25 maja 2018

Muzyka Duszy

Gdyby ktoś z szanownych czytelników przypadkiem był w Gdańsku na Boże Ciało to zapraszam do pozostania do niedzieli. Zjeżdżamy ze Szwecji na kolejna edycję warsztatów "Muzyka Duszy".

W niedzielę po mszy, tj. ok 12, odbędzie się prezentacja naszego warsztatowego repertuaru. Myślę, że warto.  Zaś wieczorami, podczas trwania warsztatów, będzie kilka ciekawych koncertów w kościele św. Jana.

Po cichu powiem Wam jednak, że wyjątkowo nie mam natchnienia na ten wyjazd.

Raz, że ciągle nie moge sie pozbierać po doświadczeniu spotkania oko w oko ze złym i generalnie straciłam motywację do wielu rzeczy. Łatwo się zniechęcam. Każda porażka od razu podcina mi skrzydła... dzieci nie chcą iść do kościoła? sa niegrzeczne na mszy świętej?

Koniec świata :(

A dwa, że codzienność mnie pożarła w stopniu niewyobrażalnym. I to nie, że jakaś mega ambitna jestem, po prostu wychodze z założenia, że podjętych zobowiązań nie odpuszcza się bez ważnego powodu. Chcąc tego samego nauczyć moje dzieci, biegam dwa razy w tygodniu na trening futbolowy, tzn nie tyle biegam co jadę na rowerze, z dwoma chłopcami, bo przecież Kubuś też chce jechac z mamą! Trening piłki to 2 godziny w sumie. Raz na miesiąc wypada jakiś mecz, w weekend (= nie pośpisz).

Nie możemy też zaniedbać szkoły. Kami ma codziennie zadanie domowe do zrobienia, minimum pół godziny nam to zajmuje. Ale jak raz odpuścimy to potem godzinę kolejnego dnia.

Raz w tygodniu mamy pianino, w domu na szczęście. Kami ma tylko pół godzinki, potem mam ja.

Jak by nie liczyć między przyjściem do domu około 17 a planowanym pójściem "do spania" około 20:30 jest tylko 3,5 godziny, w czasie których trzeba ugotować, zjeść, zrobić lekcje i wcisnąć te wszystkie zajęcia. Jeden wieczór w tygodniu jest dla mnie na próbę scholi. Jak widać sprzątanie się nigdzie nie mieści.

kwiecień AD 2018-  mecz wyjazdowy

Przemknęło mi zatem przez myśl, żeby w tym roku nie pojechać na warsztaty. Że nie nauczyłam się pieśni, przysłanych nam z wyprzedzeniem. Że nie dosypiam i nie mam czasu na ćwiczenia fizyczne, więc kiepsko z formą - intensywny śpiew to ciężka praca fizyczna. Że jak nie pojadę to poczytam sobie w weekend, że pójde na basen trzeci raz w tym sezonie.... tfu, zejdź mi z oczu szatanie!

Wszystko załatwione! Nie porzuca się podjętych zobowiązań! Baczność!

Bardzo pociesza mnie myśl, że ilekroć zmuszam się do wypełnienia jakiegoś obowiazku, zwykle dostaję potem ogromną nagrodę - Pan Bóg zsyła takie pocieszenia, że ach. Serce rośnie. Nie tylko moje. Im bardziej mi się nie chce, im mniej mam naturalnych motywacji, im więcej woli angażuje, tym większa nagroda potem.

Także ten, tego... sursum corda! Do zobaczenia w Gdańsku :)

dzieło powstałe w jeden z tych dni, w które bardzo nudzili się podczas mszy świętej

30 kwietnia 2018

"Jam Alfa i Omega"




























źródło: facebook, strona Alfies Army

W zeszły poniedziałek chciałam dać kolejny post, napisałam.

Ale cos ścisnęło mi gardło. Do tej pory jest ścisnięte. Okrutny wyrok bezdusznych konowałów, którzy ze śmiertelnego strachu o swoje posadki nie dali małemu choremu chłopcu szans na życie, dalej brzmi jak zły sen. Od sobotniego poranka, kiedy to zapadła totalna cisza ze strony rodziców, codziennie mam nadzieję, że jednak im sie udało uciec, że pogłoski o śmierci to mistyfikacja i kolejna część dealu z machiną śmierci, czyt. szpitalem, który pozwolił na to w zamian za podpisanie papierów, że rodzice zrzekają się wszelkich roszczeń.

Choć jednocześnie nie mam wielkich złudzeń. "Liverpool Care Path" to nowa nazwa tego, co naziści nazywali "ostatecznym rozwiązaniem"... Od piątku trwa totalna cisza, z wyjątkiem krótkiej informacji o śmierci Alfiego. odczuwam wielki niepokój w tej sprawie. Widząc poprzednie działania szpitala obawiam się czy rodzina nie ma problemu z odebraniem ciała dziecka i pogrzebem. Przecież o to w tym wszystkim chodziło, żeby położyć łapę na tkankach (testowanie leków? krycie błędów lekarskich? jedno i drugie?), a może nawet organach. Ojciec, który od wielu miesięcy walczył o dziecko jak lew, na pewno będzie walczył o poszanowanie jego ciała i godny pochówek. A może rodzice są już w więzieniu i to stąd milczenie - nie darmo szpital wezwał przeciwko temu maluszkowi 100 policjantów... Straszne myśli krążą mi po głowie cały weekend, cała moja modlitwa była za rodziców chłopca.

Nie będę pisać długich analiz, nic nie dodam - już tak wiele ich napisano (poniżej kilka linków), i mam nadzieje będzie jeszcze więcej, łącznie z wyrokiem sądu na mordercach. Jestem pewna, że szpital ukrywa coś strasznego. Nawet testowanie szczepionki, która zatruła najpierw organizm, który potem "leczyli". Wszystkie ich późniejsze ruchy na to wskazują - panikę przy decyzji rodziców o wypisaniu się na własne żądanie (w grudniu 2017, gdy mieli ofertę z innego szpitala) - ponoć wezwano wtedy policję i uwięziono chłopca w szpitalu, a w ciągu kilku godzin sąd odebrał rodzicom prawa rodzicielskie.  Późniejsze próby papieża czy polityków już nie miały znaczenia.  Ewidentnie nie chodziło o żadne unikanie ryzyka transportu czy nawet zabicie dziecka dla ograniczenia kosztów podtrzymywania przy życiu.  Trzeba było wsadzić tkanki pod mikroskop oraz skutecznie zadbać by dziecko nie dożyło drugich urodzin, bo rodzice oskarżą o NOP... choć przyznam, że wątpię czy rodzice byliby w stanie, muszą mieć ciało do sekcji, a jak szpital go nie wyda...? Widzieliśmy już pięczętowanie trumien przez morderców, które rzekomo miało na celu zadbanie o godność ciał zmarłych...


To nie pierwszy taki przypadek, zdaję sobie sprawę. Ale ten jest wyjątkowy, bo obnażył te mechanizmy. Nie udało się zabić Alfiego po cichu, podziwiam bohaterstwo tych młodziutkich rodziców.

Wiem, że Prawda zwycięży, ale  jest bardzo możliwe, że Boża sprawiedliwość może nigdy nie zapanować na ziemi. Dopiero Alfa i Omega osądzi wszystkich winnych.

Dalej powiedział do mnie:
Nie kładź pieczęci na słowa proroctwa tej księgi,
bo chwila jest bliska.
Kto krzywdzi, niech jeszcze krzywdę wyrządzi,
i plugawy niech się jeszcze splugawi,
a sprawiedliwy niech jeszcze wypełni sprawiedliwość,
a święty niechaj się jeszcze uświęci!
Oto przyjdę niebawem,
a moja zapłata jest ze mną,
by tak każdemu odpłacić, jaka jest jego praca.

Jam Alfa i Omega,
Pierwszy i Ostatni,
Początek i Koniec.

Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała
i aby bramami wchodzili do Miasta.
Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy
i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje.
[Ap 22, 10-15]




Od tygodnia jeszcze mocniej ściskam moje dzieci i z miłością patrze jak śpią. Jeszcze natarczywiej dziękuję Bogu, że sa zdrowe. Może to jakaś neuroza. A może rezultat doświadczenia dotknięcia realnego osobowego zła. Wszystkie, ale to wszystkie inne rozterki przestały istnieć. Kościół szwedzki, podziały, Luter, islam, imigranci na ulicach... marność nad marnościami i wszystko marność! 

Alfie jest już w objęciach Ojca, można się modlić za jego wstawiennictwem. Św. Alfie i św. Maksymilian Kolbe mają o czym rozmawiać.






*****


Linki:
https://wpolityce.pl/polityka/392045-cejrowski-dosadnie-o-sprawie-alfiego-panstwowa-sluzba-zdrowia-zachowuje-sie-jak-wlasciciel-plantacji-niewolnikow-ma-zostac-tutaj-i-zdychac

https://onepeterfive.com/video-from-alder-hey-hospital-theyre-covering-something-up-big/

http://www.kontrowersje.net/my_mamy_prawo_a_wed_ug_prawa_on_powinien_umrze

http://alexjones.pl/aj/aj-polska/item/129720-eksperci-kep-ds-bioetycznych-nie-maja-watpliwosci-odlaczenie-alfiego-bylo-aktem-zabojstwa

http://sledczy24.pl/ck180429-8126-2-alfiee-zostal-zamordowany-wloski-senator-kieruje-sprawe-prokuratury/

http://alexjones.pl/aj/aj-swiat/aj-wiadomosci/item/129752-alfie-evans-szpital-w-liverpoolu-testowal-leki-na-dzieciach

https://www.americanthinker.com/articles/2018/04/alfie_evans_another_child_sacrifice_on_britains_nhs_altar.html

https://www.lifesitenews.com/news/open-letter-uk-bishops-handling-of-alfie-evans-case-was-an-abject-failure

http://lanuovabq.it/it/ecco-come-hanno-fatto-morire-alfie

Oto jak zmarł Alfie Evans
ŻYCIE I BIOETYKA 01-05-2018
Alfie przeżył wyłączenie respiratora podtrzymującego życie, ale Alder Hey nie wyraził zgody odmawiając dostarczenia tlenu dziecku. Chłopiec nie był karmiony przez 36 godzin, a infekcja jego płuc nie była leczona, mimo wszystko wciąż był stabilny, więc Thomas był przekonany, że ma szanse opuścić szpital, który wynegocjował z nim milczenie prasy praz ludzi protestujących pod szpitalem w zamian za większy ich wkład w pomoc chłopca. Tuż przed tym, dziecko dostało mała dawkę leków.

Prawdą jest, że skandaliczne jest to co przytrafiło się małemu  Alfiemu Evansowi.
Przez 15 miesięcy był intubowany i wentylowany oraz odmówiono mu tracheostomii, ponieważ w miesiąc od przyjęcia (grudzień 2016 r.) zdecydowano, że chłopiec musi umrzeć bez postawionej diagnozy. 
W rzeczywistości, nawet jeśli prawda jest to co pisały gazety, że Alfie cierpi na chorobę mitochondrialną nigdzie nie było dowodów w postaci badań klinicznych które by to udowodniły.

Niepokojące jest to, że rurki wentylacyjne Alfiego nie zostały wymienione przez ostatnie 5 miesięcy od ich zastosowania i czego przyczyna było znalezienie w nich  pełno pleśni, jak to pokazał ojciec chłopca na zdjęciach (niektóre opublikowane przez nas), a które także  świadczą o licznych zaniedbaniach przez Arder Hey Szpital w Liverpoolu. 
Mariella Enoc, prezes Bambin Gesù, której odmówiono wejścia do pokoju Alfiego w szpitalu, jest głęboko dotknięta ta sytuacja. 
Wszystko opisane tutaj jest prawda, ale to nie te zaniedbania były przyczyna śmierci  Alfiego.

Alfie przed odłączeniem respiratora przeszedł ogromne leczenie a jego płuca były wykorzystywane do mechanicznego rozszerzania się, dlatego lekarze musieli stopniowo odstawiać go od leków i aparatury aby nie sprowokować jego bezpośredniej śmierci. 

To dlatego Alfie, tak jak powiedział Thomasowi włoskie lekarz z którym ojciec chłopca był w stałym kontakcie, Alfie potrzebował natychmiastowej antybiotykoterapii, której im odmówiono. Mimo wszystko chłopiec jednak oddychał sam bez żadnej pomocy przez wiele następnych godzin. 
Lekarze odmówili mu nawet maski niezbędnej do oddychania.

Dlatego w poniedziałek wieczorem 23 kwietnia, po wyłączeniu respiratora o godzinie 22:15 Thomas wystosował apel z prośbą,  o to by ktoś przyniósł tlen do szpitala, niestety policyjna blokada uniemożliwiła jakąkolwiek zewnętrzną pomoc. 
Thomas zadzwonił po jednego z prawników rodziny Pavel Stroilov informując aby natychmiast pojawił się w szpitalu.

Gdy prawnik przybył na miejsce szlo za nim sześc innych osob, z których jedna miała maskę w ręce i próbowała ja wnieść bez powodzenia. Jak się okazało był to jednak dobry pomysł, ponieważ maska została przerzucona nad głowami funkcjonariuszy policji pozwalając tym prawnikowi ja złapać i zanieść ją do rodziców Alfiego. 
Alfie jednak zdążył juz pokazać swoja waleczna stronę, udowadniając sędziemu Juddena jak bardzo się pomylił twierdząc ze chłopiec umrze w kilka minut po odłączeniu respiratora. 

To jednak nie był koniec.
 Lekarze próbowali pozbawić dziecko maski sugerując się tym iz nie pochodzi ona ze szpitala Alder Hey wydając rozkaz jej odłączenia. Thomas zagroził, że złoży skargę na personel, ponieważ protokół wyroku zatwierdzony przez sędziego Haydena nie mówił nic o pozbawianiu chłopca tlenu, ani o zaprzestania żywienia. 
Z tego samego powodu, Thomas otrzymał jedzenie dla Alfiego który był go pozbawiony przez ostatnie 36 godzin. Tak, Alfie nie był karmiony przez 36 godzin, jest to bardzo długi czas dla tak małego dziecka, którego serce już wcześniej doznało dużego wysiłku po gwałtownym usunięciu maski tlenowej.

Co więcej, kiedy dostarczono chłopcu pokarm oraz tlen,były one podawane w minimalnych dawkach. 
Dziecko cały czas było osaczone, zagrożone przez lekarzy a chronione przez rodziców przez ostatnie 4 dni, od czasu do czasu otwierając oczy oraz reagując. 
Aby uciszyć media oraz tłumy protestujące przed szpitalem, szpital obiecał Thomasowi więcej tlenu i większe wsparcie. 
Dwie godziny przed śmiercią nasycenie tlenem osiągnęło 98, a bicie serca 160 na minutę, więc Thomas był przekonany, że wkrótce pozwolą mu wrócić do domu (jak poinformowała go administracja szpitala w piątek po południu). 
Przed śmiercią Alfiego , gdy Thomas wyszedł na chwilę z pokoju, zostawiając pół przytomną  Kate i innego członka rodziny w pokoju, weszła pielęgniarka i wyjaśniła, że ​​musi podać dziecku cztery leki (nikt nie wiedział co dokladnie chciała podać).
Po około 30 minutach nasycenie spadło do 15. Dwie godziny później Alfie nie żył.

16 kwietnia 2018

Cóż to jest Prawda?

W życiu nie widziałam takiej politycznej poprawności jaka panuje w Szwecji. Jakby marksizm wszystkim na stałe rozmiękczył mózgi. Obowiązuje jedna narracja, a każdy, kto powie co innego to wróg jedności. A może to po prostu to, co niektórzy nazywają prawem Jante...?

Pomijam oczywiste pola propagandy, czyli politykę socjalistów, którzy od ponad 30 lat rządzą krajem - i zakazali źle mówić o nowych proletariuszach naszych czasów, czyli imigrantach (zwanych czasem uchodźcami).

Chodzi mi o kościół katolicki. O jedyne miejsce, gdzie jest Prawda. Gdzie człowiek musi nauczyć się patrzeć krytycznie na samego siebie w swietle jej Prawdy - na każdej mszy świętej i przy każdym sakremecie spowiedzi.

- Cóż to jest Prawda? - powiedział Poncjusz P. juz 2000 lat temu.

Dziś ciągle tak samo aktualne.

Zapisałam się jakiś czas temu do fejsbukowej grupy "Katolicy w Szwecji" (Katoliker i Sverige). Tak chciałam popatrzeć, co się dzieje,  bo katolików w Szwecji mało, jakichś narodowych katolickich akcji nie ma, więc człowiek zna tylko własną parafię. Nawet o rekolekcjach u sąsiadów dowiadujemy się pocztą pantoflową.

W grupie już kilka razy moje komentarze zostały zmoderowane, a ostatnio nawet dostałam osobisty list, od ... proboszcza parafii św. Tomasza. To było wtedy, gdy skomentowałam post, że katedra luterańska w Lundzie będzie przez rok gościła katolickie msze, pierwszy raz od czasów rewolucji, zwanej reformacją. W tym czasie nasz kościół będzie remontowany.

Mój komentarz był nieco żartobliwy, napisałam "super, to mamy już jedną nogę w drzwiach".

Ktoś skomentował "ale o co ci chodzi".

Na co ja odpisałam, bez żadnego sarkazmu - znam swoje ograniczenia - że może źle przetłumaczyłam to angielskie wyrażenie, po czym podałam jego angielską definicję.

Taka rozmowa, 3 komentarze w sumie.

5 minut później ojciec Johan usunął mój wątek, a do mnie napisał osobistego maila. Że nie życzy sobie żartów na ten temat. Ani żadnej postawy, która można by uznać za arogancką lub za wywyższanie się. Że od czasów wizyty papieża w Lundzie, pamiętnej modlitwy zorganizowanej 31.10.2016 (którą NB Grzegorz Braun pokazuje na koncu swojego filmu u Lutrze), obie wspólnoty w Lundzie nawiązały współpracę i oto jej owoc. Ale niektórzy są bardzo z tego niezadowoleni, nie wolno im zatem dać powodu do kwestionowania tych działań,nawet żartem. Wszyscy członkowie jego parafii, od księży i ministrantów, po wszystkich wiernych, maja okazywać luteranom głęboką wdzięczność za ten gest.

Powiem szczerze, osłupiałam. A potem położyłam uszy po sobie. Omijam ks. Johana szerokim łukiem, nie odpisałam na email, w zasadzie przestałam komentować posty w w/w grupie fejsbukowej.

Najgłupsze jest to, że ja naprawdę cieszę się z takiego rozwoju sprawy "katedry".

Nie rozumiem jak takie "goszczenie katolików" może być w ogóle odbierane jako problem. Zwłaszcza gdy szwedzki kościół ochoczo gości muzułmanów w innych świątynaich, a w tej w Lundzie także koncerty i różne inne kulturalne wydarzenia.

Ale fakt, że nawet żarty na ten temat budza takie reakcje, jest dla mnie bardzo zimnym prysznicem.

Jakby ktoś chciał na zawsze zakłamać rzeczywistość - katedra była katolicka do czasów owej rewolucji w XVI wieku, Lund był nazywany Rzymem północy, a "obopólne krzywdy" są mocno przejaskrawione. To zwolennicy nowego króla Szwecji wyrżnęli katolików, jeśli ci wzbraniali się przed przyjęciem "nowej wiary" czyli wadzy tegoż króla, na 400 lat zakazali konwersji na katolicyzm pod karą śmierci oraz zabronili osiedlania się katolikom z innych krajów. Dopiero w XIX wieku rozluźniono te prawa, ale do 1953 katolicy nie mogli pełnić pewnych publicznych funkcji, na przykład być nauczycielami. Dopiero rok 2000 przyniósł równouprawnienie w kwestii praw kościołów.

Najwyraźniej w domu powieszonego nie mówi się o sznurze.

Przywdziewam uśmiech numer 5 i od października chodzę na mszę do katedry w Lundzie. Wspomnę św. Wawrzyńca, którego relikwie kiedyś tam spoczywąły - nie takie tortury musiał znieść dla Prawdy.

Z drugiej strony - milczenie dobrze mi robi. Ale to inny temat :)

11 lutego 2018

Królewska gra

Kami dostał od Aniołka szachy.

Tak trochę spontanicznine wyszło, bo ja nie grałam od wczesnej podstawówki i ta królewska gra nie znajdowała się na mojej orbicie zainteresowań. Zainspirował mnie serial "ojciec Matejus" (jak to wymawiają moje dzieci, przyjęło się :) ), który rodzinnie oglądamy. Traktuję go trochę jak katecheze, przyznam szczerze (chociaż z drugiej strony Kami boi się teraz jechać do Sandomierza, bo tam sami przestępcy), ale wątek dyskusji nad szachami z panem Mietkiem dał mi do myślenia.

Chciałam prezent, który rozwinie moje dziecko, a on chciał gry. Myślał pewnie o komputerowych, a tu masz babo placek ;)

Znalazłam ładne szachy na allegro i klamka zapadła.

Zaskoczony, trochę zmartwiony, bo nie umie, ale połknął bakcyla. Jeszcze w Polsce, tuż po wigilii, rozegraliśmy kilkanaście partii z różnymi wujkami.

A jak przyjechaliśmy do domu to Isakowi, przyrodniemu bratu, rozbłysły oczy.

- JA UWIELBIAM BRAĆ W SZACHY - oznajmił od razu i zaczął rozkładać figury - chodziłem w szkole na kółko szachowe.

On? Chłopak, którego nie można odciągnąć od smartfona..? Oniemiałam. Nagle zasiadł przy planszy i zaczął uczyć młodszego brata strategii.

Wzruszyłam się.

Grają za każdym razem, gdy Isak nas odwiedza.

A ja musiałam zacząć grać z Kamyczkiem na serio. Nie dość, że już nie muszę mu tłumaczyć ruchów figur, to zna więcej patentów ode mnie - robi roszady i takie tam. A jak się sprzymierzy z bratem to muszę się nieźle nagłówkować. I dzielnie pokazać, że przegrywanie to nic strasznego.

W ten sposób znowu odkryłam, że istnieją płaszczyzny porozumień o jakich mi się nie śniło :)




9 lutego 2018

Duch w narodzie nie ginie

Niedawno trafiłam na fejsie na cudzy post, który sprawił, że popłakałam się ze śmiechu. I z dumy. Toż to poziom najlepszych polskich kabaretów z lat 60-tych :)
Człowiek odzyskuje wiarę w ludzi, jak to skomentowała moja koleżanka. Zamieszczę go tu, żeby nie zginął, mam nadzieję, że nie naruszam żadnych praw, post był publiczny. Przeczytajcie.

***

autor posta: Krzysztof Kościelski

Złapcie się czegoś mocno i poświęćcie pięć minut, bo dziś opowiem Wam prawdziwą historię, która rozegrała się korespondencyjnie w wirtualnej przestrzeni ostatnich miesięcy pomiędzy dwójką zupełnie przypadkowych i nieznajomych ludzi - historię o tym, do czego prowadzą sarkazmy, żarciki i śmieszkowanie, i w jaką wymianę można takowymi wciągnąć obcego człowieka, którego się na oczy nie widziało.

Otóż kupiłem zajebiście dużą roletę w Internetach.

Zajebiście duża roleta nie nadchodziła, więc napisałem do sklepu.

AKT I - ZNIECIERPLIWIENIE

Dzień dobry,
Czy wysłali Państwo towar?
Pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski



AKT II - ZASKOCZENIE

Dzień dobry!
Bardzo dziękuję za złożenie zamówienia w naszym sklepie. Przepraszam, że kontaktuję się dopiero teraz, po dość długim już czasie oczekiwania. Chciałabym poinformować, że zanotowano chwilowy brak rolety w wymiarze 200x180cm. Wiem, że ma powrócić do sprzedaży niedługo, trudno mi jednak określić konkretną datę. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsza wiadomość i bardzo przepraszam za tę niedogodność. Gdy tylko wyklaruje się czas powrotu dostępności tej rolety, na pewno zrealizuję
zamówienie.
Proszę o informację, czy jest Pan w stanie poczekać.

Pozdrawiam,
XYZ
Dział Obsługi Klienta


AKT III - RZUCONA RĘKAWICA

Dzień dobry,
Dziękuję za odpowiedź. Pani odpowiedź w pełni satysfakcjonuje mnie pod względem stylistycznym i gramatycznym, jednakże nadal odczuwam niedosyt merytoryczny. Jestem skłonny poczekać, ażebym jednak nie czekał w nieskończoność, czy może mi Pani wyjaśnić, co mniej - więcej rozumie Pani przez słowa "chwilowy" oraz "niedługo"? Rozumiem też, że moment wyklarowania się "czasu powrotu dostępności tej rolety" nie jest tożsamy z właściwym momentem powrotu dostępności tej rolety. tj. za dwa tygodnie może wyklarować się, iż roleta wróci za kolejne dwa bądź też nie wróci wcale?

Olśniony poprawnością Pani polszczyzny i oślepiony wymijającością Pani odpowiedzi, błagam o przewodnictwo po świecie niedostępności rolet.

Pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski
Nabywca Niedostępnej Rolety

PS. Zdecydowanie zasłużyła Pani na podwyżkę.

AKT IV - PODNIESIONA RĘKAWICA

Drogi Nabywco Już-Wkrótce-Dostępnej Rolety,
Z radością w sercu powracam, wieści niosąc wspaniałe: wędrówka po Świecie Rolet Niedostępnych ku końcowi się chyli!
Roleta biała, wspaniała, motylami upstrzona dostępność swą już jutro wykaże, w scenariuszu najciemniejszym - w dzień następny, którym to jest środa. Jak wspomniałam, zrobię co należy, by wysyłkę rolety (po powrocie tejże do sprzedaży) wartko zlecić.
Rada jestem, iż wyrozumiałości w klientach naszych drzemie.

Dziękuję i pozdrawiam,
Dział Obsługi Klienta

AKT V - NADEJŚCIE ROLETY

O Pani z Działu Lirycznej Obsługi Klienta,
W rękach mych w końcu roleta - nietknięta,
Zwinięta, niewymięta, fabrycznie zamknięta ,
Cenowo przystępna, długo niedostępna,
Ozdobna w motyle, z mechanizmem srebrnym,
W kolorze liliji - jednak transparentnym.
Czekałem jej długo i wreszcie nadeszła;
Przyniosła mi szczęście, lecz Tyś była pierwsza!
O Pani z Działu Lirycznej Obsługi Klienta,
Światła i pojętna w okiennych osprzętach!
Jużci tu obmyślam nabyć jaką plisę;
Przeglądam zasłony, gotowe karnisze,
Oby tylko nie było towaru na stanie
- żywo wówczas poślę jakie zapytanie
I odpowie na nie - gdy szczęście dopisze -
Ta Pani, co mą czujność słowem ukołysze,
Frazami swemi łamiąc bezroletną ciszę
I serce me, gdy powie, że niczym roleta
Niedostępna! Dalibóg! Cóż to za kobieta!

Dziękuję i pozdrawiam,
Krzysztof Kościelski


*
Na wszelką logikę ta historia powinna skończyć się tutaj.
Ale się nie skończyła.
Mijały tygodnie.
Gdy wtem.
*

EPILOG

Dzień dobry,

Panie Krzysztofie, Drogi Kliencie
W całym tym mego życia zamęcie
Pozostawiłam wiadomość bez odpowiedzi!
Tak być nie może!
Spróbuję zatem, niech Bóg (lub też innego coś) mi dopomoże,
Dorównać kunsztowi (choć trudne do będzie)
Pańskiemu, Panie Szanowny i Drogi Kliencie.
Wiele, swą drogą, podejść już miałam,
Siedziałam, myślałam, treści zmieniałam
I nic! Nic uwagi wartego nie skomponowałam.
Radość niemałą raczył mi Pan sprawić,
W tamten poranek wielce rozbawić,
Za co dziękuję i jednocześnie też gratuluję
Tych umiejętności!
Nie każdy potrafi języka polskiego trudne zawiłości
Poskromić w sposób tak… elokwentny i widowiskowy.
Niejednemu nawet nie przyszłoby do głowy,
Że tak można.

Pozdrawiam serdecznie,
XYZ
Dział Obsługi Klienta
KONIEC

3 lutego 2018

O słodyczy niskiej ceny

“The bitterness of poor quality remains long after the sweetness of low price is forgotten” – Benjamin Franklin

Po naszemu: Gorycz słabej jakości pozostaje na dłużej, niż słodycz niskiej ceny.

Firma, w której pracuję od dłuższego czasu przechodzi różne restrukturyzacje. Między innymi pozamykali niektóre działy oddając ich pracę w "outsourcing". W kwietniu powyższy cytat był treścią automatycznych odpowiedzi, jaką jeden z zamkiętych działów ustawił w swojej skrzynce mailowej.

Przedwczoraj jeden z naszych najważniejszych menedżerów, mój osobisty przełożony z Malmo, oznajmił, że jutro jest jego ostatni dzień pracy. W wyniku nieporozumień na szczeblu najwyższym, pomiędzy nim i owym CEO, tym od cięcia kosztów, nie zostawili mu wyboru.

Zrobiło mi się potwornie smutno. Nie dość, że szwedzka część organizacji od dawna dostaje niezasłużonego łupnia od jej brytyjskiej części, nie dość, że brytyjscy szefowie to aroganckie świnie (każdy mail z UK to stres i upokorzenie, a rotacja personelu w UK jest o wiele wyższa iż do tej pory była u nas),  nie dość, że baza w Malmo została zredukowana do magazynu i biura... to teraz pozbawili nas szefa, który walczył o wysoką jakość i przestrzeganie procedur.

Zwłaszcza, że walka o procedury to było jego główne zadanie - w przemyśle lotniczym krajowe oddziały agencji EASA wydają licencje na działanie tylko na podstawie posiadania dobrych procedur i ich skutecznego egzekwowania. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

W piątek przyjechał ów CEO by "zapewnić nas, że firma się  nie zamyka w Malmo, że to tylko zmiana kierunku, więc trzeba być bardziej elastycznym". Bo polskie i rosyjskie firmy są tańsze. Ale wszyscy wiedzą, że tak naprawdę miał na myśli "wasz szef mi nie pasował, bo nie zgadzał się na niektóre moje propozycje i zawsze miał argumety przeciw". Wiem dlaczego, bo niektóre z tych pomysłów wprowadziły tak głębokie podziały między nas i UK, że zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. Jak nigdy dotąd - niedawno wściekły szef magazynu z UK groził mi skargą na mnie do HR, bo mu zarzucam niekompetencję (powiedziałam, że nie przygotował przeprowadzki magazynu z Coventry do East Midlands, bo dopiero 4 dni przed przenoszeninem części zlecił mi (sic!) przygotowanine skryptu do przeniesienia wszystkiego w systemie... a było to tuż przed Bożym Narodzeniem i moim urlopem! Inna rzecz, że on nie ma władzy mi nic zlecać, może poprosić i ja to zrobię, ale ma to zrobić odpowiednio wcześnie - jak każdy projekt IT). Magazyn przeniosłam dopiero w styczniu, jak wróciłam do biura po przerwie świątecznej.

Atmosfera w biurze od dwóch dni jak na pogrzebie. Cisza i niedowierzanie. Dowcipy i śmiechy zamarły. Przy tej pożegnalnej kawie wzrok spuszczony i ściśnięte gardła.

Mąż mówi, że za bardzo się przejmuję, że skoro miał okazję postawić nam ciasto w piątek to znaczy, że wcale nie było tak drastycznie. U niego wywalano szefów w ciągu dnia, zdarzyło się, że rano był na spotkaniu z personelem i wyznaczał zadania, a o 12 pakował biurko i zdawał klucze, w asyście ochrony.

Dla mnie praca to jednak nie tylko zadanina i raporty. Zespół, ludzie, niemal rodzina. Bo u nas nie ma wyścigu szczurów, tylko mamy swoje funkcje i wypełniamy je wspomagając się nawzajem w osiąganiu wspólnego celu. A gdy dochodzi do nieporozumienia to się kłócimy, rozmawiamy, staramy dojść do konsensusu, żeby było lepiej. Tak nas nawet uczą na niezliczonych kursach, obowiązkowych dla personelu lotniczego: masz być asertywny, i jeśli jesteś po skończonej zmianie nie wolno ci naprawiać tego defektu. Taka jest procedura, tak, nieelestyczna, ale nie wolno ci jej obejść. Bo to może kosztować kogoś życie.

Właśnie kosztowało.

27 stycznia 2018

Na krawędzi dachu

W zeszłą sobotę byliśmy w lokalnej operze na spektaklu Skrzypek na Dachu. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam czy nie zrobią z tego jakiegoś modernistycznego szamba - aktorzy w pierwszej scenie byli poubierani w kurtki puchowe, nieśli radia i śpiwory - tacy podróżni na dworcu. Ale na szczęście reszta spektaklu była normalna :) pomijają to, że Żydzi mówili do siebie po szwedzku, oczywiście, i że ostatnia scena, opuszczania Anatewki, była naciągniętą metaforą współczesnej migracji, wszyscy zapakowali się na trzy "łodzie" i odpłynęli.

Ale w sumie nie o tym chciałam.

Od wielu lat, nawet nie wiem od ilu, chyba od urodzenia, uwielbiam ten film. Nie znam sztuki z Broadwayu, tylko jej ekranizację, i jest to jedna z najbardziej poruszających mnie historii.

Tak bardzo spleciona z historią naszego narodu (i nie mam tu na myśli narodu żydowskiego!), a jednocześnie tak bardzo uniwersalna. A od jakiegoś czasu bardzo spleciona z historią mojej rodziny. Najpierw siostra porzuciła kościół katolicki, a potem ja zaczęłam tę swoją gimnastykę na krawędzi dachu.

Wstęp tej historii - i jej clue tak naprawdę - to opowieść Tewjego:

Skrzypek na dachu.
Brzmi dziwnie, co?
Można jednak powiedzieć, że w naszej małej wiosce, Anatewka, każdy z nas jest skrzypkiem na dachu. Wydobycie ładnej i prostej melodii, bez skręcenia sobie przy tym karku, nie jest rzeczą prostą.

(...)

A jak zachowujemy równowagę?
Powiem tylko tyle...
Tradycja!
Nasze tradycje pozwoliły nam zachować równowagę przez lata.
(...)
Ciekawi jesteście jak ta tradycja powstała?
Powiem wam.... Nie wiem!
Jest to jednak tradycja. 
Tradycje sprawiają, że wiemy kim jesteśmy i czego oczekuje od nas Bóg.

Żydzi w Europie, wieczni tułacze, i ich wierne przywiązanie do tradycji, która jest ich kręgosłupem. Ile trudności zniosą, na ile się zasymilują...?

Katolicka tradycja też jest naszym kręgosłupem, jednakże nie jest nią to jak się ubieramy, co jemy czy jak pracujemy. Niemniej jednak tu, na emigracji, te pytania stają się szalenie ważne, nieustannie wracają i każą patrzeć z drugiej strony. 

Tak jak Tewje patrzył. Do czasu. Pomysł, jaki miała trzecia córka oznaczałby zwichnięcie karku.

Bardzo smutna jest ta część filmu, zawsze na niej ryczę. Ale paradoksalnie bardzo dobrze rozumiem. Trzeba wiedzieć kiedy naciągnięta struna może pęknąć. Wymaga to ogromnej siły, ale walka o tożsamość jest ważniejsza niż ziemski komfort.



I tu rodzą się kolejne pytania. Jak w mieszanej rodzinie dbać o tożsamość...?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, poza jedną chyba - trzeba umieć dotrzeć do tej fundamentalnej tożsamości człowieka, a nie zatrzymywać się na języku, kulturze czy  nawet sposobie modlitwy. Należy jedak zatrzymać się na tym, do kogo się modlimy. Według mnie to stanowi nasze najgłębsze JA.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...