29 października 2012

Wołowina po burgundzku

Nasza wersja Boeuf Bourguignon a'la Julia Child wymagała wyrzucenia boczku, więc robię to danie w wersji KOSHER (jak się okazuje... tak znalazłam w necie, no i w sumie to prawda... gotuję koszernie :) Muzułmanie ortodoksyjni nie uznają nawet dodawania alkoholu do gotowania, pomino tego, że cały alkohol wyparowuje w wysokiej temperaturze. Cóż, my się nie musimy tym przejmować, mój muzułmański mąż pochodzi wszak z zagubionego plemienia Izraela... ). Moim zdaniem niewiele traci, jest tak wspaniałe że nie wiem czy w ogóle mogłoby być lepsze! Jak mawiają - lepsze jest wrogiem dobrego. I tego się trzymajmy.

Składniki na gulasz:

ok 1,5 kg wołowiny pokrojonej w duże kostki (2,5 cm)
2 marchewki, pokrojone w dość grube plasterki
kilka cebulek szalotek (lub 1 duża), pokrojona 
3 chochle bulionu (mieszam wołowy z grzybowym - najpierw z wyciętych kawałków z w/w mięsa na gulasz i "włoszczyzny" ugotowałam gar bulionu, dodałam trochę kostki grzybowej, takie małe oszustwo... jakbym miała grzyby suszone to bym wrzuciła po prostu)
4 ząbki czosnku, wyciśnięte
1 łyżka koncentratu pomidorowego
0,5 l czerwonego wina, wytrawnego, o głebokim smaku
2 łyżki mąki
masło do smażenia (prawdziwe, niesolone)

Przyprawy:
1 łyżeczka tymianku
ok 0,5 łyżeczki soli
2 listki laurowe

"Zasmażka" (?) na koniec (krok 5 i 6):
ok 300 g pieczarek
8-10 cebulek-szalotek przekrojonych na pół
masło (niesolone)
chochelka bulionu
sól
pieprz
tymianek
pietruszka

Oryginalny przepis miał ze 40 kroków (no ale niektórzy muszą mieć opisany każdy krok, typu "ubrać fartuch", "otworzyć lodówkę"...), mój wygląda tak:

1. Na maśle obsmażyć wołowinę, po kilka kawałków na raz (żeby się ścięły a nie zaczęły dusić). Wrzucać do naczynia do zapiekania, u mnie to Le Creuset  (naprawdę warto takie jedno mieć!!! to taki tradycyjny "slow cooker")

2. Na resztkach masła zblanszować marchewkę i cebulę, ok 5 min. Wrzucić do mięsa.

3. Posypać mąką mieso z warzywami, pomieszać, wsadzić odkryte do nagrzanego piekarnika na 5 min, potem wyjąć. Pomieszać.

4. Wlać wino i bulion do garnka, dodać czosnek, koncentrat, przyprawy. Pomieszać i wstawić przykryte do piekarnika.. Piec ok. 2,5 - 3 godz w temp 160 C, nie trzeba zaglądać.

5. W tym czasie na maśle podsmażyć pieczarki, do lekkiego zbrązowienia, odłożyć na bok. 

6. Podsmażyć cebulki do zbrązowienia, dolać bulion i przyprawy (do smaku). Dusić ok 40 min, tak żeby cebulki się nie rozgotowały. Odstawić na bok.

Na koniec, po wyjęciu z piekarnika, wlać cebulki i pieczarki na gulasz. Pomieszać i niech chwilę postoi...


Zdjęcie nie robi większego wrażenia, ale smak - zapewniam Was, każdego powali. Wołowina rozpływa się w ustach, sosik palce lizać...  Serwowałam z ziemniakami puree, ale moim zdaniem z kaszą jęczmienną świetnie się skomponuje (skąd ja w Szwecji kaszę wezmę...), ryżem czy makaronem niekoniecznie, ale co kto lubi. Z chlebem będzie na pewno boskie :)



Kami zjadł TRZY porcje. Po talerzu zupy z makaronem, dałam my wywiadowczo jedną... po 10 minutach przyszedł po dokładkę... dałam więcej niż poprzednio... a potem znowu krzyczał "mama, jeszcze!!!"... no to trzecia porcja taka sama jak druga... wszystko wylizał!!!

Niepośledni ma gust ten mój synalek, nie ma co... ale nie będę mu przecież codziennie gotowała obiadu, któego przygotowanie zajmuje w sumie ok. 4 godzin (liczę czas brutto), musi czasem zadowolić się kanapką...

15 października 2012

A tymczasem w Pakistanie...

...odbywają się demonstracje i walka sił. Zadzwonili do nas w sobotę z Pakistanu z pytaniem czy słyszeliśmy o tym. W Rabwah nie słyszeli za bardzo, ale ciotka z Peshawaru zadzwoniła do nich i impowiedziała. Peshawar leży bliżej Afganistanu, całkiem blisko powiedziałabym nawet.

Otóż kilka dni temu 14-letnia dzieczynka z ternów SWAT (region przy granicy z Afganistanem) została zaatakowana przez talibów. Nie była to przypadkowa ofiara ich "statutowej działalności", ona była celem.

Ludność Pakistanu i całego świata głośno protestuje, media dostały szału, talibowie jeszcze wiekszego (ponoć grożą kolejnymi zamachami). Nie chcę tu wyrażać swoich słów oburzenia (to nie wymaga komentarza przecież), bo nie po to podjęłam temat. Chciałabym napisać o tym trochę z innej strony, podzielić sie swoimi świeżymi odkryciami.

Co mogą chcieć potężni i światli członkowie wpływowej organizacji od nastolatki ledwo umiejącej czytać i pisać...? Otóż dziewczynka zaczęła stanowić dla nich ZAGROŻENIE.

Jak taki cichy głos może cokolwiek znaczyć...? Podświadomie każdy z nas czuje, że przecież nie może, że propaganda jest tak silna, że jedna smarkula nic nie zdziała. Że paranoją jest myśleć, że opinie innych stanowią dla kogoś kwestię życia lub śmierci...

Otóż tak, to jest jedna wielka grupowa paranoja. W psychiatrycznym sensie tego słowa. Trafiłam niedawno na niesamowicie interesujący artykuł o apostazji w islamie, i on wspaniale wyjaśnia te właśnie mechamizmy. Autor, który jest arabistą i politologiem, odwołuje się do wielu źródeł, w tym publikacji samych muzułmanów na ten temat. Podkreśla, że to nie religia jest powodem takich zachowań, ale rzeczywistość grupowego narcyzmu, któremu religia tylko pomaga. Zacytuję fragment, podkreślenia w artykule moje. Zachęcam do lektury.

(Przy okazji czytania artykułu składam wyrazy szacunku Geertowi Hofstede, na którego tez powołuje się autor - moją pracę magisterską oparłam na teorii tego pana :) ironia losu czy moje przeznaczenie do wielokulturowości...?)
W początkach kształtowania się islamu odejście od wiary stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa całej społeczności, dlatego zrównanie apostazji z dezercją i karanie obu śmiercią miało swoje istotne uzasadnienie. Jednak współcześnie wartość praktyczna kary śmierci za porzucenie wiary w zasadzie niemal zanikła. Muszą więc istnieć jakieś inne, pozaracjonalne powody, dla których tak surowe traktowanie współwyznawców utrzymuje się w całym niemal świecie muzułmańskim.
(...) 
Odmienność zachowania, ubioru, przekonań - wszystko to podważa sens wiary i stanowi zagrożenie dla poczucia własnej tożsamości. Konstatacja ta dotyczy zwłaszcza kultur charakteryzujących się wysokim poziomem unikania niepewności, który pozytywnie koreluje z tradycjonalizmem w podejściu do ról społecznych, lękiem przed sytuacjami dwuznacznymi, wiarą w ciągłe zewnętrzne zagrożenie, rytualizacją zachowań społecznych, monopolizacją prawdy, a także z myśleniem magicznym mającym tendencję do przechodzenia w stany paranoidalne, które objawiają się przede wszystkim myśleniem w kategoriach spiskowych. (...) nie jest przypadkiem, że akurat na obszarze Bliskiego Wschodu, a więc tam, gdzie dominuje islam, ten paranoiczny styl myślenia jest szczególnie rozpowszechniony. Składa się na niego przede wszystkim wiara w istnienie perfidnego wroga i wielkiego, wszechobejmującego spisku, który ma zniszczyć unikalny styl życia tych, którzy odrzucają zepsucie moralne Zachodu oraz ich prawo do decydowania o własnych losach. Nie może zatem dziwić, że w jednostkach wychowanych w atmosferze wszechobecnego spisku wytwarza się - jak to określa psychiatra Antoni Kępiński - ,,pogotowie urojeniowe'', czyli stała gotowość do reagowania nastawieniem urojeniowym na sytuacje emocjonalnie trudne. To właśnie ta stała postawa obronno-zaczepna wobec świata społecznego tworzy fasadę urojeniową, pod którą kryje się lęk idący w parze z agresją. A ponieważ paranoik czuje się stale zagrożony, więc jedyną obroną przed poczuciem poznawczej i emocjonalnej niepewności jest ,,droga prawdy''. Stąd zapał, z jakim jednostki przesiąknięte atmosferą zagrożenia i bezsilności poświęcają się Wielkiej i Jedynie Słusznej Idei, dla której gotowi są znosić największe poniżenia, a która dostarcza jednocześnie systemu wartości usprawiedliwiającego agresję w stosunku do tych, którzy tych wartości nie zaakceptowali. System taki musi być nienaruszalny, stabilny i niezmienny, bowiem tylko twarde trzymanie się celu i zasad chroni przed psychiczną dezintegracją. To właśnie ten lęk przed dezintegracją wymusza zwarcie szeregów, czyli, jak to określa Kępiński, ,,hiperintegrację'', a więc bezwzględne oddanie się we władanie jednej niepodważalnej ideologii i podporządkowanie jej całego życia. Na poziomie społecznym hiperintegracja wiąże się z daleko posuniętą kazuistyką w zakresie rozwiązań prawnych, represjami wobec mniejszości, penalizacją zachowań dewiacyjnych, ostrym przeciwstawieniem wiedzy elit ignorancji mas i autorytaryzmem społecznym. I nie przypadkiem charakterystyka ta odpowiada rysom psychologicznym, jakie dają się wyróżnić w przypadku osobowości autorytarnej: uległości wobec autorytetów, sztywności rozumowania, wartościowaniu w kategoriach ,,wszystko albo nic'', silnym uprzedzeniom do wszystkiego, co odmienne, konserwatyzmowi przekonań religijnych.
(...)
Russell wskazywał na to, że najważniejszym problemem dla istnienia [takiego] społeczeństwa jest umiejętne zharmonizowanie dwóch elementów: kontroli kolektywu nad jednostkami (by chronić społeczeństwo przed anarchią) oraz inicjatywy indywidualnej (która jako jedyna może zapewnić rozwój tego społeczeństwa). Islam rozwiązuje ten problem w typowo dogmatyczny sposób. Tworzy relacje podporządkowania i wikła jednostkę w sieć zależności przymuszając ją, by upodobniła się maksymalnie do innych członków wspólnoty.
To właśnie ta wewnętrzna logika islamu z jej ideałem jedności (jeden Bóg, jedna wspólnota, jeden język, jeden sposób życia) wymaga (pod)porządkowania, ujednolicania i wchłaniania tego, co budzi poznawczą i emocjonalną niepewność, a jednocześnie odrzucania tego, co odmienne. Jest przy tym symptomatyczne, że taki rodzaj monomanii jest charakterystycznym rysem pewnego typu fanatyków - a fanatyzm jest charakterystyczną cechą narcyzmu grupowego. (...) W psychiatrii mówi się w takich przypadkach o typach schizoidnych z cechami paranoidalnymi - cechuje ich podejrzliwość, nieufność, drażliwość, obraźliwość, skłonność do samowoli, despotyzm, egoizm.
Teraz już wiemy czym są ataki talibów i terrorystów. Hiperintegracją grupy, stworzonej sposób nienaturalny (naturalne więzi mają naturalną integrację), o cechach narcystycznych, która objawia się przez paranoję i urojenia. Przypadek kliniczny.

Takie grupy istnieją nie tylko w świecie muzułmańskim, pamiętacie zbiorowe samobójstwa członków sekty Moona (czy jak mu tam było) i sektę scjentologów...? Każde wyłamanie się z grupy zagraża jej istnieniu. Zastanawiam się czy średniowieczne polowanie na czarownice nie było sygnałem tej samej choroby w Kościele. Ale nie mam dość wiedzy na ten temat, żeby wyciągać wnioski, nie umiem porównać skali tamtego zjawiska z tysiącami pomordowanych za apostazję.

Jedno jest pewne: tu i teraz kocham Kościół i chrześcijaństwo. Za "kochaj i rób co chcesz" św. Augustyna, za całkowitą wolność.
Można "wejść" i "wyjść", nic nie jest "z automatu".
Można śpiewać i można milczeć.
Można po polsku i można po arabsku.
Można charyzmatycznie i kontemplacyjnie.

Nikt nie ma paranoi z powodu moich poglądów. Nie zostanę postrzelona przez lokalnego proboszcza choćbym nie wiem co powiedziała o jego religii...

Niech Bóg ma w opiece Pakistan i wszystkie miejsca objęte paranoją narcyzów.

9 października 2012

Signum temporis

... dzieci nie wiedzą do czego służy zegarek!

Kładziemy się spać, zerkam na zegarek w kącie sypialni żeby kontrolować ile mi zejdzie na usypianie Kamyczka. Kami pyta:
- co robisz, mama?
[ja] - Patrzę  która godzina, żeby wiedzieć ile się będę męczyć z tobą dzisiaj (taki żarcik)
[K] - aaa...
Wstaje, zaczyna czegoś szukać pod materacem
[ja] - co robisz, Kami? Czego szukasz?
Kami. szuka, szuka, po chwili pyta:
- gdzie telefon, mama?
[ja, zaczynam sie domyslać] - Ale po co ci teraz telefon, nikt nie dzwoni!
[K, chwilę myśli, dobiera slowa] - Kami też chce zobaczyć godzinę!

No przecież! jakie zegarki! mama zawsze sprawdza godzinę na komórce jak jestesmy na spacerze! To co się dziwisz, mama...

***

Dziś rano ubieram się do pracy, Kami w kuchni wcina jogurcik. Zorientował się, że nie mam mnie w kuchni:

- Mama, gdzie jesteś? Mamaaaaaa???

Wchodzę do kuchni ubrana do wyjście. Kami smutnieje.
- Gdzie idziesz, mama?
[M] - Do pracy, synku
[K] - Nie do pracy, w domu zostań! chodź, gotować!

Leci do lodówki, otwiera, pyta:
[K] - Co chcesz gotować, mama?
[M] - Nie mogę zostać w domu, bardzo bym chciała, ale muszę iść popracować dzisiaj... Nie mogę zostać z Tobą!
[K] - Mogę, mogę!!!

I już ma łzy w oczach... i ja już też mam, jak tu nie zacząć gotować w takim momencie.

***

Wczoraj siedzimy na kanapie i bawimy się. W pewnej chwili poczułam niemiły zapach, wiadomo jaki.
Pierwsze skojarzenie:
- Kami, czy ty właśnie zrobiłeś kupę??? (w pytaniu pobrzmiewa irytacja, że nie powiedział i nie zrobił na toaletę)
Kami odpowiada:
- Nie.... Puściłem bąka!

Piękny przykład abstrakcyjnego myślenia, jestem dumna!

2 października 2012

O polskich knedlach i pakistańskim mężu


Knedle ze śliwkami to w naszej rodzinie danie legendarne. Legenda polega na tym, że TYLKO Babcia Dana umie je zrobić i już.

Oczywiście ufne we własne siły już dawno chciałyśmy udowodnić, że "dla chcącego nic trudnego" i "jak to, MY NIE DAMY RADY???"

No więc kilka(naście?) lat temu Kinga i ja próbowałyśmy porwać się na knedle... wszystko trzeba było wyrzucić, ciasto było jedną wielką kluchą.
Ponoć Kinga jeszcze potem próbowała, z podobnym skutkiem.
Nasza mama (córka Babci Dany) też próbowała, z takim samym rezultatem.

Przerażenie nas ogarniało na myśl, że być może za kilka lat zniknie w naszej rodzinie ta tradycja, że Prawdziwe Knedle sa śmiertelnie zagrożone!

Niedawno wysłałyśmy mamę na szkolenie do babci. Miała SAMA zrobić knedla, a babcia tylko patrzeć. Ponoć udało się!

Mama, ufna już we własne siły, zrobiła potem ciasto na knedle sama w domu. Ja lepiłam. Wyszło nienajgorzej, ale zbyt ziemniaczane. Ale krok w dobrą stronę!

Po powrocie do domu, kiedy przyszedł i do nas sezon śliwkowy (węgierki są tu importowane z Polski!!!), postanowiłam zmierzyć się z potworem. Zadzwoniłam do babci dopytać szczegóły i zabrałam się do walki.

Moje pierwsze knedle wyszły prawie idealnie. Coś jeszcze nie grało, chyba było za mało mąki, ale był to kolejny mały krok w dobrą stronę.

Drugie i trzecie były już IDEALNE :)

Niniejszym ogłaszam, że złamałam tabu i umiem robić knedle. I tu i teraz zapisuję tajemnicę dla potomności.

Przepis na ciasto jest taki (mniej więcej):

ok 1,3 kg ziemniaków
10 płaskich łyżek mąki
2 jajka
trochę soli (jeśli ziemniaki nieposolone, na przykład gotowane na parze)

Ziemniaki gotujemy i od razu na gorąco tłuczemy na puree. Zostawiamy na min 24 godz (to bardzo ważny krok, nie da się go przyspieszyć!).
Nastepnego dnia dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy ciasto. Powinno być klejące, takie ziemniaczane.

Przy pierwszych dwóch podejściach wałkowałam i wycinałam kółka, którymi potem zawijałam śliwki. Dzisiaj zwinęłam ciasto w rulonik i odkrawałam małe kawałeczki. Każdy osobno rozgniatałam w rękach i owijałam dookoła śliwki. O wiele szybciej i czyściej.

Gotujemy wodę w dużym garnku, na wrzątek wrzucamy po 15 knedli. Od razu trzeba delikatnie zamieszać, żeby nie przywarły do dna. Po powtórnym zagotowaniu sie wody (knedle będą pływały już wtedy po wierzchu) gotujemy ok 4 min.

Wyjmyjemy delikatnie na durszlak, polewamy zimną woda. Wkładamy do miski, polewamy bułeczką tartą (roztopione masło - niesolone!, bułka, cukier, cynamon).

Z w/w proporcji wyjdzie około 45-50 knedli (zależy jak duże śliwki).

Moja innowacja polega na tym, że używam bułki tartej pełnoziarnistej (jest ciemniejsza) i dodaję cukru i cynamonu do bułki. Smakuje nawet lepiej niż knedle babci Dany :)

***

Dodam na zakończenie, z bólem serca, że mój pakistański (= mięsożerny) mąż nie docenił tego Wielkiego Kroku w Dziejach Ludzkości. Przy kolejnych knedlach wszedł do kuchni, pozaglądał w garnki, popatrzył na mnie zniecierpliwiony i zapytał:
- co Ty właściwie robisz?

Powiedziałam z dumą, że jestem Super Żoną i robie mu najlepsze knedle na świecie. A o na to:
- Wszystko rozumiem, ale CO NA OBIAD?

(...)

I żeby mnie jeszcze pognębić na odchodne dodał:
- Ty chyba nie robisz tych knedli dla mnie, tylko dla SIEBIE.

W sumie... ma chłop rację! :)

30 września 2012

Chleb się chlebie...

Chleba takiego jak ten od Cześka 

Nie kupisz nigdzie nawet w Warszawie 
Bo Czesiek piekarz nie piekł lecz tworzył 
Bochny jak z mąki słoneczne kołacze
Kłaniali mu się ludzie gdy wyjrzał
Przez okno w kitlu łyknąć powietrza 
A masłem kromkę smarując każdy 
Mówił: nad chleby ten chleb od Cześka 

Chleb się chlebie chleb się chlebie 
Bo nad chleb być może co 
Chleb się chlebie chleb się chlebie 
Niech ci nigdy nie zabraknie 
Drożdży wody rąk i ziarna 
(mruczał Czesiek tak noc w noc)


Nasza wersja ballady jest nieco bardziej współczesna. Zakwas i drożdże kupujemy w supermarkecie, zwykłą mąkę mieszamy z pełnoziarnistym orkiszem, żytem i pszenicą, wsypujemy pesteczki z dyni i wrzucamy wszystko do brzucha współczesnego prodiża skrzyżowanego z robotem kuchennym, czyli WYPIEKACZA CHLEBA.

Kami aka Czesiek pomaga odmierzać i bacznie pilnuje czy chlebek rośnie ("Kami popatrzy, Kami popatrzy! Gdzie latarka, mama?").


Kiedyś napisałam mały esej na temat szwedzkiego chleba. Pani nauczycielka bardzo się śmiała i jednocześnie widać było, że ją zatkało. W szkole szwedzkiego trzeba było bowiem napisać krótkie wypracowanko na temat "najdziwniejsza rzecz w Szwecji" i ja wybrałam ... chleb. Bo szwedzka kultura chleba jest przedziwna i mi się w ogóle nie mieści w głowie. A raczej w gębie.

Do chleba bowiem dodaje się cukru (na tyle dużo, że chleb jest naprawdę słodki), a potem do jedzenia smaruje się go bardzo słonym masłem...

Esej esejem, ale ja naprawde nie jestem w stanie jeść tego chleba. Masła niesłonego ze świecą szukać (tylko w dużych sklepach jest, jak się skończy wieczorem i pójdę do lokalnego "araba" to nie ma szans), chleba niesłodkiego także. Choć z tym nieco lepiej, różne bułki, na przykład, są inspirowane bagietkami i ciabattami.

Ale chleba takiego jak ten od Cześka tu nie ma.

Zainspirowana różnymi artykułami i opiniami, a przede wszystkich tęsknotą za prawdziwym chlebem, postanowiłam spróbować. Kupiłam sprzęt, bo wyszło mi że to się opłaci. Wielka wygoda, włączasz maszynę i wychodzisz z domu, po powrocie chleb gotowy. Albo programujesz wieczorem, o 3 w nocy maszyna się uruchamia, i na rano świeży chlebek...

Do wypiekacza chleba dołączono przepisy, ale jakoś nie próbowałam jeszcze żadnego. Przepis z pudełka na zakwas sprawdził się i póki co ten modyfikuję (głównie testuję proporcje mąki). Te z wypiekacza nie miały zakwasu tylko same drożdże, więc musza poczekać na dzień kiedy mój mąż zażyczy sobie bielutkiego pszennego chlebka.

Ostatnia, póki co najlepsza, wersja to taka:

500 ml wody
800 g mąki (mieszam pełnoziarnistą pszenna, żytnią i orkiszową z mąką razową żytnią i zwykłą pszenną; pszennej powinno być ok 30%)
12 g świeżych drożdży
150 g zakwasu
3 łyzeczki soli
ok 80 g pestek z dyni
łyżka oliwy z oliwek
łyżeczka cukru (do wzrostu drożdży)

Wszystko się wsypuje do wypiekacza, w takiej mniej więcej kolejności jak wypisałam (woda na początku, potem mąka i dopiero potem reszta). Włączam program "chleb pełnoziarnisty".

Wypiekacz sam wszystko miesza. Kami zagląda. Potem ja zaglądam, a raczej nasłuchuję. Jak ciasto już się wymiesza i "odpoczywa" to wyjmuję mieszadła (potem zostawały w chlebie i robiły dziury). Chlebek rośnie, potem zaczyna się piec. Po ok 4 godzinach wszystko gotowe.

Wyjmuję gorący chleb na kratkę z piekarnika, przykrywam ściereczką lnianą. Wypiekacz jest czyściutki, nie ma żadnego "sprzątania po pieczeniu", tylko umycie metalowej foremki, co zajmuje może minutę.

Chleb waży ok 1 kg i przecudnie pachnie. Jest potem lekko wilgotny, nie kruszy się, robi wspaniałe kanapki. Człowiek najada się tak, że do lanczu wystarcza bez problemu.

Muszę tylko popracować jeszcze nad tym lekkim opadaniem.

17 września 2012

Nowy Oksymoron: Szwedzki Skrzypek

... a ściślej: "światowej klasy szwedzki skrzypek", tudzież "wybitny szwedzki pianista"

Zdałam sobie właśnie sprawę, że te pojęcia to OKSYMORONY. Nie wiem czy pamiętacie lekcje polskiego z podstawówki (z lat osiemdziesiątych cough cough), ale z wielu gramatycznych pojęć tamtych czasów zapamiętałam szczególnie słowo "oksymoron". Oznacza on bowiem takie wyrażenie, w którym poszczególne jego elementy przeczą sobie nawzajem. Na przykład "pracowity leń". Albo: "gorący lód".

Książka Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" uświadomiła mi, że "szwedzki skrzypek" to też oksymoron.

Amy Chua jest potomkiem chińskich imigrantów, która wychowała dwie córki w USA. Wsławiła się ty, że stosowała "niekonwencjonalne" metody, które potem opisała w w/w książce. Niekonwencjonalność tych metod polega na tym, że nie przystają zupełnie do obecnej mody wychowania dzieci panującej w zachodniej kulturze, w kulturze "egalitarnego kołchozu" (tak, tak, dla niej Amerykański indywidualizm tak się objawia) i fałszywego rozumienia pojęcia "wychowanie".  Jak sama pisze:
"(...) wychowanie dziecka na chińską modłę to na wskroś samotnicze zajęcie - przynajmniej na Zachodzie, gdzie człowiek zdany jest wyłącznie na siebie. Musi stawić czoło całemu systemowi wartości - wywodzącemu się z Oświecenia poszanowaniu dla autonomii jednostki, teorii rozwoju oraz Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka - i nie ma z kim szczerze pogadać (...)".

Metody Amy polegały na bezwzglednym decydowaniu co dla jej córek jest najlepsze. Na zmuszaniu ich do wielogodzinnych ćwiczeń (gry na fortepianie i skrzypcach), na zabranianiu nocowania u koleżanek (zły wpływ zachodnich matek i to straszne marnowanie czasu!), pełnym kontrolowaniu aktywności szkolnych (nie wolno było dziewczynkom grać w przedstawieniach czy trwonić czasu na sport) czy na zakazie telewizji i gier komputerowych. Wszystko odbywało sie jednak w kochającej rodzinie, ze wsparciem męża (nie-chińczyka), przy ogromnej wzajemnej miłości. Choć lała się krew (przyslowiowa), pot i łzy, choć noże (przysłowiowe) latały w powietrzu. "Chińska matka" zdecydowanie nie ma lekko, wcale nie znajduje w tym przyjemności, ale uznaje to za naturalną konsekwencję posiadania dzieci.

Wiele rozdziałów poświęconych jest muzycznej edukacji córek. Edukacji, która wymagała tych wszystkich poświęceń, ale która uczyniła dziewczynki bardzo dojrzałymi i odpowiedzialnymi. Ich muzyczne zdolnosci, rozwijane w taki bezceremonialny sposób, budziły zachwyt otoczenia, ale nauczycielki muzyki niejednokrotnie krytycznie oceniali ich warsztat ("widać braki w technice, dziecko na mało ćwiczy"), ku przerażeniu matki, która mocniej dokręcałą śrubę po takich słowach.

Dziwne, że jeszcze sie dało.

Motywacją Amy nie były jej osobiste ambicje, i to jest w tym wyjątkowe. Była nią świadomość, że jej dziecko to nieoszlifowany diament, który powinien kiedyś zabłysnąć. Że nie wolno jej się lenić przy tym szlifowaniu, bo potem będzie za późno. Że nie wolno się zgadzac na miernotę i bylejakość (tak powszechne w "zachodnim" wychowywaniu dzieci), bo to zgnilizna moralna - święty spokój rodziców, ale degeneracja dzieci. Amy uznała, że wysokie wymagania wobec dzieci to dowód na to, jak wysoko je ceni: ich inteligencję, talent i charakter. To było chińskie świadectwo jej miłości do dzieci.

Żeby być "chińską matką" wcale nie trzeba pochodzić z Chin. Pojęcie to określa w/w model wychowania. Amy na swej drodze spotkała wiele chińskich matek pochodzących z Korei, Pakistanu, Jamajki czy Ghany, a nawet jeden mężczyzna z Dakoty Południowej był taką matką.

Na pewno nie spotkała szwedzkiej chińskiej matki.

Metody Amy w państwach Skandynawskich byłyby bowiem uznane za... KRYMINALNE. Niedawno widziałam wywiad z pracownicą jakiejś norweskiej instytycji, która opowiadała jak to matki, których dzieci poskarżą sie w szkole, że nie wyszły grać w piłkę bo musiały ćwiczyć na pianinie, bedą wezwane do szkoły (w pierwszym etapie), żeby im zwrócić uwagę, ze to niewłaściwe. Nie dodała co potem, ale zakończenie łatwo przewidzieć (w kraju, gdzie rocznie odbiera się kilka tysiecy dzieci, na przykład "za nadopiekuńczość" lub "zbytnie tłumienie (samo)woli dziecka").

Jedno jest zatem pewne: szwedzki model wychowania nie daje szansy nikomy na zostanie skrzypkiem czy pianistą. Ten zawód po prostu WYMAGA wielogodzinnych ćwiczeń, i to od dziecka, gdy człowiek jeszcze rośnie. To stymuluje rozwój palców i ciała w określony sposób, którego nie da się osiagnąć jak sie zacznie w wieku kilkunastu lat, pomijając zwykły czas potrzebny na wykształcenie warsztatu.

Czytając książkę ma się mieszane uczucia, bo matka ciągle łamie indywidualizm (i lenistwo córek), ale też ciągle je ciągnie w górę. Wszystko ma być perfekcyjne - ale nie jest to jakaś bezwgledna wartość, ona po prostu zna swoje dzieci i wie, jakie są zdolne. Na przykład, wybrzydza otwarcie na niechlujnie zrobioną laurkę na urodziny, czuje się urażona, że córka poświęciła jedynie 20 sekund na swoje "dzieło", wytyka jej, że stać ją na o wiele więcej (podcas gdy zachodni rodzic by się "zachwycił" bohomazem, z ulgą że dziecko w ogóle miało ochotę palcem kiwnąć, mogło przecież siedzieć przy komputerze w swoim pokoju i mieć rodziców w głębokim poważaniu). I stać. I nie jest wcale nietaktem, że matka to wytknęła, bo taka jest - w jej mniemaniu - rola WYCHOWANIA.

Jedno mnie przekonuje w wywodzie Amy. "Jakoś nie chce mi się uwierzyć, żeby zachodni model wychowania był gwarancją szczęścia. To niewiarygodne ilu zachodnich rodziców mówi w podeszłym wieku, ze smutkiem kiwając głową: >>Jako rodzic nigdy nie będziesz górą. Choćbyś stawał na głowie, dzieci na starość cię znienawidzą<<. Z kolei nie uwierzycie ilu spotkałam na swojej drodze Azjatów, którzy - w pełni świadomości bezwzględnej surowości i wygórowanych wymagań rodziców - bez skrępowania deklarują wobec nich swą wdzieczność i przywiązanie, nie zdradzając przy tym cienia urazy bądź rozgoryczenia. (...) Ale jednego jestem pewna: zachodnie dzieci wcale nie są szczęśliwsze od chińskich".


Ciekawe, że niedawno czytałam podobne wywody o zgubnym wpływie różnych teologii (oświecenia, marksizmu, liberalizmu) na system wartości i tożsamość człowieka. Był to wywiad z biskupem Martinezem, o czymś zupełnie innym, ale jednak nie takim całkiem innym... o mentalnej kolonizacji współczesnego świata. Czytając książkę Amy Chua, widzę że nasze myślenie o wychowaniu dzieci również zostało skolonizowane. W dzisiejszym świecie trzeba być "wiernym i miernym". Oficjalnie to się nazywa "bezstresowe wychowanie".

8 września 2012

Szyfr

Dla pań przedszkolanek Kami mówi SZYFREM.

Poskarżyły mi się ostatnio, że on i Kacper (kolega z grupy) po powrocie z wakacji gadają ze sobą jak najęci, a one nic nie rozumieją! Wyraźnie były niezadowolone z tego powodu, ja za to zrobiłam się dumna jak paw :)

Podpytały mnie o kilka słów, które często się powtarzają, jednym z nich było "to moje!".

Tak, to zdecydowanie ulubione słowo Kamyczka.

Tudzież Kacpra, stąd gorliwa gestykulacja między nimi i argumenty, które przyciągają uwagę pań.

Kami już mówi tak dużo, że w zasadzie nie wiem jak to opisać. Nie sposób zacytować wszystkich jego zdań, gada cały dzień jak najęty.

Przykładowe poranne powitanie:
- "Mama, Kami chce mleko na butelce"
[M] - zaraz ci dam, jeszcze śpię
[K] - Mama, Kami chce mleko na butelce TERAZ. Chodź mamusia, do kuchni! A tatuś śpi (i tu następuje wymowny gest ściągania ze mnie kołdry i naciągania jej na tatusia).
[M]...
Kami zadziera żaluzje
[K] - Widzisz, już nie jest noc!!!
[M]...
[K bardzo płaczliwie] - Mama, Kami chce JEŚĆ!!!!

Bardzo przekonujący jest ten Kamyczek, chodź użycie przypadków gramatycznych pozostawia trochę do życzenia...

***

Przy śniadaniu czasem wyglada to tak:
- Kami chce jogurcik z kudarami i soku na butelce [po szwedzku "kuddar" to nasze "jaśki"; nienawidzę łatwizny językowej i domorosłych kalek, ale to jedyne słowo, które zniekształcamy w ten sposób... chyba dlatego, że słowo "jaśki" jakoś się mnie nie trzyma w kontekście jedzenia... "kudary" traktuję jak nazwę własną]
Otwiera lodówkę i pokazuje sok.
- Tego soku!

Jemy śniadanie. Nagle słysze sakramentalne:
- Dżordża*! Kami chce Dżordża! na telewizorze!
... albo nie, Kami chce Myszka Miki na komputerze!

Tu zaczynają się negocjacje.
[M] Najpierw zjedz śniadanie.
[K] - Nie, Kami chce śniadanie w pokoju. Na stoliku. nie na dywanie! (tu już wie, że mnie przekonał, bo na dywanie przed TV nie pozwlam jeść, ale na jego małym stoliku owszem)
[M] - Dobrze, ale masz jeść, nie tylko oglądać. Będę Cię obserwować.
[K] - Dobrze, mama. Chodź!

***

Zdarza sie Kamyczkowi, ze zamienia sylaby. W niektórych słowach tylko, i zaczyna to zanikać:
- "chodź, KUPAŻĘ CI" (zamiast "pokażę")
- "tam, w KAPUJU są buty" (zamiast w "pokoju")

Zawsze mnie to rozbraja i umieram ze śmiechu.

***

Do tatusia Kami mówi mniej, wtrąca słowa w urdu (tutaj - "idhar", tam - "udhar") albo szwedzkie ("Kom, Pappa" - chodź, Tata), ale bardzo często gada do niego po polsku:
- Widzisz, Tatuś? Kami umie! Widzisz??

A tatuś ani be, ani me... jakby nie widział...

***

A dzisiaj przy pestkowaniu śliweg Kami przybiegł do kuchni, i zakrzyknął gromko:
- Kami pomoże mamusi!

Po czym przystawił krzesło, wysłuchał instrukcji drylowania śliwek, i zaczął drylować... Po swojemu. Nadgryza śliwkę, wydłubuje pestkę, wyrzuca, a śliwkę wrzuca do garnka. I opowiada:
- Tak o się wyjmuje. Pestka jest niedobra, trzeba wyrzucić! A śliwka tu!
A na koniec dodał z dumą: - Widzisz, Kami pomaga mamusi, a tatuś tam w pokoju siedzi na komputerze!

Zaiste, Kami opanował szyfr Enigmy :)



*ulubiona bajka Kamyczka to od dawna "Ciekawski George", ale ostatnio podejrzał gdzieś Myszkę Miki i "wiewiórki" (czyli Chip i Dale), wiec nie wiem co to będzie z Dżordżem...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...