Wciągnęliśmy się ostatnio w dwa seriale, oba hamerykańskie. Dzisiaj napisze o jednym z nich. Oglądamy już drugi sezon (pierwszy to jakieś 8 odcinków) i coraz bardziej jestem ciekawa jak to się skończy.
Bo raczej nie może dobrze... nie w amerykańskim praworządnym świecie, gdzie zło zawsze przegrywa z dobrem. A to dobro to amerykański system, oczywiście.
Tytuł to Breaking Bad, co można by przetłumaczyć na "Staczanie się" lub coś w tym stylu (oczywiście polski tytuł to będzie coś w stylu "Chemia w Nowym Meksyku").
Historia jest niesamowicie intrygująca i nietypowa. Opowiada o genialnym nauczycielu chemii (z pozoru zwykły pracownik budżetówki o ukrytym ogromnym potencjale... niemal SUPERMAN), który - dowiedziawszy się o raku płuc i wiedząc, że nie stać go na terapię - zaczyna produkować najczystsze na świecie kryształy metanfetaminy (ang. meth). W Nowym Meksyku, tuż przy południowej granicy USA. Klimat wiadomy. Dodatkowo szwagier nauczyciela jest policjantem, nie byle jakim tylko szefem departamentu ds narkotyków. Od niego wszystko się zresztą zaczyna....
Nie znam się na narkotykach, ale jakość tego czegoś bije na głowę meksykańskie dostawy, lokalna policja przegrupowuje szyki na pochwycenie nowego tajemniczego dostawcy kryształu...
Film trochę brutalny (momentami więcej niż trochę), jak to film o gangach, ale muszę przyznać, że scenariusz rewelacyjny. Historia, dialogi, dowcip... Obsada też trafiona, żadnych Andżelin Dżoli czy Bradów Pitów. Tak jak to w życiu bywa, wszyscy "z twarzy podobni zupełnie do nikogo".
Jak dla mnie intrygujące jest to, że cały czas czujemy sympatię do głównego bohatera, który produkuje kilogramy śmiercionośnego narkotyku, ale znamy go z bliska i wiemy dlaczego to robi... mimo to nie potępiamy decyzji. A może raczej - kibicujemy mu wbrew jego decyzjom. Czy to już relatywizm...? Moim zdaniem nie większy niż czarne komedie braci Cohen czy choćby "Dwóch i Pół" ("Two and a half men").
Czołówka filmu pokazuje tablicę Mendelejewa i w ramach gimnastyki umysłu usiłuję sobie przypomnieć symbole pierwiastków... Trochę wstyd się przyznać, ale nauka poszła w głęboki las, bo mało który pamiętam (wybacz, ciociu Marylko...). No i zrobiło mi się żal, że nie zostałam w branży, bo kiedyś uwielbiałam chemię...
23 listopada 2011
18 listopada 2011
O czytaniu
Mało mam czasu na czytanie książek (tak, przyznaję, to internet pożera mój czas na czytanie), ale stanowią one bardzo ważną część mojego życia. Słowo pisane trafia do mnie jak żadne inne, no może z wyjątkiem słowa pięknie zaśpiewanego, więc zawsze będę gromadzić książki. I polecać innym cokolwiek dobrego przeczytam (zakładam, oczywiście błędnie, że każdy ma taką samą wrażliwość na książki jak ja, ale co tam, nie zniechęci mnie nic).
Tę książkę połknęłam z wypiekami w jeden wieczór w angielskim pubie (jedząc i chwilami zerkając na mecz Anglia - Szwecja) i jeden lot (Manchester - Kopenhaga). Nosi tytuł "Ośmieliłam się nazwać go ojcem". Wróciło mnóstwo wspomnień i przeniosła mnie w ona w zupełnie inny świat. Nie chcę z niego wychodzić teraz.
W blogu dorobiłam zakładkę pt "Moja Czytelnia" i tam będzie tworzona lista. Poniekąd żeby nie zaśmiecać głównego bloga (recenzja to często dużo tekstu), a poniekąd po to, żeby można było osobno dodawać recenzje, linki i różne około-książkowe tematy.
Każda nowa książka będzie chyba wspomniana na głównym blogu, ale jeszcze nie wiem jakie są techniczne możliwości w tej dziedzinie, więc nic nie obiecuję. Przetestujemy :)
A na deser zalecenie mistrza słowa, Sandora Maraia, jak należy czytać. Ach, jakie to prawdziwe:
Tę książkę połknęłam z wypiekami w jeden wieczór w angielskim pubie (jedząc i chwilami zerkając na mecz Anglia - Szwecja) i jeden lot (Manchester - Kopenhaga). Nosi tytuł "Ośmieliłam się nazwać go ojcem". Wróciło mnóstwo wspomnień i przeniosła mnie w ona w zupełnie inny świat. Nie chcę z niego wychodzić teraz.
W blogu dorobiłam zakładkę pt "Moja Czytelnia" i tam będzie tworzona lista. Poniekąd żeby nie zaśmiecać głównego bloga (recenzja to często dużo tekstu), a poniekąd po to, żeby można było osobno dodawać recenzje, linki i różne około-książkowe tematy.
Każda nowa książka będzie chyba wspomniana na głównym blogu, ale jeszcze nie wiem jakie są techniczne możliwości w tej dziedzinie, więc nic nie obiecuję. Przetestujemy :)
A na deser zalecenie mistrza słowa, Sandora Maraia, jak należy czytać. Ach, jakie to prawdziwe:
Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą, bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim, tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś kogo zaproszona na królewską ucztę, a on tylko długie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać.
9 listopada 2011
O czym właśnie myślę i dlaczego
Udało mi się pójść wczoraj na chwilę do szkoły. Bo niby ciągle jestem zapisana na kurs, ale chodzę tylko wtedy "kiedy mogę" (tj. przyjdzie wtorek, jest najpóźniej 17, Amir jest już w domu po pracy i ja nie zapomniałam). Nazywa się to 'nauka na dystans' w moim przypadku prawdą jest tylko 'dystans', nauka całkiem poszła w las...
Pani nauczycielka prowadzi małe zeszyciki, gdzie za każdym razem trzeba coś napisać. Krótki tekst, na jeden ze standardowych tematów, typu "co robiłam w ostatni weekend", "o czym właśnie myślę i dlaczego", "co się ostatnio ciekawego wydarzyło", "co sądzę o mojej nauce w szkole i o samej szkole".
Niedawno odważyłam się napisać na to ostatnie. Że to już moje siódme podejście do nauki jakiegoś języka (policzmy: angielski, ruski, niemiecki, włoski, ruski znowu po wielu latach, urdu... no i szwedzki), więc jakoś tak nie mam już energii na kolejny eksperyment. Niektóre próby zakończyły się totalną porażką (niemiecki), inne oszałamiającym sukcesem (włoski), reszta tak jeli-jeli*. Ale ile się nawkuwałam słówek, gramatyki i bukw to moje.
A wczoraj, jak jechałam rowerkiem na lekcję, w zupełnych ciemnościach obserwując lampeczki w oknach, jakoś tak mnie naszła refleksja rocznicowa. Że to dokładnie dwa lata temu zaczęłam. Przyszłam na lekcję i od razu miła Pani Nauczycielka mi zaczęła po angielsku wyjaśniać podstawy, potem porobiłam trochę ćwiczeń, a potem mi powiedziała, żebym lepiej zmieniła grupę na taką, co to idzie szybszym tempem. No to zmieniłam. Przez pierwsze 3 miesiące szło jak burza, do stycznia przeszłam przez dwa poziomy i zaczęłam trzeci-ostatni.
A potem urodził się Kami, miałam kilka tygodni przerwy, potem podjęłam naukę na wieczorowej grupie i do czerwca zamknęłam rozdział pt "Szwedzki dla obcokrajowców".
Potem zaczęłam go "utrwalać". Na dystans... właśnie... i tak sobie utrwalam i utrwalam, i jakoś tak spływa jak po kaczce. W sklepie jako tako się dogadam, gazety czy artykuły przeczytam, nawet książkę bym mogła jak bym miała czas (bo jednak słownik potrzebny), ale gadanie nie idzie ni w ząb.
Może to kwestia tego, że nie mam z kim gadać po szwedzku. Niby w pracy bym mogła, ale wszystkie techniczne sprawy załatwiamy i tak po angielsku, a te sprawy to 95% mojego czasu tam. Poza tym mam poczucie, że jako "ekspertowi" nie wypada mi mówić niegramatycznie, językiem na poziomie siedmiolatka.
Jeśli chodzi o praktyczne sprawy życia codziennego to wszystko w Szwecji da się załatwić po angielsku. Kupić kebab to nie, ale to umiem po szwedzku ;)
A może mnie po prostu "nie kręci", tak jak włoski czy rosyjski. W końcu nie ma pięknych pieśni czy literatury po szwedzku, dla "Dzieci z Bullerbyn" mam się uczyć...?
A może to prozaiczny brak czasu. Ale są całe tygodnie kiedy na naukę nie poświęcę ani minuty, a na bieganie 5 godzin... Nawet teraz, siedzę i piszę blog zamiast machnąć jakieś ćwiczonko.
Mimo wszystko mam poczucie, że pomimo przeszkód formalnych, w ciągu dwóch lat każdy inny język (poza niemieckim) bym opanowała w stopniu biegłym, a szwedzki jakoś kurka nie idzie... Szukam motywacji.
Na wczorajszej lekcji napisałam pani, że właśnie myślę o tym jak to roztrwoniłam ostatni rok. Wiem jak to powiedzieć po szwedzku, więc pani dobrze oceni moje wypracowanie. Ale treścią się zmartwi.
* z ruska: 'tak sobie'
Pani nauczycielka prowadzi małe zeszyciki, gdzie za każdym razem trzeba coś napisać. Krótki tekst, na jeden ze standardowych tematów, typu "co robiłam w ostatni weekend", "o czym właśnie myślę i dlaczego", "co się ostatnio ciekawego wydarzyło", "co sądzę o mojej nauce w szkole i o samej szkole".
Niedawno odważyłam się napisać na to ostatnie. Że to już moje siódme podejście do nauki jakiegoś języka (policzmy: angielski, ruski, niemiecki, włoski, ruski znowu po wielu latach, urdu... no i szwedzki), więc jakoś tak nie mam już energii na kolejny eksperyment. Niektóre próby zakończyły się totalną porażką (niemiecki), inne oszałamiającym sukcesem (włoski), reszta tak jeli-jeli*. Ale ile się nawkuwałam słówek, gramatyki i bukw to moje.
A wczoraj, jak jechałam rowerkiem na lekcję, w zupełnych ciemnościach obserwując lampeczki w oknach, jakoś tak mnie naszła refleksja rocznicowa. Że to dokładnie dwa lata temu zaczęłam. Przyszłam na lekcję i od razu miła Pani Nauczycielka mi zaczęła po angielsku wyjaśniać podstawy, potem porobiłam trochę ćwiczeń, a potem mi powiedziała, żebym lepiej zmieniła grupę na taką, co to idzie szybszym tempem. No to zmieniłam. Przez pierwsze 3 miesiące szło jak burza, do stycznia przeszłam przez dwa poziomy i zaczęłam trzeci-ostatni.
A potem urodził się Kami, miałam kilka tygodni przerwy, potem podjęłam naukę na wieczorowej grupie i do czerwca zamknęłam rozdział pt "Szwedzki dla obcokrajowców".
Potem zaczęłam go "utrwalać". Na dystans... właśnie... i tak sobie utrwalam i utrwalam, i jakoś tak spływa jak po kaczce. W sklepie jako tako się dogadam, gazety czy artykuły przeczytam, nawet książkę bym mogła jak bym miała czas (bo jednak słownik potrzebny), ale gadanie nie idzie ni w ząb.
Może to kwestia tego, że nie mam z kim gadać po szwedzku. Niby w pracy bym mogła, ale wszystkie techniczne sprawy załatwiamy i tak po angielsku, a te sprawy to 95% mojego czasu tam. Poza tym mam poczucie, że jako "ekspertowi" nie wypada mi mówić niegramatycznie, językiem na poziomie siedmiolatka.
Jeśli chodzi o praktyczne sprawy życia codziennego to wszystko w Szwecji da się załatwić po angielsku. Kupić kebab to nie, ale to umiem po szwedzku ;)
A może mnie po prostu "nie kręci", tak jak włoski czy rosyjski. W końcu nie ma pięknych pieśni czy literatury po szwedzku, dla "Dzieci z Bullerbyn" mam się uczyć...?
A może to prozaiczny brak czasu. Ale są całe tygodnie kiedy na naukę nie poświęcę ani minuty, a na bieganie 5 godzin... Nawet teraz, siedzę i piszę blog zamiast machnąć jakieś ćwiczonko.
Mimo wszystko mam poczucie, że pomimo przeszkód formalnych, w ciągu dwóch lat każdy inny język (poza niemieckim) bym opanowała w stopniu biegłym, a szwedzki jakoś kurka nie idzie... Szukam motywacji.
Na wczorajszej lekcji napisałam pani, że właśnie myślę o tym jak to roztrwoniłam ostatni rok. Wiem jak to powiedzieć po szwedzku, więc pani dobrze oceni moje wypracowanie. Ale treścią się zmartwi.
* z ruska: 'tak sobie'
4 listopada 2011
Autobusiarze
Niedawno odwiedziliśmy najnowszy plac zabaw w Malmo. Nazywa się Bus Fabriken czyli Fabryka Autobusów.
Wielka hala, po której chodzi się w skarpetkach. W hali prawdziwa dżungla - drabinki, siatki, zjeżdżalnie, pokoiki z piłkami, trampoliny, samochodziki... i WULKAN. Czyli gumowa ścianka w kształcie stożka, spadanie z niej to super zjeżdżalnia... Po prostu raj dla dzieci w wieku od 4 do 13-14. Jest też wydzielony Mały Raj dla malutkich dzieci (w wieku 1-4), gdzie większość "dużych atrakcji" jest zminiaturyzowana i ogrodzona, ale jak się ma starsze rodzeństwo (albo gietkich rodziców) pod ręką to nawet takie dzieci jak Kami spokojnie mogą biegać po dużym obiekcie. Dodam, że za wstęp płaca tylko dzieci do 14 roku życia właśnie. Zakładają chyba, że rodzice idą tam ciężko harować, a nie bawić się ;)
Poszliśmy w pierwszy brzydki dzień ostatnich tygodni, w dodatku w sobotę. Byłam pod wrażeniem organizacji/pomysłu... niby maksymalne natężenie ludzi, trudno zaparkować, ale w środku w ogóle tego nie czuć! Owszem, butów stoi pełno (w Polsce nie do pomyślenia, zostawić buty przy wejściu i zniknąć na kilka godzin... i liczyć, że po powrocie buty tam będą!), mała kolejka do kasy jest, ale w środku nikt nikogo nie przepycha ani nie skacze sobie po głowie! Isak i Nata zabrali Kamyczka do dżungli a rodzice mogli się chwilami rozsiąść, zrelaksować i robić zdjęcia* :)
Jedyne miejsce, gdzie się odczuwało "tłok" to w części restauracyjnej - ciężko było znaleźć wolny stolik. Niektórzy (niestety) zajmowali cenne miejsca nawet jak już dawno zjedli, wykorzystując fakt, że w Szwecji nikt nikogo nie wywala po zakończeniu konsumpcji. Choć akurat tutaj było to lekko irytujące widzieć samotną mamusię robiącą na drutach, zajmującą cały stolik i 4 krzesła, a na krzesłach plecaki i kurtki... Na stoliku resztki jedzenia, dla niepoznaki chyba...
Poza tym dzieciaki oceniły miejsce na 10 (w skali od 1 do 10), Isak zwłaszcza mógł sie wyszaleć:
* choć najmniej miłym wspomnieniem z wejścia jest fakt, że zepsuła mi się lampa błyskowa w Olympusie, dlatego zdjęcia takie poruszone. Ale i tak oddają atmosferę lepiej niż te 'płaskie' z kompaktowego Canona. Teraz muszę szukać serwisu...
Wielka hala, po której chodzi się w skarpetkach. W hali prawdziwa dżungla - drabinki, siatki, zjeżdżalnie, pokoiki z piłkami, trampoliny, samochodziki... i WULKAN. Czyli gumowa ścianka w kształcie stożka, spadanie z niej to super zjeżdżalnia... Po prostu raj dla dzieci w wieku od 4 do 13-14. Jest też wydzielony Mały Raj dla malutkich dzieci (w wieku 1-4), gdzie większość "dużych atrakcji" jest zminiaturyzowana i ogrodzona, ale jak się ma starsze rodzeństwo (albo gietkich rodziców) pod ręką to nawet takie dzieci jak Kami spokojnie mogą biegać po dużym obiekcie. Dodam, że za wstęp płaca tylko dzieci do 14 roku życia właśnie. Zakładają chyba, że rodzice idą tam ciężko harować, a nie bawić się ;)
Poszliśmy w pierwszy brzydki dzień ostatnich tygodni, w dodatku w sobotę. Byłam pod wrażeniem organizacji/pomysłu... niby maksymalne natężenie ludzi, trudno zaparkować, ale w środku w ogóle tego nie czuć! Owszem, butów stoi pełno (w Polsce nie do pomyślenia, zostawić buty przy wejściu i zniknąć na kilka godzin... i liczyć, że po powrocie buty tam będą!), mała kolejka do kasy jest, ale w środku nikt nikogo nie przepycha ani nie skacze sobie po głowie! Isak i Nata zabrali Kamyczka do dżungli a rodzice mogli się chwilami rozsiąść, zrelaksować i robić zdjęcia* :)
| 5 minut spokoju... |
Jedyne miejsce, gdzie się odczuwało "tłok" to w części restauracyjnej - ciężko było znaleźć wolny stolik. Niektórzy (niestety) zajmowali cenne miejsca nawet jak już dawno zjedli, wykorzystując fakt, że w Szwecji nikt nikogo nie wywala po zakończeniu konsumpcji. Choć akurat tutaj było to lekko irytujące widzieć samotną mamusię robiącą na drutach, zajmującą cały stolik i 4 krzesła, a na krzesłach plecaki i kurtki... Na stoliku resztki jedzenia, dla niepoznaki chyba...
Poza tym dzieciaki oceniły miejsce na 10 (w skali od 1 do 10), Isak zwłaszcza mógł sie wyszaleć:
* choć najmniej miłym wspomnieniem z wejścia jest fakt, że zepsuła mi się lampa błyskowa w Olympusie, dlatego zdjęcia takie poruszone. Ale i tak oddają atmosferę lepiej niż te 'płaskie' z kompaktowego Canona. Teraz muszę szukać serwisu...
30 października 2011
Mieć dynię i ją zjeść
No i wyszło na to, że jednak obchodziliśmy ten HELOŁIN. Jak poszliśmy na kolację do restauracji to okazało się, że wszystkie knajpy tego wieczora robią wieczory halloweenowe. Nasza serwowała zupę dyniową (pycha!), kelnerzy byli poprzebierani za diabły (ohyda!), wyszczerzone dyniowe główki robiły za dekorację bufetu (przy okazji podglądnęłam technikę wydrążenia dyni... otóż jest banalna – w ogóle jej nie drążyli, tylko wyjęli włosy i pestki... poniżej wyjśniam mój dylemat).
Zacznę od początku.
Halloween dla mnie nie istnieje, z dwóch powodów. Po pierwsze, tzw. Blokowi Wschodniemu zawdzięczam to, ze zgniły kapitalizm nas nie zaatakował zbyt szybko, i o istnieniu tego „święta” dowiedziałam się jakoś podczas studiów chyba. Było to na tyle późno, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby chodzić po domch i żebrać o cukierki, ani tym bardziej przebierać się za kogokolwiek. A w ogóle o co chodzi, kolejne pseudo-święto, żeby sprzedawać rózgi, które nie idą już na "Mikołaja"...?
Po drugie, traktuję to w kategorii „nie moich świąt”. Nie wdając się zbytnio w religijne rozważania*, na „walentynki”, „halloween” i „midsommar” reaguję w taki sam sposób jak na żydowską hanukę czyhinduskie holi. Wzruszam ramionami i mogę co najwyżej życzyć wyznawcom tej religii dobrych świąt, ale nie przychodzi mi nawet na myśl, żeby to świętować. Tyle, że tutaj „religią” jest pop-kultura pomieszana z jakimś folkorem (zwanym też pogaństwem), trochę nieświadomie, ale jednak. Nie moja bajka i już.
No ale pech chciał, że zasmakowałam ostatnio w dyni. A dynię kupuje się w październiku. Trafiłam dodatkowo na pewien blog o robótkach ręcznych, który mnie zainspirował. Pomyślałam, żeby kupić tym razem całą dynię – nie, nie, nie, wcale nie na halloween, po prostu TERAZ SĄ W SKLEPACH – i pobawić się nią... Kulinarnie i artystycznie. Zrobić piękny październikowy nie-halloweenowy lampion. Żadne wiedźmy czy szatańskie twarze.
Kulinarnie wiedziałam do czego dąże, ale nie wiedziałam jak się zabrać do części artystycznej. Moja ignorancja w temacie dynie jest ogromna, musiałam włączać google-images... Wszystkie obrazki dyni, jakie znalazłam w internecie, miały bardzo grube ścianki, co by sugerowało, że dynia przeznaczona na lampion jest niejadalna... No bo nie zjesz miąższu okopconego woskiem, a jak tu wykroic miąższ tak, żeby ocalała ‘skorupa’...? Jak tu mieć dynię i ją zjeść...? Oto jest pytanie...
Zaczęłam od odcięcia ‘góry’. Potem wycięłam wszystkie pestki i włókna ze środka. Bardzo mokre, bleeee.... Następnie ostrożnie odcinałam centymetrowe płaty z wewnętrznych ścianek, jakby je odchudzając, bardzo delikatnie, żeby nie przeciąć skorupy... trochę poszło, ale tylko na głębokośc ok 5 cm. Nóż jest sztywny i dalej nie szło.... w przebłysku geniuszu sięgnęłam po łyżkę do lodów i wsadziłam rękę z nią do środka... I TO BYŁO TO. Wszystko pięknie wyskrobałam, miąższ się zwijał na łyżce jak lody. To, co wyjęł i dawał łatwo i bezpiecznie wyjąć ze środka. Formę tego, co, wyjęłam najlepiej określa angielskie słowo ‘shredded’ – niewiele jest kawałków o kształcie „kosteczka”, większość to oskrobki takie, ale całość nada się doskonale na makaron z dynią. Na wszelkie potrawy dyniowe w zasadzie, z wyjątkiem tych, gdzie potrzeba dużych kawałków.
Resztę przerobiliśmy na DOMEK. Niby ja i Isak, ale okazało się, że operowanie nożem w dyni to zbyt finezyjne zajęcie dla dziesięciolatka... No ale projekt wspólnie wykonaliśmy. Efekt – piękny lampion, który dał naszej kuchni super nastrój.
No a potem poszliśmy na kolację, a tam te wyszczerzone dynie i kelnerzy z rogami... westchnęłam tylko... ten helołin jednak mnie dopadł.
*chrześcijaństwo, a zwłaszcza kościół katolicki, a także islam, są zadeklarowanymi przeciwnikami celebrowania halloweenu
Zacznę od początku.
Halloween dla mnie nie istnieje, z dwóch powodów. Po pierwsze, tzw. Blokowi Wschodniemu zawdzięczam to, ze zgniły kapitalizm nas nie zaatakował zbyt szybko, i o istnieniu tego „święta” dowiedziałam się jakoś podczas studiów chyba. Było to na tyle późno, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby chodzić po domch i żebrać o cukierki, ani tym bardziej przebierać się za kogokolwiek. A w ogóle o co chodzi, kolejne pseudo-święto, żeby sprzedawać rózgi, które nie idą już na "Mikołaja"...?
Po drugie, traktuję to w kategorii „nie moich świąt”. Nie wdając się zbytnio w religijne rozważania*, na „walentynki”, „halloween” i „midsommar” reaguję w taki sam sposób jak na żydowską hanukę czyhinduskie holi. Wzruszam ramionami i mogę co najwyżej życzyć wyznawcom tej religii dobrych świąt, ale nie przychodzi mi nawet na myśl, żeby to świętować. Tyle, że tutaj „religią” jest pop-kultura pomieszana z jakimś folkorem (zwanym też pogaństwem), trochę nieświadomie, ale jednak. Nie moja bajka i już.
No ale pech chciał, że zasmakowałam ostatnio w dyni. A dynię kupuje się w październiku. Trafiłam dodatkowo na pewien blog o robótkach ręcznych, który mnie zainspirował. Pomyślałam, żeby kupić tym razem całą dynię – nie, nie, nie, wcale nie na halloween, po prostu TERAZ SĄ W SKLEPACH – i pobawić się nią... Kulinarnie i artystycznie. Zrobić piękny październikowy nie-halloweenowy lampion. Żadne wiedźmy czy szatańskie twarze.
Kulinarnie wiedziałam do czego dąże, ale nie wiedziałam jak się zabrać do części artystycznej. Moja ignorancja w temacie dynie jest ogromna, musiałam włączać google-images... Wszystkie obrazki dyni, jakie znalazłam w internecie, miały bardzo grube ścianki, co by sugerowało, że dynia przeznaczona na lampion jest niejadalna... No bo nie zjesz miąższu okopconego woskiem, a jak tu wykroic miąższ tak, żeby ocalała ‘skorupa’...? Jak tu mieć dynię i ją zjeść...? Oto jest pytanie...
Zaczęłam od odcięcia ‘góry’. Potem wycięłam wszystkie pestki i włókna ze środka. Bardzo mokre, bleeee.... Następnie ostrożnie odcinałam centymetrowe płaty z wewnętrznych ścianek, jakby je odchudzając, bardzo delikatnie, żeby nie przeciąć skorupy... trochę poszło, ale tylko na głębokośc ok 5 cm. Nóż jest sztywny i dalej nie szło.... w przebłysku geniuszu sięgnęłam po łyżkę do lodów i wsadziłam rękę z nią do środka... I TO BYŁO TO. Wszystko pięknie wyskrobałam, miąższ się zwijał na łyżce jak lody. To, co wyjęł i dawał łatwo i bezpiecznie wyjąć ze środka. Formę tego, co, wyjęłam najlepiej określa angielskie słowo ‘shredded’ – niewiele jest kawałków o kształcie „kosteczka”, większość to oskrobki takie, ale całość nada się doskonale na makaron z dynią. Na wszelkie potrawy dyniowe w zasadzie, z wyjątkiem tych, gdzie potrzeba dużych kawałków.
Resztę przerobiliśmy na DOMEK. Niby ja i Isak, ale okazało się, że operowanie nożem w dyni to zbyt finezyjne zajęcie dla dziesięciolatka... No ale projekt wspólnie wykonaliśmy. Efekt – piękny lampion, który dał naszej kuchni super nastrój.
No a potem poszliśmy na kolację, a tam te wyszczerzone dynie i kelnerzy z rogami... westchnęłam tylko... ten helołin jednak mnie dopadł.
*chrześcijaństwo, a zwłaszcza kościół katolicki, a także islam, są zadeklarowanymi przeciwnikami celebrowania halloweenu
28 października 2011
Pieprzne Ciasteczka
Najbardziej chyba znanym towarem eksportowym Szwecji (obok Volvo, IKEI, ABBY i feminizmu) są SZWEDZKIE PIERNICZKI. Nazywane są 'pepparkakor' co dosłownie znaczy 'pieprzne ciasteczka'.
Niby królują w okresie Bożego Narodzenia, ale nie udawajmy, zima już się wkrada i nic nie poprawia humoru lepiej niż zapach pierniczków. A i chata lepiej dogrzana ;)
Szwedzi mawiają, że ich spożywanie czyni jedzącego milszym i bardziej otwartym na ludzi. Ale jak się przesadzi to efekt jest wręcz odwrotny... hihihi... a ja się zastanawiałam skąd ten szwedzki dystans... i czasem zgaga w przełyku - całkiem "pieprzna" ;)
Oto przepis wypróbowany dzisiaj. Pochodzi z opakowania, w którym kupiłam foremkę, ale sprawdził się przednio. Wprowadziłam, oczywiście, moje modyfikacje, które tu zamieszczam.
250 g masła (w temp. pokojowej)*
4 dl cukru brązowego
1 dl miodu
2 łyżki stołowe cynamonu
1 łyżka stołowa goździków w proszku
1 łyżka stołowa imbiru w proszku
1 łyżka stołowa proszku do pieczenia
2 łyżeczki kardamonu w proszku
1,5 dl wody
1,3 l mąki (13 dl)
2 dzieci
2 małe wałeczki
2 mamy
dużo foremek
Rozetrzeć w misce masło z wszystkimi suchymi składnikami i miodem. Dodać wodę, rozetrzeć ile się da, dodać mąkę. Ugnieść i włożyć do lodówki na min. 1 dobę (ja włożyłam na jakieś 17 godzin tylko, nie narzekam).
Następnego dnia wziąć dzieci, mamy i foremki i zgromadzić się w kuchni.
Wałkować, wycinać, lepić ślimaki i inne stworki, o grubości od 4 do 6 mm. Nie za cienkie, nie za grube, ale co kto lubi. Przy cieńszych trzeba zachować tzw. czujność rewolucyjną podczas pieczenia, ot co.
Układać na blachach na papierze pergaminowym, piec w temp 200-225C, w środkowym położeniu (myśmy piekły na 3 poziomach, moim zdaniem można, ale trzeba uważać na górną blachę), przez ok 5 minut. Ale wszystko zależy od grubości, jak położyłyśmy na tej samej blasze "jak popadnie" to te cienkie wyszły spalone, te grubsze były dobre.
Wyszło nam ok 7 blach o zagęszczeniu jak na obrazku.
Dzieci się trochę zaczęły nudzić pod koniec, niektóre koniecznie chciały jeść surowe ciasto wiec trzeba je było odstawić z kuchni, ale summa summarum daliśmy radę :) Strat w ludziach i sprzęcie brak. Dzieci wykrzyczane i pełne wrażeń. Śpią.
*poświęciłam sie wielce i zużyłam OSTATNIĄ kostkę z mojego zapasu (utworzonego po pamiętnych kilkutygodniowych brakach) no i posucha... w sklepach znowu brakuje, tym razem "tylko" niesolonego...
Niby królują w okresie Bożego Narodzenia, ale nie udawajmy, zima już się wkrada i nic nie poprawia humoru lepiej niż zapach pierniczków. A i chata lepiej dogrzana ;)
Szwedzi mawiają, że ich spożywanie czyni jedzącego milszym i bardziej otwartym na ludzi. Ale jak się przesadzi to efekt jest wręcz odwrotny... hihihi... a ja się zastanawiałam skąd ten szwedzki dystans... i czasem zgaga w przełyku - całkiem "pieprzna" ;)
Oto przepis wypróbowany dzisiaj. Pochodzi z opakowania, w którym kupiłam foremkę, ale sprawdził się przednio. Wprowadziłam, oczywiście, moje modyfikacje, które tu zamieszczam.
250 g masła (w temp. pokojowej)*
4 dl cukru brązowego
1 dl miodu
2 łyżki stołowe cynamonu
1 łyżka stołowa goździków w proszku
1 łyżka stołowa imbiru w proszku
1 łyżka stołowa proszku do pieczenia
2 łyżeczki kardamonu w proszku
1,5 dl wody
1,3 l mąki (13 dl)
2 dzieci
2 małe wałeczki
2 mamy
dużo foremek
Rozetrzeć w misce masło z wszystkimi suchymi składnikami i miodem. Dodać wodę, rozetrzeć ile się da, dodać mąkę. Ugnieść i włożyć do lodówki na min. 1 dobę (ja włożyłam na jakieś 17 godzin tylko, nie narzekam).
Następnego dnia wziąć dzieci, mamy i foremki i zgromadzić się w kuchni.
Wałkować, wycinać, lepić ślimaki i inne stworki, o grubości od 4 do 6 mm. Nie za cienkie, nie za grube, ale co kto lubi. Przy cieńszych trzeba zachować tzw. czujność rewolucyjną podczas pieczenia, ot co.
Układać na blachach na papierze pergaminowym, piec w temp 200-225C, w środkowym położeniu (myśmy piekły na 3 poziomach, moim zdaniem można, ale trzeba uważać na górną blachę), przez ok 5 minut. Ale wszystko zależy od grubości, jak położyłyśmy na tej samej blasze "jak popadnie" to te cienkie wyszły spalone, te grubsze były dobre.
Wyszło nam ok 7 blach o zagęszczeniu jak na obrazku.
Dzieci się trochę zaczęły nudzić pod koniec, niektóre koniecznie chciały jeść surowe ciasto wiec trzeba je było odstawić z kuchni, ale summa summarum daliśmy radę :) Strat w ludziach i sprzęcie brak. Dzieci wykrzyczane i pełne wrażeń. Śpią.
*poświęciłam sie wielce i zużyłam OSTATNIĄ kostkę z mojego zapasu (utworzonego po pamiętnych kilkutygodniowych brakach) no i posucha... w sklepach znowu brakuje, tym razem "tylko" niesolonego...
22 października 2011
Znaczy, za silny?
Czuję się ostatnio jak "Pierwszy" z "Lwowa". Odkąd Karol Olgierd Borchardt został kadetem szkoły morskiej w Tczewie i zaczął praktykę na żaglowcu, oficer co rusz napotykał na jakieś szkody wyrządzone na statku. Zaczęło się od handszpaków, potem była beczka ogórków (którą młody marynarz zjadł w jedno popołudnie bez niczyjej pomocy), potem jeszcze wiele innych incydentów.
Ja napotykam na rozbite kubki, rozlane soki/wodę/mleko, krnąbrne dziecko wspinające się na blaty, żeby coś wziąć z szafki zawieszonej wysoko na ścianie i czasem zrzucające z z niej różne rzeczy, to samo dziecko walące łyżkami w talerze i kubki (z różnym skutkiem), to samo dziecko skaczące wesoło po sofie/łóżku/łóżeczku ze szczebelkami... Co jakiś czas wyrywa się z mojego gardła łkanie:
- Niedobry Kami!!!!! Wszystko pałami!!!!!!!! Całą kuchnię pałami!!!! Cały dom pałaaaamiiiii! Nu nu nu nu!!!!!
Słowa WON jeszcze nigdy nie użyłam, ale kto wie, może kiedyś przyjdzie czas na rusycyzmy.... Póki co uczy się niepoprawnych form języka polskiego z mojej ulubionej książki "Znaczy Kapitan", ale co, moja wina, że wszystko pałami...?
przedostatni kubek z tzw "oryginalnej kolekcji"
Po obiedzie [pierwszego dnia na żaglowcu] – znów zbiórka do robót. Wyznaczono mnie tym razem do obsługi kabestanu (...). Zmieniony w konia wprzęgniętego do kieratu pchałem z całej siły jeden z długich drągów włożonych w głowicę kabestanu. Drągi nazywano tu po polski ... handszpakami.
Koledzy, chcąc wypróbować moją siłę, pchali coraz słabiej, zostawiając cały ciężar dla mnie. Skutek był natychmiastowy: handszpak – wykonany ze specjalnego, twardego drewna – prysł jak zapałka! Wywołało to szalony entuzjazm. Czegoś podobnego jeszcze nie widziano. Następne handszpaki pękały szybko jeden po drugim. „Duma rozpierała pierś Tenangi”. Szykowałem się właśnie do połamania pozostałych jeszcze czterech zapasowych handszpaków, gdy nadszedł pierwszy oficer.
Zamiast się cieszyć razem z nami, wpadł w istny szał. Podobno zostało mu to po służbie na rosyjskim okręcie podwodnym (...), zdobył zdolność do krzyku tak strasznego, jakiego nie słyszałem nigdy przedtem i nigdy już potem. Teraz cały port zapełnił się jego wibrującym na najwyższej oktawie głosem:
- Da dźjaaaaabłaaaaa! Cały statek pałaaaaaamiiii!
(...) W miarę jak „pierwszy” odkrywał coraz to nowe połamane handszpaki, głos jego z najwyższej oktawy, dostępnej dla mężczyzny, przechodził w wycie czerwonoskórych towarzyszące skalpowaniu przez nich bladych twarzy:
– Pałaaaami!!! Wszystka pałaaaami!! Cały statek pałaaaami! Nu, wszystka pałamał, wszystkie handszpaki pałaaaamał. Da dźjabłaaaa! Biezabrazje!
„Ogień” pierwszego oficera udzielił się kapitanowi, ale wyłącznie w formie zaciekawienia. Żaden mięsień na twarzy mu nie drgnął, gdy spoglądał na zachłystującego się wrzaskiem pierwszego oficera.
„Pierwszy” zdążył już policzyć wszystkie połamane handszpaki. Wił się teraz i nadal ryczał:
„Pierwszy” zdążył już policzyć wszystkie połamane handszpaki. Wił się teraz i nadal ryczał:
– Wszystka pałamał! Wszystkie handszpaki pałamał!
Chciałem się wtrącić i powiedzieć, że jeszcze cztery zostały, ale wobec kapitana nie śmiałem. Naraz znów usłyszałem głos kapitana:
– Znaczy, panie Konstanty, znaczy co? Znaczy, za silny?
A potem znów straszny, przeraźliwy ryk „pierwszego”:
– Nu, tak, za silny! Za silny! Wszystka łami! Wszystka! Cały statek pałami! Cały statek!!!
I zwracając się już bezpośrednio do mnie, wrzasnął:
– Nu, won stąd! WOOOOON!!!
– Nu, won stąd! WOOOOON!!!
[K. Borchard Znaczy kapitan]
Pocieszające - wielce - jest to, że bohater owych historii został Kapitanem Żeglugi Wielkiej, jednym z najsłynniejszych w Polce, i tym , który przekazał potomności historię początków Polskiej Floty w jednej z kultowych książek... Chyba znowu ją przeczytam, bo te okrzyki "pierwszego" zakręciły mi łezkę w oku... Chciałabym, żeby kiedyś film nakręcono, byłoby to lepsze niż te wszystkie sienkiewiczowskie ekranizacje razem wzięte. Muszę też sprawdzić czy jest wersja angielska. Chociaż jak przetłumaczyć PAŁAAAAMIIIII na angielski??? Toż to dopiero sztuka.
Muszę chronić blender, żeby nie spotkał go los kubka...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


