia 2018

Na krawędzi dachu

W zeszłą sobotę byliśmy w lokalnej operze na spektaklu Skrzypek na Dachu. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam czy nie zrobią z tego jakiegoś modernistycznego szamba - aktorzy w pierwszej scenie byli poubierani w kurtki puchowe, nieśli radia i śpiwory - tacy podróżni na dworcu. Ale na szczęście reszta spektaklu była normalna :) pomijają to, że Żydzi mówili do siebie po szwedzku, oczywiście, i że ostatnia scena, opuszczania Anatewki, była naciągniętą metaforą współczesnej migracji, wszyscy zapakowali się na trzy "łodzie" i odpłynęli.

Ale w sumie nie o tym chciałam.

Od wielu lat, nawet nie wiem od ilu, chyba od urodzenia, uwielbiam ten film. Nie znam sztuki z Broadwayu, tylko jej ekranizację, i jest to jedna z najbardziej poruszających mnie historii.

Tak bardzo spleciona z historią naszego narodu (i nie mam tu na myśli narodu żydowskiego!), a jednocześnie tak bardzo uniwersalna. A od jakiegoś czasu bardzo spleciona z historią mojej rodziny. Najpierw siostra porzuciła kościół katolicki, a potem ja zaczęłam tę swoją gimnastykę na krawędzi dachu.

Wstęp tej historii - i jej clue tak naprawdę - to opowieść Tewjego:

Skrzypek na dachu.
Brzmi dziwnie, co?
Można jednak powiedzieć, że w naszej małej wiosce, Anatewka, każdy z nas jest skrzypkiem na dachu. Wydobycie ładnej i prostej melodii, bez skręcenia sobie przy tym karku, nie jest rzeczą prostą.

(...)

A jak zachowujemy równowagę?
Powiem tylko tyle...
Tradycja!
Nasze tradycje pozwoliły nam zachować równowagę przez lata.
(...)
Ciekawi jesteście jak ta tradycja powstała?
Powiem wam.... Nie wiem!
Jest to jednak tradycja. 
Tradycje sprawiają, że wiemy kim jesteśmy i czego oczekuje od nas Bóg.

Żydzi w Europie, wieczni tułacze, i ich wierne przywiązanie do tradycji, która jest ich kręgosłupem. Ile trudności zniosą, na ile się zasymilują...?

Katolicka tradycja też jest naszym kręgosłupem, jednakże nie jest nią to jak się ubieramy, co jemy czy jak pracujemy. Niemniej jednak tu, na emigracji, te pytania stają się szalenie ważne, nieustannie wracają i każą patrzeć z drugiej strony

Tak jak Tewje patrzył. Do czasu. Pomysł, jaki miała trzecia córka oznaczałby zwichnięcie karku.

Bardzo smutna jest ta część filmu, zawsze na niej ryczę. Ale paradoksalnie bardzo dobrze rozumiem. Trzeba wiedzieć kiedy naciągnięta struna może pęknąć. Wymaga to ogromnej siły, ale walka o tożsamość jest ważniejsza niż ziemski komfort.



I tu rodzą się kolejne pytania. Jak w mieszanej rodzinie dbać o tożsamość...?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, poza jedną chyba - trzeba umieć dotrzeć do tej fundamentalnej tożsamości człowieka, a nie zatrzymywać się na języku, kulturze czy  nawet sposobie modlitwy. Należy jedak zatrzymać się na tym, do kogo się modlimy. Według mnie to stanowi nasze najgłębsze JA.

23 grudnia 2017

U Pieśniarzy

Jest we Wrocławiu takie miejsce, gdzie człowiek czuje się jak w domu. Stare fotele, domowej roboty stoły (z gitar!), ściany zawalone półkami z książkami wydanymi jakoś przed moim urodzeniem jeszcze (rozpoznałam te grzbiety, u nas też stoją!). Gospodarz częstuje gości malinową herbatą i można posłuchać poezji. Poczytać, porozmawiać o niej albo... pograć ją na mikroskopijnej scenie. Jesteśmy "U Pieśniarzy". Wejście niełatwo znaleźć - niepozorne drzwi w jednej z bram przy ulicy Wita Stwosza, na skrzyżowaniu z Szewską.

Trafiłam tam, bo koleżanka zachęciła mnie do pójścia na jedno ze spotkań duszpasterstwa tradycji, które spotyka się tam czasem na ... śpiewanie. Akurat w tym tygodniu mieli spotkanie poświęcone pieśniom adwentowym - takim, których nie można już usłyszeć w kościołach. A które pięknie opowiadają historię zbawienia. Wiem, że tego typu spotkania są coraz bardziej popularne w Polsce, najwyraźniej ludzie tęsknią za naszą tradycją - organizm odrzuca tę zaimplantowaną. Bardzo gorliwym popularyzatorem tradycji jest Adam Strug, tutaj jego wykonanie pieśni adwentowej Kiedy przyjdzie Sprawiedliwy. Niesamowity jest ten tekst, nieprawdaż? Wreszcie dociera właściwe znaczenie adwentu, czym on jest i jakie znaczenie ma to, co jest jego zwieńczeniem.
Kiedyż przyjdzie Sprawiedliwy,
Wybawiciel litościwy?
Z płaczem wołał lud z ciemnice,
Mając Boskie obietnice.
Pamiętając, jako one
Od początku udzielone
Z ust się do ust przechodziły,
O Chrystusie pewne były.
Zetrze węża łeb chytrego,
Na zdradę czuwającego,
Przyjdzie z Świętymi licznymi
Zwyciężyć nad ubogimi.
Abramowi przyrzekany
Syn Izaak na znak dany,
Że Zbawiciel na świat przyjdzie
I z nasienia jego wyjdzie.
Nieba z ziemią połączenie,
Czego Jakob miał widzenie,
Znaczyło: Bóg się zlituje
I w ludziach się zamiłuje.
Umierając Jakob widzi,
Jak z pod Judy berła Żydzi
Chrystusa oglądać mają,
Gdy swych królów postradają.
Mojżesz proroka równego,
Z pośród braci wzbudzonego,
Mesyasza obiecuje,
Słuchać Jego nakazuje.
Gdyż On Boskie powie słowa,
W Duchu świętym Jego mowa,
Jak Mu w usta jest włożona,
Wolą Bożą wymierzona.
Dawid w psalmach wyśpiewuje,
Synem Bożym Go mianuje;
Izaiasz patrzy na przyszłą
Jego mękę jakby wyszłą.
A Micheasz wyraźnemi
Słowy mu objawionemi
Narodzenie nam przytacza,
Miasto Betleem naznacza.
Daniel czas wyrachował,
Aggeusz zaś prorokował
Przyjście do nowéj świątyni,
Co świetniejszą ją uczyni.
Przyszedł Jezus obiecany,
Mesyasz oczekiwany;
Przyjdzie znowu, kiedy wzbudzi
Na sąd Boski wszystkich ludzi.
Nie było as wiele na spotkaniu, w sumie z 10 osób. Najpierw poczułam się nieswojo, ale herbatka i życzliwe spojrzenie właściciela szybko rozproszyły pierwsze wątpliwości. No a całe spotkanie było piękną modlitwą, czego więcej trzeba.

Bardzo bym chciała tam wrócić, nie wiem czy będzie możliwość. Wszystkie spotkania są rejestrowane i można posłuchać twórców, nawet na żywo!

Wrocławianie - śledźcie stronę i koniecznie zawitajcie do Pieśniarzy. A jeśli znacie kogoś, kto nie ma co ze sobą zrobić w wigilię, to mu podpowiedzcie. Będzie mu ciepło na sercu w tę jakże trudną dla samotnych noc.


15 grudnia 2017

Sankta Lucia

Ten obecny grudniowy tydzień to najgorętszy tydzien w roku szkolnym. Występy ku czci św. Łucji w każdej szkole i przedszkolu, bazary bożonarodzeniowe, sporo koncertów...  Na takie prawdziwe nie ma kiedy pójść, skoro się spędza całe popołudnia na szkolnych. Oczywiście na te wszystkie ziecięce aktywności robi się stroje, piecze ciasta i kupuje losy loterii, przeznoaczonych na szczytne cele (setki koron idą, nie ma szans).

Nawet dzieci przedszkolne ćwiczą. Kubuś od tygodni chodzi i śpiewa, no nie idzie go powstrzymać. Ani nawet nauczyć poprawnych słów, wie swoje i już :)

To nasze nagranie z chwili kiedy dzieci miały iść spać, ale nie szło ich ogarnąć.


Lucia by Kubuś from Ola on Vimeo.