28 marca 2016

Radość Poranka

Drodzy czytelnicy, przypadkowi i stali, dziękuję za życzenia i obecność.

Życzę Wam wiele radości i siły płynącej z faktu, ze życie zatriumfowało nad śmiercią - niech tak się dzieje w Waszym życiu.

Nie pierwszy raz usłyszałam, że krzyż naszego życia to nie jest nic negatywnego. To tylko część życia, to nasza droga do świętości. Mamy być silni i nią iść. Nawet jeśli czasem przeraźliwie samotnie. A czasem w tłumie, w którym czujemy się jeszcze bardziej samotni.

Jesteśmy wolni od mroku!!! Alleluja!!!


Regina Caeli, laetare, alleluia, 
Quia quem meruisti portare, alleluia, 
Resurrexit, sicut dixit, alleluia, 
Ora pro nobis Deum, alleluia.

V. Gaude et laetare Virgo Maria, alleluia, 
R. Quia surrexit Dominus vere, alleluia.

Oremus.
Deus, qui per resurrectionem
Filii Tui Domini nostri Iesu Christi mundum laetificare dignatus es: praesta, quaesumus, ut, per eius Genitricem Virginem Mariam, perpetuae capiamus gaudia vitae. Per eumdem Christum Dominum nostrum. 
R. Amen.

26 marca 2016

Chleb ze złota

Udało się!
Upiekłam idealne PANDORO (po włosku: "chleb ze złota") w charakterze baby wielkanocnej.


Po wielu próbach i testowaniu różnych przepisów, do których notabene bardzo trudno jest dotrzeć, bo są ponoć pilnie strzeżoną tajemnicą cukierników z Werony, wyszło mi takie, jak pamiętam z Włoch. Miękkie, pachnące wanilią, wilgotne. Najlepsze drożdżowe ciasto świata.

I chyba najbardziej pracochłonne.

Rośnie na cztery raty, po dwie godziny za każdym razem, cały dzień doglądania ciasta. Każdy etap odhaczam na kartce, bo łatwo się zgubić... Poza tym nie jest bardzo trudne - mój robot kuchenny (ooops, przepraszam, kiczen asistant!) najcięższą pracę wykonuje za mnie :)

Polecam na kolejne święta (na te już nie zdążycie!). Składniki:

610 g mąki pszenej
250 g masła
200 g cukru
35 g drożdzy
8 jaj (1 całe i 7 żółtek)
1 dl śmietany 18% lub 34%
pół szklanki mleka
cukier waniliowy lub wanilia
starta skórka z cytryny (opcjonalnie - ja nie dodałam)
cukier puder do posypania/lukru

Kroki:

1. Zaczyn. Pokruszone drożdże + 75g mąki + 10 g cukru + 1 żółtko + 2-3 łyżki letniej wody.
Dokładnie rozmieszać łyżką, zostawić do wyrośniecia w ciepłym miejscu

czas rośnięcia: 2 h

2. Dodać 160 g mąki + 3 żółtka + 30 g miękkiego masła w kosteczkach + 90 g cukru + połowa mleka
Dodać do zaczynu i wyrobić, ok. 10 minut. (tu wchodzi robot kuchenny). Przykryć ściereczką, zostawić do wyrośniecia

czas rośnięcia: 2 h

3. Dodać resztę mąki (ok 400 g) + 30 g miękkiego masła w kosteczkach + resztę cukru + 1 całe jajo (rozbełtane) + 3 żółtka + reszta mleka

Dodać do poprzednio wyrobionych składników i ponownie wyrobić, ok. 10 minut. Przykryć ściereczką, zostawić do wyrośniecia

czas rośnięcia: 2 h

4. Dodać wanilię (i cytrynę, jeśli ktoś lubi), śmietanę, roztopioną i przestudzoną resztę masła. Wyrobić aż wszystkie składniki się dobrze połączą. Ciasto będzie dość tłuste, ale lekkie i pulchne.

5. Przełożyć do dwóch foremek posmarowanych masłem i oprószonych cukrem pudrem.
Pozostawić do wyrośnięcia tak długo, aż ciasto dorośnie do brzegów formy. U mnie to było kolejne 1,5 godziny.

czas rośnięcia: ile zabierze



6. Nagrzać piekarnik do 190C. Włożyć formy z ciastem, po ok 20 min zmniejszyć temperaturę do 160C. Piec kolejne 20 min (czas pieczenia to ok 40 min).
Pozostawić w nagrzanym piekarniku aż ostygnie, wyjąć z foremek. Posypać cukrem pudrem (albo polać lukrem - jedną babę zrobiłam z cukrem, drugą - z lukrem).

Palce lizać.




23 marca 2016

Asyryjczycy

Zanurzyłam się w "Bóg, Biblia, Mesjasz" ks. Chrostowskiego. Stało na półce od jakiegoś czasu i to była jedna z pierwszych pozycji na mojej liście na 2016.

Czytam i rozdziawiam paszczę.

Jak to historia lubi się powtarzać!!!

W VIII-VII w p.n.e. plemiona znad Tygrysa i Eufratu (Asyryjczycy) napadli na podzielone Królestwa Izraela. Najpierw jedno zniszczyli, uprowadzając ludność wgłąb swojego terytorium, potem drugie. Na miejscu Judei osiedlili "swoich", dając początek plemieniu Samarytanów.

Przez wiele lat żydzi tworzyli diasporę na terenach Babilonu. Zaczęli wtapiać się w lokalną - jakże bogatą - kulturę. Tygrys i Eufrat to wszak kolebka cywilizacji (płakać się chce jak pomyślimy, że to dzisiejszy Irak...).

Zaczęli zatracać własną tożsamość.

Było to potężnym motorem do wewnętrznej organizacji narodu - nauczania i przekazywania tradycji. To wtedy rodzice zaczęli opowiadać dzieciom o tym, jak to Mojżesz wyprowadził naród wybrany z Egiptu. To wtedy opowiadano wnukom o Abrahamie.

To wtedy "uczeniu w Piśmie" stworzyli Pismo.

Tak, do tamtej pory nie istniała Tora. Nie było potrzeby.

Na wygnaniu zaczęto pieczołowicie spisywać historię narodu. Tam, gdzie brakowało świadków lub faktów uzupełniano teologicznymi symbolami. Na przykład opis powstania świata z Księgi Rodzaju ponoć bardzo przypomina mezopotamskie legendy o powstaniu świata. Tylko w tamtych legendach bohaterami opowieści byli bogowie, a człowiek był tłem ich życia. Bóg Izraela stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, nadał mu godność. To odróżniało (i odróżnia nadal) religie pogańskie od religii objawionej.

Tak powstała Tora.

Tak powstało to co najcenniejsze w Izraelu.

Przyszli Asyryjczycy i to wymusili.

Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że teraz też zalewają nas Asyryjczycy i to wymuszają...? Na naszych oczach przesiedlają nas do Babilonu. Niszczą nasze poukładane życie, wstrząsają społeczeństwem, które zapomniało o tym, że "nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną".

Ale to jest właśnie szansa na ocalenie. Dopiero na tym wygnaniu naród wybrany może się obudzić i zapłakać. I zdecydować zawalczyć o swoją tożsamość.




Nad rzekami Babilonu

siedzieliśmy i płakali,
wspominając Syjon
[Ps 137]

12 marca 2016

Dorota

W moim szwedzkim życiu spotkałam kilka osób, które miały duży wpływ na nie. Pojawiły się nagle, znienacka, bardzo pomogły w danym momencie, i ... poszły. Zostawiły wspomnienia i ciepło w sercu. Pamiętam o nich.

A każde ponowne spotkanie z nimi to kolejny promyczek światła.

Nie wiem czy ja kiedykolwiek byłam kimś takim dla kogoś, chciałabym. Bo dla mnie to było doświadczenie mistyczne: doświadczenie spotkania z Bogiem. Chyba po prostu te osoby były prorokami dla mnie, a ja dostałam łaskę usłyszenia czegoś przez nie.

W Malmo przeżyłam bardzo głębokie rekolekcje prowadzone przez księdza Piotra Bryka z Elbląga. Do dziś pamiętam tę łysą głowę i spokoje słowa, przypominał mi innego księdza Piotra, który swego czasu był jedną z takich świetlistych osób. To był czas mojego totalnego zagubienia się w nowej rzeczywistości (a może jednego z wielu...?), początek roku 2012. Po mszy rekolekcyjnej miał być czas na świadectwa, w sali na dole. Nikogo nie znałam wtedy "w parafii", bo chadzałam tam tylko w niedziele, a dodatkowo parafia w Malmo nie sprzyja integracji. Pamiętam, że bardzo musiałam się zmusić do zejścia na dół. Siadłam sobie przy kwiatku w korytarzu i czekałam, aż przygotują salę na wejście tłumu. Sporo ludzi przyszło, gadali ze sobą, a ja jak ten "nowy" w klasie. Już miałam uciekać, sama się sobie dziwiłam, że tak zdziczałam. Ja, niegdysiejszy lider harcerski i osoba bez oporów wychodząca do obcych.... A tu przysiadł się ktoś do mnie. Po chwili zagadał po angielsku. Że nikogo tu nie zna, bo jest z dziewczyną, i czy może usiąść. Też chyba czuł się trochę nieswojo, jak na tureckim kazaniu.

Zaczęliśmy rozmawiać. Od słowa do słowa opowiedział mi niesamowita historię poznania swojej dziewczyny, która za chwilę podeszła do nas i włączyła się do rozmowy. To była Dorota. Przyjechała z Elbląga na kilka dni, spotkac się z narzeczonym - tym właśnie facetem, Matsem - i przy okazji księdzem Brykiem, którego bardzo dobrze znała z Elbląga.

Nie chcę wchodzić w intymne szczegóły, ale to spotkanie było dla mnie jak haust świeżego powietrza. Kobieta pełna energii, otwarta, trochę szalona - a jednocześnie był  w niej pokój.

Historia Doroty jest niezwykła. Pianistka, nauczycielka muzyki, kobieta po przejściach - wdowa, była alkoholiczka, matka. Wyglądała na 35 lat, a miała 45. Powiedziała, że czas się dla niej zatrzymał gdy się nawróciła.

Po tym spotkaniu kilka razy spotkałyśmy w Lund w kolejnych miesiącach, Dorota i Mats byli u nas na kolacji. Zawsze głęboko rozmawialiśmy i bardzo otwarcie. Czułam, że wreszcie mnie ktoś zrozumiał, że niemożliwe jest możliwe, że Bóg sam wystarczy - że bez Niego to dno i sam muł.

Dorota i Mats wyjechali potem do Polski, teraz są małżeństwem. Spotkałam ich znienacka rok temu jak były u nas rekolekcje ojca Bashobory.

I w zeszłą niedzielę w Lund. Nagle ktoś do mnie zamachał, uśmiechnięta gęba. Dorota!

Przyjechali na mszę, bo byli przejazdem.

Wiele rzeczy się wydarzyło, szkoda, że nie było czasu na poznanie szczegółów, może musze tam pojechać do nich :)

Swoją historię opowiada trochę w tym wywiadzie, jak ktoś ma dostęp to zapraszam.
Jej historia niesie nadzieję, a równocześnie zachwyt nad potęgą i działaniem Boga. Dorota była nauczycielem muzyki przez ponad 20 lat. Paradoksalnie, muzyka była największą raną jej życia.
Dorota Wickenberg: Nigdy w życiu nie grałam niczego ze słuchu, aby poczuć prawdziwą radość. Dla mnie jako zawodowego muzyka – to w pewnym sensie dramat. Miałam bardzo niskie poczucie wartości. Umiałam zagrać utwory Chopina, Bacha, które przygotowywane były na występ, koncert, egzamin. Dramatem było wychodzenie na scenę, ulegałam panice i nagle zaczynałam gorączkować. Zdarzało się, że do 40 stopni Celsjusza. Przez całą edukację przechodziłam tzw. „katusze”, a potem nie „znosiłam” mojej pracy. Jedynym moim celem w tym czasie, było odniesienie sukcesu. Wewnętrznie odczuwałam paraliżujący lęk, wręcz nienawiść do tego, co robię. Jednak… w głębi serca kochałam muzykę i nie rozumiałam sprzecznych uczuć, które zawsze we mnie istniały – wyznaje.
Powoli acz zdecydowanie czuli powołanie do pewnej duchowości. Bóg prowadził ich poprzez Maryję, według reguły regułę św. Ludwika Montforta - której wyrazem jest całkowite powierzenie się Matce Boga - Totus Tuus (Cały Twój).  Z modlitwy i tego zawierzenia zrodziło się ogromne ewangelizacyjne dzieło - musical.

Wyżej wspomniany wywiad opowiada jego genezę.  Jak Duch Święty prowadził ręce Doroty, jak ją otworzył na muzykę po dwudziestu latach pracy w zawodzie, jak stworzył dzieło, które ma wielką moc. Wszystko w bardzo krótkim czasie, a powstało coś pięknego, co zmienia życie ludzi. Uczniowie Doroty przeżyli nawrócenia, ich rodzice też, pomoc i wspapcie przychodziły z najbardziej nieoczekiwanych stron.

Dostałam musical na płycie, nie wiem czy wolno mi rozpowszechniać go - ale będę się starać, bo warto.

A póki co czuję znowu w sercu to ciepło, które pochodzi z jednego tylko Źródła. I znowu dzięki prorokowi Dorocie :)



Dla szwedzkojęzycznych czytelników (są tacy??) znalazłam wywiad z Dorotą i Matsem, nagrany podczas spotkania u franciszkanów.


18 lutego 2016

Prochem jesteś...


Pobyt w Polsce zawsze budzi sprzeczne emocje. Coraz bardziej czuję, że już nie przynależę tam a jeszcze ciągle nie tu (i chyba nigdy tu!).

Bo okazuje się, że przyjaciele i rodzina, za którymi się tak tęskni nie mają dla nas czasu przez dwa tygodnie (chociaż to ferie, dzieci muszą ćwiczyć na pianinie!). Albo nie przyjdą, bo masz katar, można się przecież zarazić i co to będzie (w dawnych czasach wychowywano nas, że chorych kolegów i koleżanki trzeba odwiedzać, zanieść im zeszyty, zadania domowe, pogadać... teraz panuje jakaś pandemia strachu przed zarażeniem się... ciekawe kiedy ludzie zaczną sprawdzać wyniki badania krwi ludzi, którzy stoją za nimi w kolejce w sklepie)

Albo działamy sobie na nerwy, nie przyzwyczajeni do tłoku, harmidru i nie naszej rutyny. "Weź idź z nimi na spacer, szaleją w domu!" słyszę co chwila, podczas gdy ja ledwo żyję od spania na łóżku, do którego nie jestem przyzwyczajona, a poza tym oczekuję, że to stęskniona babcia pójdzie  (wybacz, mamo, nic osobistego, chyba muszę się wreszcie nauczyć niczego od nikogo nie oczekiwać).

A z drugiej strony zawsze znajdzie się ktoś, kto nas powita tak ciepło, że naprawdę nie chce się nigdy wyjeżdżać. A to rodzice chrzestni moich dzieci, a to osoby, które kiedyś nie były tak bliskimi przyjaciółmi, ale z biegiem lat to oni są wierni i wytrwali przy nas. Albo my przy nich. Albo dawno nie widziany przyjaciel, z którym po dwudziestu latach rozmawia się tak, jakby czasu nie było. To bardzo buduje, daje siły i przywraca wiarę w to, że Ktoś nad nami zawsze czuwa - nie jesteśmy sami!

Po powrocie miałam jednak refleksję, że gorzkie to piwo, którego sobie nawarzyłam.

Dzieci albo płaczą za babcią, albo za tatusiem. A jak przyjedziemy wszyscy to tatuś płacze za Szwecją ;)

Ale może tak właśnie jest dobrze. Bo to przypomniało mi, że do niczego na tym świecie nie wolno nam się przywiązać. Bo wszystko i wszyscy jest dane nam tylko na chwilę. Zawsze słyszałam słowa o "byciu pielgrzymem na tej ziemi", teraz żyję właśnie tą pielgrzymką.

Uczę się doceniać tę chwilę, którą dostałam. Bo nie ma wczoraj ani jutro, jest tylko dzisiaj.

W czasie lotu do domu przypomniałam sobie o katastrofie lotniczej miesiąc temu. No właśnie, nie znasz dnia ani godziny...

A dzisiaj otwieram gazetę wrocławską a tam na pierwszej stronie informacja o wielkim pożarze. Jakieś ABB...

Kurde! Nie jakieś tylko to na Bacciarellego. Nie ABB, tylko hale na ich terenie. Nie jakieś hale tylko magazyn firmy Wojtka, w której pracuje siostra, szwagier i kilku przyjaciół... I to nie jakaś tam firma tylko najbardziej uczciwe i przyjazne przedsiębiorsto, jakie znam. Mój przyjaciel Wojtek, którego znam z oazy, jako jednego z najbardziej poukładanych ludzi na świecie, zaczął pierwszy handel elektroniczny będąc jeszcze na studiach. Tonery trzymał w domu, ku utrapieniu narzeczonej.
Teraz zatrudnia kilkadziesiąt osób i wynajmuje wielką halę... Szczęśliwy mąż i ojciec trójki dzieci, zaangażowany w Opus Dei, zawsze pomoże w potrzebie i zawsze jest to autentycznie szczere, bez żadnych kalkulacji. Pomimo wielkiego kopa od "losu", którego dostał mając 17 lat, własnym potem i determinacją zbudował wspaniałą firmę, zupełnie sam.

A w nocy cały zawodowy dorobek strawiły płomienie. Nie chcę tu wpadać w jakieś górnolotne tony, ale powaliła mnie ta wiadomość. Jeszcze w poniedziałek zastanawiałam się, czy nie zanieść jednej walizki do firmy Wojtka, żeby mi wysłali do domu (tak, w tym Wojtek też mi pomagał jeśli potrzebowałam!), bo SAS ma limity wagowe. Bardzo mocno mu współczuję i mam nadzieję, że się pozbiera. Jeśli tylko będę mogła pomóc to na pewno to zrobię.


19 stycznia 2016

Targowica

Podobno tylko głupcy się dziwią, najwyraźniej nim jestem.

Ostatnio otwieranie fejsbuka napawa mnie autentyczną grozą - dowiaduję się bowiem, że wykształceni, inteligentni i myślący (wydawałoby się) ludzie chadzają na manify KODu. Chwalą się zdjęciami. Cytują wyborcze i biadolenia lisów tego świata. Znam tych ludzi, nie są kupionymi marionetkami - autentycznie wierzą, że Kaczor wprowadza w Polsce faszyzm.

Ja naprawdę rozumiem, że można nie głosować na PIS, nie lubić Kaczora i nie szanować niektórych parlamentarzystów z najbardziej nawet ulubionej opcji politycznej. Zawsze jakiś jełop się prześlizgnie, nie nie ma mocnych.

Ale to?? Marsze, protesty i transparenty?? Rewolucja? Darcie szat??

Gdzie byli obrońcy demokracji gdy grasował seryjny samobójca wśród świadków smoleńskich?Albo gdy łamano morale niepokornych dziennikarzy takich jak Gmyz czy Sumliński? Albo gdy czyniono ileś zamachów na wolność obywatelską, poprzez zmuszanie rodziców do wysyłania sześciolatków do szkół czy kradziono nasze pieniądze z OFE (lista afer PO jest wyjątkowo długa)?
Jakieś święte oburzenie zmianami w mediach publicznych (które notabene mają bardzo mały procenty rynku w porównaniu z innymi krajami UE, w Szwecji to dopiero jest dyktatura i zamordyzm!!!) przy całkowitej ignorancji wobec tego, co w TVP wyprawiały resortowe dzieci. Nawet twardzi komuniści tego nie mogą zdzierżyć, od kilku tygodni Leszek Miller urasta do miana autorytetu "prawicy" (nazwa umowna, pojęcie lewica i prawica dawno się zdezaktualizowało). (1)

Mówiąc potocznie, kopara opada gdy widzę to, co się dzieje. Nie mogę uwierzyć w to, że osoby wykształcone nie widzą co się naprawdę dzieje, że dają sobą tak manipulować. Że pogrążają naszą ojczyznę niczym targowiczanie.
Konfederacja targowicka – konfederacja generalna koronna zawiązana oficjalnie w nocy z 18 na 19 maja 1792 roku w przygranicznym miasteczku Targowica w porozumieniu z carycą Rosji Katarzyną II (w rzeczywistości 27 kwietnia 1792 w Petersburgu) przez przywódców magnackiego obozu republikanów w celu przywrócenia starego ustroju Rzeczypospolitej, pod hasłami obrony zagrożonej wolności przeciwko reformom Konstytucji 3 maja, wprowadzającym monarchię konstytucyjną. (za wikipedią... ciary przechodzą, jak to pasuje!!!)
Do tego wszystkiego dochodzi autentyczne obrzydzenie, że dojrzali i uformowani ludzie próbują siłowych rozwiązań. Większość narodu dała tym właśnie ludziom mandat do sprawowania władzy, jakim prawenm jakaś gryupka chce im go odebrać? Demokracja - jaka by nie była ułomna - polega właśnie na tym, że ten, kto ma większość, ten podejmuje decyzje. Nawet jeśli opozycja zostaje przegłosowana. Ile razy w ciągu ostatnich ośmiu lat przegłosowywano ówczesną opozycję? Co, wtedy była demokracja a teraz nie ma? Bogu co boskie, cesarszowi co cesarskie! Ilość sędziów trybunału ani to, czy on w ogóle ma być, nie podlega ocenie moralnej.


Na fali pierwszej reakcji próbowałam racjonalnie argumentować.

Ale ściana, kompletna ściana.

Niby polityczne poglądy to nie jest jedyna płaszczyzna nas jako ludzi, ale popieranie mordercy czyli człowieka współwinnym! To nie chodzi o poparcie dla PISU czy PO, ale o totalny relatywizm moralny.

Najgorsze jest to, że osobiście mam potężny problem w relacjach z ludźmi o takich poglądach. A to są czasem najbliżsi! Chrześcijanie! Bracia, siostry, "dusze pokrewne".

Smutek bezbrzeżny.

Nie wiem jak to robili nasi rodzice czy dziadkowie, kiedy przyjaciel ze szkoły okazywał się folksdojczem czy członkiem PZPR - takie zachowanie zasługiwało jedynie na pogardę i nic nie usprawiedliwiało sprzedania duszy diabłu. Na takich wartościach mnie wychowano.

Ale teraz diabeł jakby sprytniejszy. Zaborca podszywa się pod "polskie media" czy "polskie przediębiorstwa", a umysły i kieszenie drenuje po cichu. A społeczeństwu tłucze do głowy, że polskość to nienormalność, a polska martyrologia to nasza największa narodowa wada. Przeraża, że tak wielu w to uwierzyło.

założyłam konto na tweeterze, ciekawe rzeczy krążą


Mam wrażenie, że to trochę jak z ekumenizmem i modernizmem w Kościele. Szuka się środka, "mniejszego zła", każdą zgodę na grzech tłumaczy "miłosierdziem". Każdego, kto kłamcę nazywa kłamcą, okleja etykietką "mowy nienawiści". Każdego dążącego do Prawdy okrasza łatką osoby nietolerancyjnej, w najlepszym razie "konserwą". Ale prawda ma to do siebie, że zawsze jest bezwzględna, autorytarna, gdyż potępia wszelki fałsz. (2a)

Dziś dla współczesnego ekumenisty niepojęte są świadectwa ofiar jakie pierwsi męczennicy katoliccy w Starożytnym Rzymie składali tylko za to, że nie chcieli zapalić jednego ziarenka kadzidła przed figurkami pogańskich bożków. (2b) To naprawdę nie jest wszystko jedno z kim się wchodzi w alianse.

Nie będę dyplomatycznie milczeć, gdy spotkam kogoś, kto publicznie wspiera kłamców i złodziei. Nie pójdę na kompromis. Nawet jeśli to będzie oznaczało koniec przyjaźni. Nigdy z królami tego świata nie będziem w aliansach!




Linki:
(1) http://wpolityce.pl/polityka/277107-zimna-logika-leszka-millera-w-polsce-nie-jest-dokonywany-zaden-zamach-stanu-pis-nie-dokonuje-zamachu-przeciwko-sobie-schetyna-histeryzuje
(2a) http://rzymskikatolik.blox.pl/2010/01/Lukasz-Kluska-Ekumenizm-z-piekla-rodem.html
(2b) http://rzymskikatolik.blox.pl/2010/01/Bog-mogl-przekazac-prawde-o-Sobie-w-tylko-jednej.html

8 stycznia 2016

Memento Mori

To jeden z tych dni, kiedy wszystko inne wydaje się bez znaczenia.

Dziś w nocy zginęło dwóch moich kolegów z pracy. Nie znałam ich osobiście, ale wielu z nas - tak. Oto, co po nich zostało.



Przyszłam dziś rano do pracy w biurze w Goteborgu i zaskoczyli mnie ochroniarze przy wejściu, kontrolujący dokumenty. Nigdy nie mieli takich środków ostrośności, ale byłam wyjątkowo wcześnie i myślałam, że to nocne procedury.

Ale już za chwilę wiedziałam co się stało i coś ścisnęło mi gardło.

Koło północy, w Laponii, tuż przy granicy szwedzko-norwegią, miał miejsce wypadek lotniczy. Jeden z naszych samolotów runął na ziemię. Koło 23:30 piloci nadali sygnał mayday a po niedługim czasie wbili się w góry, z pełną prędkością. Ponoć tylko minutę trwało spadanie z wysokości 33000 stóp na 9000.

Koło 3 nad ranem zlokalizowano szczątki samolotu. A raczej głęboką na 15 m dziurę w ziemi.

Szwedzkie media od samego rana pełne były informacji i wywiadów*, nasi dyrektorzy pojawili się o godzinie 11 na konferencji prasowej. Próbowali wymyślić jakieś odpowiedzi, bo nie ma ich nikt póki co.

Piloci byli dość młodzi, kapitan był Hiszpanem, miał 42 lata, pierwszy oficer zaś 34-oletnim Francuzem. Nie wiem dlaczego media tak bardzo podkreślały, że nie byli Szwedami, co to ma za znaczenie? (choć dla niektórych pewnie ma, widziałam komentarz na fejsbuku "szkoda, że nie ciapaki" :/ ). Obaj mieli kilka lat doświadczenia na koncie. 

Ale samolot wczoraj przeszedł wymianę sterów i na to - póki co - pada główne podejrzenie.

Od bladego świtu zebrał się nasz sztab kryzysowy, stąc ochrona przy wejściu. To pierwsza taka katastrofa w historii firmy, jak oznajmił CEO Gustaf podczas konferencji**.

A mnie ciary przechodziły, że kiedyś miałam lecieć na tej trasie jednym z tych naszych samolotów. W kabinie pilotów jest wolne miejsce, tzw. "jump seat" - dla mechanika czy innego gościa, który potrzebuje się dostać do innej bazy. Były plany, żebym skorzystała z niego, a nie doszło do tego tylko dlatego, że się rozchorowałam wtedy.

Niedawno nasza firma wypuściła taki film reklamowy. Zastanawiam się teraz czy młody pilot, pokazany na nim, to nie jest ten, co zginął. Bo to właśnie ta trasa: Oslo - Tromso - Svalbard. I mamy tylko dwa samoloty tego typu (CRJ200), które tam latają, zatem tylko kilku pilotów, którzy mają takie licencje. 


Nie mogę jednak odczytać rejestracji samolotu z filmu (ten, co się rozbił to SE-DUX, drugi - SE-RIF... w 1:50 minucie filmiku widać jakby "UX" na silniku, ale filmik pokazuje chyba oba samoloty - jeden przemalowany na barwy West Atantic, drugi nosi stare West Air Europe, sprzed zmiany operatora - pokazany jest w 0:37 minucie, przy ładowaniu cargo). 


Moja pierwsza reakcja to była modlitwa za ich dusze, a druga - refleksja czy oni mieli czas na nią. Czy byli gotowi? Nikt w biurze mi nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. W ogóle nie mogłam się potem skupić na pracy, nie ja jedna zresztą (przesuwamy terminy zamknięcia miesiąca na przyszły tydzień). 

"Od nagłej i niespodziewanej śmierci...." to nie są tylko słowa pięknej pieśni. To musi być autentyczna modlitwa o dobre umieranie.




*Tu trochę informacji po szwedzku, googletranslate nieźle sobie radzi http://www.aftonbladet.se/nyheter/article22057289.ab

** http://www.aftonbladet.se/nyheter/article22057372.ab
oświadczenie dla prasy po angielsku:
http://globenewswire.com/news-release/2016/01/08/800404/0/en/West-Atlantic-AB-publ-SE-DUX-accident.html


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...