20 listopada 2020

Bar Młodzieży

Moje pierwsze słowa po zejściu z podładu szkoleniowej omegi po pierwszym dniu szkolenia:

- Ciekawe czy tu jest jakiś bar, czy coś z kawą...

Kami, radośnie, pokazując ręką:

- jest! Bar Młodzieży!!


Barowaliśmy w tym roku na Mazurach. Wujek od dawna zapraszał, ale jakoś Mazury nigdy nie są po drodze do Wrocławia. W tym roku nie można było polecieć do babci, zdecydowaliśmy się zatem na wyprawę samochodową, a skoro samochodem to nie można za długo jechać... nie z nimi

Plan był zatem prosty - dopłynąć do Gdyni, z jeden dzień odpocząć w Gdańsku (wiecie - pierogi, lody, gofry i te rzeczy), a potem przez Gietrzwałd dotrzeć do Giżycka. Dopiero niedawno w ogóle usłyszałam o tym sanktuarium - wstyd się przyznać, ale nigdy wcześniej nie zwróciło to mojej uwagi, nawet jeśli słowo gdzieś mi się obiło o uszy. A tu taka niesamowita historia! Bardzo chciałam pojechać, jako że już tak blisko byliśmy... z Wrocławia nigdy nie wybiorę się przecież.

W wielkim skrócie - veni, vidi, vici!

Koronowe wakacje to były jedne z lepszych wakacji w życiu.

Cofnęłam się w czasie o jakieś 30 lat - giżycki almatur to miejsce, gdzie historia się jakby zatrzymała. Ludzie pływają na dezetach i szkolą się na omegach (no dobra, nie wszyscy, bosman ponarzekał na kabinowych żeglarzy, którzy do portu tylko na silniku). Można pójść do bosmana i pogadać o sandaczach w Kisajnie, a właściwie to dlaczego ich teraz nie ma. Omega też taka sama jak w latach 90-tych, tylko niektóre nazwy wihajstrów wyleciały mi z pamięci...

Ale jazdy na rowerze się nie zapomina, podobnie jak żeglowania - to wchodzi we wszystkie odruchy człowieka i zmienia wszystko.

Z dumą i ściśniętym gardłem usłyszałam kamyczkowe "do zwrotu przez sztag" po dwóch dniach szkolenia. A po kolejnych dwóch sam postawił nasze piękne zielone żagle... 




(w te wakacje odkryliśmy jeszcze desku SUP, muszę przyznać, ze nie spodziewałam się, że jedna głupia deska da dzieciom zabawę na cały dzień...)

Z wakacji pozostały nam też piękne ceramiczne pamiątki, wykonane przez nas w pracowni gliny w Giżycku, a potem pomalowane farbkami do ceramiki... nie bez wysiłku, jak w Szwecji nazywa się benzyna ekstrakcyjna...?

Malowanie po szkle to inny rozdział mojej historii, czasy liceum, znowu niechcący cofnęłam się w czasie. Bo to nie jest tak, że jakoś celowo wsponinam starych dziejów ani tęsknię za nimi, w zasadzie przyprawia mnie to o pewien rodzaj smutku - bo tyle się zmieniło, bo stare beztroskie życie to historia... tylko że jakoś tak przypadkiem to wychodzi. Podświadomość...?

A może po prostu człowiek dzieli się tym, co ma, a ma to, czego się kiedyś nauczył...? 


9 listopada 2020

Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije...

... trwa we Mnie, a Ja w nim, będzie żył na wieki!

Pandemia rozwaliła wiele planów, tych na życie wieczne niektórych też...

Mieliśmy w maju być we Wrocławiu, Kamyczek miał przyjąć swoją pierwszą komunię świętą... cały plan misternie utkany, żeby jak najwięcej bliskich mogło z nami radować się tego dnia. Obiad w Czarnej Trufli, cudem znalezionej restauracji tuż koło kościółka na Wittiga, gdzie miałą być wyżej wymieniona uroczystość. Cudem, bo w styczniu okazało się, że lokale na pierwsze komunie rezerwuje się... z rocznym wyprzedzeniem. Ta restauracja jednak była nowa, miała wolny termin!

Jak się domyślacie, nic z tego nie wyszło. 

Wszystko przełożone na niewiadomokiedy.

Jeszcze w maju parafia na Wittiga podała nam drugi termin komunii - 20 września. Ale czy można było to planować? Przekładać bilety lotnicze na wtedy czy znowu będzie odwołane...?

Nie chciałam ryzykować, postanowiliśmy jednak pójść z naszą szwedzką grupą, tu w Lundzie. Pierwotny termin też został odwołany, nowego nie wyznaczono, już w czerwcu prosiłam, żeby zrobić komunie w małych grupkach - zero odzewu. 

A po wakacjach lokalna katechetka napisała, że ona jest w grupie takiego ryzyka, że od marca w ogóle nie spotyka się z nikim, nie jest w stanie angażować się w katechezę. no i ogóle nikt nic nie wie w temacie pandemii, więc pierwsza komunia będzie odroczona do przyszłej wiosny co najmniej.

Tutaj przebrała się miarka. Postanowiłam aktywnie działać.

Inne szwedzkie parafie robiły komunie w małych grupach, już w czerwcu. Dwie pozostałe parafie (czytaj : ich proboszczowie) w Malmo nie odważyły się na czerwiec, wyznaczyły kilka weekendów we wrześniu na te uroczystości. A dominikanie w Lundzie zamknięci na cztery spusty. Do sierpnia nawet mszy świętych nie było, potem zaczęli odprawiać, dla maksymalnie 50 osób - obowiązują zapisy i sprawdzanie nazwisk przy wejściu*...

Gdy dostałam powyższy email od katechetki, napisałam do proboszcza w Lundzie. Jak można pozbawiać dzieci dostępu do sakramentów, przecież można to rozwiązać od dawna, bo kościoły są otwarte i msze się odbywają. Na każdej z nich mój sym mógł przystąpić do swojej komunii! Nikomu nie zależy na pompie, zwłaszcza w sytuacji restrykcji w podróżowaniu i spotykaniu się. Nam zależy na życiu sakramentalnym! Kami jest przygotowany do spowiedzi od dawna, powinien móc aktywnie uczestniczyć w Mszy świętej!

W wielkim skrócie - po iluśtam mailach, wynegocjowałam zgodę na to, że Kami przystąpi do pierwszej komunii indywidualnie, podczas polskiej mszy świętej w Lundzie. Polski misjonarz, który do nas przyjeżdża odprawić msze, nie robił żadnych problemów, a wręcz przeciwnie - odprawił mszę świętą w jego intencji. 

W ten oto sposób 11 października stał się jednym z najważniejszych dni w naszej rodzinie!


Kilka dni temu mój syn mi powiedział: "mamo, teraz w ogóle się nie nudzę podczas mszy, słyszę i rozumiem, co mówi ksiądz i bardzo czekam na każdą kolejną komunię!"



*nie chodzimy do tego kościoła w niedziele, to takie upokarzające - inne kościoły są otwarte i ilość wiernych sprawdza się "na oko", wprowadzono też dodatkowe msze niedzielne. W Lundzie cały wysiłek idzie w organizowanie transmisji intenetowych... 

14 maja 2020

Szwecja w czasach zarazy

Wiele osób mnie pyta, czy jeszcze żyję. Słyszeli przerażające opowieści o otwartym kraju i o strasznych ilościach zgonów.

Otóż żyję i mam się całkiem dobrze :) Biegam co drugi dzień, zaczęłam jeździć na rowerze do biura. Po Wielkanocy przenieśli nas do Hyllie - to wielka stacja koło ogromnego centrum handlowego i stadionu Malmo Arena, ostatni przystanek przed Danią, z widokiem na most. Mam tylko 12 km w jedną stronę, wiec korzystam.



Dzieci w instytucjach jak zwykle, chociaż od tego tygodnia przedszkole Kubusia prowadzi większość zajęć na dworze. Dzieci są zatem na ogródku przez 8 godzin dziennie, co przy 10C i wichurze jest - moim zdaniem - jednak przegięciem w drugą stronę.
O dziwo ten tryb funkcjonuje dopiero od tego tygodnia, pierwsze dwa miesiace "korony" było po staremu. Opóźniony zapłon czy jednak komuny chcą pokazać, że się przejmują...?

Biura pracują na ile mogą normalnie, ze wskazaniem na pracę z domu. Ale widać bardzo zmniejszony ruch w galeriach handlowych, do tego stopnia, że poskracano godziny otwarcia.

Szpitale poodwoływały planowane zabiegi i wizyty, odwołane są masowe imprezy (aktualny limit uczestników zgromadzeń to 50 osób, no chyba że jesteś palestyńczykiem i protestujesz przeciwko odmowie azylu, to wtedy władze patrzą przez palce... jak zawsze w temacie azylowców, Szwecja niezmiennie bije rekordy hipokryzji).

Innych narzuconych ograniczeń nie ma, nikt nie daje mandatów za bezmaseczkowość, nielegalne zgromadzenia czy imprezy w domach. Generalnie jestem bardzo zadowolona z tego, jak zachowała się Szwecja, uważam to za optymalną drogę w sytuacji, w której nie ma żadnych twardych danych ani udowodnionych sposobów działania.

(Natomiast to kościół katolicki wyszedł przed szereg, ale to osobny temat, welce smutny i przygnębiający, nie chcę teraz o tym pisać)



Ktoś zaraz powie, że "tysiące ofiar przecież". Czyżby? A skąd wiadomo co to za ofiary i czego naprawdę?

Jestem bardzo nieufna wobec statystyk zgonów i zakażeń oraz wysnuwanych z tego wniosków o słuszności zamykania kraju (i stopnia tegoż). Pomijając teorie spiskowe, w niektóre zresztą wierzę, ale nie o tym tutaj, podawane publicznie dane są kompletnie niewiarygodne dla mnie z poniższych powodów.

  • każdy kraj, a nawet każda placówka (!) liczy to zupełnie inaczej, więc porównujemy jabłka z bananami,
  • Szwecja prawie nie robi testów - koleżanka z pracy podejrzewa u siebie koronę, była nawet w szpitalu przez chwilę, nie zrobili jej żadnego testu,
  • wielu lekarzy mówi, że w wielu miejscach każdy zgon liczony jest jako CV, bez wnikania w prawdziwe przyczyny - czy ta osoba nei umarła przypadkiem na raka, z którym walczyła od lat,
  • i wreszcie... większość zgonów to osoby w bardzo podeszłym wieku. Nie chodzi mi o to, że osoby starsze nie są ważne, ale po pierwsze śmierć w pewnym wieku jeste jednak naturalnym zjawiskiem, a po drugie co roku kilkadziesiąt tysięcy takich osób umiera w Szwecji, na różne wirusy, powikłania i zwykłe zaniedbania personelu medycznego... ilość zmarłych w tym roku jest zupełnie porównywalna z ilościami zmarłych w latach poprzednich... raczej przyjrzałabym się tu samemu podejściu do osób starszych, które moim zdaniem jest wstrętne. Tradycja eugeniczna chyba nigdy tu nie zginęła (i to podświadome pragnienie bycia modelowym społeczeństwem, ani za starym, ani za brzydkim, ani za biednym, ani za bogatym...)

Obliczono, że ilość zmarłych na CV w domach opieki jest DZIESIĘĆ RAZY WIĘKSZA niż średnia w tej samej grupie wiekowej dla całego kraju. W przypadku osób, które mieszkają w swoim domu i do których tylko przychodzi opiekunka, ilość ta jest jedynie dwa razy większa niż średnia.

Uważam, że to JEDYNY powód wielkiej różnicy w ilości zgonów między Polską a zachodnią Europą  Polska nie zamyka masowo swoich starszych w przytułkach zwanych domami opieki, nie wyrzuca na margines społeczny do tego stopnia co bogate kraje (bogate, bo pozbywają się słabnych, starszych i tych, co nie mają własnego głosu, na przykład dzieci w łonach matek), na miarę możliwości troszczy się o starsze osoby, chociażby przez to, że rodzina się opiekuje swoim seniorem, a nie przypadkowi pracownicy. W Szwecji bardzo brakuje personelu do takiej opieki, bierze się ludzi z ulicy, dosłownie. Ostatnio czytałam, że niektóre gminy przymuszają zasiłkowców do takiej pracy, nawet jeśli ci w ogóle nie zbnają języka. "Pieluchę zmieniać można nawet jak się nie zna słowa po szwedzku" twierdzą odpowiedzialni. Jak widać status osoby starszej jest chyba najniższym statusem społecznym.

"Domy opieki odgrywają absolutnie kluczową rolę w obecnej sytuacji związanej z wirusem. W większości krajów zachodnich od 30% do 70% wszystkich zgonów „związanych z Covidem” miało miejsce w domach opieki (w niektórych regionach nawet do 90%). Z północnych Włoch wiadomo również, że tamtejszy kryzys rozpoczął się wywołaną paniką i załamaniem się opieki nad osobami starszymi. Domy opieki wymagają ukierunkowanej ochrony i nie korzystają z ogólnej blokady społeczeństwa. Jeśli spojrzeć tylko na zgony w populacji ogólnej, w większości krajów mieszczą się one w zakresie normalnej lub nawet łagodnej fali grypy. Co więcej, w wielu przypadkach nie jest jasne, z jakiego powodu faktycznie umarli ludzie w domach opieki, tj. Czy był to Covid19 lub stres, strach i samotność. Na przykład z Belgii wiadomo, że około 94% wszystkich zgonów w domach opieki to niesprawdzone „domniemane przypadki”." (cytat za Fakty o Szczepieniach)

A jak to się ma zatem do faktu, że ta sama Szwecja maniakalnie opiekuje się imigrantami z trzeciego świata, celowo nie piszę uchodźcami? I to przekraczając wszelkie granice zdrowego rozsądku i sprawiedliwości (o tym pisałam wiele razy, ale napiszę jeszcze o inżynierii społecznej, jaką ostatnio przeprowadziła gmina Goteborg, po prostu mózg się lasuje)?

Otóż jak zwykle chodzi o pieniądze. Wszelkiej maści ruchy migracyjne są na rękę wielu lobbystom, którzy chcą zniszczyć zdrową tkankę społeczną i przy okazji wzbogacić się. Ta grupa ludzi generuje bowiem ogromne zyski, oczywiscie nie państwom europejskim czy naszym społeczenstwom, ale konkretnym lobbystom. W ten sposób mogą wydrenować jeszcze bardziej kieszenie podatników, potrzeby imigrantow to studnia bez dna - hotele i ośrodki dla uchodźców, prawdziwe i trefne szkoły języka, tysiace organizacji NGO wspomagających integrację... oczywiscie nieskutecznie, więc trzeba dalszych milionów... nie wspominając o kopach złotych jaj dla wszelkiej maści adwokatów i tłumaczy, lepszej kury do tego nie ma!  (Jedna z szefowych krajowego związku adwokatów była znanym i drapieżnym działaczem proimigracyjnym, aktualnie nie jest szefową tej organizacji, ale z powodzeniem - dla siebie, oczywiście - pełni inne stanowiska w szwedzkiej polityce... wyguglajcie Anne Ramberg). Wszystko za nasze pieniadze, oczywiście, które trafiają w te prywatne kieszenie. To jest po prostu nowy ogromny biznes, nie żadne działanie humanitarne.

Summa summarum. Uważam, że Szwecja zachowała się najlepiej jak mogła, a to, co należy zmienić to podejście do osób starszych - sposób opieki nad nimi, pielęgnowanie więzi między pokoleniami, szanowanie doświadczenia i mądrości seniorów. Ale to nie ma nic wspólnego z wirusem, to jest mentalność Szwedów i problem znany od dawna. Wykreowany przez marksizm, który za cel postawił sobie rozerwać wiezy rodzinne i stworzyć nowego socjalistycznego człowieka.


3 lutego 2020

A.D. 2020

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

To będzie – już jest – rok pełen ważnych wydarzeń. Mój pierworodny syn idzie do pierwszej komunii świętej. Czuję jakby jeden ogromny ciężar mi zdjęto z barków, no może jeszcze nie całkiem zdjęto, ale już czuję zapach wolności 😉

To było bardzo ciężkie dwa i pół roku. Każdy, kto wchodzi w jednostronny związek musi zdawać sobie z tego sprawę przed wejściem. Nie dość, że wszystko, co dotyczy wiary katolickiej jest na barkach jednej osoby, to jeszcze ta druga nie zawsze rozumie. Co to znaczy, że trzeba iść na mszę w niedzielę, i to w każdą, dlaczego to trwa pół dnia, i dlaczego w ogóle chodzicie tam i w sobotę, i w niedzielę. Małe żywe dziecko też woli pójść pograć w piłkę niż siedzieć przez trzy godziny w klasie. Jak je przekonać...? Przed niektórymi weekendami miałam ściśnięty żołądek dopiero w niedzielę wieczorem puszczało. Muszę przyznać, że mam wielki kredyt u Anioła Stróża, wyszłam cało z takich weekendów, że nie spodziewałam się nawet.

Bardzo poważnie traktuję moje zobowiązanie do wychowania dzieci w wierze. I to nawet nie chodzi o zobowiązanie, o to, że przyrzekałam podczas chrztu. Ale o to, że swoje dzieci się kocha bardziej niż siebie samego i chce się im dać wszystko to, co najlepsze. Czyli przede wszystkim naukę o zbawieniu duszy ludzkiej. Chce się kształtować ich charakter i sumienie, żeby wiedziały jak wybrać dobrą drogę. Jak się nie załamać, gdy jest ciężko. Jak żyć z głową w chmurach i twardo na ziemi. Jak być wdzięcznym za życie i jego dary.

Ale relacja z dziećmi to jedno, świat widzialny ma swoje wymagania i rubryczki. Proboszcz nie dopuści do komunii dziecka, które nie chodzi pilnie na katechezę. Pilnie, czyli minimum 80% obecności – tak to ponoć określił, katechetka kilkakrotnie komunikowała to rodzicom. Szwedzkie katechezy są w niedziele po mszy, co dwa tygodnie. Polska misja z kolei organizuje katechezy w soboty, w środku dnia, co tydzień. W mojej sytuacji odpada taki tryb, zatem wybraliśmy szwedzkie. Kilkoro dzieci z klasy syna chodziło na nie, było łatwiej. Oczywiste, że dziecko chętniej chodzi jeśli ma tam dobrych kolegów. A i mi na tym zależy, to wzmacnia przekaz.

Ale potem zrobiło się trudno – okazało się, ze czasem szwedzka katecheza koliduje z polską mszą, która co dwa tygodnie była w kościele w Lundzie. Były zatem niedziele, kiedy syn nie poszedł na katechezę tylko był ze mną na mszy. W przeciwnym razie musiałabym być na dwóch mszach, bo na polskiej śpiewałą schola, którą od 5 lat prowadzę.Czasem byłam, czasem nie dawałam rady...

Wtedy to pierwszy raz usłyszałam regułę „80%” i okazało się, że syn jest zagrożony. Ze będzie musiał powtarzać pierwszą klasę. Większość klasy była w tej samej sytuacji, potem się okazało, musieliśmy przyjść na dodatkową półdniową katechezę w pewien wakacyjny dzień i wymaganiom rubryczek stało się zadość.

W drugiej klasie była przebudowa kościoła. Wszystko stanęło na głowie, katecheza tylko raz w miesiącu – za to przez 3 godziny. Żeby nie jeździć w te i we wte, to w końcu 15 km od domu, czekałam, aż skończą. Zaczęłam w związku z tym pomagać i przygrywać czasem na gitarze, gdy katechetka poprosiła. Nauczyć się szwedzkich piosenek religijnych. Zorganizować czas Kubusiowi, który zawsze jechał z nami, 3 godziny to sporo dla czterolatka. 

A w niedzielę osobne wyjście na mszę, oczywiście, już na polską mszę jechaliśmy, bo dzieci wolą się modlić po polsku. Daliśmy radę, poznałam przy tym kilku fajnych rodziców i miałam poczucie głębokiego zaangażowania w tę edukację syna. Kubusiowi nie stała się krzywda od czekania abi od nadmiaru kościoła...

W trzeciej – obecnej – klasie katechezy przeniesiono na niedziele... Przypominam, że kościół dalej był w przebudowie, do grudnia 2019, wiec dalej pożyczaliśmy katdrę od protestantów. Oczami katechetki miało być tak - na porannej mszy w katedrze dzieci siedzą z nią. A zatem musimy wstać w tę niedzielę o 7 rano, tyle potrzeba, żeby zjeść śniadanie, ubrać się i zdążyć do Lundu na mszę o 8:30. Msza trwa 1,5 godziny, ksiadz proboszcz lubi kadzidło, długie procesje wejścia i wyjścia, długi hymn po komunii (zawsze zaczynamy śpiew po zakończeniu mycia naczyń i zawsze spiewa się wszystkie zwrotki). Zatem o 10 zaczyna się ta katecheza, przez 3 godziny. W tym czasie ja i Kubuś musimy szwędać się po Lundzie... ze dwa razy poszliśmy do wspólnych znajomych z Lundu, ale wtedy Kami był zawiedziony, bo on też ich bardzo lubi i też chce do nich iść, a nie siedzieć na katechezie nieprzyjemną szwedzką katechetką (dzieci jej nie lubią, niestety, to też nie pomaga)...

Od stycznia wrócił tryb z pierwszej klasy, katechezy krótsze, co dwa tygodnie, po mszy. W czasie katechezy rodzice siedzą przy kawie i gadają. Teraz już nie przeszkadza mi to, ze czasem jest kolizja z polską mszą, to już nic w porównaniu z trzema godzinami czekania. Jedziemy na pierwszą, szwedzką mszę, Kami jest na niej sam a ja ze scholą prowadzę próbę przed polską mszą o 12.

Przez te trzy lata każdy weekend to jest żonglerka – w szwedzkiej dziecięcej lidze wszystkie mecze są zawsze w weekendy, bardzo często w niedziele rano właśnie. Nowa świecka tradycja, tu już prawie nikt nie chodzi do kościoła. Musiałam się nauczyć odmawiać uczestnictwa w meczu, chociaż syn uwielbia grać mecze i za każdym razem był zawiedziony. Ale tłumaczyłam, co jest najważniejsze, dzieki temu, że ma w kościele już wielu bliskich kolegów zawsze rozumiał i bez większych histerii rezygnował. Gorzej jak były zaproszenia na urodziny czy wyjazdy.

Jeszcze tylko 3 miesiące, już czuję, że ciśnienie wyraźnie spadło. Wiem, że wielu rodziców czuje odwrotnie, że teraz to wydatki i góra przygotowań. Nie wiedzą co mówią 😊 Wydatki to NIC przy trzech latach stawania na rzęsach i łzach w oczach dziecka, które nie mogło pójść pobawić się w kolegami. Bo nie zda z religii.

Teraz to już tylko przyjemość i ulga, że daliśmy radę przygotować się.

W naszym przypadku zaplanowałam, że sama ceremonia komunii będzie we Wrocławiu, w parafii taty chrzestnego na Wittiga. To umożliwi naszej rodzinie i bliskim przyjaciołom być z nami w ten ważny dzień. Lokalny ksiądz się zgodził, nawet restaurację udało się znaleźć, co wcale nie jest oczywistością (czego się dowiedziałam, jak zaczęłam szukać). Ale Pan Bóg pobłogosławił i w tym!

Mamy jeszcze jedną małą trudność przed sobą, a mianowicie szkołę, która nie chce dać nam kilku dni urlopu. Od marca do połowy maja odbywają się w Szwecji egzaminy porównawcze, które wszyscy trzecioklasiści powinni pisać, zatem szkoła podjęła decyzję, że w tym okresie nikomu nie daje urlopu. Zaczęłam już negocjacje z dyrekcją, zobaczymy, ale póki co mam nadzieję, że nasza katolicka (sic!) szkoła nie będzie robić niepotrzebnych przeszkód. Dyrektor jest wierzący, także mam nadzieję, że zrozumie mój argument, że w trzeciej klasie nie ma dla dziecka nic ważniejszego niż pierwsza komunia święta, więc jeśli będzie kolizja z egzaminem to prosimy o zmianę terminu egzaminu, jeśli to możliwe, a jeśli nie to o potraktowanie tej nieobecności za usprawiedliwioną.

Bardzo prosimy o dalsze kibicowanie naszej rodzinie i modlitwę o usunięcie pozostałych przeszkód, oraz o dobrą spowiedź i głębokie przyjęcie Eucharystii przez Kamyczka.


30 października 2019

Trochę historii

Od spotkania powstaje album "historia dwójki".

Znalazłam się na kilku zdjęciach. Łezka w oku.

Pierwszy obóz i moja ówczesna wachtowa


 Rok 1991

Rok 1991

 Rok 1991 albo 1992

 Rok 1991 albo 1992


Tutaj mnie jeszcze nie ma, to chyba 1989 albo 1990, ale pokazuje standardowy rozładunek sprzętu na obozie:) Wcześniej trzeba to było zapakować na naczepę, oczywiście, rękami tych samych harcerzy.


O Stanicy i życiu


Trochę cicho tu, wiem. Za to na codzień życie buzuje jak szalone.

Mam tak mało zajęć na codzień*, że wymyśliłam niedawno wyborczą wycieczkę do Polski. Chciałam tanio i na krótko, więc bez dzieci. A zatem w piątek wieczorem Wizzem do Pyrzowic za 250 SEK, potem busikiem do dworca w Katowicach, nocleg w hostelu, pociąg w sobotę rano. Poczułam się jak 20 lat temu, kiedy w ten sposób podróżowałam z harcerzami. Bez etapu samolotu, oczywiście. W poniedziałek rano to samo, tylko w drugą stronę, prosto do biura. Całość zamknęła się w cenie 300 złotych.

W przedwyborczą sobotę moja pierwsza drużyna harcerska - 2 WrŻDH - zrobiła nieformalne spotkanie "po latach". Niedawno odnowiłam z niektórymi kontakty (już teraz fejs wie o mojej przeszłości sprzed fejsa chyba wszystko!) - i spontanicznie zorganizowano "zbiórkę na Stanicy".

Trochę nerwowo, ale z ciekawością, pojechałam rowerkiem do naszego harcerskiego ośrodka wodnego (HOW) Stanicy. Czy będę mieć z kim rozmawiać, czy na żywo rozpoznam ludzi, czy przywołam ich imiona... niektórych zresztą znało się głównie z ksywek ;) Potem doszedł strach, że będę musiała sto razy opowiedzieć jak trafiłam do Szwecji, co tam robię, dlaczego mam dziwne nazwisko... 

Ale jakoś to poszło. Z tymi trudnymi tematami, okazało się, że ludzie rozumieją więcej niż myślę, są mniej ciekawscy niż średnia a jednocześnie... mam do siebie tak ciepły stosunek i otwarte oczy na świat, że w zasadzie nie trzeba nikomu nic wyjaśniać. Ot życie nam się przydarzyło.

Spotkanie było niesamowicie fajnym czasem. Kolega określił to potem, że w jednym miejscu zgromadziła się większość ludzi z listy Tych-Którzy-Wywarli-Duży-Wpływ-Na-Moje-Życie. Miałam dokładnie takie samo wrażenie. Nawet nie chodziło o jakąś tanią nostalgię, ale uświadomiłam sobie jak wiele zawdzięczam tamtemu miejscu, tamtej drużynie harcerskiej i że to, kim jestem dzisiaj, formowało się wtedy.




Jak to było, że ja tam trafiłam? Zapytałam mamy, ale nie pamiętała szczegółów. Moja pamięć mówi, że w czerwcu 1990 amam zastanawiałą się, co z nami na wakacje zrobić i poszła nas zapisać na obóz harcersko-żeglarski. Ale dlaczego akurat taki? Może dlatego, że rok wcześniej byłam z siostrą w Kanadzie i tam byłyśmy przez dwa miesiące na półkoloniach żeglarskich, wtedy to był nasz pierwszy – i jakże intensywny – kontakt z pływaniem. Wróciłyśmy zachwycone i obkute w nazwy takielunku po angielsku. Także może prawdziwe korzenie tej sprawy tkwią właśnie w Kanadzie..? Mama zobaczyła, jak nas to wciągnęło i chciała, żebyśmy pokontynuowały?

Tego nie dowiem się nigdy, na sądzie ostatecznym może.

Grunt, że wtedy właśnie prawdziwie włączyłam się w ten najpiękniejszym ruchem, jaki istnieje w Polsce – harcerstwo.

Drużyna okazała się być bardziej środowiskiem żeglarskim niż harcerskim. Intensywnie się szkoliliśmy i szybko porobiłam patenty. Potem zaczęły się rejsy zatokowe i morskie, Mazury tylko jako przerywnik. Miałam jednak wielkie pragnienie pójścia wgłąb harcerskiej służby, dlatego po kilku latach odeszłam z drużyny i zaczęłam prowadzić swoją.

Przyznam, że lekceważyłam długo tę pierwszą – „dwójkę”. Teraz zobaczyłam ją w zupełnie innym świetle.

To była potężna siła i żaden przypadek.

Na tym spotkaniu poznałam pierwszego drużynowego, jeszcez z lat 70-tych. Na tym naszym ognisku, dla „weteranów”, wygłosił gawędę o początkach drużyny i swojej wizji. Andrzej okazał się człowiekiem pełnym wiary w Boga i oddanym Sprawie – żeglarstwo zawsze było czynnikiem, który miał przyciągać młodych, a harcerstwo miało ich potem wychowywać i przemieniać. No i dokładnie to stało się ze mną.

Pomijając aktywność towarzyską czy w Kościele, ale całe moje życie byłam przekonana, że to nie studia zapewniły mi dobre prace i ciekawy rozwój kariery. To wszystko dzięki talentom, odwadze i wewnętrznej spójności, rozwiniętym w harcerstwie i podczas rejsów. Na morzu nie ma srania po krzakach, jak to się mówiło – navigare necesse est, vicere non est necesse. 



Dwójki już nie ma ponoć. Na Stanicy działają dwie inne drużyny, ponoć duch w narodzie podupadł.

Ale może właśnie dzięki takim spotkaniom powróci to, co tak ważne?

Już rozpaliło się ognisko,
Dając nam dobrej wróżby znak.
Siedliśmy wszyscy przy nim blisko,
Bo w całej Polsce siedzą tak
Siedzą harcerki(rze) przy płomieniach
Ciepły blask ognia skupia je(ich),
Wszystko co złe to szuka cienia
Do światła dobro garnie się
Mówiłeś, druhu komendancie,
Że zaufanie do nas masz,
Że wierzysz w nasze szczere chęci,
Wszak ty harcerskie serca znasz.
Warunki tylko warunkami,
Od dawna już słyszymy to,
Lecz my jesteśmy harcerzami
I zwyciężymy wszelkie zło.




*sarkazm 😊

13 września 2019

Niebieski!

Wczoraj w sklepie muzycznym.

Od kilku dni woziłam gitarę w samochodzie, bo nie znajdowałam czasu na pojechanie do muzycznego. W końcu udało się po szkole syna, więc był ze mną. Załatwiliśmy sprawę z gitarą, pan był super pomocny i miły. Teraz czas na relaksik - idziemy na oddziały z perkusjami, pianinami i ukulele, dziecko ciekawe świata. Sama zresztą lubię pobuszowac w sklepie muzucznym.

W końcu zobaczył harmonijki. Oczy mu się zaświeciły i przypomniał sobie, że od dawna marzył.

No to wybieramy. Mają różne kolory, to takie modele pod dzieci.

Nasz pan od gitary obsłużył innych i wraca do nas. A my sobie gadamy po polsku, drogą eliminacji zostały dwa kolory:

- To jaki chcesz kolor, Kami, czerwony czy niebieski?

Kami myśli... i myśli... szwedzki sprzedawca się wtrąca i mówi po polsku:

- NIEBIESKI.

I dodaje, już po angielsku:

- Tak jak drugie pole na torze żużlowym.

Oniemiałam na chwilę. Ale natychmiast sprostowałam:

- No chyba,  że mamy mecz ligowy.

Pan się zaśmiał i zgodził ze mną. Dużo tych meczy ligowych ostatnio oglądam, jest z czego być dumnym. No i czasem łezka się zakręci na widok Olimpijskiego...

Natychmiast dodałam, żeby wiedział, kto tu rządzi:

- Sparta Wrocław!!!!

A pan na to:

- Tak, wiem, jedzie w finale z Unią Leszno. Powodzenia!

Teraz po prostu zbaraniałam. Szwed zna polską ligę! Najwyraźniej też ma polski Canal+ bo zna kolory kasków po polsku :)

Chwile  porozmawialiśmy. Pan Jonas oczywiście wiedział także, że Bartosz Zmarzlik jest kandydatem na zwycięzcę cyklu Grand Prix.

Potem się okazało, że zna mojego kolegę z pracy, Konrada, który jest byłym zawodnikiem i kiedyś jeździł w Włókniarzu (NB niesamowicie fajny kolega z niego, Polak pełną gębą ale urodzony w Szwecji, bezcenna skarbnica wiedzy o szwedzkim systemie - bo zna go od środka i nie kupuje propagandy mediów).

Jaki mały ten świat. Od razu milej mi się mieszka w Szwecji.

Jutro znowu pójdziemy do sklepu muzycznego, Kubuś chce czerwoną harmonijkę. Może Spartanie już wejdą jedną noga na to złote podium...?



20 sierpnia 2019

Postny chlebek

Mała dygresja, ale trochę w temacie poszczenia :)

Któryś z dawnych czytelników bloga pytał mnie kiedyś o ciasteczka do piwa. Wtedy nie znałam takich, ale teraz chętnie pomogę. W Szwecji to dość znany chlebek, nawet doczekał się gotowych mieszanek w supermarketach - wystarczy dodać mąkę i wodę i upiec.

Ale ten chlebek bardzo łatwo zrobić w każdych warunkach, a w mojej rzeczywistości postu Daniela idealnie nadaje się na wyjście (trzeba pilnować węglowodanów i glutenu, najlepiej żeby go nie było). Także dzisiaj piekę, bo wczoraj skończyłam 14-ty dzień!

Nadaje się też jako przekąska do piwa, jak wspomniałam wyżej.

Składniki:

1 dl ziarenek słonecznika
1 dl pestek z dyni (obranych!)
1 dl sezamu
1 dl siemienia lnianego
Można dosypać 2 łyżki chia, można dodać suszone warzywa
Sól

Dodać ulubionych przypraw, polecam zacząć od samej soli i potem dopiero kombinować :)

Mieszankę zalać wrzątkiem, tak, żeby tylko przykryło, ok 2 dl to będzie.

Dodać 2 łyżki łagodnego oleju (uwaga na oliwę z oliwek, potrafi być gorzka i zepsuje smak!).

Dosypać 2-3 dl mąki kukurydzianej, ma wyjść konsystencja pasty.

Pieczenie:

Przygotować blachę z papierem do pieczenia, uformować z ciasta płaskie paski o szerokości ok 5-6 cm, grubości 2-3 mm. Im cieńsze, tym lepsze. Ponacinać potem łopatką w poprzek, żeby wydzielić "kromki" chlebka. Można też "zalać" całą blachę i potem kroić, jak komu łatwiej.

Piec w 180C przez ok. 1 godzinę - trzeba dogądać, zeby się nie przypaliły. Mają być złociste.

Chlebek jest przepyszny, nawet moje dzieci uwielbiają. Piszę nawet, bo dzieci ponoć nie lubią twardych rzeczy typu skórki od chleba, ale ten im bardzo wchodzi. Ten jest kruchy, ale nie twardy.

zdjęcie pożyczone stąd

13 sierpnia 2019

Szukam, szukania mi trzeba

Wakacje w Polsce to zawsze bardzo intesywny czas, w którym bardzo trudno cokolwiek kontrolować. Każdy uczestnik wakacji ma swoje oczekiwania a ja próbuję to posklejać. Za każdym razem obiecując sobie, że to ostatnie wakacje w Polsce, że więcej nic nie organizuję, bo i tak każdy niezadowolony.

Oczywiście na wyjeździe każdemy serca się krają, lecą łzy i zawsze słyszę "mamo, bylo super, dlaczego nie możemy mieszkać w Polsce".

No na razie nie możemy, trzeba się modlić o pomyślne wiatry, tak to ujmę.

Czasem zastanawiam się, czy warto wracać na te krótkie okresy, może to jest ta ręka, co została na pługu gdy trzeba iść za Nauczycielem...? Ale jak nie wracać, jak nie pokazać korzeni, ja można zaniedbać matkę? Czcij ojca swego i matkę swoją przecież. No i otwieram dzieciom drzwi, których nawet nie widzą w Szwecji (klik klik filmik z półkolonii sportowych)...


Byliśmy w Karkonoszach przez kilka dni, siostra ma tam domek. Była gitara, pogodne noce na tarasie i orkiestry świerszczy wieczorami. Teraz dzieci chodzą i śpiewają na cały głos "niechaj zalśni Bukowina w barwie malin" oraz "Sielankę o domu".

Już przed wakacjami odkopałam stare śpiewniki, kiedy to nasza szwedzka schola spotykała się na różnych grillach i innych kawkach. Okazuje się, że są piosenki, które prawie wszyscy moim znajomi Polacy znają - to stare "turystyczne" ballady oraz poezje w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa, Wolej Grupy Bukowina, Grechuty i Elżbiety Adamiak...

Zaśpiewałam niektóre z tych piosenek pierwszy raz od wielu lat. Najpierw nie byłam w stanie wyśpiewać niektórych, bo przyszło ogromne wzruszenie i bardzo zatykało mi gardło. Potem się zasmuciłam, bo zobaczyłam jak daleko odeszłam od tych ideałów.

Chodzą ulicami ludzie
Maj przechodzą lipiec, grudzień
Zagubieni wśród ulic bram
Przemarznięte grzeją dłonie
Dokądś pędzą, za czymś gonią
I budują wciąż domki z kart.

A tam w mech odziany w kamień
Tak zaduma w wiatru graniu
Tam powietrze ma inny smak.
Porzuć kroków rytm na bruku
Spróbuj znajdziesz jeśli szukasz
Zechcesz nowy świat, własny świat.

Płyną ludzie miastem szarzy
Pozbawieni złudzeń, marzeń
Omijając wiąż główny nurt.
Kryją się w swych norach krecich
I śnić nawet o karecie
Co lśni złotem nie potrafią już.

A tam w mech…

Żyją ludzie asfalt depczą
Nikt nie krzyknie, każdy szepce
Drzwi zamknięte zaklepany krąg.
Tylko czasem kropla z oczu
Po policzku w dół się stoczy
I to dziwne drżenie rąk.

 Stałam się właśnie takim człowiekiem miastem szarym, pozbawionym marzeń i złudzeń. 


Może nie całkiem tak, nie kryję się w żadnej norze kreciej ani nie przepraszam, że żyję, ale rzeczywiście moim jedyym marzeniem jest teraz wychować dzieci na ludzi. Wiecie o co chodzi, nie będę rozwijać. Reszta to środki do celu. 

A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie... pachnący i słoneczny... Zaproszę dzień i noc, zaproszę cztery wiatry. Dla wszystkich drzwi otwarte, ktoś poda pierwszy ton, zagramy na góry koncert.
(...) A zmęczonym wędrownikom odpocząć pozwolą muzyką, bo taki będzie mój dom.

Cóż... mimo deklaracji sprzed lat mój dom taki nie jest. Owszem, śpiewamy w nim, dzieci uwielbiają śpiewać... ale nie jest to dom spontaniczny ani pełen szalonych pomysłów. Mój mąż zdecydowanie nie jest typem romantycznego barda, stąpa twardo po ziemi. Czy to ten zaklepany krąg...?

Z drugiej strony, romantyczni bardowie źle kończą...

Może to po prostu odwieczy konflikt serca i rozumu, a może kryzys wieku średniego mnie dopadł...

Po przyjeździe z gór do Wrocławia biegałam i myślałam...  Oczywiście wszystkie trasy musiały dotrzeć do ukochanej Odry, także w głowie brzmiało mi O dobra rzeko, o mądra wodo...

 
Wróciliśmy. Praca, szkoła (od dzisiaj!), treningi...

Ale coś się zmieniło. Przypomniałam sobie, że nie chcę żyć z nosem przy ziemi. Chcę znowu zacząć marzyć. Teraz trzeba do tego być odpowiedzialym, nie tak jak kiedyś.

Nie wiem jeszcze co i jak trzeba zrobić.

Przyznam się Wam, że podjęłam w tej intencji post Daniela. O światło Ducha Świętego, który przecież wieje kędy chce i działa w poprzek wszystkich utartych schematów.

Szukam, szukania mi trzeba, domu gitarą i piórem
A góry nade mną jak niebo, a niebo nade mną - jak góry.

2 lipca 2019

Nic nie jest na zawsze

Jest kilka rzeczy, które kocham w Szwecji. Są nią plaże i oddech, jaki dają. Te dzikie plaże, których nie ma już w Polsce są chyba właśnie tutaj (nawet jeśli niedaleko plaży jest czynna i czysta toaleta, a do parkingu nie trzeba iść 5 km).

Niedawno zorganizowałyśmy naszej drogiej przyjaciółce urodziny... na plaży. "My" to pewne nadużycie, większością zajęła się Kasia. Ona rzuciła pomysł imprezy, potem dogadałyśmy szczegóły - miejsce i menu. Organizacji miejsca podjęła się Kasia, reszta dostarczyła jedzenie i picie.

Przyjechałam w umówione miejsce... i oniemiałam. Wyobraźcie sobie reklamę egzotyczych wczasów - plaża, świece, biały tiul nad stolikiem z szampanem i truskawkami, w tle zachodzące słońce....

To właśnie zorganizowała Kasia.

Zatroszczyła się o szczegóły takie jak porcelana, kieliszki, kwiaty i poduszki do siedzenia. I o tiul, oczywiście. 



Ale najważniejsze było to, że Natalia - jubilatka - niczego się nie spodziewała. Przywieziono ją z zawiązanymi oczami :)

Nie muszę mowić jak ogromnie się wzruszyła. Nie będę zdradzać osobistych szczegółów, ale Natalia doświadczyła tu w Szwecji wielu trudności i upokorzeń, nasza przyjaźń to była jedna z niewielu jasnych stron ostatich kilku lat jej życia. Wyszła zwycięsko ze wszystkich prób, a na przypieczętowanie wstania z kolan zdecydowała się wrócić do Polski na stałe. To był przy okazji jej pożegnalny wieczór.

Jeden z najlepszych wieczorów tego roku dla nas wszystkich, choć pełen tego smutku rozstania.




Mamy tu wiele takich plaż. Ale każda z nich będzie mi teraz przypominać Natalię. Jestem pełna podziwu dla tej młodej matki, która podjęła decyzję o nowym początku, świadoma tego, że inni mogą to odebrać jak porażkę i że dzieciom funduje chaos zmiany systemu szkolnictwa.

Kami bardzo mocno przeżywa jednak utratę przyjaciela - synka Natalii. To już drugi przyjaciel, który "go zostawia". Mamo, dlaczego wszyscy mnie opuszczają...? pytał co kilka dni ze łzami w oczach jak się tylko dowiedział.

C'est la vie, synku. Nic nie jest na zawsze na tym świecie. Ale to, co prawdziwe i wartościowe przetrwa w naszych sercach.

10 maja 2019

Drenaż mózgu

Ponoć co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.

Najpierw przez ponad miesiąc szkoliłam mojego następcę w starej pracy. Proces rekrutacji, jaki się dokonał, okazał się istnym skandalem - kadrowa chciała ordynarnie wcisnąć swojego protegowanego, który nie miał żadnych kwalifikacji, więc tak napisała ogłoszenie, że w zasadzie każdy mógł aplikować. Napisała je kilka tygodni po moim złożeniu wypowiedzenia, po tym jak już miała wybranego kandydata. Na jej nieszczęście zgłosiło się jeszcze kilka osób z mojej firmy i wybrali kogoś nieco bardziej nadającego się. Ale całość rozegrała się w czasie trzech dni (tak, ja wiem w 3 dni można umrzeć i zmartwychwstać) i wiele zdolnych i doświadczonych osób z firmy nie miało szans zdążyć się dowiedzieć, że ja odchodzę i mogą kandydować na moje stanowisko.

Także szkoliłam zupełnego świeżaka... Miałam w miesiąc przekazać 13 lat wiedzy i doświadczenia komuś kto nie ma pojęcia co firma właściwie robi - a i na systemach informatyczych się zupełnie nie znał. Tyle, że był po studiach ekonomicznych.

Każde kliknięcie myszką oznaczało wyjaśnianie co robię i dlaczego. Musiałam nawet nauczyć go narzędzi pracy, bo on nigdy nie miał do czynienia z bazami danych. Napisałam wiele stron procedur i instrukcji. Dodatkowo pół firmy ustawiało się w kolejce po "tylko ten ostatni raport, zanim odejdziesz". 

6 maja skończyło się. Odeszłam.

I cisza w eterze... 

Nikt do mnie nie dzwoni, nie pisze, choć wiem, że proces mocno kuleje. Spotykam czasem dawnych kolegów na lanczu. Wszystko kuleje, ale co z tego. Nikt się zbytnio nie przejmuje, kuśtykają do przodu, ale czyż całe życie tak właśnie nie wygląda? Codziennie każdy toczy tę samą walkę...

Teraz widzę, że za bardzo się spinałam, nie warto było. Wydrenowano mi mózg i byłam skrajnie zmęczona przez te ostatnie tygodnie. A nawet o wiele dłużej. Wypaliłam się trochę.

Spięcie tego z całą resztą normalych domowych obowiązków udawało się średnio - nie wiem za bardzo co się działo w święta wielkanocne, chyba się odbyły...

A potem pojechałam się zresetować do Gdańska, na coroczne warsztaty muzycze "Muzyka Duszy". Było mi to potrzebne jak nigdy dotąd.

I chyba się udało, póki co nabrałam sił na kolejne tygodnie - sił, które będą mi bardzo potrzebne do nauki nowej pracy... bo teraz ja jestem świeżakiem, który się wdraża!! O tym w kolejnym poście.

A na razie zapraszam na koncert! W tym roku stałam zupełnie gdzie indziej niż w poprzednich latach, ciekawe kto się połapie :)



7 marca 2019

O poszczeniu

To ten czas kiedy mamy pościć. Odnowić relację z Bogiem. Nawrócić się.

Najpierw postanowiłam zrobić koleja edycję postu Ewy Dąbrowskiej - kiedy lepiej niż w wielkim poście? Przecież po to głównie się propaguje rekolekcje z postem Daniela, robione dietą ED.

Opowiadałam koleżance swoje zamiary, na co ona zapytała "a Ty chcesz to zrobić dla siebie czy dla Jezusa?"

Postawiło mnie to do pionu muszę przyznać. Od czasu pierwszego postu, który poszedł mi bardzo dobrze, zmieniłam radykalnie styl żywienia ...i życia. Każdy niemal dzień zaczynam od zielonego koktajlu, w tydzień mja rodzina zjada 3 kg czerwonych grejpfrutów (dzieci pokochały!) a ewentualne słabości słodkościowe rekompensują dziesiątki wybieganych kilometrów.

Udało mi się wrócić z bardzo dalekiej podróży - dawno zapomniałam o bólach kręgosłupa, zadyszce przy wchodzeniu na schody czy za ciasnych ubraniach. Wreszcie mam sporo energii a godzinny bieg o 6 rano stał się najlepszym sposobem na poranną modlitwę i pokój w sercu.

Czy kolejne tygodnie na warzywach naprawdę są tym, co mnie nawróci...? Czy naprawdę moja dusza tak wiele zyska na skrupulatnej dbałości o skład posiłku?

Sama zaczęłam mieć wątpliwości.

Dodatkowo także dlatego, że bieganie wymaga białka i weglowodanów. Inaczej ponoć organizm zaczyna żywić się własnymi mięśniami - mogę wpędzić się w kontuzje. Na poście Dąbrowskiej nie wolno intensywnie ćwiczyć, wszyscy prowadzący to wyraźnie podkreślają.

Poszukałam zatem inspiracji u mądrzejszych. Ojcowie Pustyni zawsze na propsie, jak by to powiedziała młodzież ;)

A na serio. Już pierwsze słowa o "dietach jakichś proroków" mnie uderzyły, poczułam jakby zostały skierowane właśnie do mnie.

To właśnie wcielę w zycie w tym Wielkim Poście. Prosto i na temat:



A za lekturę duchową posłuży mi doskonała książeczka, otrzymana niedawno w prezencie. Chyba się starzeję skoro wydawnictwa z 1890 są dla mnie więcej warte niż współczesne rekolecje, z językiem dopasowanym do "dzisiejszego świata".

Będę Wam cytować conieco, bo warto. Zaczęłam w wigilię Środy Popielcowej.



Życzę moim czytelnikom owocnego przeżycia tego czasu. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz! Memento Mori!

4 marca 2019

O naiwności

Nikt nie komentuje, pewnie nikt nie czyta.

Co zrobić, takie życie. Najwyraźniej byłam naiwna ;)

A może po prostu wszystko kiedyś się kończy.

Szwecja też się kończy. Ostatnio media głośno lamentują o najnowszych decyzjach sądów - otóż nie trzeba w żaden sposób udowodnić swojej tożsamości, żeby otrzymać azyl. Tym samym kolejną pętlą sznura związano ręce urzędowi migracyjnemu. Już chyba nie został żaden argument, żeby odmówić azylu...

Do tego pojawił się problem powracających żołnierzy ISIS i ich rodzin. Codziennie widzę nowe artykuły na temat tego, jak to byłe żony IS żałują swoich decyzji i chcą po prostu wrócić do "domu" i zapewnić byt dzieciom. Przecież dzieci takie niewinne... Co tam, że tłem tego typu decyzji jest wyparcie państwa islamskiego z dotychczasowych terenów i uwięzienie pojmanych tam jego członków. Przecież kobiecie trzeba wierzyć, nie?

Na szczęście pojawiają się też relacje z obozów dla uwięzionych, w których inne kobiety przekonują, że one są dumne z tego, czego dokonało państwo IS. Ale to kropla w morzu tej debaty, szwedzcy politycy u koryta postulują procedury ściągania szwedzkich obywateli do domu oraz ich resocjalizacji.  Co tam, że większość z nich urodziła się poza Szwecja, nienawidzą swojej nowej ojczyzny, kochają tylko jej zasiłki oraz plany zozprzestrzeniania islamu... "IS-Szwedzi" to nowe pojęcie ukute na potrzeby poprawnego pisania o problemie. Nie terroryści, nie najemnicy - "dzieci IS", "Szwedzi IS" tudzież "wojownicy IS".

Także prawdziwy problem polega na tym, że na czele Szwecji stoi banda idiotów - bo inaczej tego nie można określić - która kupi te wszystkie kłamstwa. Czy to z braku rozeznania, czy też z powodu rozkazu rozmontowywania europejskich społeczeństw. Tak czy owak jestem pewna, że czeka nas kolejna fala "naiwności".

Naczelna redaktorka Goteborgs Posten napisała doskonałe podsumowanie tego zjawiska - "To tylko szwedzka naiwność". Jak to jest, że pracownik w firmie odpowiada za swoje decyzje i pracę, a polityk po prostu powie przed kamerami, że "okazaliśmy się naiwni" i dalej zajmuje swoje stanowisko? Od lat słyszymy to samo bicie się w piersi ze strony socjalistów (och, jakie to chwalebne, potrafia się przyznac do błędu!), a potem jesteśmy świadkami coraz większych absurdów.  Takich jak w/w wyrok sądu o braku konieczności udowodnienia swojej tożsamości, albo zatrudnianie nielegalnych imigrantów do prac wymagających dokładnego prześwietlenia pod względem bezpieczeństwa (sprzątacze w policji i na lotnisku Arlanda), kończąc na krytykowaniu Szwedów za brak integracji z "nowymi" - to przez tę szwedzką ksenofobię mamy tyle strzelanin i przestępczości imigrantów! Młodzieżówka zielonych przeszła samych siebie w tym ostatni artykule...

Naiwność to tylko pozornie dobra cecha, tak Szwedzi myślą o sobie - dobry, poczciwy człowiek, nie przewidział całego zła tego świata. Ale synonimem tego słowa jest "niedojrzały", "dziecinny" i "łatwo dający się zwieść". Zaś przeciwieństwem - "dojrzały", "odpowiedzialny" i "realista". Najważniejsi przywódcy państwa nie mogą zasłaniać się niewiedzą, bo wielu ekspertów od lat biło na alarm. Oni WYBRALI drogę naiwności. Szwedzka niedojrzałość demonstruje głębokie strukturalne problemy z oceną rzeczywistości, pokazuje jak potężne jest zakłamanie całego społeczeństwa.

Bo ktoś głosuje na tych ludzi, prawda?

Jeśli komuś się wydaje, że osiągnięto granice absurdu, polecam poczytać* szwedzką prasę. Czy raczej nie szwedzką - prasę z Absurdistanu.




*google translator daje radę ze szwedzkim

26 lutego 2019

O cywilizacji łacińskiej

Polecam śledzić wykłady i artykuły księdza Jacka Gniadka. Pisze bardzo mądre rzeczy, ma rozeznanie w teoriach ekonomii, a przede wszystkim - ma katolicką perspektywę. Wypowiada się o ekonomii i Unii Europejskiej, ale widać, że w tym wszystkim interesuje go człowiek. Bo właśnie, nie da się oddzielić godności człowieka od rozwiązań polityczno-gospodarczych, nie jesteśmy żadną masą, która ma dostosowac się do teorii chorych umysłów, ale osobami stworzonymi na wzór i podobnieństwo samego Boga.

Gdy czytam komentarze księdza Gniadka czuję to samo ożywcze tchnienie Prawdy, które towarzyszy lekturze Fultona Sheena i Chestertona. Nie umiem tego nazwać, ale to takie poczucie sensu i porządku. Świadomość fundamentu budowli i tego, że ściany są dobrze zbudowane, a dach nie runie nam na głowę.

Niedawno cytował Feliksa Konecznego, z okazji 70. rocznicy śmierci historyka.

Z tej okazji warto kolejny dzień pochylić się nad jego spuścizną, a zachęca mnie do tego dobry tekst Filipa Menchesa. FK opisał swoje spostrzeżenia na temat cywilizacji. Podobnie jak wielokulturowość nie jest możliwa na dłuższą metę na jednym terytorium państwa narodowego, podobnie obecność różnych cywilizacji doprowadzi do konfliktu i wygra silniejsza, niekoniecznie ta bardziej wartościowa. Łatwiej jest zburzyć bibliotekę, niż ją zbudować. Rozważania FK mają swoją wagę w kontekście dyskusji na temat wolnego runku, który nie istnieje w próżni kulturowej czy cywilizacyjnej. Z pewnością jedyną cywilizacją, w której może on zaistnieć w pełni, jest cywilizacja łacińska, która opiera się na chrześcijańskim personalizmie. Prawa prakseologiczne opisane przez Ludwiga von Mises'a działają wszędzie. Przy ograniczonej wolności zewnętrznej, będą działać w ograniczonym zakresie.

FM trafnie zauważa, że oddalone zostało dzisiaj oddziaływanie cywilizacji turańskiej na Polskę. Istniej jednak nowe zagrożenie. FM pisze: "Natomiast być może w III RP odnowił się konflikt cywilizacji łacińskiej z cywilizacją bizantyńską jako „metodą ustroju życia zbiorowego” Unii Europejskiej (a zwłaszcza państw jej twardego jądra, czyli Niemiec i Francji). Lewicowo-liberalny establishment UE uważa chrześcijaństwo za ideologiczną konkurencję. Oczywiście przyzwala katolikom uczęszczać co niedziela na mszę świętą. Ale jeśli w ich rodzinach dzieci wychowane są w przekonaniu, że aborcja czy współżycie osób tej samej płci to grzechy ciężkie, wówczas wstępują oni na wojenną ścieżkę z politykami i urzędnikami stojącymi na straży unijnych wartości."

https://tygodnik.tvp.pl/41206949/cywilizacje-nie-sa-sobie-rowne-polske-juz-raz-zabila-wielokulturowosc?fbclid=IwAR1hNxcDxPaeSI6_S_UfQcHcdDjbINUNVg0b5EnYUlx9bhGIV29uscqOpyk

Innego dnia.

Wybrałem się w Warszawie na konferencję z tej okazji, by posłuchać prof. Pawła Skrzydlewskiego. Jest filozofem i obronił kiedyś pracę doktorską o "Wolności człowieka i sposobie jej realizacji w cywilizacji łacińskiej w ujęciu F. Konecznego".
Kilka lat temu w wywiadzie dla "Teologia polityczna" PS zwrócił uwagę na to, że Unia Europejska jest budowana na poważnych błędach antropologicznych. UE jest tworem bizantyjskim, a większość państw w UE odwołuje się do cywilizacji łacińskiej. W cywilizacji bizantyjskiej mamy do czynienia z centralizmem, biurokratyzmem oraz fiskalizmem. Polityka cywilizacji łacińskiej budowana jest natomiast w oparciu o interes narodowy, społeczny solidaryzm i dekalog. Taka synteza rożnych cywilizacji nie ma szans na powodzenie.
Warto przypomnieć, co FK pisał o państwie łacińskim w "Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej" (1997): "Rząd nie powinien mieć nic wspólnego ze sprawami społecznymi. Te mają być pozostawione wyłącznie samorządom społecznym. Im mniej urzędów, tym lepsze państwo. Gdzie biurokracja urosła na więź państwową, tam musi dojść do tego, że rządziciele będą umysłowo niżsi od przeciętności w danym kraju. [...} Ręka rządu, położona na sprawach społecznych staje się ciężką niezdarną łapą rządową, psującą wszystko... nawet w najlepszej wierze." (s. 67-68).
Jeżeli to wziąć pod uwagę, to niewiele zostało nam z cywilizacji łacińskiej...

Bardzo uderzyły mnie te teksty. Poczytałam wszystkie podane linki i aż usiadłam z wrażenia. Ktoś juz dawno opisał to, w czym żyjemy dzisiaj! Centralizm, biurokracja, fiskalizm i fałszywa wolność.

Szwecja jest zawsze w awangardzie, jak to kiedyś ujął Maciej Zaremba. Wszystkie nowinki od razu się tu przyjmują i są ochoczo testowane na małym hermetycznym społeczeństwie, które boi się konfliktów, szanuje władzę oraz zapomniało kim naprawdę jest człowiek. Liczy się idea i poprawianie świata, Szwed jest szczęśliwy jeśli podniesie sobie podatki w celu walki ze zmianami klimatu! Ale wyraź na głos swój sprzeciw wobec aborcji - jesteś wrogiem publicznym numer 1.

Najwyraźniej w dziedzinie upadku cywilizacji też jest w awangardzie. Ostatnio pojawiło się w mediach podsumowanie nowego rządu - od lat kompetencje polityków są coraz niższe, ale teraz osiągnęły dno. Dziwi to autora w kontekście faktu, że szwedzki obywatel ma przeciętnie wyższe wykształcenie niż średnia krajów OECD.  Natomiast wśród czołowych przedstawicieli rządu i ministerstw nie ma już nikogo z tytułem akadamickim, a coraz większa rzesza nie ma absolutnie żadnego wykształcenia. Za to ma w CV przynależność do partii oraz laurki wierności ideom socjalizmu. Bierni, mierni ale wierni - rząd BMW.
https://www.expressen.se/ledare/linda-nordlund/bedrovligt-lag-utbildning-bland-lofvens-ministrar/
"Żałosnie niskie wykształcenie wśród nowych ministrów"

Najwyraźniej to Feliks Konieczny miał rację - jesteśmy świadkami upadku cywilizacji a Szwecja w tym przoduje. Stopień ograniczenia wolności jest tu niewyobrażalnie większy niż w Polsce, a rządza nami komunistyczni aktywiści. Może to jest ten czynnik, który powoduje, że kultura islamu panoszy się to coraz bardziej jawnie...? Ponoć natura nie znosi próżni.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...