29 maja 2015

Pomoc Eryka

Zdjęcia w kolażu pochodzą z fejsbukowej strony sklepu w Lund

Wiele razy widziałam szyldy Erikshjälpen na jakichś magazynach, ale myślałam, że to jest zbiórka rzeczy, które są wysyłane do krajów potrzebujących. Jakże się myliłam! Erikshjalpen to ogromna organizacja, współpracująca z różnymi kościołami chrześcijańskimi i organizacjami organizacjami akademickimi, która działa w ponad 20 krajach, nie znam wszystkich szczegółów, ale rzeczy zebrane w Szwecji są sprzedawane tutaj, w specjalnych sklepach. Niby "lumpeksach" ale bardzo czystych i gustownych - człowiek nie ma odczucia, że wchodzi do sklepu drugiej kategorii tylko do jakiegoś jakby muzeum codziennego życia dawnej Szwecji... w Lund nazwano to nawet "vintage shop", jakże modne teraz. Już wiem skąd ludzie biorą te zarąbiste wózki a'la lata sześćdziesiąte :)

                                                     Zdjęcie pochodzi z fejsbukowej strony sklepu w Lund

Zysk ze sprzedaży idzie na różne cele pomocy, takie jak wspomaganie przedsiębiorczości w Kenii czy szkół w Kambodży. W ramach pomocy - poza oddaniem niepotrzebnych rzeczy czy zakupem innych - można też pracować jako wolontariusz, w sklepie czy magazynie. System jest bardzo rozwinięty, niemal każde większe szwedzkie miasto ma swój oddział. Ciekawe, że wielkie Malmö ma jeden sklep a mały Lund - dwa...

Wstyd się przyznać, ale ja sama dopiero wczoraj odkryłam ten system "recyklingu"... Umówiłam się z koleżanką na kawę i park, potem szłyśmy sobie uliczką do centrum Lundu a ona nagle"chodź na chwilę do mojego ulubionego sklepu". I to właśnie było TO.


Drewniane meble - całe komplety stołów z krzesłami nawet - za bezcen. Toaletki, takie jak miewały nasze babcie (te już trochę sdroższe, ale dalej bezcen jak na Szwecję). Czarne płyty z ABBĄ. Kasety video - ale i płyty CD i DVD za 20 koron (jakieś 8 złotych). Talerze i kubki. Sofy i stoliki kawowe. Kołowrotek z wrzecionem.... Dalej cała duża sekcja z ubraniami. Księgarnia. I wreszcie meble "różne".

Wśród których stał nasz przyszły kredens.... idealnie pasuje w miejsce, gdzie szukamy mebla, no a ten styl... zawsze marzyłam o takich "rustykalnych" meblach w kuchni.


Jestem zachwycona i nakręcona, mam ochotę tam lecieć od razu go kupić - jeszcze ktoś mnie uprzedzi...



25 maja 2015

Wodotryski na wyspach

W momencie, w którym znalazłam suszarkę do włosów i ustaliłam miejsce przechowywania większości rzeczy oficjalnie uznałam nas za rozpakowanych. Wiadomo, że buty jeszcze leżą pod schodami, ale nie dlatego, że nie wiem gdzie są tylko dlatego, że już czekają na półkę na buty, która będzie w tym miejscu. 

Sporo wysiłku i cierpliwości nas to kosztowało. Więcej cierpliwości chyba. Bo nagle okazało się, że to, co dla mnie wydaje się idealnym miejscem na stół nie jest nim dla mojego męża. A lampa nie wisi tam, gdzie stoi stół. Moja natura każe mi wszystko zrobić "natychmiast", natura mojego męża "poczekać na razie"...  ale poczekać na co? jak długo? może spróbujemy innego ustawienia i potem zadecydujemy...?

Ale najgorsze to z tą kuchnią. Tak mało blatu roboczego - tylko tyle, co między zlewem a kuchenką, czyli jakieś 60 cm...

trochę nie najlepsze ujęcie, ale nie dało się inaczej, żeby ominąć syf na stole ;)

Manewry ze stołem miały nam zrobić miejsce na "wyspę" w kuchni, żeby dołożyć niemal 1m2 blatu... Z tydzień kombinowałam jakie szafki, czy to będzie stabilne, czy da się zrobić blat 80x80 z jednego kawałka... No a ten stół przestawiony do pokoju to w jakim ułożeniu, czy obecny - a może nowy kupić...?

Mózg pracował nawet we śnie.

A pewnego dnia przypomniałam sobie kuchnię mojej babci. Pomieszczenie 3 x 3 m, maksimum, praktycznie bez okna (to, co jest wychodzi na "świetlik" więc nie daje w ogóle światła ani świeżego powietrza). Kuchenka w rogu (nie można wygodnie podejść od lewej strony bo ściana!), po prawej niska szafka - do odstawiania garów. Dalej lodówka i wysoka szafka. Pod drugą ścianą kredens, w nim jeden zestaw talerzy oraz kilka kubków i szklanek. Pod trzecią mały stolik, na 3 osoby może - tak, żeby zjeść śniadanie. Przy wejściu "wolno wiszący" stalowy zlew, taki gospodarczy jakby... to wszystko. ZERO BLATU! A ona żyje tak od 50 ponad lat i w tej kuchni gotowała dla trzypokoleniowej rodziny oraz przygotowywała wszystkie święta!

Autentycznie zawstydziłam się. Jak strasznie rozpasani jesteśmy.

Czytałam kiedyś, że żyjemy w epoce najwygodniejszych łóżek świata, największych udogodnień w domu i życiu - a jesteśmy chyba najbardziej nieszczęśliwi. Szukamy dziur w całym. Nie doceniamy prostych rzeczy.

I nie chcę się tu wysilać na tani sentymentalizm i porównywać do uchodźców z Iraku, którzy cieszą się z miski z wodą w bezpiecznym namiocie, choć oczywiście należy zawsze Bogu dziękować za łaski, jakie nam daje i docenić sam fakt życia w pokoju i bezpieczeństwie. Ale zwykłe spojrzenie na nasze babcie wstrząsnęło mną... Jak one to robiły, że dożyły do dziewięćdziesiątki bez tych wszystkich wodotrysków w kuchniach...?

Postanowiłam zatem zostawić to tak jak jest. Stół został w kuchni i przy nim nauczę się kroić co tam trzeba będzie. A do reszty codziennego gotowania musi mi wystarczyć 60 cm blatu i już.

1 maja 2015

Rozmowa ze św. Józefem

Nasz Kubuś o mały włos nie został Ziutkiem. Po kilku tygodniach wykreślania imion z listy zostały cztery: Daniel, Samuel, Józef i Jakub.

Miałby dziś imieniny. Tak ważne, że można dziś jeść kiełbasę ;) Jak przestanie padać może nawet sobie użyjemy, na ognisku u znajomych.

A tymczasem natrafiłam na wspaniały utwór - Rozmowa ze Św. Józefem. O wiele głębszy w treści, w moim odczuciu, niż krążące niedawno po sieci "Czy wiedziałaś, Maryjo", no a to wykonanie... miodzio (lubię muzykę dawną... coraz bardziej). To zestawienie absurdów Miłości przypomniało mi mistrzowskie "ogień krzepnie, blask ciemnieje - w żadnym innym języku nie słyszałam tak pięknej poezji o wcieleniu Boga. Ponoć nawet protestantom "z dziada pradziada", takim co to nigdy nie byli w kościele katolickim, spadają buty z nóg jak słyszą nasze niektóre katolickie pieśni. Nam się osłuchały do bólu, ale ich treść to klucz do zrozumienia Tajemnicy.


Powiedz, co czułeś, Józefie święty w godzinę twego zwiastowania, 
kiedy Bóg odebrał Ci wszystko, i wszystko dał Ci w zamian.

Jest taka miłość, która godzi ogień z wodą, i wolność taka, co dla swej woli zamyka drogę.
Jest taka radość, która pulsuje milczeniem, i pewność taka, co się upewnia nierozumieniem.

Powiedz, co czułeś, Józefie święty gdy uszy twe ciągle słyszały, 
jak synem cieśli był nazywany Król Chwały nieskończonej.

Jest taka miłość, która godzi ogień z wodą, i wolność taka, co dla swej woli zamyka drogę.
Jest taka radość, która pulsuje milczeniem, i pewność taka, co się upewnia nierozumieniem.

Powiedz, co czułeś, Józefie święty, gdyś siadał wraz z Miriam przy stole 
i zwykłym chlebem Jezusa karmił - Chleb Żywy wszech pokoleń.

Jest taka miłość, która godzi ogień z wodą, i wolność taka, co dla swej woli zamyka drogę.
Jest taka radość, która pulsuje milczeniem, i pewność taka, co się upewnia nierozumieniem.

A na potem polecam posłuchać reportażu o Akatyście do św. Józefa (i fragmentów tegoż). Już zamówiłam płytę.Uwielbiam taką muzykę.

23 kwietnia 2015

Zabawa w paczki

Rozmowa z lutego.

- Mamo, a jak będziemy iść do nowego domku to jak to wszystko zabierzemy, no jak? Przecież nie mamy tylu rączek!

Teraz już Kami wie jak. Bawimy się w paczki ostatnio - ulubiona zabawa Kamyczka. Za dwa tygodnie będziemy "na nowym".

Połowa domu spakowana. W sumie to pozostało już tylko zapakować dzieci i nadać przesyłki. Kartony już zaadresowane. Własnoręcznie.





400 pytań dziennie?

Strasznie dawno nie wrzucałam gadek Kamyczka, oto mała kolekcja z ostatnich kilku miesięcy. Na fejsbuku regularnie uzupełniam - służy trochę za notatnik. Ale za kilka lat nic się tam nie znajdzie... Ba, za kilka miesięcy ciężko będzie.

A na pewno będę chciała znaleźć, język pięciolatków jest taki wzruszający.

I zawsze ostatnie słowo musi należeć do Kamyczka...

"No mamo, czemu nie idziesz!" i tupnięcie nogą...

***

Zapisuję pieśni na najbliższą mszę. Pod nosem mówię tytuły...
- "Oto jest dzień", "Jeden chleb"...
Wtrąca się Kami:
- co? Skończył się?
- Ale co? - nie bardzo rozumiem
- No chleb! Jeden chleb musimy kupić?

***

Rano. Szykuję śniadanie - jajka, chleb. Przychodzi Kami:
- mamo, ja chcę jeść te warzywka, wiesz które.
Wiem. Mrożonka "zestaw chiński do woka". Ulubione jedzenie ostatnio.
- Kami, ale to jest na obiadek. Teraz jemy śniadanko
- To w takim razie ja nie chcę śniadanka, chcę obiadek!


***

Poranek jeden z wielu. Kubuś pełza po łóżku, w pewnej chwili wpełzł mi na klatkę piersiową. Gadam do niego, jak to matki zwykły gadać:
- No i co mój ty dusiołku? Nigdy nie odpuszczasz, co?
Kami z boku słucha. I natychmiast pieszczotliwie do Kubusia:
- oj, mój mały OSIOŁEK!

No i Kubuś został Osiołkiem... Musze mu chyba Leśmiana poczytać.

***

Kubuś pełza po mnie i w pewnej chwili bardzo mocno pociągnął mnie za włosy. Zerwałam się z okrzykiem:
- O nie, nie zgadzam się na takie coś, paskudku jeden
- Mama - Kami wszedł do pokoju - ale Paskudek tak nie robi... On tylko zabiera! - powiedział rzeczowo tonem fachowca.

Ekspert Od Troskliwych Misiów‬ sie znalazł...

***

- Mamo, a ja wiem co się wydarzy jak będziecie starzy! - oznajmił z dumą Kamyczek
- O. A co? - zainteresowałam się.
- Ja będę wtedy duży!!

***

- Wiesz mamo, Eldjon powiedział innym dzieciom, zeby nie bawiły się ze mną.. bo ja go kiedyś uderzyłem...
- Oj, to niedobrze... i on teraz mówi innym, żeby nie bawili się z tobą?
- Tak, ale tylko swoim przyjaciołom, tylko chłopcom, dzieczynkom nie!
- Dziewczynkom nie...?
- Nie! BO MY CHŁOPCY NIE LUBIMY DZIEWCZYNEK!

***

Dostałam szwedzkie wyliczenie podatkowe... dodane podatki, których wcześniej nie było :/ aż zadzwoniłam do męża do pracy pożalić się.... Kami słucha i pyta o co chodzi, no to mówię, z grubsza... że pieniędzy dużo zabierają i że nie będzie na lego (szansa na gadkę umoralniającą!). A Kami bierze telefon:
- No to chodź, dzwonimy po policję, że chcą cię okraść!

***

- Kamyczku, nie jesteś głodny?
- Nieeeee. Nie burczy mi w brzuszku - staje przy mnie i wydyma brzuch - SŁYSZYSZ COŚ??

***

- Kami, proszę, podaj mi kawę - proszę Kamyczka, który siedzi przy biurku, na którym stoi kubek z resztką kawy
- Oczywiscie, mamusiu - zrywa się i stawia kubek na stoliku koło mnie - TYLKO NIE WYLEJ!

***

Popołudnie - szykujemy chatę na wizytę gościa. Kami porwał bułkę z kuchni i poleciał z nią gdzieś, nawet nie zauważyłam od razu, bo sprzątałam.
Idę do pokoju, gdzie już posprzątałam wcześniej, a całe biurko zasypane okruchami.
- Kami, dlaczego tak zrobiłeś??? Przecież tu było posprzątane, czemu mi dodajesz pracy? - mówię rozżalonym tonem.
- Mamusiu, ale to nie moja wina. Ta bułka była krusząca.

I od razu serce stopniało. Takie piękne użycie imiesłowu przymiotnikowego czynnego. Jak tu teraz ukarać dziecko.

***

Kami wypatrzył, że jem rodzynki w czekoladzie (ma jakiś siódmy zmysł, do tych spraw)
- Mamo, mogę też?
- Tak, dam ci, ale PO KOLACJI
- A możesz mi już teraz nasypać do miseczki? Nie będę jadł, tylko mi nasypiesz - przekonuje. Tia, kaktus mi na ręce wyrośnie...
- Nie, Kami, potem ci nasypię.
I odłożyłam torebkę z rodzynkami na blat. Po czym natychmiast porwał ją Kami, usprawiedliwiając się w locie:
- Ja nie będę jadł, mamo. Ja tylko schowam przed tatusiem! - i poleciał do swojego pokoju zanim zdążyłam kiwnąć palcem.

Akurat.

***

Wsiadamy do samochodu.
- Kami, zapnij pasy
- Mamo, ale ja nie muszę. Jestem KLEISTY, nie spadnę!

***

- Mamo, mamo, Kubuś kupę zrobił i przeciekła!
Szybko zerkam na ubranko
- Ha ha ha PRIMA APRILIS!!!

‎Łacina Na Codzień. Ćwiczyliśmy od połowy marca. Kami jest mistrzem.

***

- Mamo, chcę jeść! - Kami przybiega ze swojego pokoju. Piszę email, więc odburkuję:
- Już, już. - piszę dalej. Kami tupie nogą i ówi z pretensją w głosie:
- Tak rodzice się nie zachowują! Jak przybiega mały Kamyczek i mówi "mamo, chcę jeść" to od razu idą mu zrobić!

***

- Mamo, wiesz czemu Kubuś ma takie czerwone policzki?
- Nooo? - umieram z ciekawości.
- Bo jak ktoś za dużo JĘCZY to mu się takie robią!

***

Kami wypił mleko męża, które ten przygotował sobie do pracy. Jedną szklankę, ale już mąż fuka, ze nie opłaca mu się zabierac napoczętego kartonu do pracy.
Kami, bardzo rozżalonym tonem:
- Mamo, MUSZĘ CI COŚ WYJAŚNIĆ.
- Co?
- To nie jest tylko mleko tatusia! Trzeba się dzielić! 

A Tatuś stoi obok i polewa z tupiącego noga Kamyczka...

***

Odbieram kamyczka z przedszkola. 
- Mamo, a masz dla mnie kanapkę?
- Nieee, zapomniałam...
- Ale czemu ... - buzia w podkówkę - czemu jesteś taka zapominalska jak ja??

***

Śniadanie. Daję Kamyczkowi jajka sadzone. 
- Mamo, ale one są tu twarde, nie mogę pokroić.
- A bo troczę mi się spiekło...
- Coo??? PIEKŁO??? od szatana??? - Kami przestaje jeść z tego stresu.

***

Wieczorna modlitwa. Modlimy się o różne rzeczy, za rodzinę, o nawrócenia różnych ludzi, wymieniam:
- ... za nawrócenie moich dzieci, Kubusia i Kamyczka...
- Mamoooo - przerywa Kami płaczliwym głosem - przecież ja już jestem!... już jestem NAWIEDZONY!

***

- Mamo, ja chciałbym być takim prawdziwym samolotowym pilotem. Ale takim prawdziwym.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, możesz nim zostać synku. To piękny ale bardzo trudny zawód, tylko najzdolniejsi mogą być pilotami! - natrafiłam na okazję do strzelenia gadki umoralniającej, czemu nie wykorzystac.
- Jak trudny to ja nie chcę! - uciął Kami. Koniec rozmowy.

***
- Mamo, wiesz czemu tak dużo gadam?
- Nooo? - pytam zaciekawiona
- Bo wy z tatusiem tak dużo gadacie!!

Ktoś kto napisał, że dzieci w tym wieku zadają około 400 pytań dziennie chyba nie znał Kamyczka...

21 kwietnia 2015

Zwyczajna szwedzka rodzina


Piękny wiosenny dzień na naszym ulubionym placu zabaw w Lund. Huśtam szary kubusiowy tłumoczek na kole. Kami śmiga po przyrządach dla starszych dzieci, słońce grzeje, wreszcie zdjęłam kurtkę i czapkę... pełen relaks.

Podchodzi dwóch chłopców, na oko 7-8 lat. Mniejszy wydaje z siebie dźwieki brzmiące jakby "ale słodki" i głaska Kubusia po policzku. Większy (w jaskrawożółtej czapce) odzywa się do niego:
- Hey, don't touch him! That's illegal! - mówi poważnym tonem doświadczonego prawnika.
Mały chłopiec odskoczył jak oparzony.
- Właściwie to nie jest to chyba nielegalne - wtrącam się po angielsku - ale byłoby dobrze zapytać rodzica czy można pogłaskać jego dziecko...
- Tak, masz rację. Trzeba pytać. - przyznał chłopiec. I zaraz rozgadał się, ani chybi zachęcony moim nieskazitelnym angielskim - Skąd jesteś?
- Pochodze z Polski.
- Aaaaa.... Moja mama jest Irlandką, tato - Szwedem. Urodziłem się w Dubaju, to jest w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, potem mieszkaliśmy w Niemczech, teraz w Szwecji. - wyrecytował na jednym oddechu. Musi być przyzwyczajony do zdawania tej relacji, połączonych z wyjaśnianiem gdzie leży Dubaj.
Urzekło go to, że ja wiem gdzie leży i że nawet tam byłam. Zaczęła się miła pogawędka.
- A to jest Omar - dodał - jest Kanadyjczykiem. Ale także z Jemenu. Nasza szkoła jest tu blisko, mamy teraz lekcję muzyki. Ale pani zachorowała to na zastępstwo przyszliśmy tu.
- O, to może pośpiewamy sobie - zaproponowałam
Chłopcy prychnęli ze śmiechu.
Potem Szwedo-Irlandczyk zdradził, że ma 8 lat (ale wszyscy myślą, że dziewięć, albo nawet dziesięć).
Potem zapytali czy mogę zdjąć Kubusia, bo oni chcieliby się wysoko huśtać. Doszły pozostałe dzieci z ich paczki. Wtedy przybiegł już Kamyczek i okazało się, że w ogóle nie może dogadać się z tymi dziećmi - nie zna angielskiego, a oni szwedzkiego! Za wyjątkiem jednej dziewczynki, która mu tłumaczyła komendy. "A teraz trzymaj się mocno".




Gdy tak się huśtali pociągnęłam za język nauczycielki. Szkoła działa po angielsku, jest przeznaczona głównie dla dzieci rodziców "na kontraktach". Najwięcej rodziców to pracownicy uniwersytetu w Lund i Tetra-paca. Dzieci "rezydentów" Szwecji nie ma w szkole, to nie jest szkoła dla nich ("ale niedaleko jest inna, szwedzko-angielska, może tam się dowiedz?").

Nie wiem jakie były historie innych dzieci, ale widziałam dużo twarzy hinduskich i koreańskich. Wszyscy posługiwali się piękną angielszczyzną. Nauczycielki pochodziły z USA i Australii, też na kontraktach.

W tym towarzystkie poczułam, że jesteśmy zupełnie zwyczajną szwedzką rodziną...

19 kwietnia 2015

Tyrania równości

Pomyślicie pewnie,  że będzie o "tolerancji" wobec "odmiennych orientacji"

Ale nie.

Będzie o absurdach w kontaktach z "klientami". O tym dlaczego pielęgniarce środowiskowej nie wolno od serca porozmawiać z pacjentami, którymi się opiekuje. Nie wolno jej wpaść do nich poza godzinami pracy a już - broń Boże - zaprzyjaźnić się. Okazywanie współczucia jest wręcz zabronione. Dlaczego nauczycielom nie wolno polubić rodziców dzieci w szkole a pielęgniarkom czytać na głos starszym ludziom, którymi się zajmują. Także dlaczego pracownikom ośrodka dla uchodźców nie wolno grać z nimi w piłkę, odwiedzić ich w szpitalu ani zapraszać do domu.

Maciej Zaremba opisał kilka historii tego typu w reportażu "Niemiłosierny samarytanin" (z książki "Polski hydraulik"*). Zbadał o wiele więcej. Wyłania się z niego bardzo ponury obraz państwa opiekuńczego, jakim jest Szwecja - czym się bardzo szczyci. Każdy Szwed jest dumny z tolerancji i równości jaką zapewnia jego kraj.

Pacjenci mają prawa i są one realizowane. Ale ani grama więcej. Nikt się nie może poczuć wyróżniony - bo inny odebrałby to jako dyskryminację (!!).

Posłuchajcie.

Dwie odmienne tradycje moralne zdają się walczyć o duszę państwa opiekuńczego.
Starsza, w której zorganizowana forma pomocy jest tylko przedłużeniem ludzkiej zwykłej solidarności, i nowocześniejsza, która uważa tę samą opiekę za formę demokratycznego sprawowania władzy. Pierwsza interesuje się przede wszystkim osobą: jak powodzi się pani Pettersson czu Ahmedowi El Tantawy. Druga ma większe ambicje: jak się powodzi równości, solidarności i sprawiedliwości. 

(...)

Z przesłuchań policyjnych, "zasad etycznych" i wywiadów z osobami na kierowniczych stanowistack w opiece społecznej i Urzędzie Imigracyjnym.

"Jeśli je się obiad z jednym, trzeba być gotowym jeść ze wszystkimi". A nie jada się ze wszystkimi. Sympatia rodzi się spontanicznie (...) i jeśli przerodzi się ona w czyn, powstaje przywilej i cierpi na tym równość".
Naszym celem i obowiązkiem jako urzędników państwa opiekuńczego jest wszakże promowanie oprócz równości także godności ludzkiej. Pacjent czy klient jest od nas uzależniony. Jeśli zauważy, że wzbudzając sympatię, może zjednać sobie bardziej osobiste traktowanie, będzie próbował tę symaptię wzbudzić. Będzie się przymilał, apelował do solidarności, do współczucia, będzie szukał naszego wzroku. Z punktu widzenia godności taka sytuacja jest nie do przyjęcia, przekształca bowiem pacjenta w petenta. Nasza opieka nie jest jednak przywilejem, jest uprawnieniem przysługującym wszystkim bez różnicy. To właśnie odróżnia państwo opiekuńcze od poniżającej dobroczynności.

Na tym właśnie opiera się równość. Unikamy więc odsłaniania naszych cech osobistych i próbujemy zignorować je u pacjenta. (...) WYnika z tego, ze w państwie opiejkuńczym każdy gest spontanicznej solidarności lub współczuciea godzi albo w równość, albo w godność pacjenta.

***

W latach dziewięćdziesiątych w szwedzkim państwie opiekuńczym wieje chłodem i obojętnością. (...) Tradycyjne zawody humanistyczne - nauczyciele, pielęgniarki, adwokaci, lekarze, pastorzy - odrzucają nową etykę państwa opiekuńczego. Zdążyły bowiem wykształcić własną etykę zawodową na długo przed narodzinami państwa opiekuńczego. Przedstawiciele tych profesji czują się przede wszystkim lojalni wobec swych klientów i pacjentów. Nowo powstałe zawody opiekuńcze - opieka społeczna, kuratorzy, urzędnicy imigracyjni itepe - są natomiast wytworem państwa niemal zupełnie pozbawionym samodzielnej tradycji moralnej. Pozwoliły narzucić sobie schizofreniczną rolę opiekunów i kontrolerów zarazem.
Państwo opiekuńcze bezustannie nas przekonuje, że branie na siebie osobistej odpowiedzialności to niebezpieczna i niedemokratyczna postawa. Odpowiedzialność to przecież też i władza. 

***

Nowa Etyka sektora opieki to przecież wypowiedzenie wojny wszystkiemu, co mieści się w pojęciu specyficznej kobiecej kompetencji. Nie zmienia tego fakt, że opiekę tę realizują głónie kobiety. Dwudziestoletnia bezdzietna przedszkolanka "wyształcona teoretycznie" i "profesjonalna" pod każdym względem góruje tu nad matką pięciorga dzieci. Kaleki moralne znajdyją wyjątkową łatwość w przyswajaniu sobie języka Nowej Etyki i nie sposób w ich ustach odróżnić pogardy od "teorii opieki" ani zawiści od "sprawiedliwości społecznej". Łajdacy kwitną w tym środowisku. Nigdzie indziej nie da się dowieść że to dla dobra dziecka nie trzeba się o nie troszczyć albo że płacz tegoż, siłą odbieranego rodzicom, jest najlepszym dowodem na to, jak szkodliwe są ich wzajemne spotkania. 

Osoby "nieprzystosowane" do systemu są eliminowane ze sttuktur panstwa opiekuńczego - ten proces postępuje od lat. Pracownicy, którzy zdradzali skłonności społecznikowskie, najczęściej okazywali się trudni we współpracy. przenoszono ich na inne stanowiska albo byli skłaniani do złożenia wypowiedzenia.

Czytam to i trochę nie wierzę. Jak można tak przeinaczyć podstawowe pojęcia?  Jak można tak sprzeniewierzyć się miłości do bliźniego? Czy ktoś to robi specjalnie czy też są ku temu obiektywne powody...?

Szwecja to przecież chrześcijański kraj... wydawałoby się. Ale właśnie... nie katolicki, tylko protestancki. Czy to może wyjaśnić różnice w antropozofii między Polską a Szwecją? (od razu nasuwa mi się historię opisana w "Higienistach"*). A może to konsekwencja komunizmu, który zniszczy wszystko, czego się dotknie, gdzie prawa jednostki są zawsze poddane interesowi "wszystkich"?

W Szwecji wszyscy znają Prawo Jante. Do tej pory myślałam, że ich negatywny wydźwięk budzi raczej odrazę w społeczeństwie. Wydają się one jednak być naczelną zasadą państwa opiekuńczego!

Pojęcie to stworzył norweski pisarz pochodzenia duńskiego Aksel Sandemose w 1933 w noweli „Uciekinier w labiryncie”, gdzie przedstawia fikcyjne, duńskie miasteczko Jante. Wśród jego społeczności obowiązuje zasada, która rządzi zachowaniem mieszkańców: „Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”.

1. Nie sądź, że jesteś kimś wyjątkowym.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej, niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej, niż my.
7. Nie sądź, że jesteś w czymś dobry.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

Za wikipedią: Janteloven, tzn. prawo Jante. jest silnie zakorzenione w mentalności Skandynawów. Jest kwintesencją tego wszystkiego, czym w duńskim sposobie myślenia Aksel Sandemose pogardzał najbardziej – jednakowości, braku ambicji, tłumionej zawiści i niechęci do szerszego spojrzenia. Innym przejawem kierowania się prawem Jante jest to, że wszyscy w krajach skandynawskich czują się równi. Każdy przejaw próżności jest potępiany, za to skromność, czasem wręcz przesadna, zawsze znajduje uznanie.

Ponoć Szwecja jest wyjątkowa w tej idei równości. Już sąsiednia Norwegia czy Dania to zupełnie inne moralnie kraje, słyszałam, że Dania nazywana jest Arabią skandynawii. Bynajmniej nie z powodu etnicznej mieszanki jej dzisiejszych mieszkańców, ale z powodu nieprzewidywalności. Gdy Szwed myśli, że wszystko już ustalone i zamierza podpisać umowę, Duńczyk nagle zaczyna zadawać niewygodne pytania i cały biznes bierze w łeb.

Poznałam w pracy kilku Duńczyków - byli o wiele bardziej ambitni niż Szwedzi, bardziej przyjacielscy, żartowali sobie ze mną i nawiązywali pozapracowe relacje (bez podtekstów!). Mam kilku podlinkowanych na moim profilu w linked-in, na przykład. Żadnego Szweda, ciekawe...

Bardzo się cieszę, że mieszkamy tak blisko Danii. Może trochę mentalności tu skapnęło - Skania długo należała do tego królestwa, a Lund był siedzibą arcybiskupstwa Danii (stare dzieje, napiszę o tym kiedy indziej bo to arcyciekawe dzieje). A jakby co - przejeżdżamy przez most i mamy do czynienia z duńską nieprzewidywalnością i brakiem równości :)



*Wpisy powiązane:

Służba zdrowia Szwecji, w reportażu Macieja Zaremby
Higieniści - z dziejów eugeniki





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...