30 sierpnia 2015

Zwyczajne Pakistańskie Życie

Bardzo serdecznie zapraszam warszawiaków - warszawian? ;) - na wydarzenie, które odbędzie się 8 września w Muzeum Azji i Pacyfiku. Będzie to promocja książki mojej bliskiej koleżanki Asi Kusy, która pisze bardzo ciekawy blog Zwyczajne Pakistańskie Życie, a właściwie to dwa blogi, bo pierwszy jest na bloxie i od pewnego czasu jest zamknięty.

Asia mieszka w Karachi i - podobnie jak ja - jest żoną Pakistańczyka. W taki oto sposób się poznałyśmy :)

Asia napisała k s i ą ż k ę i 8 września odbędzie się jej promocja. Czyli spotkanie z Asią, jej książką i pewnie sporym tłumem innych pakistańskich żon, zaciekawionych tym wydarzeniem.


Ja też mam bilet do Warszawy na to wydarzenie, ale ciągle nie wiem czy dam radę. niemniej jednak - polecam zainteresowanym.

Tak oto spotkanie poleca jego organizator:

Wtorek 8 września, godz. 18.00
Muzeum Azji i Pacyfiku, ul. Solec 24, Warszawa.
Wstęp wolny

Joanna Kusy – Polka w środku muzułmańskiego świata – etnolożka, szczęśliwa żona Pakistańczyka, mama małego chłopca. Po wielu wahaniach zamieszkała w Karaczi z mężem i jego rodziną. Pakistan nie przestaje być dla niej wyzwaniem, choć powoli staje się drugim domem. Zdarza się jej tu już (czasem!) usłyszeć: „Jesteś taka jak my”.

To książka o moim życiu w Karaczi – największym mieście Pakistanu. Nie ma w niej doniosłych wydarzeń, orientalnych dramatów, wstrząsających historii z kałasznikowem w roli głównej. Jest garść wrażeń z kilku lat, gdy ślubne błyszczące ciuchy zawisły w szafie, a henna na rękach wyblakła. Moja decyzja – o ślubie z Wasimem i wyjeździe z Polski – przestała już być tematem rozmów dla rodziny i znajomych. Z egzotycznych rekwizytów najczęściej używam dupatty i wałka do roti, choć broń palna, z którą Pakistan często się kojarzy, to ważny kontekst życia wszystkich karacziwali – mieszkańców Karaczi.
Piszę o codzienności: co jemy, jak się ubieramy, jak wygląda dom i jak się w nim żyje. Jakie jest nasze podwórko i ulica, jak doświadczam miasta i jego wspaniałych okolic – prowincji Sindh. Gdzie się leczymy, kogo spotykam, czego się boję i co mnie urzekło. Jak świętują muzułmanie i jak z większości stałam się mniejszością. Wszystko, co mnie otacza, wydawało się na początku tak dziwne, obce i różne od tego, w czym wyrosłam, że byłam pewna, że nie da się tu żyć.
U początków i w tle wszystkiego, o czym piszę, jest i wiara, i miłość, która naprawdę przenosi góry, skoro doprowadziła mnie do Pakistanu. Pokochałam też Karaczi, którego bez Wasima nigdy nie wybrałabym na miejsce przeprowadzki. Karaczi fascynuje, przeraża, męczy. Mówi się czasem, że jest nieludzkie. Dla mnie jest przejmująco prawdziwe. I uzależnia. Gdy opuszczam to miasto, tęsknię okrutnie.
Polka ze środka muzułmańskiego świata.

http://www.dwpwn.pl/produkty/947/

Organizacja: Karolina Krzywicka, kustosz MAiP
(kontakt: karolinakrzywicka@wp.pl)



***

Edit 05.09

Przypomniało mi się przy okazji, jak odwiedziłam Warszawę w październiku 2013 roku. Spotkałyśmy się z Asią na kilka dni i spędziłyśmy jeden z nich w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Byłam poruszona tym miejscem, wychowana na "literaturze harcerskiej" i w harcerstwie odwiedzałam Warszawę niemal co roku w dniu 1 sierpnia. Od dawna śledzę godzinę W tylko wirtualnie, zatrzymując się na chwilę w domu i pamiętając o tych ludziach w modlitwie.

Drużyna, z którą jeździłam na obozy (jako instruktor zewnętrzny) miała za patrona Batalion Parasol - wszystko wiedziałam wtedy na ten temat. Z przykrością stwierdzam, że sporo zapomniałam :/ zawsze będę pamiętać zamach na Kutscherę 1 lutego 1943, ale inne wspomnienia blakną. Znowu odkurzyłam sobie komplet książek na ten temat, chcę sobie przypomnieć by opowiadać synkowi.

Gdy następnym razem razem będę z rodziną w Warszawie m u s i m y tam pójść.


10 sierpnia 2015

Gród Jakriborg

Któregoś razu mój mąż wrócił z wyprawy rowerowej opowiadająco jakimś mieście za murami. Że fajne, musimy tam pojechać. No i pewnego leniwego niedzielnego popołudnia zaparkowaliśmy na zalanym słońcem parkingu. W pobliżu widać było jakby rampy kolejowe, magazyny... taki przemysłowy teren. A z jednej strony szpaler drzew. Między nimi tabliczka JAKRIBORG  z herbem...



Pomyślałam: skansen.

Jakże się myliłam.

Wchodzimy a tam uliczka z zaparkowanymi samochodami i wejście przez coś jakby Brama Miejska.


W środku plac zabaw i dzieci. Ale czuję się jakbym przeniosła się w czasie - żadnego samochodu, reklam. Małe kamieniczki w stylu hanzeańskich miast sprzed sześciu wieków. Mut pruski, harmonia i pastelowe kolory, białe okiennice.


Coś pięknego. Serce bije coraz szybciej... Po chwili wchodzimy na ryneczek. trochę pustawy o tej porze roku, a może pusty jeszcze, ale widać potencjał. W centrum wspaniały budynek - jakby ratusza? - który bardzo przypomina mi Gdańk. Brakuje tylko fontanny Neptuna...


A dlaczego piszę jeszcze? Otóż Jakriborg to nie jest żadne średniowieczne miasteczko. To nowe osiedle zbudowane przez firmę Jakri AB - w takim stylu właśnie. Można tu kupić albo wynająć mieszkanie. Można wynająć powierzchnię sklepową na biznes. To dość nowa inwestycja, bo sporo witryn świeci jeszcze pustkami. Lokalizacja niezła, bo pomiędzy Lundem a Malmö - ok. 6 km od naszego obecnego domu. Tuż za bramami miasta wiedzie linia kolejowa i znajduje się stacja Hjärup.


Spacer małymi cichymi uliczkami ma wielki urok. Długo myślałam, że to są po prostu odrestaurowane zabytkowe chaty, ale byłam w błędzie. Wszystko powstało od zera na przestrzeni ostatnich 15 lat. Mieszkać w średniowieczu ale z toaletą, satelitą i internetem? Nie mieści się w głowie :)


Mieszka tu kilkaset rodzin, ale miasto ciągle się rozrasta. Właściciele terenu dbają jednakże o stopniowy i spokojny przyrost. Bracia Jan i Krister Berggren (właściciele firmy Jakri AB) usilnie starają się nie zdewastować klimatu osady, nie chodzą na kompromis z wygodą i sprawują kontrolę nad inwestycjami. Chcą by przyrost był organiczny.

Taką Szwecję baaaardzo lubię.


A może Polska odtworzy kilka takich historycznych - słowiańskich? - grodów? A może kolekne osady "Hanzy" na wybrzeżu?

Jak ktoś z czytelników ma jakieś wejścia tu i ówdzie niech zapoda pomysł, zrzekam się prowizji za niego ;) Niech nam Polska pięknieje!


Linki:
Jakriborg (SE)
Strona Wiki (EN)
obrazek na dole: https://sv.wikipedia.org/wiki/Jakriborg

7 sierpnia 2015

Nasze Rzeczypospolite

Jakbym miała akcesoria powiesiłabym wczoraj flagę Polski. Wspaniały dzień na zaprzysiężenie nowego prezydenta - MOJEGO prezydenta. Wierzę, że prawdziwie odbuduje wspólnotę, jak obiecywał.


Łezka w oku się zakręciła... i od razu wątpliwość: przecież poprzedni też to samo przysięgał, czemu frywolnie gwałci polską konstytucję?? czemu nie dba o dobro narodu? (vide odrzucone wnioski o referenda, podpisane ostatnio na chybcika ustawy, wiadomo jakie, głupie wypowiedzi w obcych parlamentach pokazujące brak troski o nasz naród... dlugo można wymieniać). Retoryczne pytanie...   Oby nowy prezydent naprawił to, co poprzedni zepsuł, to się teraz liczy.

A oto orędzie, dużo o nas, Polakach na emigracji :) Ale rzetelne i uczciwe, nie żadne gruszki na wierzbie. Pierwszy raz od dawna jestem dumna z naszej polskiej władzy, tego jednego jej elementu - Prezydenta Polski. Mojego Prezydenta.



Wczoraj na mszy miałam deja vu. Otóż wybór nowego prezydenta zbiegł się to w czasie ze zmianą "władzy" w Polskiej Misji Katolickiej w Malmo. Długa i bolesna historia, wiele osób zostało bardzo pokiereszowanych przez manipulacje, złą wolę i zwykłą nieudolność. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale obraz naszego lokalnego polskiego kościoła tu przypomina jako żywo dzisiejszą Rzeczpospolitą. Stronnictwa, waśnie, emigracja... ja na przykład wyemigrowałam do "oddziału" w Lund... oczernianie i obgadywanie, zamykanie komuś ust i wykluczanie z życia wspólnoty. Normalnie brudna polityka, obrzydziła mnie do cna, nie zdzierżyłam. Jak widać przełożeni zakonu też (uff, Bogu dzięki za hierarchię, demokratycznie to by się tu polała krew!).

Teraz po zmianie "prezydenta" wszystko wydaje się wracać na swoje miejsce. Ale musi wrócić na swoje, nie na jakieś nowe gdzie, ktoś inny będzie wykluczony - pokusa jest, ale trzeba się jej oprzeć. Tak jak czytałam w wywiadzie z prof. Glińskim, o pomyśle PIS na scenę polityczną - nowe plany na demokratyzację życia politycznego będą dotyczyły wszystkich głosów, także tych z PO, choć PO akurat na nie nie zasługuje... ale nie wolno nigdy nikogo wykluczać. Inaczej zaprzeczamy temu, o co walczymy. I Temu w imię Kogo walczymy.

Czy wrócę z mojej małej-wielkiej emigracji? Bardzo chcę jedności i prawdziwej wspólnoty, to jest bardzo potrzebne dla zdrowia naszych dzieci, które od tej wspólnoty uczą się co to znaczy bycie Polakiem. Więc jeśli powrót będzie pomagał w tym budowaniu jedności - wrócę, w przeciwnym razie - nie. 

Oby nowy rektor PMK i nowy prezydent naprawili te nasze rzeczypospolite. Tak im dopomóż Bóg!

24 lipca 2015

Pan Samochodzik i bohaterowie Planety Wyobraźni

Smutek z Plotkarą zjawili się u nas późnym popołudniem w poniedziałek 20 lipca. Wyszli z zakurzonego samochodu, rozprostowali zasiedziałe nogi - jechali prosto ze Sztokholmu (o całej ich podróży można poczytać tutaj).

Zmęczeni niebotycznie, rzucili się na łóżko. Co tam, że nie było puste. Musieli nadrobić wiele dni zwiedzania ("nie spać, zwiedzać!!"), a wiedzieli, że przyjechali do prawdziwego Pana Samochodzika, czy może raczej Herr Bilen, i łykną sporą dawkę historii Szwecji.



Następnego dnia był dzień odpoczynku - wybawili się z chłopakami, w domu i na placu zabaw. W ogóle tylu zabawek nigdy chyba nie widzieli, a plac zabaw był chyba najlepszym w ich życiu!

- Plotkaro, ty się lepiej znasz, czy my już jesteśmy w Legolandzie? - rozmarzonym głosem zapytał miś Smutek
- Nie, głupiutki Smutku, Legoland to w Danii, w Billund! Ale tylu klocków na raz długo nigdzie nie zobaczysz, korzystaj! - wymądrzyła się, jak to ma w zwyczaju, Plotkara.


Rzucili się w wir zabawy... Czas leciał tak szybko...

- Chodź, Smuti, musimy trochę wyjść na powietrze! Chodźmy z dziećmi na plac zabaw! - Plotkarę rozpierała energia po długim śnie i zbudowaniu z klocków domu, samochodu i samolotu. - czytałam, że tu w Szwecji są wspaniałe plac zabaw!




Do wieczora trwała przednia zabawa w łódce, na huśtawce i w piaskownicy.

Następnego dnia zabraliśmy gości do Lundu. Mieszkamy pomiędzy Malmö a Lundem, chciałoby się pokazać podróżnikom jak nawięcej - ale nie wystarczyło czasu. Trzeba było wybrać, zatem pojechaliśmy do Lundu. To nasz ulubiony punkt całej Skanii - przepiękne średniowieczne miasto, pulsujące życiem, kulturą i nauką. Człowiek od razu czuje się mądrzejszy :D Lund ma też wspaniały Park Miejski, który często odwiedzamy, ale nasi goście mieli chwilowo dość placu zabaw. Ostatni wspólny dzień spędziliśmy na odkrywaniu intrygującej historii Lundu.



Spacerując po centrum co chwila wpadaliśmy pod jakiś rower ("prawdziwy terror cyklistów!" oznajmiła zdenerwowana Plotkara poprawiając zwichnięte skrzydełko) ciekawską Plotkarę zaintrygowały niewielkie metalowe tablice, widoczne na wielu domach w centrum Lund (tutaj: w tle, za rowerami).


Podeszliśmy bliżej.

- "W tym miejscu w średniowieczu znajdował się kościół św. Jakuba. Wzniesiony w XI wieku, zniszczony w 1536 roku" - sylabizuje Plotkara.
- Jakuba? którego Jakuba? - dopytuje się zaintrygowany Smutek - tego, którego imiennikiem jest mały Kubuś?
- Tego samego! - potwierdzam - jednego z najbliższych apostołów Pana Jezusa, który jako pierwszy zginął za niego męczeńską śmiercią, i którego grób znajduje się w Santiago de Compostella. Wielkiego patrona Hiszpanii, Portugalii, pielgrzymów i walczących z islamem. Za kilka dni, 25 lipca, obchodzimy jego święto - wyobraźcie sobie jaka by tu była impreza, parafialny odpust!

A tak to poświętujemy w domu, przy torcie - imieniny naszego Kubusia (dodaję w myślach).


 W innym miejscu starówki, natrafiamy na kolejną:

- "W tym miejscu w średniowieczu znajdował się kościół św. Marii Magle. Wzniesiony w XI wieku, zniszczony w 1536 roku" - odczytał coraz bardziej zaintrygowany Smutek.


- Smutku, następny! "Patronowi żeglarzy, św. Mikołajowi, wzniesiono tu kościół w XI wieku, został zniszczony w 1537 roku" - Plotkara otwiera oczy szeroko ze zdziwienia kilka ulic dalej.


- Takich tablic jest tu pełno! I wszystko w okolicach 1536 roku! Co tu się wtedy stało?? - odzywa się dziennikarska dusza Plotkary.

- Widzisz, Plotkaro, jakby to powiedzieć... Reformacja się wtedy stała!

- Niesamowite! Wygląda na to, że spacerujemy po jednym wielkim cmentarzysku! Nie wiedziałam, że wojny religijne w chrześcijaństwie były takie brutalne...

- Tak, w pewnym sensie. To był bardzo burzliwy okres dla całej Skandynawii. Czas separacji Szwecji z unii kalmarskiej, walki o tron duńsko-norweski w Danii. Skania należała wtedy do Danii, aż do końca XVII wieku! To wszystko bardzo poplątane... na pewno chcecie wiedzieć?

- Oczywiście! uwielbiamy Pana Samochodzika i tropienie tajemnic!!! - ochoczo potwierdzili podróżnicy.

- Dobrze, postaram się opowiedzieć w skrócie. Pamiętacie, Luter oglosił swoje tezy w 1517 roku w Wittenberdze. Po Europie zaczęła rozlewać się fala jego nauk, ale zwłaszcza po niemieckich uniwersytetach, gdzie studiowało wielu Szwedów i Duńczyków. W wyniku walk niepodległościowych ze Szwedami w 1521 wygnano króla Chrystian II z kraju. Tron przejął jego stryj Fryderyk I. On także zaczął sympatyzować z naukami Lutra i pozwolił na ich wolne głoszenie po królestwie. Ale w 1533 r umarł i tron miał przejąć jego najstarszy syn Chrystian, zagorzały luteranin już wtedy. Chrystian II nie zapomniał o swoim tronie, jeszcze w 1532 powrócił do Danii ze wsparciem katolickich władców. W celu obrony Danii przed reformacją ubrał się bowiem w szaty kontrreformatora... Zaczęły sie walki, wygrane przez protestanckiego pretendenta do tronu, brutalne i krwawe, zdemolowano wiele miast i kościołów - także w Lund właśnie. Aresztowania biskupów, dewastacja świątyń... W 1536 roku przyjęto protestantyzm jako narodową religię. Musicie wiedzieć, że w tych czasach kościół był w posiadaniu ok 40% ziem kraju i wielkich bogactw. Duchowieństwo to była w zasadzie osobna kasta, bardzo bogata i wykształcona, wyłączona z sądowej jurysdykcji państwa szwedzkiego, pobierająca swoje podatki, nakładająca na wiernych kary, bogacąca się sprzedażą odpustów... jeden wielki interes, niestety, moralne bagno. Wielu zakonników źle się prowadziło i nawet się z tym nie kryło, parafie podupadały a większości duchowieństwa żyło się skandalicznie dobrze. To było jedną z przyczyn reformacji w ogóle, ale tutaj nałożyło się to na walki narodowościowe, puste kasy w skarbcach królewskich i władzę nad chłopstwem. Kościół miał naprawdę wielką! Ekonomiczną, sądowniczą, edukacyjną... nie mówiąc o rządzie dusz, oczywiście. Dzisiaj nawet nie umiemy sobie takowej wyobrazić, chyba że na przykładzie Państwa Islamskiego, któe wprowadza swoje prawo religijne jako prawo państwowe...

Przyznam, że podpieram się niedawno przeczytaną historią reformacji*. Sprawdzam dyskretnie, czy nie zasnęli, ale nie - słuchają z rozdziawionymi pyszczkami. Usiłują sobie pewnie wyobrazić wrocławski Ostrów Tumski, z kilkunastoma kościołami na powierchni małej wyspy, całkowicie zrównany z ziemią - toż to jak bombardowanie Festung Breslau! Jaki inny kataklizm może dopuścić do takich zniszczeń...? Kataklizm rewolucji jedynie!

Tu w Lundzie tych kościołów było znacznie więcej, na nieco tylko większej powierzchni. To był jeden z najważniejszych katolickich ośrodków w całej Skandynawii, 27 świątyń, zwany Rzymem Północy!

Lund XII wiek

- W zasadzie do dzisiaj niektórzy mawiają, że Skania dalej jest Danią, nabijając się z tutejszego akcentu. Rzeczywiście, bardzo przypomina duński sposób artykulacji, gardłowy i niechlujny. - dodaję małą dygresję.

- Powiedz coś po skańsku! - zakrzyknęli Smutek i Plotkara. Cóż, gość w dom, Bóg w dom. Trochę się trzeba powysilać, żeby towarzystwo się rozluźniło. Chwilę trenujemy mięśnie krtani, języka i pożywiamy się skońskimi kluskami w gardle. Dobra, można dalej zwiedzać.

- A co się działo w Szwecji? Niedługo pojedziemy do Sztokholmu, to pewnie też zobaczymy jakieś tablice... - Nie poznaję Smutka, już dawno wybudził się z letargu i nasłuchuje z przejęciem.

- W 1523 Szwecja odłączyła się z unii kalmarskiej i mianowała młodego Gustawa Wazę na króla niepodległego państwa. Ceremonia odbyła się w dniu 6 czerwca, notabene, dzisiaj to jest Dzień Narodowy. No a dotychczasowy król, Duńczyk Chrystian II, nie chciał oddać władzy. Wywiązała się wojna, niekoniecznie otwarta. W wyjątkowo cyniczny sposób wykorzystano do walki kościół i rozlewającą się po Europie falę luternizmu. Nowo wybrany król Szwecji potrzebował pieniędzy na walkę z Duńczykami, a kościół je mógł zapewnić. Chłopscy mieszkańcy Szwecji byli jednak bardzo religijni i nie chcieli sie na to zgodzić. Wybuchło kilka powstań, wewnętrznych walk, najbardziej znana jest Rzeź Sztokholmska z 1520 roku, podczas której król i przychylni mu biskupi zamordowali 82 znamienite osoby, które nie byli po jego stronie, w tym dwóch biskupów - co nadszarpnęło stosunki z Rzymem. Długo trwało dialogowanie i spory, ostatecznie powołano do życia kościół narodowy, który zlikwidował zakony i ustawił kościół w służbie narodowi, jednym z głównych postulatów było odrzucenie tradycji Kościoła Katolickiego i zniesienie celibatu.

- I co, ta cała reformacja naprawdę rozwiązała problemy? - dopytują młodzi.

- Niestety, po czasie okazało się, że nowi protestanccy duchowni prowadzili się równie źle jak ich poprzednicy, a do tego kulturalnie i naukowo cały kościół podupadł - to kościół katolicki był w tamtych czasach prekursorem wszelkich zmian kulturowych. W zasadzie niektórzy określają reformację rewolucją - "stary" kościół rzeczywiście miał wiele problemów, ale zabrano się za ich naprawianie w iście marksistowski sposób. Rozwalając stary porządek i wprowadzając gwałtem nowy, powielając wszystkie ludzkie błędy - tylko teraz kto inny był na szczycie: król a nie papież. W trosce o to szwedzki kościół narodowy nie chciał także być za bardzo podległy niemieckiemu luteranizmowi - zachował przez to o wiele większą więź z tradycją katolicką niż jakikolwiek inny. Za to duński i norweski zerwały z tradycją katolicką gwałtownie, zakazano głoszenia innych nauk, płonęły nawet stosy. Kościoły narodowe w całej Skandynawii stały się bardzo hermetyczne, dzisiaj ocenia się je jako "proste". Nie dopuszczono do rozwoju teologii, dialogu, to stanowiło zagrożenie dla władzy króla nad kościołami i ich dobrami, podupały szkły, wiele uniwersytetów w ogóle zlikwidowano. Sami reformatorzy oceniali to po fakcie w ten sposób: "Gdzie więc są owe zdobycze reformacji? Wszędzie pogorszenie, a nie polepszenie; zmarnowanie a nie wzbogacenie; rozprężenie a nie powiązanie; odrętwienie a nie wzmocnienie"*...

Długo tak gadaliśmy, obchodząc te wszystkie miejsca i robiąc zdjęcia. Tak to spokojnie i pogodnie dzisiaj wygląda...

Jedynymi kościołami pozostałymi z tego okresu jest katedra w Lund i kościół św. Marii i Piotra, tuż za dworcem głównym. Ruiny kościoła Świętego Pana (St. Drotten) z roku 1050 można oglądać w podziemiach ul. Kattesund, gdyż zrobiono tam muzeum, ale cała reszta kościołów spoczywa głęboko pod ulicami dzisiejszego Lund.Szwedzki kościół organizuje "spacer zadumy" po tych miejscach, próbując uzmysłowić nam współczesnym skąd jesteśmy i dokąd idziemy...

Zaczyna się od katedry. Imponująca i zadbana. Niekwestionowane serce Lundu, i w zasadzie Szwecji - ponad 700 000 pielgrzymów rocznie.  Przez początkowe lata kościół był poświęcony św. Wawrzyńcowi (diakonowi papieża Sykstusa II, zamęczonemu za wiarę w 258 r.), obecnie - Maryi. Patronem kaplicy w podziemiach kościoła jest św. Jan Chrzciciel.




Kościół św Marii i Piotra - dziś zwany Klosterkyrkan czyli kościół klasztorny - to przepiękne miejsce. Zbudowany w 1145 roku należał do benedyktynek aż do 1580 roku. Nawet dziś można odczuć benedyktyńskie reguły, które rządziły klasztorem: każdego pielgrzyma należy powitać i ugościć, tak jak by to sam Chrystus przybywał z gościną. Kościół jest widoczny z pociągu, bardzo malowniczo położony na wzgórzu poza starówką.




Jest bardzo zadbany, a co najważniejsze - żyje. Co głosi przezornie tabliczka przy wejściu - to kościół, w którym kudzie się modlą, więc zachowuj się przyzwoicie! Smutne, że żyjemy w takich czasach, ze ludziom trzeba przypominać, po co sa kościoły.


Po takiej wspinaczce należy się chwila odpoczynku na ławeczce... tym razem zwiedzaliśmy z kumplem Ironmanem, jak widać :)



Wewnątrz kościoła jest prosto i pięknie. Ołtarz przpomina wersję mini tego w Kościele Mariackim w Krakowie. Przywieziono go w 1931 roku, został wykonany w Kolonii w XIV wieku. Przepiękny zabytek.

Tknęło mnie to, że jego układ jest przedsoborowy. Może doczekam chwili, kiedy zostanie tam odprawiona msza trydencka...? To byłoby najlepsze wnętrze do takiej ofiary (Smutek i Plotkara chyba tego nie zrozumieją, nie tłumaczę...).



Przy wyjściu z kościoła wpisaliśmy się do księgi modlitw. Ikona Rublowa w takim miejscu i w tak pięknie udekorowanym wykuszu sprawiła, że gardło im się ścisnęło ze wzruszenia... I już nawet im nie opowiedziałam o co chodzi w tym obrazie...


- Jenyyyy, nóg nie czuję, muszę się położyć - jęknęli jednym głosem Smutek i Plotkara. Od razu chce mi się w takich sytuacja odpowiedzieć "to powąchaj moje" ale się powstrzymałam. Nie wiem czy ten stary dowcip dziś jest aktualny.

- Wiecie co, tu w Szwecji nikt się nie przejmuje konwenansami... nie krępujcie się! Nachodziliście się nieźle! - zachęcam zmęczonych podróżników do odpoczynku. Nie ma tu akurat ławki, więc zostaje bruk.


Po chwili odpoczynku wyruszyli dalej. Z powrotem do Sztokholmu, do Kasi. Żałowaliśmy, że nie ma już czasu na Malmö, ulubioną piekarnię wśród wzgórz i pól w sercu Skanii czy na plaże Lommy. Coż, trzeba było wybrać jedno miejsce, zwłaszcza jak się zwiedza z małymi dziećmi.

***

*Źródła:
"Reformacja w Szwecji, Danii i Norwegii" Andrzej Żygadło
"Protestantyzm: rewolucja - nie reformacja" ks.Władysław Szcześniak (artykuł)
http://www.concordia.se/sv/i-lund/lunds-historia.aspx

22 lipca 2015

Goście goście

Na blogu zapanowała martwa cisza. Ale za to w "realu" buzuje życie - to ludzkie i nie tylko. A to insekty atakują, a to szarańcza z domu obok nadlatuje i zmiata jogurciki, naleśniki, kanapki i resztki spaghetti, a to przyjeżdżają długo wyczekiwani goście...

Pamiętacie Wielką Podróż Bolka i Lolka? Kilkadziesiąt Polek rozsianych po całym świecie zaprosiło chłopaków do siebie, mieli wyruszyć w drogę... no ale okazało się, że projekt postaci jest objęty prawem autorskim i jedna z osób związanych postawiła veto. Nie wdając się w szczegóły ani dyskusje o racjach, po krótkiej acz intensywnej burzy internetowej, postanowiłyśmy zmienić plan.

W podróż śladami Bolka i Lolka wyruszyli nowi boharetowie filmu pana Zbyszka - Smutek i Plotkara, to postaci z autorskiego filmu pana Zbyszka, pt. “Planeta Wyobraźni”. Autorką nowych laleczek jest znowu Magda.


Miś Smutek chodzi trochę zaspany, ale przy swojej towarzyszce podróży na pewno szybko się ocknie. Mucha Plotkara bowiem to żwawa redaktorka, która rozpuszcza plotki w swojej plotkarskiej gazecie.

Smutek i Plotkara objadą cały świat dookoła,
rozpoczynając swoją podróż w Rzymie, zwiedzą całą Europę,
następnie pojadą na południe Afryki, stamtąd do Ameryki Południowej, Ameryki Płn.,
później do Azji, Australii i Nowej Zelandii, skąd przez Bliski Wschód wrócą do Polski.

Zwiedzą kilkadziesiąt krajów, a przyjmowani będą przez Klubowiczki i Piotra.

Tutaj możecie przeczytać więcej o całej akcji:

Smutek z Plotkarą Polki odwiedzają

Podróż rozpoczęła się 8 marca 2015 w Rzymie. Po Włoszech, Smutek i Plotkara polecieli do Bułgarii, na Cypr, do Turcji i wreszcie dotarli do Szwecji... Najlepsza wszak pora na zwiedzanie Skandynawii!

No to mieliśmy gości! Zmęczeni, przykurzeni, z wymiętymi skrzydełkami i ogonkami... dotarli i odpoczęli trochę!



Po chwili oddechu, Smutek i Plotkara już polecieli dalej, z powrotem do Sztokholmu, a ja powoli ogarniam wrażenia z ich pobytu. Wkrótce napiszę więcej - udało nam się zwiedzić Lund i poznać kawałek jego tajemniczej historii... 

26 czerwca 2015

Słowo lekko obraźliwe czyli mikroagresje dzisiejszego świata


Stwierdzam, że do Polski przyszła amerykańska choroba procesowania się o wszystko. O każde obraźliwe słowo czy spojrzenie, o urażone uczucia. O nagłówek, który sugeruje cośtam czy złe zdjecie. Owszem, są prawdziwe kłamstwa i manupilacje, które sąd powinien prostować, ale zaczyna dochodzić do całkowitych niedorzeczności, które tym samym stają się - de facto - łamaniem praw do wolności słowa czy przekonań.

Czasem czytuję amerykańskiego blogera Matta Walsha, który - trochę w stylu Terlikowskiego, ale bardziej elokwentnie chyba - bezceremonialnie rozprawia się z absurdami ze swojego kawałka świata. Niektóre z nich są dla nas wciąż niezrozumiałe, ale nie bójcie się - niedługo staną się codziennością. Jak pozwy za odmowę upieczenia ciasta na ślub gejów. W Polsce ciągle panuje klimat "nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi" (sam rząd propaguje takie podejście - patrz afera taśmowa, Amber Gold, znikające miliardy z ZUSu i czterdzieści innych podobnych), więc tak właśnie widzę odmowę upieczenia czegokolwiek komukolwiek na polskim rynku, bez względu na powody ;)

Natomiast doszła do nas groźna fala kneblowania ludziom ust. A może ona zawsze była, tylko przybrała inne szatki? Ostatnio Terlikowski przegrał proces o ... nazwanie Grodzkiej mężczyzną. Kiedy on(a) ma taką przeszłość, jest to faktem, i zakaz mówienia o faktach pod groźbą "urażenia uczuć" jest doprawdy kuriozalny. Można Terlikowskiego nie lubić, ale żeby sąd nakazywał mówienia, że ktoś zmienił płeć, bo przypominanie o tym komuś sprawia przykrość?? No błagam...



W Szwecji od jakiegoś czasu mamy to samo zjawisko. Czytam sobie "Polskiego Hydraulika" Macieja Zaremby i natrafiłam na reportaż "Urażony ma zawsze rację" - o wynaturzeniach szwedzkiej poprawności politycznej. "To była opowieść o profesorach Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Sztokholmie, którzy tak się bali oskarżenia o nierówne traktowanie, że dopuszczali do zawodu nauczyciela świeżych imigrantów, niemówiących poprawnie po szwedzku. Bo zdarzało się, że oblewani za nieznajomość języka i podpuszczani przez radykalnych ideologów, skarżyli się na szkołę – a rzecznik równego traktowania poważnie traktował ich zarzuty!" (więcej o tym wynaturzeniu w artykule na onecie - polecam!). Chodzi zatem o to, kto pierwszy sie obrazi, ten wygrywa. Nie jest ważna intencja domniemanego agresora, tylko jak się poczuł "obrażany". To on decyduje, czy to było obrażanie czy nie, to on wie, co naprawdę miałeś na myśli!

Matt Walsh sporo rozpisuje się o "mikroagresji" - czyli takim krzywym spojrzeniu na kogoś lub źle użytym słowie, które ten drugi odbierze jako "agresję". Ci ludzie chyba nigdy nie widzieli agresji... Nagle każde wyrażenie opinii innej niż przekonanie danej osoby powoduje w niej panikę i strach - agresja! Oblanie na egzaminie, pomimo totalniej nieznajomości odpowiedzi - uprzedzenia! Ba, poprawianie języka ucznia przez nauczyciela jest dyskryminacją, bo on przecież nie jest Szwedem i ma prawo do błedu! (to przykład od Macieja Zaremby). Otwieranie kobietom drzwi przez mężczyznę - demonstracja męskiego szowinizmu/przekonania, ze kobieta nie potrafi (właściwe skreślić). I tak dalej, i tak dalej... A wszystko przy totalnym ignorowaniu prawdziwej agresji i obrazy - wobec dzieci nienarodzonych, chrześcijan w muzułmańskich krajach czy też wybryków gangów na ulicach miast (vide sytuacja z Baltimore). Matt bezlitośnie obnaża brak kręgosłupa moralnego i świadome wybieranie takiej drogi w celu uzyskania korzyści. A także domaganie się współczucia i uwagi, przy kompletnej nieumiejętności DAWANIA. Tak, cały nasz świat nastawiony jest egoistycznie - ja w centrum, dla mnie, moje, o mnie... moje potrzeby i mój brzuch... moje uczucia...

Dla czytających po angielsku polecam lekturę Matta, sporo ciekawych argumentów i uwag:

http://www.theblaze.com/contributions/you-arent-really-offended-all-the-time-so-please-stop-pretending/

http://themattwalshblog.com/2014/09/16/sorry-but-its-your-fault-if-your-offended-all-the-time/

Wszystko to nieustannie wpędza mnie w zdumienie, Zawsze uczono mnie, że to ja sama jestem panią swoich emocji i akcji. To, co mówi ktoś inny może na mnie wpłynąć, ale nie musi. Bo to JA decyduję o tym, jak się zachowam. Dam się sprowokować czy nie. Dam komuś władzę nad moimi uczuciami - czy nie. Na tym polega moje człowieczeństwo i godność - nikt poza mną samą nie jest w stanie sprawić we mnie żadnego uczucia czy reakcji. To ja to kontroluję i nikt inny.


Dzisiaj to jakoś nie działa... dlaczego? Czyżby cały świat stał się jednym wielkim mięczakiem moralnym? (to teza Matta z artykułu).A przecież jak czytam Chestertona to widzę, że polemiki dziennikarskie dawniej były nawet bardziej zajadle niż dziś. Ba, a co o czytaniu św. Ambrożego czy Augustyna? Ci to dopiero bezceremonialnie określali władców tego świata i ich grzechy. Matt Walsh czy Terlikowski to kiciusie przy nich.

Przy lekturze "O naśladowaniu Chrystusa" natrafiłam na wspaniały fragment. Niejeden zresztą, ale teraz zachłysnęłam się akurat tym. Stąd pomysł na ten post.

Więc to o to chodzi! Niesamowite jak takie stare dzieła pomagają dzisiaj zrozuimieć człowieka i świat. Piszę to teraz mając w pamięci wczorajsze głosowanie za in vitro (w polskim sejmie) - przegrane, z mojego punktu widzenia. Pazerność i zachłanność - pod pozorem dobra! - zwyciężyły nad godnością człowieka. Dokładnie tak, jak to pisze Tomasz a Kempis. Nihil novi sub sole w końcu.

Zacytuję obszerny fragment rozdziału 54. czerwone podkreślenia moje. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w Boga z Biblii, to musi przyznać, ze jest w tym rozgraniczeniu głęboka mądrość - człowiek to o wiele więcej niż zmysły i żądze. Dzisiejszy świat promuje tylko to drugie. Zawsze tak było, to akurat nie nowe. Nowe jest to, że przemocą próbuje wyrugować prawdziwe człowieczeństwo, to na obraz Boży.



***
Pan. 1. Zwróć staranną uwagę na poruszenia natury i łaski, ich poruszenia bowiem są sobie przeciwne, a przy tym bardzo delikatne - i tylko człowiek duchowy i wewnętrznie oświecony potrafi je odróżnić.
2. Wszyscy przecież zmierzają do dobra i o to się starają, by  ich słowach i uczynkach tkwiło coś dobrego, i właśnie dlatego pozór dobra wielu w błąd wprowadza.
3. Natura jest podstępna, wielu ku sobie przyciąga, w sidła łapie i zwodzi, uważa też zawsze, że to ona jest celem.
4. Łaska, natomiast, rozwija się z prostotą, unika jakiegokolwiek pozoru zła, nie ucieka się do oszustw, uczynki tylko dla Boga pełni, bo na Nim się ostatecznie opiera.
5. Natura usilnie unika śmierci, ucisku i uniżenia; ani się podporządkować nie chce, ani ujarzmić.
6. Łaska, natomiast, zabiega o własne umartwienie, zmysłowości się opiera, szuka podporządkowania, pragnie być podbita i nie korzystać z włąsnej wolności, trwać w karności, nad nikim nie pragnie panować. Zależy jej na tym, by nieustannie żyć, trwać i istnieć pod władzą Boga i ze wzgledu na Boga jest gotowa uniżyć się przed każdym człowiekiem.
7. Natura trudzi się dla własnej wygody i dba o to, by drugiego człowieka jakoś wyzyskać,
8. a łaska bardziej nad tym rozmyśla, co by dla wielu mogło być korzystne, a nie nad tym, co dla niej pożyteczne i wygodne.
9. Natura chętnie wyrazy czci i szacunku przyjmuje,
10. a łaska wszelką chwałę i uszanowanie każde wiernie przypisuje Bogu
11. Natura boi się zawstydzenia i pogardy,
12. a łaska się raduje, że jest ona godna dla imienia Jezusowego zelżywość cierpieć (1).
(...)
17. Natura na to, co doczesne zwraca uwagę i zyskami ziemskimi się raduje; smuci szkodą a do gniewu ją doprowadza nawet słowo lekko obraźliwe,
18. a łaska na to patrzy, co wieczne, a w tym, co doczesne sie nie zakorzenia, nie doznaje niepokoju, kiedy coś utraci, a słowa zbyt twarde nie napełniają jej goryczą; a to wszystko dlatego, że skarb swój i radość umieszcza w niebie, gdzie nic nie ginie.
19. Natura jest zachłanna i chętniej przyjmuje niż daje, w tym się kocha co własne i prywatne,
20. a łaska jest pełna miłości i otwarta na wszystkich, unika osobliwości, zadowolona jest z niewielu rzeczy i jest przekonana, że szczęśliwa to rzecz raczej dawać anizeli brać (2).
21. Natura ku sworzeniom się skłania, ku własnemu ciału, ku pustocie i rozrywkom, 
22. a łąska do Boga pociąga i do cnót, rezygnuje ze stworzeń, unika świata, nienawidzi tego, za czym ciało tęskni, w karbach trzyma to, co nadmierne i wstydzi się pojawiać publicznie.
23. Natura kocha się w zewnętrznym pocieszeniu i ono jej daje przyjemność zmysłową,
24. a łaska w samym tylko Bogu szuka pocieszenia, a przyjemność tylko w dobru najwyższym znajduje, które jest ponad wszystko, co widzialne.
(...) 
31. Natura łatwo narzeka na braki i trudy,
32. a łaska wytrwale cierpi niedostatek.
33. Natura wszystko do siebie nagina, o siebie walczy i zabiega,
34. a łaska wszystko do Boga sprowadza, bo przecież wszystko od Niego pierwotnie wypływa; żadnego dobra sobie nie przypisuje ani zuchwale się nie przyznaje; nie prowadzi walki, nie wynosi swojego zdania ponad inne, ale zmysły i umysł poddaje odwiecznej Mądrości i Bożemu roztrząsaniu.
35. Natura do tego zmierza, by znać tajemnice, usłyszeć nowości, pokazywać się na zewnątrz i wiele smakować zmysłami; pragnie uznania i działania, bo to jest źródłem sławy i podziwu.
36. Łaska, natomiast, nie dba o to, by usłyszeć nowości i ciekawostki, wszystko to bowiem zrodziło się ze starego zepsucia, bo przecież na ziemi nie ma niczego, co by nowe było i długotrwałe.
37. Tak więc uczy, że zmysły trzeba trzymać na wodzy, że unikać trzeba udanej uprzejmości i chełpienia się bez podstaw, że ukrywać trzeba to, co naprawdę na pochwałę zasługuje i na podziw; i że z każdej rzeczy nam trzeba cześć i chwałę Boga wyprowadzać i szukac jej w każdej wiedzy.
39. Ta łaska to nadprzyrodzone światło i szczególny dar Boży i właściwie znak wybrania i zadatek życia wiecznego, to ona bowiem człowieka z umiłowania tego, co ziemskie, ku ukochaniu tego, co niebiańskie podnosi, a z cielesnego duchowym czyni.
40. Im bardziej zatem tłumi się naturę i zwycięstwo nad nią odnosi, tym większą łaskę Bóg wylewa, a codziennie nowe nawiedzenia sprawiają, że człowiek zmian w sobie samym dokonuje według obrazu Bożego.

(1) Dz 5,41
(2) Dz 20,35

21 czerwca 2015

Home made

Dzisiaj polecam pyszne ciasteczka kruche :) Home made!
Kami okazał się zachwycony pieczątkowaniem i wycinaniem, twórczy wieczór zaliczony. No dobra, twórcza godzina...


Pięciolatek to o wiele więcej roboty niż pełzający niemowlak... Nie żebym narzekała, ale inaczej sobie to wyobrażałam. Myślałam, że na macierzyńskim to będę mieć morze czasu i nadrobię wszystkie zaległości. W szwedzkim, dbaniu o formę i czytaniu... akurat.

Ćwiczę głównie głuchnięcie tudzież odpowiadanie w stylu zdartej płyty. "Nie, Kami, nie możesz dzisiaj czipsów.", "Nie, Kami, dzisiaj nie ma już tableta", "Nie, Kami, musisz już iść spać, nie ma zabawy, jest prawie dziesiąta"... i tak ze sto razy dziennie. I wymyślanie nowej odpowiedzi na każde "dlaczego".

Więc wyszukują mu zajęcia. Każdy taki pomysł jak ciasteczka bardzo cenny. Przyjemne z pożytecznym. Czekam na komentarze z pomysłami :)

A ciasteczka, przy okazji, okazały się pyszne. I bardzo łatwe. Przepis pochodzi stąd, ale tam występuje w wersji kruchego spodu do sernika. To często nie przekłada się na ciasteczka. Ale tu się pysznie sprawdziło.

150 g mąki pszennej (użyłam orkiszowej)
100 g mąki ryżowej lub ziemniaczanej (użyłam ryżowej)
50 g cukru
150 g zimnego masła
1 jajko

1. Do miski wsypać mąki i cukier.

2. Dodać pokrojone masło.

3.  Szybko zagnieść. Na końcu dodać jajko.

Wsadzić na godzinę do lodówki.

Po wyjęciu wałkować i wycinać ciasteczka, Genialne okazało się posypanie ich cukrem "perlistym" ale można zwykłym. Pieczątki robiliśmy "od spodu", inaczej cukier by zasłonił :)

Piec. ok 15 minut - aż do zbrązowienia - na termoobiegu w temp. ok 180 C




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...