Jakiś czas temu pisałam o moich przemyśleniach zainspirowanych książką Amy Chua "Bojowa pieśń tygrysicy" czyli (podtytuł ) "Dlaczego chińskie matki są lepsze?".
Teraz trafiłam na "French children don't throw food" ("Francuskie dzieci nie wybrzydzają przy jedzeniu") amerykańskiej dziennikarki Pameli Druckerman, podtytuł aż sie ciśnie na usta: "Dlaczego francuskie matki są lepsze?"
A może to po prostu amerykańskie sa gorsze...? ;)
Nie żebym szukała poradników... ale taki początek książki zainteresuje każdą matkę:
"Siedzieliśmy we francuskiej restauracji, z naszą małą córeczką. Mój mąż i ja nieustannie biegaliśmy za nią po całej restauracji, i pilnowaliśmy, żeby niczego nie rozwaliła ani nie przeszkodziła innym gościom. Strategia posiłku to było skończyć go jak najszybciej i wyjść. Kolacja była dla nas udręką, a była to pierwsza z wielu podczas tych wakacji na lazurowym wybrzeżu. Marzenia o urlopie prysły. Po kilku posiłkach zauważyłam, że przy innym stole siedziała francuska rodzina, z dziećmi mniej więcej w wieku naszej małej, i ich posiłek wcale nie wyglądał jak piekło. Żadnego narzekania ani kręcenia się. Dzieci siedzą razem z dorosłymi i czekają na przystawkę, potem na główne danie. Jedzą to, co wszyscy, nawet rybę i warzywa. Wydają sie cywilizowane, wesołe i pełne uwagi.
I zauważam jak bardzo brakuje tego w naszym życiu. Zaczynam obserwowac Franzuców, jak to jest, że ich dzieci umieją czekać, sa posłuszne i wcale nie wyglądają na zastraszone...?"
(wolne tłumaczenie i streszczenie)
Nie muszę mówić, że nasze posiłki z Kamyczkiem w restauracjach wyglądają raczej jak te amerykańskie, nie jak francuskie...
Książka bardzo wciąga, opisuje "francuską przygodę" amerykańskiem matki i brytyjskiego ojca, ich oczekiwanie na dziecko, potem pierwsze lata życia pierwszej córeczki i jej dwóch braci bliźniaków.
We "francuskich" sposobach na uczenie rytmu dnia (i posiłków), cierpliwości i inwencji twórczej dziecka zasadniczą rolę odgrywa "cadre"czyli sztywna rama pryncypiów, wewnątrz której panuje pełna wolność. Kategoryczne zakazy są bardzo skąpe, ilość przyzwoleń duża - i każdemu łatwo się w to wpasować. Na przykład, dziecko nie przekąsza między posiłkami, a potem siedzi i spokojnie czeka na czterodaniowy posiłek, gdzie na początku są warzywa a na końcu sery. Albo to: o konkretnej godzinie (20) dzieci idą do swojego pokoju i zaczyna się czas dla dorosłych, dzieci nie muszą iść spać, mogą robić co chcą, pod warunkiem, że u siebie.
Dziecko od samego początku jest traktowane jak "mały człowiek", a nie "pół-człowiek", ktoś kto ma swoje emocje, kto rozumie, kto jest w stanie myśleć racjonalnie. Ach, jakie to montessoriańskie. Ma mówić "bonjour" na powitanie i używać ładnego języka (podcas gdy w USA dzieci sie na ogól nie zauważa, a na pewno nikt nie oczekuje od nich żadnych powitań).
We francuskiej rodzinie to rodzic podejmuje decyzje, ale stara sie tłumaczyć dlaczego. Choć czasem nie robi tego, bo tego właśnie wymaga budowanie przez niego autorytetu, na przykład gdy trzeba stanąć na wagę u lekarza a dziecko nie chce... wtedy trzeba je po prostu postawić i nie tłumaczyć.
Dziennikarka opisuje też swoje relacje z innymi francuskimi matkami i do siebie samej jako kobiety, matki, żony i kochanki. Odkrywa dlaczego francuskie żony o wiele mniej narzekają na swoich mężów niż amerykańskie, i dlaczego w ich życiu jest więcej luzu i spokoju. One po prostu nie oczekują zbyt wiele od mężczyzn :) wiedzą, że w pewnych kwestiach nie mogą na nich liczyć i nie ma co na to narzekać.
Druckermann zachwyca się systemem przedszkoli/żłobków, które wprowadzają małego człowieka w świat społeczeństwa - i jednocześnie odkrywa ogrom uprzedzeń amerykańskej matki do tegoż. System szkolny też początkowo budzi jej zastrzeżenia, bo nie słyszy peanów zachwytu nad każdym testem swojej cóki, nauczycielka za to wypunktowuje to, nad czym należy pracować... (i tu poczułam deja vu - jakbym czytała relację z drugiej strony, relację tych, którzy tworzą generację ludzi z medalami za samo uczestnictwo, od których się niczego nie wymaga i którzy w związku z tym przestają się starać, co tak potępia Amy Chua, chińska matka w USA).
***
Sporo ciekawych i trafnych uwag. Jednak czytając widzę cały czas jak bardzo amerykańska jest autorka, bo wiele z tych jej odkryć nie jest dla mnie żadną nowością. Że nie będę przez pierwsze trzy lata chodzić zaniedbana w rozciagniętych dresach...? Że nie będe czytać miliona poradników o rodzicielstwie? Że nie będę go chwalić za samą wolę zrobienia czegoś tylko za włożony wysiłek? Myślę, że polskim matkom, zwłaszcza tym z tzw "klasy średniej", pod wieloma względami o wiele bliżej do matek francuskich. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że Pamela Druckermann powinna napisać książkę "Dlaczego EUROPEJSKIE dzieci nie wybrzydzają przy jedzeniu" (choć szwedzkim o wiele bliżej do tych amerykańskich niż francuskich ;) ) To, co opisała jako francuskie sposoby jako żywo przypominają metodę Marii Montessorii, przynajmniej w zakresie rozwoju dziecka.
Ale...
Zupełnie nie przemawia do mnie ta swoista gloryfikacja dystansu emocjonalnego matki do dziecka.
Ani zachecanie do mleka z proszku i wczesnego odstawiania od piersi, pójścia do pracy gdy dziecko ma 3 miesiące i porzucenia go w żłobku, po to by zadbać o własną figurę i karierę.
Nie widzę też francuskiej matki w chuście, ja nie wyobrażam sobie jej braku...
No i gdzie czytanie dzieciom bajek na dobranoc...?
No i jeszcze pytania do refleksji:
1. Skąd się wzięło określenie FRANCUSKI PIESEK skoro francuzi tak ochoczo jedzą to, co im podstawią pod nos?
2. I skąd sarkastyczne "Francuski Ruch Oporu" na określenie tchórzostwa i oportunizmu, jeśli Francuzi to takie modelowe społeczeństwo? Czytałam recenzję tej książki w jakiejś brytyjskiej czy amerykańskiej gazecie... komentarz jednego z czytelników mnie dosłownie zabił i teraz, czytając peany zachwytu nad francuskimi matkami, cały czas myślę sobie: "gdyby nie amerykańskie matki i ich dzieci to francuskie dzieci nie mogłyby teraz jeść baguette tylko musiałyby jeść DAS BRÖT"...
***
Myślę, że nie chcę stać się francuską mamą, ale chętnie podpatrzę kilka jej trików. W końcu też chcę spokojnie zjeść kolację i mieć co wieczór czas "tylko dla dorosłych"... ale na pewno będę prowadzać swoje dziecko na dodatkowe zajęcia, może dlatego, że szwedzki świat szkoły za bardzo przypomina amerykański...
Znalazłam interesującą dyskusję na łamach prasy (po angielsku), zachęcam do lektury i do Waszych komentarzy :)
Inna Amerykańska Mama i ciekawa odpowiedź francuskiego ojca
17 grudnia 2012
2 grudnia 2012
Szwedzki film
Wbrem pozorom nie będzie o filmie. Tylko o tym, że wielu ludzi tu w Szwecji przestaje wiedzieć o co chodzi. Do tej pory używano na to określenia "czeski film".
Ale Szwecja zaczyna bić niechlubne rekordy absurdów - tak, ta sama Szwecja, która uważa się za pragmatyczną i tolerancyjną.
Ostatnio głośno było o tym, że szwedzki urząd szkolny (ministerstwo?) wydało zalecenie, żeby unikać określeń "Jezus", "Chrystus" czy "Bóg" podczas adwentowych ceremonii... O dziwo, w tym laickim kraju, do tej pory obchodzi się adwent. Jest to bardziej tradycja niż religijna uroczystość i dlatego szkoły masowo organizują adwentowe akademia i przedstawienia. Do tej pory działo się to w kościołach ("kościół Szwecji"), tak zresztą jak uroczysty początek i zakończenie roku. Ale od pewnego czasu postuluje się unikanie podczas tych ceremonii czegokolwiek, co miałoby nawiazanie do... religii... Można być w kościele, pan lub pani ksiądz mogą prowadzić ceremonię, ale nie wolno im powiedzieć na zakończenie "idźcie w pokoju Chrystysa" ani nic w ten deseń. Można palić cztery świeczki (jakie piękne cztero-świeczkowe świeczniki i wieńce można tu kupić!), ale nie wolno opowiadać, że one symbolizują oczekiwanie na narodzenie Boga.
Do tej pory szkoły jakoś to rozwiązywały indywidualnie, jedne celebrowały inne zrezygnowały, co jakiś czas (co rok w adwent?) dochodziły głosy o jakimś "skandalu" - teraz ministerstwo wydało wytyczne.
Nawet szwedzcy politycy zaprotestowali. "Jeśli nie można powiedzieć słowa "Jezus" to co my właściwie świętujemy?? Adwent jest cały o Chrystusie, to oczekiwanie na Jego narodzenie". Podkreślili, że wiele osób wierzy w Jezusa, inne w Allaha, inne w nic, ale drogą dla wychowania nie jest udawanie, że nikt nie wierzy - tylko pokazywanie w co wierzy jeden, a w co inny. Tylko tak młody człowiek może się dowiedzieć i wybrać. Eliminacja ważnych tradycji szwedzki prowadzi do zubożenia naszego społeczeństwa i wykrzywienia jego obrazu.
Inny przykład.
Jakiś czas temu czytałam o przedszkolu Egalia w Sztokholmie, gdzie chcą "stworzyć dzieciom równe szanse rozwoju, bez względu na płeć". Tylko, że za stwarzanie tych szans zabrali się w podobny sposób jak panie z ruchu przeciwko homofobii, z absurdalnym i żenującym programem, bezpodstawnymi założeniami tegoż i bezczelnością feministki.
Otóż przedszkole wypracowało "program" polegący na tym, żeby unikać wszelki stereotypów. Ma on wyeliminować szowinistyczne postawy, które nakazują dziewczynkom bawić się lalkami, ubierać na różowo, być miłe i opiekuńcze, a chłopcom być strażakiem, jeździć ciężarówką i być głową rodziny. Na pohybel z tym judeo-chrześcijańskim przesądem! Aby to osiągnąć autorzy programu wprowadzili do języka sztuczny zaimek osobowy, coś jakby ONO (w szwedzkim nie ma rodzaju nijakiego) - "hen".
No i teraz lecą z koksem. Zabawa w szpital. Pani opowiada... "Przychodzi doktor w białym fartuchu. ONO mówi....". Żeby dzieciom nie skojarzyło się przypadkiem, że lekarz to - broń Boże! - kobieta, albo - co gorsza! - mężczyzna.
Do dzieci nie zwraca się używając jakichkolwiek zaimków osobowych, zamiast "Chłopaki, idziemy grać w piłkę" obowiązkowo używa się "Przyjaciele, chodźmy!". Rozumiem, że chodzi o to, zeby i dziewczynki mogłay grać w piłkę i nie były eliminowane ze sportu a redukowane do "nakrywanie do stołu" - ale zupelny brak mówienia dziewczynkom, że są dziewczynkami, a chłopcom że są chłopcami to wylanie dziecka z kąpielą. Przecież w w/w sytuacji można powiedzieć "Chłopcy i dziewczynki, idziemy grać w piłkę"!
Każdy psycholog, nawet szwedzki, przyzna, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie, na poziomie biologii i psychiki. Tolerancja polega na uznaniu tych różnic, wzajemne uzupełnianie się to fenomenalne prawo natury (dla niektórych - od Boga), a nie udawaniu, że ich nie ma.
I można chyba pozwalać dzieciom bawić się wszystkim (niech rozwijają wyobraźnię i kopiują dorosłych), bez dorabiania do tego jakiejkolwiej ideologii i manipulowania językiem (on, ona, ONO)? To ostatnie dopiero doprowadzi do zaburzeń osobowości!!!
Do tego szwedzkie przedszkola (nie tylko Egalia) są otwarte na niestandardowe role w rodzinie. Popularyzowane są książeczki dla dzieci, gdzie bohaterka ma dwie mamy, albo dwie mamy i dwóch tatusiów, albo mama ma depresję i myśli samobójcze a dziecko przejmuje rolę głowy rodziny. Różne kombinacje, Szkoda tylko, że wyeliminowano ten najbardziej popularny model: mama + tata + dziecko/dzieci. Polityczna poprawność nie pozwala już nazywać tego "tworu" czymś podstawowym, modelowym. Bo to przecież byłaby homofobia... ale to inny temat w sumie...
Nie wiem do czego to wszystko prowadzi, pocieszam się, że nie tylko ja. Przedszkole Egalia wzbudziło masowe protesty w prasie i innych mediach, nawet szwedzcy obywatele (ci sami, których się chce na siłę uszczęśliwić i którzy generalnie się na to zgadzają) uznali, że to kompletna paranoja i krzywda dla dzieci.
Ale scena polityczna zachwycona, Szwecja jest tolerancyjna DO BÓLU.
I znowu mamy sytuację, kiedy szwedzcy politycy myślą za ludzi, uznając ich za niekompetentnych do podejmowania własnych racjoinalnych decyzji. Powtórka z "Higienistów"? Nie ważny interes jednostki, ważne żeby społeczeństwo miało taki kształ, jaką ktoś chce mu nadać. Odgórnie. Jak trzeba to przemocą. Oczywiście w imię wyższego dobra. TYLKO CZYJEGO???
Normalnie szwedzki film...
Ale Szwecja zaczyna bić niechlubne rekordy absurdów - tak, ta sama Szwecja, która uważa się za pragmatyczną i tolerancyjną.
Ostatnio głośno było o tym, że szwedzki urząd szkolny (ministerstwo?) wydało zalecenie, żeby unikać określeń "Jezus", "Chrystus" czy "Bóg" podczas adwentowych ceremonii... O dziwo, w tym laickim kraju, do tej pory obchodzi się adwent. Jest to bardziej tradycja niż religijna uroczystość i dlatego szkoły masowo organizują adwentowe akademia i przedstawienia. Do tej pory działo się to w kościołach ("kościół Szwecji"), tak zresztą jak uroczysty początek i zakończenie roku. Ale od pewnego czasu postuluje się unikanie podczas tych ceremonii czegokolwiek, co miałoby nawiazanie do... religii... Można być w kościele, pan lub pani ksiądz mogą prowadzić ceremonię, ale nie wolno im powiedzieć na zakończenie "idźcie w pokoju Chrystysa" ani nic w ten deseń. Można palić cztery świeczki (jakie piękne cztero-świeczkowe świeczniki i wieńce można tu kupić!), ale nie wolno opowiadać, że one symbolizują oczekiwanie na narodzenie Boga.
Do tej pory szkoły jakoś to rozwiązywały indywidualnie, jedne celebrowały inne zrezygnowały, co jakiś czas (co rok w adwent?) dochodziły głosy o jakimś "skandalu" - teraz ministerstwo wydało wytyczne.
Nawet szwedzcy politycy zaprotestowali. "Jeśli nie można powiedzieć słowa "Jezus" to co my właściwie świętujemy?? Adwent jest cały o Chrystusie, to oczekiwanie na Jego narodzenie". Podkreślili, że wiele osób wierzy w Jezusa, inne w Allaha, inne w nic, ale drogą dla wychowania nie jest udawanie, że nikt nie wierzy - tylko pokazywanie w co wierzy jeden, a w co inny. Tylko tak młody człowiek może się dowiedzieć i wybrać. Eliminacja ważnych tradycji szwedzki prowadzi do zubożenia naszego społeczeństwa i wykrzywienia jego obrazu.
Inny przykład.
Jakiś czas temu czytałam o przedszkolu Egalia w Sztokholmie, gdzie chcą "stworzyć dzieciom równe szanse rozwoju, bez względu na płeć". Tylko, że za stwarzanie tych szans zabrali się w podobny sposób jak panie z ruchu przeciwko homofobii, z absurdalnym i żenującym programem, bezpodstawnymi założeniami tegoż i bezczelnością feministki.
Otóż przedszkole wypracowało "program" polegący na tym, żeby unikać wszelki stereotypów. Ma on wyeliminować szowinistyczne postawy, które nakazują dziewczynkom bawić się lalkami, ubierać na różowo, być miłe i opiekuńcze, a chłopcom być strażakiem, jeździć ciężarówką i być głową rodziny. Na pohybel z tym judeo-chrześcijańskim przesądem! Aby to osiągnąć autorzy programu wprowadzili do języka sztuczny zaimek osobowy, coś jakby ONO (w szwedzkim nie ma rodzaju nijakiego) - "hen".
No i teraz lecą z koksem. Zabawa w szpital. Pani opowiada... "Przychodzi doktor w białym fartuchu. ONO mówi....". Żeby dzieciom nie skojarzyło się przypadkiem, że lekarz to - broń Boże! - kobieta, albo - co gorsza! - mężczyzna.
Do dzieci nie zwraca się używając jakichkolwiek zaimków osobowych, zamiast "Chłopaki, idziemy grać w piłkę" obowiązkowo używa się "Przyjaciele, chodźmy!". Rozumiem, że chodzi o to, zeby i dziewczynki mogłay grać w piłkę i nie były eliminowane ze sportu a redukowane do "nakrywanie do stołu" - ale zupelny brak mówienia dziewczynkom, że są dziewczynkami, a chłopcom że są chłopcami to wylanie dziecka z kąpielą. Przecież w w/w sytuacji można powiedzieć "Chłopcy i dziewczynki, idziemy grać w piłkę"!
Każdy psycholog, nawet szwedzki, przyzna, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie, na poziomie biologii i psychiki. Tolerancja polega na uznaniu tych różnic, wzajemne uzupełnianie się to fenomenalne prawo natury (dla niektórych - od Boga), a nie udawaniu, że ich nie ma.
I można chyba pozwalać dzieciom bawić się wszystkim (niech rozwijają wyobraźnię i kopiują dorosłych), bez dorabiania do tego jakiejkolwiej ideologii i manipulowania językiem (on, ona, ONO)? To ostatnie dopiero doprowadzi do zaburzeń osobowości!!!
Nie wiem do czego to wszystko prowadzi, pocieszam się, że nie tylko ja. Przedszkole Egalia wzbudziło masowe protesty w prasie i innych mediach, nawet szwedzcy obywatele (ci sami, których się chce na siłę uszczęśliwić i którzy generalnie się na to zgadzają) uznali, że to kompletna paranoja i krzywda dla dzieci.
Ale scena polityczna zachwycona, Szwecja jest tolerancyjna DO BÓLU.
I znowu mamy sytuację, kiedy szwedzcy politycy myślą za ludzi, uznając ich za niekompetentnych do podejmowania własnych racjoinalnych decyzji. Powtórka z "Higienistów"? Nie ważny interes jednostki, ważne żeby społeczeństwo miało taki kształ, jaką ktoś chce mu nadać. Odgórnie. Jak trzeba to przemocą. Oczywiście w imię wyższego dobra. TYLKO CZYJEGO???
Normalnie szwedzki film...
26 listopada 2012
Killing na Moście
Uwaga uwaga, duńczycy nadają trzeci sezon Killinga!!!!
Oglądalibyśmy na żywo gdybyśmy znali duński, a tak to musimy żerować na tych, co robią napisy... wczoraj wyemitowali dziesiąty odcinek, myśmy zatrzymali sie na ósmym. Już tydzień i nikt nie zrobił napisów do dziewiątego... Jak widzę nie tylko my gryziemy pazury, inni też.
W tym sezonie gra aktor z mojego ulubionego "Włoskiego dla początkujących" co zdecydowanie stawia go najwyżej ze wszystkich sezonów.
A tymczasem w Szwecji... a dokładnie na granicy Szwecji i Danii... rozgrywa się inny dramat... na granicy między Szwecją a Danią, gdzieś na środku mostu, zostaje znalezione ciało kobiety. Nogi leżą w Szwecji a tors w Danii (albo na odwrót). Potem okazuje się że jest przecięte na pół... a potem, że każda połówka należy do innej osoby... a każda osoba (prawdopodobnie) innej narodowości... to nowy serial pod tytułem BRON ("Most").
Dochodzenie prowadzi szwedzka policjantka (mająca opinię wariatki i pracoholiczki) i duński inspektor (początkowo chetnie odpuszcza, ale jak się okaże że zamieszany jest obywatel Danii to już nie może...), sporo zabawnych jezykowych lapsusów, bo on mówi po swojemu a oni po naszemu, bez tłumacza i napisów.
Wciągamy się w ten nowy kryminalny serial... czołówka mnie naprawdę wzruszyła ("ach, nasze Turning Torso!", "patrz, nasz dworzecm ale piękny"!, "o, to nasz wiatrak!!!") - nie myślałam, że już tak się zakorzeniłam :)
Oglądalibyśmy na żywo gdybyśmy znali duński, a tak to musimy żerować na tych, co robią napisy... wczoraj wyemitowali dziesiąty odcinek, myśmy zatrzymali sie na ósmym. Już tydzień i nikt nie zrobił napisów do dziewiątego... Jak widzę nie tylko my gryziemy pazury, inni też.
W tym sezonie gra aktor z mojego ulubionego "Włoskiego dla początkujących" co zdecydowanie stawia go najwyżej ze wszystkich sezonów.
A tymczasem w Szwecji... a dokładnie na granicy Szwecji i Danii... rozgrywa się inny dramat... na granicy między Szwecją a Danią, gdzieś na środku mostu, zostaje znalezione ciało kobiety. Nogi leżą w Szwecji a tors w Danii (albo na odwrót). Potem okazuje się że jest przecięte na pół... a potem, że każda połówka należy do innej osoby... a każda osoba (prawdopodobnie) innej narodowości... to nowy serial pod tytułem BRON ("Most").
Dochodzenie prowadzi szwedzka policjantka (mająca opinię wariatki i pracoholiczki) i duński inspektor (początkowo chetnie odpuszcza, ale jak się okaże że zamieszany jest obywatel Danii to już nie może...), sporo zabawnych jezykowych lapsusów, bo on mówi po swojemu a oni po naszemu, bez tłumacza i napisów.
Wciągamy się w ten nowy kryminalny serial... czołówka mnie naprawdę wzruszyła ("ach, nasze Turning Torso!", "patrz, nasz dworzecm ale piękny"!, "o, to nasz wiatrak!!!") - nie myślałam, że już tak się zakorzeniłam :)
14 listopada 2012
Pogaduchy do poduchy
Godzina 21:30, już dawno nadszedł czas spania dla normalnych małych dzieci... po 15 minutach zabawy w biwak (latarka + kołdra) pada standardowa komenda panicza Kamyczka:
- Kami chce bajkę, opowiadać o Mowglim! i o Myszce Miki, i o Georgu!
- Kami chce bajkę, opowiadać o Mowglim! i o Myszce Miki, i o Georgu!
Wymyślam kompilacje ulubionych kreskówek Kamyczkaa. Jak to Mowgli z Mikim poszli na biwak w dżungli, i napadł na nich Sher Khan. I takie tam.
Po jakichś dziecieciu minutach, ziewając okrutnie, spoglądam na Kamyczka. Oczy szeroko otwarte, wsłuchany... ani myśli spać skubany!
[Mama] - Kami, jak nie chcesz spać to Ty mi opowiedz bajkę, ja sobie chętnie zasnę!
[Mama] - Kami, jak nie chcesz spać to Ty mi opowiedz bajkę, ja sobie chętnie zasnę!
[Kami] - Nie umiem!
[Mama, dumna jak paw, że synek bezbłędnie odmienił czasownik] - A kto umie?
[K] - Ty umiesz!
[Mama, dumna jak paw, że synek docenia jej fantazję, no i że znowu dobrze odmienił czasownik, ale też trochę zaniepokojona] - a Tatuś umie..?
[K] - Tak, Tatuś też umie!
[M] - A babcia?
[K] - Babcia nie!
[M] - Ale jak to, dlaczego???
[K] - Za duża jest!
[M, prychając śmiechem] - chciałeś powiedzieć, że za stara...??
[K] - TAK!
[M, nie poddamy się, trzeba wiedzieć kto jeszcze może usypiać Kamyczka] - a Isak umie?
[K] - Isak nie umie!
[M] - Nie umie? Dlaczego?
[K] - ZA MAŁY!!!
Tutaj wybuchnęłam takim śmiechem, że Kami całkiem się rozbrykał i musiałam wszystkie bajki zaczynać od początku...Mowgli i Tygrysek Sher Khan szli po miód dla Baloo Puchatka i znaleźli zgubionego pieska Pluto... zieeeew.
Godzina 22. Mama zasnęła jak kamień.
29 października 2012
Wołowina po burgundzku
Nasza wersja Boeuf Bourguignon a'la Julia Child wymagała wyrzucenia boczku, więc robię to danie w wersji KOSHER (jak się okazuje... tak znalazłam w necie, no i w sumie to prawda... gotuję koszernie :) Muzułmanie ortodoksyjni nie uznają nawet dodawania alkoholu do gotowania, pomino tego, że cały alkohol wyparowuje w wysokiej temperaturze. Cóż, my się nie musimy tym przejmować, mój muzułmański mąż pochodzi wszak z zagubionego plemienia Izraela... ). Moim zdaniem niewiele traci, jest tak wspaniałe że nie wiem czy w ogóle mogłoby być lepsze! Jak mawiają - lepsze jest wrogiem dobrego. I tego się trzymajmy.
Oryginalny przepis miał ze 40 kroków (no ale niektórzy muszą mieć opisany każdy krok, typu "ubrać fartuch", "otworzyć lodówkę"...), mój wygląda tak:
Składniki na gulasz:
ok 1,5 kg wołowiny pokrojonej w duże kostki (2,5 cm)
2 marchewki, pokrojone w dość grube plasterki
kilka cebulek szalotek (lub 1 duża), pokrojona
3 chochle bulionu (mieszam wołowy z grzybowym - najpierw z wyciętych kawałków z w/w mięsa na gulasz i "włoszczyzny" ugotowałam gar bulionu, dodałam trochę kostki grzybowej, takie małe oszustwo... jakbym miała grzyby suszone to bym wrzuciła po prostu)
4 ząbki czosnku, wyciśnięte
1 łyżka koncentratu pomidorowego
0,5 l czerwonego wina, wytrawnego, o głebokim smaku
2 łyżki mąki
masło do smażenia (prawdziwe, niesolone)
Przyprawy:
1 łyżeczka tymianku
ok 0,5 łyżeczki soli
2 listki laurowe
"Zasmażka" (?) na koniec (krok 5 i 6):
ok 300 g pieczarek
8-10 cebulek-szalotek przekrojonych na pół
masło (niesolone)
chochelka bulionu
sól
pieprz
tymianek
pietruszka
Oryginalny przepis miał ze 40 kroków (no ale niektórzy muszą mieć opisany każdy krok, typu "ubrać fartuch", "otworzyć lodówkę"...), mój wygląda tak:
1. Na maśle obsmażyć wołowinę, po kilka kawałków na raz (żeby się ścięły a nie zaczęły dusić). Wrzucać do naczynia do zapiekania, u mnie to Le Creuset (naprawdę warto takie jedno mieć!!! to taki tradycyjny "slow cooker")
2. Na resztkach masła zblanszować marchewkę i cebulę, ok 5 min. Wrzucić do mięsa.
3. Posypać mąką mieso z warzywami, pomieszać, wsadzić odkryte do nagrzanego piekarnika na 5 min, potem wyjąć. Pomieszać.
4. Wlać wino i bulion do garnka, dodać czosnek, koncentrat, przyprawy. Pomieszać i wstawić przykryte do piekarnika.. Piec ok. 2,5 - 3 godz w temp 160 C, nie trzeba zaglądać.
5. W tym czasie na maśle podsmażyć pieczarki, do lekkiego zbrązowienia, odłożyć na bok.
6. Podsmażyć cebulki do zbrązowienia, dolać bulion i przyprawy (do smaku). Dusić ok 40 min, tak żeby cebulki się nie rozgotowały. Odstawić na bok.
Na koniec, po wyjęciu z piekarnika, wlać cebulki i pieczarki na gulasz. Pomieszać i niech chwilę postoi...
Zdjęcie nie robi większego wrażenia, ale smak - zapewniam Was, każdego powali. Wołowina rozpływa się w ustach, sosik palce lizać... Serwowałam z ziemniakami puree, ale moim zdaniem z kaszą jęczmienną świetnie się skomponuje (skąd ja w Szwecji kaszę wezmę...), ryżem czy makaronem niekoniecznie, ale co kto lubi. Z chlebem będzie na pewno boskie :)
Kami zjadł TRZY porcje. Po talerzu zupy z makaronem, dałam my wywiadowczo jedną... po 10 minutach przyszedł po dokładkę... dałam więcej niż poprzednio... a potem znowu krzyczał "mama, jeszcze!!!"... no to trzecia porcja taka sama jak druga... wszystko wylizał!!!
Niepośledni ma gust ten mój synalek, nie ma co... ale nie będę mu przecież codziennie gotowała obiadu, któego przygotowanie zajmuje w sumie ok. 4 godzin (liczę czas brutto), musi czasem zadowolić się kanapką...
Zdjęcie nie robi większego wrażenia, ale smak - zapewniam Was, każdego powali. Wołowina rozpływa się w ustach, sosik palce lizać... Serwowałam z ziemniakami puree, ale moim zdaniem z kaszą jęczmienną świetnie się skomponuje (skąd ja w Szwecji kaszę wezmę...), ryżem czy makaronem niekoniecznie, ale co kto lubi. Z chlebem będzie na pewno boskie :)
Kami zjadł TRZY porcje. Po talerzu zupy z makaronem, dałam my wywiadowczo jedną... po 10 minutach przyszedł po dokładkę... dałam więcej niż poprzednio... a potem znowu krzyczał "mama, jeszcze!!!"... no to trzecia porcja taka sama jak druga... wszystko wylizał!!!
Niepośledni ma gust ten mój synalek, nie ma co... ale nie będę mu przecież codziennie gotowała obiadu, któego przygotowanie zajmuje w sumie ok. 4 godzin (liczę czas brutto), musi czasem zadowolić się kanapką...
15 października 2012
A tymczasem w Pakistanie...
...odbywają się demonstracje i walka sił. Zadzwonili do nas w sobotę z Pakistanu z pytaniem czy słyszeliśmy o tym. W Rabwah nie słyszeli za bardzo, ale ciotka z Peshawaru zadzwoniła do nich i impowiedziała. Peshawar leży bliżej Afganistanu, całkiem blisko powiedziałabym nawet.
Otóż kilka dni temu 14-letnia dzieczynka z ternów SWAT (region przy granicy z Afganistanem) została zaatakowana przez talibów. Nie była to przypadkowa ofiara ich "statutowej działalności", ona była celem.
Ludność Pakistanu i całego świata głośno protestuje, media dostały szału, talibowie jeszcze wiekszego (ponoć grożą kolejnymi zamachami). Nie chcę tu wyrażać swoich słów oburzenia (to nie wymaga komentarza przecież), bo nie po to podjęłam temat. Chciałabym napisać o tym trochę z innej strony, podzielić sie swoimi świeżymi odkryciami.
Co mogą chcieć potężni i światli członkowie wpływowej organizacji od nastolatki ledwo umiejącej czytać i pisać...? Otóż dziewczynka zaczęła stanowić dla nich ZAGROŻENIE.
Jak taki cichy głos może cokolwiek znaczyć...? Podświadomie każdy z nas czuje, że przecież nie może, że propaganda jest tak silna, że jedna smarkula nic nie zdziała. Że paranoją jest myśleć, że opinie innych stanowią dla kogoś kwestię życia lub śmierci...
Otóż tak, to jest jedna wielka grupowa paranoja. W psychiatrycznym sensie tego słowa. Trafiłam niedawno na niesamowicie interesujący artykuł o apostazji w islamie, i on wspaniale wyjaśnia te właśnie mechamizmy. Autor, który jest arabistą i politologiem, odwołuje się do wielu źródeł, w tym publikacji samych muzułmanów na ten temat. Podkreśla, że to nie religia jest powodem takich zachowań, ale rzeczywistość grupowego narcyzmu, któremu religia tylko pomaga. Zacytuję fragment, podkreślenia w artykule moje. Zachęcam do lektury.
(Przy okazji czytania artykułu składam wyrazy szacunku Geertowi Hofstede, na którego tez powołuje się autor - moją pracę magisterską oparłam na teorii tego pana :) ironia losu czy moje przeznaczenie do wielokulturowości...?)
Takie grupy istnieją nie tylko w świecie muzułmańskim, pamiętacie zbiorowe samobójstwa członków sekty Moona (czy jak mu tam było) i sektę scjentologów...? Każde wyłamanie się z grupy zagraża jej istnieniu. Zastanawiam się czy średniowieczne polowanie na czarownice nie było sygnałem tej samej choroby w Kościele. Ale nie mam dość wiedzy na ten temat, żeby wyciągać wnioski, nie umiem porównać skali tamtego zjawiska z tysiącami pomordowanych za apostazję.
Jedno jest pewne: tu i teraz kocham Kościół i chrześcijaństwo. Za "kochaj i rób co chcesz" św. Augustyna, za całkowitą wolność.
Można "wejść" i "wyjść", nic nie jest "z automatu".
Można śpiewać i można milczeć.
Można po polsku i można po arabsku.
Można charyzmatycznie i kontemplacyjnie.
Nikt nie ma paranoi z powodu moich poglądów. Nie zostanę postrzelona przez lokalnego proboszcza choćbym nie wiem co powiedziała o jego religii...
Niech Bóg ma w opiece Pakistan i wszystkie miejsca objęte paranoją narcyzów.
Otóż kilka dni temu 14-letnia dzieczynka z ternów SWAT (region przy granicy z Afganistanem) została zaatakowana przez talibów. Nie była to przypadkowa ofiara ich "statutowej działalności", ona była celem.
Ludność Pakistanu i całego świata głośno protestuje, media dostały szału, talibowie jeszcze wiekszego (ponoć grożą kolejnymi zamachami). Nie chcę tu wyrażać swoich słów oburzenia (to nie wymaga komentarza przecież), bo nie po to podjęłam temat. Chciałabym napisać o tym trochę z innej strony, podzielić sie swoimi świeżymi odkryciami.
Co mogą chcieć potężni i światli członkowie wpływowej organizacji od nastolatki ledwo umiejącej czytać i pisać...? Otóż dziewczynka zaczęła stanowić dla nich ZAGROŻENIE.
Jak taki cichy głos może cokolwiek znaczyć...? Podświadomie każdy z nas czuje, że przecież nie może, że propaganda jest tak silna, że jedna smarkula nic nie zdziała. Że paranoją jest myśleć, że opinie innych stanowią dla kogoś kwestię życia lub śmierci...
Otóż tak, to jest jedna wielka grupowa paranoja. W psychiatrycznym sensie tego słowa. Trafiłam niedawno na niesamowicie interesujący artykuł o apostazji w islamie, i on wspaniale wyjaśnia te właśnie mechamizmy. Autor, który jest arabistą i politologiem, odwołuje się do wielu źródeł, w tym publikacji samych muzułmanów na ten temat. Podkreśla, że to nie religia jest powodem takich zachowań, ale rzeczywistość grupowego narcyzmu, któremu religia tylko pomaga. Zacytuję fragment, podkreślenia w artykule moje. Zachęcam do lektury.
(Przy okazji czytania artykułu składam wyrazy szacunku Geertowi Hofstede, na którego tez powołuje się autor - moją pracę magisterską oparłam na teorii tego pana :) ironia losu czy moje przeznaczenie do wielokulturowości...?)
W początkach kształtowania się islamu odejście od wiary stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa całej społeczności, dlatego zrównanie apostazji z dezercją i karanie obu śmiercią miało swoje istotne uzasadnienie. Jednak współcześnie wartość praktyczna kary śmierci za porzucenie wiary w zasadzie niemal zanikła. Muszą więc istnieć jakieś inne, pozaracjonalne powody, dla których tak surowe traktowanie współwyznawców utrzymuje się w całym niemal świecie muzułmańskim.
(...)
Odmienność zachowania, ubioru, przekonań - wszystko to podważa sens wiary i stanowi zagrożenie dla poczucia własnej tożsamości. Konstatacja ta dotyczy zwłaszcza kultur charakteryzujących się wysokim poziomem unikania niepewności, który pozytywnie koreluje z tradycjonalizmem w podejściu do ról społecznych, lękiem przed sytuacjami dwuznacznymi, wiarą w ciągłe zewnętrzne zagrożenie, rytualizacją zachowań społecznych, monopolizacją prawdy, a także z myśleniem magicznym mającym tendencję do przechodzenia w stany paranoidalne, które objawiają się przede wszystkim myśleniem w kategoriach spiskowych. (...) nie jest przypadkiem, że akurat na obszarze Bliskiego Wschodu, a więc tam, gdzie dominuje islam, ten paranoiczny styl myślenia jest szczególnie rozpowszechniony. Składa się na niego przede wszystkim wiara w istnienie perfidnego wroga i wielkiego, wszechobejmującego spisku, który ma zniszczyć unikalny styl życia tych, którzy odrzucają zepsucie moralne Zachodu oraz ich prawo do decydowania o własnych losach. Nie może zatem dziwić, że w jednostkach wychowanych w atmosferze wszechobecnego spisku wytwarza się - jak to określa psychiatra Antoni Kępiński - ,,pogotowie urojeniowe'', czyli stała gotowość do reagowania nastawieniem urojeniowym na sytuacje emocjonalnie trudne. To właśnie ta stała postawa obronno-zaczepna wobec świata społecznego tworzy fasadę urojeniową, pod którą kryje się lęk idący w parze z agresją. A ponieważ paranoik czuje się stale zagrożony, więc jedyną obroną przed poczuciem poznawczej i emocjonalnej niepewności jest ,,droga prawdy''. Stąd zapał, z jakim jednostki przesiąknięte atmosferą zagrożenia i bezsilności poświęcają się Wielkiej i Jedynie Słusznej Idei, dla której gotowi są znosić największe poniżenia, a która dostarcza jednocześnie systemu wartości usprawiedliwiającego agresję w stosunku do tych, którzy tych wartości nie zaakceptowali. System taki musi być nienaruszalny, stabilny i niezmienny, bowiem tylko twarde trzymanie się celu i zasad chroni przed psychiczną dezintegracją. To właśnie ten lęk przed dezintegracją wymusza zwarcie szeregów, czyli, jak to określa Kępiński, ,,hiperintegrację'', a więc bezwzględne oddanie się we władanie jednej niepodważalnej ideologii i podporządkowanie jej całego życia. Na poziomie społecznym hiperintegracja wiąże się z daleko posuniętą kazuistyką w zakresie rozwiązań prawnych, represjami wobec mniejszości, penalizacją zachowań dewiacyjnych, ostrym przeciwstawieniem wiedzy elit ignorancji mas i autorytaryzmem społecznym. I nie przypadkiem charakterystyka ta odpowiada rysom psychologicznym, jakie dają się wyróżnić w przypadku osobowości autorytarnej: uległości wobec autorytetów, sztywności rozumowania, wartościowaniu w kategoriach ,,wszystko albo nic'', silnym uprzedzeniom do wszystkiego, co odmienne, konserwatyzmowi przekonań religijnych.
(...)
Russell wskazywał na to, że najważniejszym problemem dla istnienia [takiego] społeczeństwa jest umiejętne zharmonizowanie dwóch elementów: kontroli kolektywu nad jednostkami (by chronić społeczeństwo przed anarchią) oraz inicjatywy indywidualnej (która jako jedyna może zapewnić rozwój tego społeczeństwa). Islam rozwiązuje ten problem w typowo dogmatyczny sposób. Tworzy relacje podporządkowania i wikła jednostkę w sieć zależności przymuszając ją, by upodobniła się maksymalnie do innych członków wspólnoty.
To właśnie ta wewnętrzna logika islamu z jej ideałem jedności (jeden Bóg, jedna wspólnota, jeden język, jeden sposób życia) wymaga (pod)porządkowania, ujednolicania i wchłaniania tego, co budzi poznawczą i emocjonalną niepewność, a jednocześnie odrzucania tego, co odmienne. Jest przy tym symptomatyczne, że taki rodzaj monomanii jest charakterystycznym rysem pewnego typu fanatyków - a fanatyzm jest charakterystyczną cechą narcyzmu grupowego. (...) W psychiatrii mówi się w takich przypadkach o typach schizoidnych z cechami paranoidalnymi - cechuje ich podejrzliwość, nieufność, drażliwość, obraźliwość, skłonność do samowoli, despotyzm, egoizm.Teraz już wiemy czym są ataki talibów i terrorystów. Hiperintegracją grupy, stworzonej sposób nienaturalny (naturalne więzi mają naturalną integrację), o cechach narcystycznych, która objawia się przez paranoję i urojenia. Przypadek kliniczny.
Takie grupy istnieją nie tylko w świecie muzułmańskim, pamiętacie zbiorowe samobójstwa członków sekty Moona (czy jak mu tam było) i sektę scjentologów...? Każde wyłamanie się z grupy zagraża jej istnieniu. Zastanawiam się czy średniowieczne polowanie na czarownice nie było sygnałem tej samej choroby w Kościele. Ale nie mam dość wiedzy na ten temat, żeby wyciągać wnioski, nie umiem porównać skali tamtego zjawiska z tysiącami pomordowanych za apostazję.
Jedno jest pewne: tu i teraz kocham Kościół i chrześcijaństwo. Za "kochaj i rób co chcesz" św. Augustyna, za całkowitą wolność.
Można "wejść" i "wyjść", nic nie jest "z automatu".
Można śpiewać i można milczeć.
Można po polsku i można po arabsku.
Można charyzmatycznie i kontemplacyjnie.
Nikt nie ma paranoi z powodu moich poglądów. Nie zostanę postrzelona przez lokalnego proboszcza choćbym nie wiem co powiedziała o jego religii...
Niech Bóg ma w opiece Pakistan i wszystkie miejsca objęte paranoją narcyzów.
9 października 2012
Signum temporis
... dzieci nie wiedzą do czego służy zegarek!
Kładziemy się spać, zerkam na zegarek w kącie sypialni żeby kontrolować ile mi zejdzie na usypianie Kamyczka. Kami pyta:
- co robisz, mama?
[ja] - Patrzę która godzina, żeby wiedzieć ile się będę męczyć z tobą dzisiaj (taki żarcik)
[K] - aaa...
Wstaje, zaczyna czegoś szukać pod materacem
[ja] - co robisz, Kami? Czego szukasz?
Kami. szuka, szuka, po chwili pyta:
- gdzie telefon, mama?
[ja, zaczynam sie domyslać] - Ale po co ci teraz telefon, nikt nie dzwoni!
[K, chwilę myśli, dobiera slowa] - Kami też chce zobaczyć godzinę!
No przecież! jakie zegarki! mama zawsze sprawdza godzinę na komórce jak jestesmy na spacerze! To co się dziwisz, mama...
***
Dziś rano ubieram się do pracy, Kami w kuchni wcina jogurcik. Zorientował się, że nie mam mnie w kuchni:
- Mama, gdzie jesteś? Mamaaaaaa???
Wchodzę do kuchni ubrana do wyjście. Kami smutnieje.
- Gdzie idziesz, mama?
[M] - Do pracy, synku
[K] - Nie do pracy, w domu zostań! chodź, gotować!
Leci do lodówki, otwiera, pyta:
[K] - Co chcesz gotować, mama?
[M] - Nie mogę zostać w domu, bardzo bym chciała, ale muszę iść popracować dzisiaj... Nie mogę zostać z Tobą!
[K] - Mogę, mogę!!!
I już ma łzy w oczach... i ja już też mam, jak tu nie zacząć gotować w takim momencie.
***
Wczoraj siedzimy na kanapie i bawimy się. W pewnej chwili poczułam niemiły zapach, wiadomo jaki.
Pierwsze skojarzenie:
- Kami, czy ty właśnie zrobiłeś kupę??? (w pytaniu pobrzmiewa irytacja, że nie powiedział i nie zrobił na toaletę)
Kami odpowiada:
- Nie.... Puściłem bąka!
Piękny przykład abstrakcyjnego myślenia, jestem dumna!
Kładziemy się spać, zerkam na zegarek w kącie sypialni żeby kontrolować ile mi zejdzie na usypianie Kamyczka. Kami pyta:
- co robisz, mama?
[ja] - Patrzę która godzina, żeby wiedzieć ile się będę męczyć z tobą dzisiaj (taki żarcik)
[K] - aaa...
Wstaje, zaczyna czegoś szukać pod materacem
[ja] - co robisz, Kami? Czego szukasz?
Kami. szuka, szuka, po chwili pyta:
- gdzie telefon, mama?
[ja, zaczynam sie domyslać] - Ale po co ci teraz telefon, nikt nie dzwoni!
[K, chwilę myśli, dobiera slowa] - Kami też chce zobaczyć godzinę!
No przecież! jakie zegarki! mama zawsze sprawdza godzinę na komórce jak jestesmy na spacerze! To co się dziwisz, mama...
***
Dziś rano ubieram się do pracy, Kami w kuchni wcina jogurcik. Zorientował się, że nie mam mnie w kuchni:
- Mama, gdzie jesteś? Mamaaaaaa???
Wchodzę do kuchni ubrana do wyjście. Kami smutnieje.
- Gdzie idziesz, mama?
[M] - Do pracy, synku
[K] - Nie do pracy, w domu zostań! chodź, gotować!
Leci do lodówki, otwiera, pyta:
[K] - Co chcesz gotować, mama?
[M] - Nie mogę zostać w domu, bardzo bym chciała, ale muszę iść popracować dzisiaj... Nie mogę zostać z Tobą!
[K] - Mogę, mogę!!!
I już ma łzy w oczach... i ja już też mam, jak tu nie zacząć gotować w takim momencie.
***
Wczoraj siedzimy na kanapie i bawimy się. W pewnej chwili poczułam niemiły zapach, wiadomo jaki.
Pierwsze skojarzenie:
- Kami, czy ty właśnie zrobiłeś kupę??? (w pytaniu pobrzmiewa irytacja, że nie powiedział i nie zrobił na toaletę)
Kami odpowiada:
- Nie.... Puściłem bąka!
Piękny przykład abstrakcyjnego myślenia, jestem dumna!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


