1 czerwca 2013

O wadach charakteru

Mała zmiana tematu. Mam dla Was ciekawe ćwiczonko.

Jakiś czas temu mój mąż był na szkoleniu z "budowania zespołu". Na takich zajęciach robi się często ciekawe gry i ćwiczenia. Takie harcerskie trochę :) Przyniósł z niego dwie kartki, wręczył jedną i dał mi zadanie.

Z poniższej listy cech charakteru wyszukaj swoje wady. Spokojnie, bez stresu (po pierwszym pobieżnym przeczytaniu oddałam kartkę mężowi, prychając, i powiedziałam, że z nic z TEGO nie dotyczy mnie... przeczytałam jeszcze kilka razy i stwierdziłam, że jednak trochę dotyczy...). Możesz też wyszukać wady swojego męża/żony. Zanotuj. Nie musisz pisać w komentarzu.

(Lista jest przetłumaczona ze szwedzkiego, wiec czasem są dwa słówka, żeby lepiej oddać szwedzkie znaczenie - choć i tak mogło się zdarzyć, że oddałam je źle albo słówko jest fatalną kalką językową... jak ktoś ma pytanie to proszę je zadać w komentarzu :) )

1. Prozaiczny, przyziemny
2. Gadatliwy
3. Pełen brawury
4. O rozproszonej uwadze, nieskupiony
5. Nudny
6. Upierdliwy, pedantyczny, perfekcjonista
7. Nieustępliwy, natrętny
8. Nierozsądny, nieracjonalny
9. Skąpy
10. Dziwaczny
11. Nierealistyczny, bujający w obłokach
12. Zadufany w sobie
13. Chwiejny, niezdezydowany
14. Bezmyślny, lekkomyślny
15. Uparty, zawzięty
16. Kłótliwy
17. Tchórzliwy
18. Leniwy
19. Dominujący
20. Przymilny, ujmujący
21. „Bez kręgosłupa”, zmienny
22. Drobiazgowy, powolny
23. Sztywny, surowy
24. Rozrzutny
25. Zmienny, niestały
26. Zależny od innych
27. Naiwny
28. Spragniony towarzystwa
29. Węszący, wtykający nos w cudze sprawy
30. Zamknięty w sobie, wycofany
31. Zuchwały, bezczelny
32. Krytykujący, pouczający
33. Plotkarz
34. Przewrażliwiony, drażliwy
35. Dziecinny
36. „Błazen towarzyski, pajac”
37. Niewrażliwy, obojętny
38. Bezkrytyczny, łatwowierny
39. Przewrażliwiony na własnym punkcie
40. Krętacz, śliski
41. Pobłażliwy
42. Pyszałek, arogant
43. Sprzedajny
44. „Filozof” (wiecznie dywagujący, taki Tewje Mleczarz: "ale z drugiej strony...")
45. Oziębły, zamknięty

Za kilka dni rozwiążę zagadkę (muszę dać Wam czas!) :)

26 maja 2013

Z okazji Dnia Matki - Czcij Ojca Swego i Matkę Swoją

Nie chcę i nie planuję za dużo filozofować na blogu, ale chciałabym dzisiaj podzielić się różnymi emigranckimi myślami, tak przy dniu Matki. W sumie od początku o tym się myśli, tylko przechodzi różne fazy. Ostatnio chyba więcej ludzi przechodzi różne fazy... a to Asia, a to Fidrygauka (i jeszcze kilka innych, ale nic szczególnego, więc nie będę linkować)... emigrant emigrantowi potrafi być wilkiem (w końcu emigrant też człowiek), ale mam nadzieję, że to mnie się nie będzie nigdy tyczyło, czytam z zainteresowaniem... postanowiłam dołożyć swoje trzy grosze.

Jakiś tydzień temu zorientowałam się, że mogę wystąpić o szwedzkie obywatelstwo, no i zaczęłam myśleć... czy aż tak wyemigrowałam? czy to nie przesada? czy to uczciwe? siedze i myślę...


Natrafiłam niedawno na ileś wpisów w stylu "wyjazd z Polski to zdrada" tudzież "wyjeżdżają tylko mięczaki".    I jeszcze "Polska to matka, a matki się nie porzuca, jak się robi chudo w portfelu". Nie chcę tu nikogo potępiać, bo rozumiem. Naprawdę (choć przypomina mi się dowcip "Matka, jest tylko jedna"!...). Ale.

Wszystko zależy od MOTYWACJI wyjeżdżającego.

Człowiekowi nie chce się wysilać i budować życia w ojczyźnie (uczyć, angażować, dawać z siebie wszystko), woli jechać "na (przysłowiowy) zmywak" na zachód - nieporadność i łatwizna. Jeśli polityk czy uciekinier od konsekwencji swoich czynów - można pokusić się o pojęcie "zdrady". Ale podążanie za godnym życiem nie jest żadną zdradą czy wygodnictwem. Ucieczka, przed wrogiem nie jest tym bardziej zdradą - trzeba zebrać siły, przegrupować się i dalej działać.

Ja nie wyjechałam za pracą ani z biedy, po prostu założyłam rodzinę poza Polską. Nie mając żadnego żalu do mojego ojczystego kraju, wyjątkowo ciężko być emigrantem, moim zdaniem. Bo zawsze się porównuje co się zostawiło, a to było przecież dobre, czasem lepsze, w każdym razie nie uciekało się od tego.

Najmocniej dotyka emigranta rozstanie z bliskimi i przyjaciółmi. Truizmem jest, że najbardziej boli to, co się traci ("Litwo, Ojczyzna moja, Ty jesteś jak zdrowie, ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił..."), ale tu rodzi się pytanie, co to znaczy tracić (osobną kwestią jest to, że do utraty pewnych więzi nie potrzeba emigracji, wystarczy przeprowdzka do Warszawy...). Błogosławiony fejsbuk za to, że ułatwia kontakty i relacje. Tak, wiem, dla wielu ludzi są one sztuczne, ale to tylko narzędzie i można go używać w dobrym celu. Najtrudniejsze w byciu daleko (i nie ma znaczenia czy Malmo, czy Warszawa) jest to, że Kami nie ma na codzień babci. Tak po prostu - na końcu ulicy, gotowej do wpadnięcia gdy ma ochotę zobaczyć wnuka albo wnyjk ma ochotę zobaczyć ją. Teraz trzeba się umawiać i kupować bilety (błogosławiony rajaner!!!!! nie dam złego słowa powiedzieć na tę linię, Malmo - Wrocław w 50 minut, za 120 PLN czasami). Podsumowując - emigrowanie nie oznacza utraty więzi, ale jej przemianę.

Ale to, o czym tak naprawdę chciałam napisać to ocena moralna emigracji. Coraz częściej słyszę  negatywne głosy, fora internetowe zioną nienawiścią wobec tych, co wyjechali, a ci, co wyjechali nie pozostają dłużni i "nigdy nie wrócą do tego bagna".

A przecież patriotyzm ma wiele twarzy, emigrowanie nie oznacza, że nie jest sie patriotą. Co więcej, trzeba patrzeć na życie szerzej - kim jestem, jaka jest moja tożsamość? To są, moim zdaniem zasadnicze pytania emigranta, ale ... to są zasadnicze pytania każdego człowieka! Nasza tożsamość to przede wszystkim bycie człowiekiem, stworzonym na obraz i podobieństwo Boga, według mojej wiary (i tu będzie o religii, pewnie ktoś się zawiedzie...)  - bycie Dzieckiem Bożym. Dopiero na drugim miejscu jest się żoną i matką. Na kolejnym Polką... Przeprowadzka poza polskość nie zaburza w żaden sposób tego, co stoi najwyzej w hierarchii. Nie powinno, przynajmniej, Jeśli zaburza, to trzeba iść do psychologa/księdza, a nie wrócić do kraju. Samo w sobie bycie Polakiem nie jest żadną wartością, nie miałam wpływu na to, kto i gdzie mnie urodził - wartością jest to, czy szanuję Ojca i Matkę. Bo miłość do ojczyzny to czwarte przykazanie. Szacunek dla mojej tradycji, kultury, języka, historii, wartości... Szacunek do matki nie oznacza, że muszę z nią mieszkać do końca życia.

Dalej. Przeprowadzka do innego kraju ma dodatkowy szeroki misyjny kontekst. Może to Bóg chce, bym była w tym nowym miejscu i czasie, bo TU JEST COŚ DO ZROBIENIA? Bycie katolikiem sprawia, że to Kościół jest matką i nigdzie na świecie człowiek nie jest sam. Idziesz na mszę świętą i jesteś częścią tego samego kosmosu*, co idąc na nią do parafii św. Rodziny we Wrocławiu.

Niby zawsze to wiedziałam, ale musiałam odkryć w swoim życiu. To doświadczenie zmieniło wszystko, co myślałam i czułam. Nawet tęsknotę za bliskimi. Bo "opuści człowiek ojca i matkę i złączy sie ze swoją żoną". Bo niezbadane są wyroki Opatrzności. Bo "czy na skrzydłach jutrzenki, czy na krańcu mórz, tam bym znalazł Cię" (Bóg mówi do człowieka).

Z punktu widzenia życia człowieka fakt emigrowania lub zostania w ojczyźnie NIE MA ZNACZENIA. To chciałam napisać. Tym się podzielić.

To nie jest tak, że propaguję tu relatywizm moralny, że wszystko zależy od punktu siedzenia. Ale wszystko zależy od intencji serca. Co mną kieruje w emigracji? Ucieczka, strach, konformizm? Sumienie każdego emigranta zna na to odpowiedź, wystarczy posłuchać.

Oczywiście, wśród swoich łatwiej, w otoczeniu własnego jezyka i kultury wszystko zdaje się pasować. Jak kiedyś powiedziała mi Halinka (trochę sparafrazuję, bo nie pamiętam) - "w ojczyźnie nawet kamienie pomagają człowiekowi". Nie bez powodu wśród grzechów wołających o pomstę do nieba wymienia się uciskanie ubogich, wdów, sierot i przybyszów. Bo bycie przybyszem stawia człowieka na przegranej pozycji wobec autochtona, to nie jest lekki chleb.

Ale w dalszym ciągu emigracja sama w sobie nie ma moralnego znaczenia. Z punktu widzenia dobra i zła, ważne jest tylko to, czy człowiek postępuje zgodnie ze swoim sumieniem, rozwijając swoje talenty, trwając przy Bogu (jakkolwiek się Go pojmuje). Czy powierza Mu swoja drogę i czy ma otwarte oczy na Jego wolę.

Najwięksi ludzie świata to emigranci - papież Jan Paweł II, Benedykt XVI (teraz ustąpił i dalej mieszka w Watykanie!), Skłodowska-Curie, Chopin, Norwid... Czy naprawdę zdradzili własne ojczyzny...? Święci Cyryl i Metody, dzięki nim jesteśmy dziś chrześcijanami... bo nie zostali u siebie. Abraham tylko dlatego jest ojcem narodów, że pozwolił się wykorzenić (i nie, nie porównuję się tu do żadnej z tych wielkich osób, chcę tylko zauważyć ten wspólny element...).

Ale nigdy o nich też nie zapomnieli. Bycie "konstruktywnym" emigrantem nie oznacza wtopienie się w nowe tło i odżegnanie od własnych korzeni. Zasada jest prosta - do własnego dziecka można mówić tylko w języku serca. Chcąc nie chcąc, polskość wyłazi ze mnie, niczym słoma z butów, i jest widoczna wszem i wobec. Nie epatuję nią, ale się jej nie wstydzę (no chyba, że usłyszę jakieś "kwiatki" z ust obcych przechodniów, na pewno do nich nie zagadnę "jak Polak do Polaka"). Staram się uczciwie podchodzić do Szwecji - krytykuję to, co złe ale chwalę to, co dobre. Tego pierwszego nie robię na blogu, bo zasadniczo staram się nie narzekać, nawet na pogodę. Ale wiadome jest, że nie łykam wszystkiego jak młody pelikan.

Nie łykam podejścia gender ani małżeństw homo, rozbijania rodzin przez służby społeczne, ciągotek eugenicznych, szwedzkiej służby zdrowia, która leczy wszystko paracetamolem, a żeby dostać się do lekarza internisty trzeba się naczekać/nadzwonić/nachodzić. Nie podoba mi się permanentna inwigilacja, będę zawsze protestować przeciwko obecnej** filozofii LAGOM, czyli podejściu, że najlepiej się nie wyróżniać, niczym, być "lagom" czyli "w sam raz" (wierzę, że powołaniem nie jest "mierność" tylko gwiazdy, czyli życie na 100% i realizowanie talentów otrzymanych od Boga).

Ale łykam naturalne jedzenie, spokój w pracy, szacunek do drugiego człowieka (choć ponoć wielu szwedów to świetnie zakamuflowani rasiści... cóż, nie doświadczyłam tego w moim środowisku, ale wiem, że inni tak). Podoba mi się ład przestrzenny, place zabaw dla dzieci i to, ze niemal wszędzie można z nimi pójść.

Zresztą, nie o Szwecji miało tu być, bo Szwecja też nie ma znaczenia. Polska też nie ma znaczenia. Moje serce ma znaczenie, moje motywacje, co robię z zadanym mi życiem. W jaki sposób przyczyniam się do większej chwały Boga.

O, i tu pojechałam z grubej rury, ale chcę nazwać rzecz po imieniu.

I na zakończenie - Dekalog Emigranta, których autorem jest Jan Paweł II. Wskazania Ojca Świętego dla Polaków poza Polską:
1. Nie zapominaj, że najwyższym dobrem jest Bóg i bez Niego nie zrozumiesz samego siebie i nie odnajdziesz sensu życia.

2. Nie zapieraj się imienia swojego narodu, ani jego historycznych doświadczeń bo są to jego własne korzenie, jego mądrość, choćby gorzka, jego powód do dumy.

3. Pamiętaj o tym, że gdziekolwiek rzuca cię losy, zawsze masz prawo, aż po kres dni twoich, pozostać członkiem swej narodowej rodziny.

4. W najgorszych nawet okolicznościach, zmieniając środowisko, obywatelstwo, nie wypieraj się nigdy wiary i tradycji twych przodków, jeśli chcesz, by twoi nowi bracia i twoje dzieci nie wyparły się ciebie. Rodzino stań się tak, jak wielki Kościół, nauczycielem i matką.

5. Szanuj swój naród, pomnażaj jego dobre imię i nie dozwól, aby bylo nadużywane dla politycznych nacjonalistycznych, czy jakichkolwiek innych celów.

6. Nie dozwól, aby twoja rodzina, naród, był przez kogokolwiek okradany, lżony, niesłusznie oczerniany.

7. Nie wywyższaj siebie i swojego narodu ponad jego rzeczywiste zasługi i ponad narody inne; raczej pokaż innym to, co w twoim narodzie jest najlepsze.

8. Ucz się od innych narodów dobrego, ale nie powtarzaj ich błędów.

9. Pamiętaj, że mieć rodzinę-naród, jest to wielki przywilej wynikający z prawa człowieka, ale i nie zapominaj o tym, że Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek.

10. Pamiętaj, że jesteś dzieckiem narodu, którego Matką i Królową jest Bogurodzica Maryja "dana jako pomoc ku obronie". Powtarzaj często modlitwę serc polskich: "Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam"
Starając się uczciwie patrzeć na siebie i innych nie jest trudno wypełnić ten dekalog. Czy wystąpię o obywatelstwo czy nie - zawsze będę przybyszem. I nie zaprząta to mnie zabytnio. Bo w tym najważniejszym wymiarze wszędzie jestem u siebie :)

"Wszystko zależy od błogosławieństwa Boga" - motto mojej piekarni





*polecam książkę o liturgii Benedykta XVI
** ponoć pierwotnie miała ona inne znaczenie - dążenie do "bycia niemal doskonałym"

22 maja 2013

Kto dzisiaj pluł i łapał?

Nasze dialogi z Kamyczkiem zamieniają się w serie świadomych negocjacji i słownych utarczek. Ostatnio było zabawnie kilka razy, niestety, umyka to bardzo szybko... ale to, co ocaleje - zapisuję dla potomności :)

***

Pytanie z serii "głupie pytanie, głupia odpowiedź" (zanotować, żeby takich pytań nie zadawać). Kami nabrał sok w usta, podbiegł do kanapy i plunął nim na poduszkę.

Wściekłam się. Gromiąc go wzrokiem i w milczeniu (żeby nie powiedzieć czegoś destruktywnego w furii ani tym bardziej nie zrobić nic pochopnie) wyprowadziłam delikwenta za rękę z pokoju, poleciałam po ścierkę. Kami stoi w przedpokoju i płacze, czuje się odrzucony (no i słusznie!). 

Po kilku minutach podchodzę i pytam, już spokojniej, cedząc słowa:
- dlaczego, powiedz mi, DLACZEGO tak zrobiłeś??????? (oczekując czegoś w stylu: "bo byłem niegrzeczny" albo "bo nie słuchałem mamusi", połączonego z kajaniem się i przytulaniem)

Kami patrzy, otwiera szeroko te swoje piękne oczyska, myśli co odpowiedzieć... w końcu mówi niewinnym głosikiem:
- bo... bo... LUBIĘ PLUĆ! (szeroki uśmiech)

No tak... jedni lubią gapić się na TV, inni lubią pluć... Nie przewidziałam takiej odpowiedzi!  Nie mogłam nie pęknąć ze śmiechu, mogłam tylko powiedzieć, że jak tak lubi pluć to niech pluje na umywalkę a nie na kanapę, bo potem trzeba to prać...

Poszedł pluć do łazienki.

***

Jedziemy windą, niosę dwie torby z zakupami. Ciężkie. Na podłodze leży hulajnoga, a Kami je loda. Wychodzimy z windy, mówię do niego:

- weź hulajnogę

Kamyczek patrzy na mnie, otwiera szeroko oczy, tak z bezradnością, i mówi:

- ale ja teraz jem loda i nie mogę trzymać dwóch rzeczy na raz!

mała żmija !!!!!!!!!!!!!!! śmiał dokładnie zacytować moje własne wymijające odpowiedzi!
Nie pozostało mi nic innego jak TRZECIĄ ręką podnieść tę hulajnogę, a czwartą otworzyć drzwi windy... A na przyszłość gryźć się w język.

13 maja 2013

Wiejskie smaki

Komentarz w zasadzie zbędny, było pysznie, wiejsko, cieplutko... a to wszystko w Szwedzkim Kredensie, znowu! A pieczywo Vismarlowskie okazało się być rewelacyjne - zdecydowanie najlepszy chleb jaki kiedykolwiek jadłam w Szwecji, konkuruje chyba tylko z piekarnią na pl. Bema we Wrocławiu.






9 maja 2013

Trzyjęzyczność stosowana

Bajki na zaśnięcie. Kami mówi, co chce, żeby mu opowiedzieć, jak zwykle.
- Mama, opowiadaj. O Mołglim. I o baba-sher. I o drake. I o baloo i.... o spindelu*

Ja powtarzam za nim, poprawiając formy gdzieniegdzie.

[M] - aaa, o lwie też? o smoku Drake też? i misiu Baloo? i o pająku też?
[K] - Nie, o opindelu!
[M] - Kami, po polsku mówi się "o pająku"

Kami myśli, myśli, marszczy czoło...
- Ale tata i bhaj i baji** mówią SPINDEL!

Szczwana bestia, będzie się kłócił z mamą!!! Nie poddaję się.
- Kami, tata i bhaj, i baji mówią po szwedzku do Ciebie, a po polsku jest PAJĄK

Kami znowu myśli, myśli, marszczy czoło....
- Mama, nie, tata powiedział tak o: "YE SPINDEL HAI"***

No tak, skoro sam tata mówi "ye spindel hai" to przecież nie ma dyskusji! Tak się śmiałam, że wszyscy się rozbudziliśmy i nie było spania przez kolejne pół godziny...




* "baba-sher" to w urdu "lew", "drake" to po szwedzku "smok", baloo to niedźwiedź (choć w Ksiedze Dżunglii Kipling użył tego jako nazwy własnej, więc też stosujemy), "spindel" to "pająk", po szwedzku

** Kami nazywa tak starsze rodzeństwo, patrz tu

*** 'Ye hai' to w urdu 'To jest'... a składnia zdania w urdu jest taka, że orzeczenie występuje po dopenieniu ("To pająk jest")

30 kwietnia 2013

Szpinakowo

Mamy wreszcie wiosnę, więc małe zmiany w naszej kuchni. Za dużo ciężkiego jedzenia, trzeba trochę zieleniny wrzucić.

Odkryłam ostatnio świetny sposób na łososia. Nie lubię tej ryby, nie wiem dlazceg, przecież wszyscy przepadają, taka modna jest. No i mieszkamy w Szwecji, jak tu nie jeść ryb... ale jakoś leży mi na żołądku zawsze... tym razem postanowiłam pójść po linii najmniejszego oporu. Kupiłam gotowe ciasto francuskie, świeży szpinak i świeżego łososia.

Szpinak zblanszowałam na maśle, dodałam tylko sól. Potem położyłam łososia na cieście, obłożyłam szpinakiem, polałam oliwą z wyciśniętym czosnkiem, piekłam ok 30 min i ... voila! Było naprawdę pyszne, nawet Amir pochwalił. Choć za kuchnią tego typu nie przepada, wiadomo, za mało chilli...



A następnego dnia wykorzystałam resztki szpinaku na śniadanie, podpatrzone na blogu kwestia smaku. Skoro po FLORENCKU to nie mogłam nie spróbować.

Nauczyłam się przy tej okazji robić jajka w koszulkach, które zawsze mi się rozwalały. A tu proszę, jaka zdolna się okazałam:


Żeby tak ugotować jajko trzeba je najpierw rozbić do miseczki (używam piałek). Potem miseczkę z jajkiem trzeba zanurzyć w gotującej się wodzie z odrobiną octu, chwilę potrzymać, sprawnym ruchem wlać do wody jajko i małą łyżką cedzakową "zbierać białko" (najlepsza jest taka z zestawu dziecięcego z ikei... ). Gotować 3-4 minuty, wody powinno być ok 4 cm na dnie garnka.

29 kwietnia 2013

Niech to mamma mia!

Idziemy robić pranie, Kami chce nieść proszek. Niesie. Biegnie z nim. Oczywiście mam ochotę zakrzyknąć "idź spokojnie, bo rozsypiesz"...

Nie zdążyłam... potknął się i cały proszek na korytarzu. Jęknęłam przejmująco (tak "wychowawczo"), ugryzłam w język, żeby nie nauczyć go bardziej dosadnych "przerywników"* i "płaczę". **

Kami podchodzi i niewinnym głosikiem pyta:
- Mamo, co się dzieje...?

(nie odpowiadam, płaczę dalej)

- Mamo! Mamo!.... czemu JĘCZYSZ???

No po prostu nie mogłam nie parsknąć niewychowawczym śmiechem. Nauka poszła w las.






* bo Kami podłapał moje... hmmm... "przerywniki". Niektórych uczyłam go celowo ("mamma mia!"), innych przypadkiem ("Kurka wodna"). Ostatnio zasłyszałam nową konstrukcję "Niech to NICHO!" (nie wiem skąd zaczerpnięte, bo "niech to licho" akurat nie używam), dzisiaj - "Niech to mamma mia!"... No to musiałam udzielić lekcji poprawnych wyrażeń. W końcu ktoś musi dbać o czystość języka polskiego. Wyglądałą mniej więcej tak:
- Kami, jak chcesz przeklinać, to rób to poprawnie... jak wykazujesz zniecierpliwienie to wywracasz oczami i "mamma mia". Jak jesteś zły to "niech to nicho" ewentualnie "cholera jasna", a jak jesteś tylko trochę zły to możesz "kurka wodna". Rozumiesz?



** cały dzisiejszy dzień stoi pod znakiem Kamyczka wymyślającego jakieś ciekawe zajęcia i mnie sprzątajęcej po tychże (wylany jogurt, sok, pokruszone ciastka, rozwalone ubrania...). Chwilę wcześniej odbył się  bardzo emocjonalny wykład w stylu "mam już tego dosyć, idę do pracy na cały etat, nie mam siły na ciągłą walkę z Tobą, będziesz siedział całymi dniami w przedszkolu i tam cię wytresują"


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...