25 grudnia 2016

Bóg się rodzi, Pakistańczyk...


Słynna ostatnio tęczowa kolęda Magdy Umer i Grzegorza Turnaua wzbudziła falę komentarzy w internecie, mojego też.

Z jednej strony jestem oburzona wmieszaniem polityki i propagandy w tę sferę, a także perfidną manipulacją, jakiej sie dopuszcza na sumieniach chrześcijan. Chociaż to nie pierwszy raz, jakby dobrze zanalizować kolędy Piwnicy pod Baranami (które, skądinąd, uwielbiam) to i tam można się dopatrzyć tych samych treści co tutaj. Humanizm, humanizm i jeszcze raz humanizm, oczywiście tylko wobec wybranych. Nie wolno nam siąść do wigilii bez pochylenia się nad losem tych, co najeżdżają nasz kraj - i to takiego pochylenia, jak żądają rządzący, nie wystarcza pochylenie, na jakie nas stać. Bo teściowa w domu się nie liczy, mam koniecznie wpisać się w narrację lewicowych elit i wpuścić do domu kryminalistę niewiadomo-skąd, o nieustalonym imieniu.

Z drugiej strony tekst sam w sobie piękny i prawdziwy. Ach, jak pięknie się rodzić,czy w Aleppo, czy w Łodzi... tak, to Bóg powołuje każdego w łonie matki! I każdy jest piękny.

Ale nie wolno stracić z oczu kontekstu. Polityka i propaganda ostatnio weszła na taki poziom emocjonalny (a może to ja weszłam...?), że nie przechodzę obojętnie wobec niektórych niuansów. Już mi nie wystarczy, że coś jest po prostu ładne. Patrzę, kto i co za tym stoi. I jak słucham tego utworu, tekst skądinąd wzruszający, zwłaszcza dla mnie, to widzę tych, którzy to śpiewają na czarnym proteście z wieszakiem w dłoni. Serio, Bóg im się rodzi...? Ten, którego nie zdążyli wyskrobać...? Nie daję rady słuchać hipokrytów.

Przepraszam, że tak z grubej rury w święta.

Ale nie ma już cienkiej rury.

Bóg sie wcielił w człowieka i od momentu poczęcia działa. Maryja odwiedza Elżbietę - i hop, Janek podskakuje w łonie. Może pierwszy pokłon oddaje?

A teraz nam się urodził Bóg Pakistańczyk. To była moja pierwsza wigilia, na której nie było polskiej rodziny, innych katolików ani nawet chrześcijan, dzieci nie liczę. Bardzo się bałam jak to będzie. Nie o to, czy dam radę wszystko sama upiec, ugotować, popakować, pochoinkować. Ale jak to będzie z tym opłatkiem?
Czy w ogóle ktoś będzie chciał ze mną obchodzić Boże Narodzenie?? Sam mąż zawsze chce, ale teraz mamy taką przewagę innych tradycji, że naprawdę miałam wątpliwości.

Chcieli.

Podzieliliśmy się opłatkiem - bez życzeń "każdy z każdym", ale z moimi życzeniami dla całej rodziny. Wszyscy byli wzruszeni i odświętni. Przynieśli prezenty, Spędziliśmy cudowny czas.

Dla pakistańskiej babci to było pierwsze Boże Narodzenie w życiu.

Odstąpiłam od niektórych tradycji - zamiast karpia zrobiłam rybę w pakistańskich przyprawach i pieczone pierożki ("to polskie samosy, mamo!"), ale polski barszcz musiał być - smakował chyba najbardziej...

Nie wystarczyło mi odwagi na lekturę Ewangelii na początku. Może za rok się odważę.

A Wam życzę błogosławionych Świąt i niech się narodzi!! Gaudete, gaudete!!!








"dostrzec cud Wcielenia w natłoku obowiązków"




18 grudnia 2016

Koncert Bożonarodzeniowy

Dziś jest jeden z tych dni, kiedy mama może być dumna z synka :)

A jednocześnie mam nadzieję, że tę wariację na temat "Kurki Trzy" słyszę po raz ostatni w życiu... od tego zaczynają "dzieci Suzuki", no i pani nauczycielka kazała wszystkim to zagrać na koncercie... (utwór nr 2)

Kami też już nienawidzi tej melodyjki.

Ale w tej na dwie ręce się zakochał. Może dlatego to jego pierwszy utwór na dwie ręce?



Potem dzieci grały trójkami. Strasznie się ten koncert ciągnął przez to. Nie wiem jak wyglądają koncerty w polskich szkołach muzycznych, czy cała klasa po kolei coś gra a reszta czeka na swoje 5 minut (tutaj: dwie)? Maluchy bardzo ciężko to zniosły, a maluchów było sporo - całe rodzeństwo "artystów". A nawet sami artyści, niektóre dzieci nie miały 5 lat i siedziały w pierwszym rzędzie bez rodziców.

Był też jeden dziewięciolatek, który zagrał pięknego menueta Bacha. Zachwyciłąm się tym utworem niemal tak samo jak grą Kamyczka.

Generalnie - wspaniałe doświadczenie, trochę źle pomyślane organizacyjnie. Co by tu podpowiedzieć pani Elizabeth przed następnym...?

13 grudnia 2016

Do panów

Czy zaglądają tu jacyś panowie?

Co wybrać:

Audi A6
Volvo V70
BMW 520
Honda CR-V

Szukamy samochodu kombi na 5 osób, takiego, żeby z tyłu było wygodnie. Honda mnie zachwyciła ogromna przestrzenią w tym miejscu, ale resztą czynników już nie. Najpierw myśleliśmy o jakimś modelu z siedmioma siedzeniami, ale sa takie płaci się tu koszmarne podatki. A ilość wyjazdów w takim gronie jest na tyle rzadka, że bardziej opłaca się wtedy brać dwa auta...

Ilość koni i jakieś tam emisje CO2 mnie kompletnie nie interesują :)

Bardziej koszty utrzymania, prawdopodobieństwo kradzieży, wygoda... względy praktyczne

Bardzo jestem ciekawa co by wybrał polski mężczyzna (przepraszam, jeśli niechcący obraziłam kobiety, no ale jakoś nie mam przekonania, że którąkolwiek interesuje taki temat). Co się ceni w Polsce. Co Wy byście brali z tej listy?

Tutaj pan sprzedawca w salonie powiedział po prostu "wiecie... Volvo to Volvo".

Hmmmm


8 grudnia 2016

Na dzisiaj

Do posłuchania na dzisiaj, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia. Wspaniała schola, wspaniała pieśń. Polecam posłuchać innych ich utworów.


Słucham rozmarzona i zastanawiam się, czy moje struny głosowe kiedykolwiek wrócą do stanu "sprzed papieża". Teraz świszczę i chrypię, żadne takie gładziutkie śpiewanie nie uda się :(

22 listopada 2016

O narzekaniu

Naukowcy twierdzą, że narzekanie - krytykowanie, martwienie się, pesymizm i takie tam pokrewne kierunki - zmienia mózg człowieka.

Już wiele razy widziałam nagłówki z artykułami na ten temat, ale jakoś do tej pory je omijałam. przecież to mnie nie dotyczy, nie?

Jednak dotyczy.

Stwierdziłam, że zmieniam się w jakieś wkurwione zombie, przepraszam za słowa.

Wczoraj dwie godziny bezskutecznie usypiałam dziecko, normalnie jakby się czegoś nawciągał. A nawe słodyczy ostatnio mało je, to o co chodzi? Skakał i skakał po tym łóżku, jak mu w końcu dałam w dupę (tak!) to się rozryczał i zawył za tatusiem. Nie było go, w poniedziałki ma trening. Sorry, Winnetou, tylko mama ci teraz została. Nie zacytuję pozostałych słów, jakie mu powiedziałam tego wieczoru...

Wrzeszczę na to dziecko a jednocześnie cała się w środku kurczę, że nie daję rady nie wrzeszczeć. Że nie słucha, że nie umiem nauczyć go spać, że nie umiem zaprowadzić ładu i pokoju w moim własnym domu. Porażka. Nie sprawdzam się. Bo wczorajsza sytuacja to nie pierwszyzna.

Mam zasyfiałe wieczory - ani nie poczytam, ani nie obejrzę filmu. ani nie porozmawiam z mężem, ani nie załatwię żadnej z zaległych spraw, takich jak wkładanie zdjęć do albumu. Albo napisanie czegoś na bloga. Już nie mówię o pobieganiu, wieczorami i tak nie można, bo za duże ryzyko napaści - w okolicy mieszkaja uchodźcy i często czytamy w lokalnych gazetach o jakichś rozróbach a nawet gwałtach. Poczułam jakby może życie się skończyło.

Kami chodzi od niemal roku na pianino - zmusić go do ćwiczeń to niezły wyczyn. Uciekam się do perswazji, manipulacji, szantażu. Bo gdy - zrezygnowana do cna - oznajmiam, że w takim razie rezygnuję z lekcji, żeby przestać wyrzucać pieniądze, zaraz siada i się świetnie bawi. Zaczął ostatnio grać na dwie ręce, dopiero kilka taktów, ale to milowy krok. Niemniej jednak nasłuchałam się ostatnio od bliskiej osoby, że ćwiczyć to trzeba codziennie, w utalentowane dzieci w naszej rodzinie są codziennie pilnowane przez jedno z rodziców i teraz na konkursy jeżdżą! To sprawia to, że widzę jakim kiepskim rodzicem jestem, nie radzę sobie.

Wieści z mediów od jakiegoś czasu też staram się omijać, bo mnie nakręcają. Jednak jakoś przebiły się do mózgu. Czarno widzę przyszłość Szwecji i całej Europy. Wszystko, co do tej pory zbudowaliśmy ulega zniszczeniu i nie możemy tego powstrzymać.

Teściowa nie jest w stanie używać wanny, więc pewnego dnia wróciłam do domu a tu wanna wymontowana. A tyle lat marzyłam o wannie! Dopiero w domu się udało, mam dwie łazienki i jedną na tyle dużą, żeby mieć w niej wannę. Poprzedni lokatorzy nawet wstawili, niczym prezent z nieba dla nas. I kolejna przyjemność tego świata odeszła. Mąż mówi, że uzgodniliśmy to przecież, ale jak dla mnie było to tylko luźna rozmowa w stylu "cos trzeba zrobić, może na górę jednak da się jakąś małą wannę wstawić?".
Po wieczorze z wanną, a raczej bez wanny, wpadłam w rozpacz. Nad niczym nie mam kontroli!

Mogłabym podać jeszcze kilkanaście dziedzin, które mnie bezpośrednio dotyczą, nad którymi nie mam kontroli...

A może naprawdę zmienił mi się mózg?

Zdałam sobie ostatnio sprawę, że nie umiem juz żyć ewangelicznie i w każdym położeniu dziękować. To chyba ten właśnie ten moment, jeden z wielu, kiedy powinnam odpuścić "swoje życie". Może ta cała gehenna dzieje się tylko i wyłącznie w mojej głowie, bo uczepiłam się kurczowo jakiejś wizji, a ona się nie realizuje? Albo raczej - poległam na próbach jej realizacji.  A przecież miłość nie szuka swego. Może jednak moja szukała?

Tyle lat szukania dobrego we wszystkim, co mnie spotyka, nawet w tym trudnym czy niechcianym, byłam osobowoscią typu "pionier" - pełna entuzjazmu i kreatywności.
Ale już nie mam siły. Muszę wziąć się w garść i przewartościować różne sprawy. Czasem wystarczy przestać o nich gadać czy myśleć, czasem wystarczy nie odpowiedzieć na zaczepkę. A czasem trzebatupnąc nogą i zrobić grafik - w tych godzinach włączamy telewizor, w tych jemy kolację, a goście wychodzą o tej i o tej, nawet jeśli to rodzina.

Zaczynam od najważniejszego, już umówiłam się na spowiedź. Trzeba się najpierw nawrócić.


28 października 2016

Bardziej papieska od papieża

Dzisiaj nietrudno o to. Papież w zasadzie sam się prosi - roby wszystko, by papieżem nie być. Nie mieszka jak papież, nie zachowuje się jak papież, nie nosi strojów jak papież, czasem nawet nie przemawia jako papież tylko "biskup Rzymu".

Chociaż "nasz papież" też spotykał się z takimi zarzutami, pozory czasem mylą. Nie skupiam się na nich.

Ale tutaj jednak zabolało.

Głowa naszego Kościoła oraz lokalni hierarchowie gorąco zachęcają do włączenia się w obchody reformacji. W poniedziałek nastąpi oficjalne rozpoczęcie Roku Reformacji. Poniedziałek, bo to będzie 31.10, pięćsetna rocznica "protestu" Lutra.

Na pierwszą wzmiankę o włączeniu w te obchody Kościoła Katolickiego oburzyłam się. Jak to tak?? Bezczelni, zapraszać katolików do świętowania swojej herezji! Ktokolwiek podchodził do mnie podekscytowany "słyszałaś?? Papież będzie w Malmo!" napotykał na obojętność, w najlepszym razie.

W lecie jakoś jednak zgadałam się z kierowniczką szwedzkiego chóru w kościele, do którego chodzę, i ona zaprosiła naszą scholę do współudziału we mszy papieskiej, która będzie we wtorek 1 listopada. Wszystkie katolickie chóry w Szwecji przygotowały śpiewy, w najbliższą niedzielę będziemy je razem ćwiczyć - pierwsza i ostania wspólna próba.

A potem okazało się, ze ten nasz chór jest zaplanowany do spotkania dzień wcześniej, czyli 31 października w katedrze w Lund.

TYM spokaniu. Gdzie będzie dziękowanie za reformację!

Od razu poczułam niepokój, który zaowocował ostatecznie tym, że poszłam do szwedzkiej szefowej i powiedziałam, że się w tym nie widzę. Na co usłyszałam, że źle to wszystko rozumiem, to nie jest żadne świętowanie ani celebrowanie reformacji, tylko modlitwa o jedność i wzajemne przebaczenie. Chyba mogę i chcę modlić się o jedność, nieprawdaż? Poza tym Papież i biskupi też tam będą, chyba ufam hierarchii Kościoła? Taka postawa to dla niej bycie bardziej papieskim od papieża. Podesłała mi też dokumenty, z któych wynika to spotkanie - wspólna katolicko-luterańska deklaracja. Oficjalny dokument.

Złajała mnie jak burą sukę, przyznam się. Skutkiem czego pokajałam się i grzecznie poszłam na próbę przed-generalną do katedry. Bo tak, o jedność chcę się modlić. I tak, uważam, że trzeba iść za pasterzami.

Próba odbyła się ona wczoraj. Na wstępie wyjaśniono o co ma dokładnie chodzić. Pierwszą częścią nabożeństwa będzie podziękowanie za dary reformacji, drugą - modlitwa o jedność i wspólna modlitwa o pokój, i wreszcie - wspólne celebrowanie jednej Ewangelii (jak na ironię będzie odczytany fragment o winnicy, którą trzeba wyciąć jeśli nie przynosi owocu... przeczyta biskupka kościoła Szwecji). Już przy tych słowach zesztywniałam... a jednak kierowniczka chóru mnie wprowadziła w błąd. A może i ją wprowadzono - wszystkich nas wprowadzono! O szczegółach dowiadujemy się na samym końcu, gdy już jest za późno na jakikolwiek ruch. Inaczej zapachnie ostentacją i manifestowaniem "zamknięcia", tego samego, który to Polacy okazują wobec "uchodźców".
Reszta próby to był chaos i kakofonia, bębny i grzechotki w przepięknej katedrze. Kwintesencja fałszywej jedności.

Naprawdę nie mam nic do luteranów ani innych protestantów - bardzo chcę jedności, wierzę, że wiele nas łączy i że trzeba się tym cieszyć. Ale ta jedność tutaj, przy okazji tej rocznicy, jest wymuszana i jesteśmy w nią wmanipulowywani. Tak po szwedzku, w białych rękawiczkach - tutaj ceni się różnorodność pod warunkiem, że to jedna ze starannie zaplanowanych opcji różnorodności. Prawdziwie własne wybory są wysoce niepożądane - indywidualizm to egoizm przecież.

Spodziewam się już teraz wszystkiego. Piosenka o diversity i tęczy już jest, ulubiony hymn Marcina Lutra, ten, w którym prosi Ducha świętego o ochronienie od fałszywych doktryn, też, teraz jeszcze mamy zaśpiewać pieśń wdzięczności w czterech językach po słowach podziękowania za reformację... może flagi PRIDE na ołtarzu, który robi za stół...?

To takie moje notatki na gorąco, tuż przed Wielkim Dniem. Gorzkie, bo gorzko się czuję.

Już chyba nie pomyślę nigdy nic złego o pożytecznych idiotach, wrobionych w jakieś pseudo ekumeniczne przedsięwzięcia. Zostałam jedną z nich i czuję, że nic się nie da zrobić. Jutro próba generalna w "docelowych" strojach, sprawdzą czy dobrze wypadamy w telewizji. Kolejne pójście do kierowniczki chóru to by było chyba zerwanie storunkówm dyplomatycznych do końca życia, a ja przecież chcę, zeby polski i szwedzki chór współpracowały w naszej parafii.

Pozostaje wpiąć w klapę jakąś Matkę Bożą i z całych sił duchowych odseparować się od cudzych intencji. Iść tam z własnymi, tymi, które głosi Matka Kościół, nie tymi, które różni pasterze nam wykrzykują nad głową. Bo wierzę, że zasadnicza idea dążenia do wspólnoty i do bycia znakiem dla świata jest tym, co naprawdę chce Chrystus, wierzę, że nawet z grzechu (którym była herezja Lutra) Pan Bóg może zbudować swoje Którelstwo - jeśli ludzie się na to zgodzą i będą o to prosić. Ja właśnie będę, przepraszając także za moje grzechy.
Nie mogę się obwiniać za to, że jacyś ludzie będą próbowali podpiąć pod to swoją ideologię!

A fałsz ostatecznie wyjdzie na jaw, jakby kolorowo go nie pomalowali.

22 października 2016

Małe zwycięstwa

Nie wiedziałam, że pójście na basen to taka wielka sprawa.

Ale po kilktu tygodnaich pracy po 10 godzin na dobę, z weekendami, taka rzecz to wielkie wyzwanie.

Wtorek to nasz basenowy dzień w tym semestrze. Zajęcia są tak ustawione, że jadę na nie prosto z pracy, zgarniam tylko dziecko ze szkoły. W czasie jego zajęć, mam 45 minut na swoje popływanie. No idealny układ, poza tym, że od kilku tygodni nie pływałam, bo było dużo do zrobienia. W czasie zajęć dziecka siedziałam nad pracą...

Basen i pianino Kamyczka należą do mnie, mąż nie lubi pływać, a pianino uważa za przerost formy nad treścią (no i trzeba jechać na drugi koniec miasta na tę dwidziestominutową lekcję). Ale przez chwilowy nawał moich zajęć w poprzednim tygodniu to mąż był na basenie, nawet nie dałam rady wyjść z pracy, żeby ją przynieść do hali basenowej...

Teraz powoli zaczynam się wygrzebywać z tej góry zadań. W tym tygodniu już basen należał znowu do mnie. Ale ze stresu nie wzięłam rano strojów.

No więc pisałam potem sms-y do męża, żeby spakował i wziął ze sobą do pracy. Wracając ze swojej zgarnę po drodze.

Niestety, nie znalazł spodenek synka.

We wtorek mamy więc taką sytuację: wychodzę z pracy, basen za pół godziny, nie mam stroju a dziecko jeszcze w szkole... nie mamy drugich spodenek, a na pewno nie zdążę kupić nowych przed zajęciami.

Burza mózgu. A może jednak odpuścić, odpocznę przynajmniej, poleżę na kanapie przez chwilę...

Nie! Nie mogę tak łatwo się poddać. Zapytamy w recepcji czy nie znaleźli turkosowych spodenek. Jak mamy pływać, to się znajdą. To nic, ze już za pięć czwarta. Jedziemy!

Wpadliśmy na basen 2 minuty po rozpoczęciu zajęć. Pytam o te spodenki... pani idzie na zaplecze i przynosi!!! Od razu widać, że to mąż był na basenie z dzieckiem, mówię sobie. Ale nie mogę narzekać, w inne dni załatwiał ostatnio gotowanie, sprzątanie i kładzenie dzieci spać.

Sprintem do przebieralni, Kami spóźnił się na zajęcia tylko 5 minut. A ja dostałam jakichś skrzydeł podczas swojego pływania. A może raczej płetw. Pomimo kilku tygodni przerwy płynęło mi się lekko i sprawnie. Nie wyrobiłam całego dystansu, który zwykle pokonuję w 45 minut, ale miałam rózny oddech.

Największym sukcesem jednak był dla mnie sam fakt, ze w ogóle weszłam do tej wody. Tak łatwo było zrezygnować, miałam tyle wymówek, całkiem prawdziwych! Dla mnie to wtorkowe pływanie było jak ogromy sprawdzian charakteru.

Całe moje harcerskie życie odbywało się pod znakiem trenowania silnej woli i doskonalenia charakteru. Wtedy wydawało się to o wiele łatwiejsze niż dzisiaj. Wstać o północy i przez kilka godzin łazić po lesie, zamiast spać w ciepłym śpiworze. Podjąć wyzwania, o jakich nie śniło się mojej mamie. Samej organizwować rejsy morskie...

Nie wiem czy to ja się tak zmieniłam, czy też po prostu prawdziwe życie to zupełnie inne wyzwania niż nocna warta na obozie. Teraz nie mam siły na nic, a głupie pójście na basen to ogromne zwycięstwo.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...